english version wersja polska Napisz do nas
   
Obniżka okazje cenowe zobacz wszystkie


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

piątek 25 lipca
wtorek29 lipca

./img/57/p_5710045_1.jpg
./img/57/p_5710045_2.jpg
./img/57/p_5710045_3.jpg
./img/57/p_5710045_4.jpg

Newsletter

Statystyki sklepu:
2153 wydawnictw w ofercie
1527 dostępnych natychmiast
29862 próbek utworów
1 694 recenzji płyt
14856 zrealizowanych zamówień
3243 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...


Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Generator.pl

(2170 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Steve Roach | Day out of Time (10th Anniversary)

    Steve Roach | Day out of Time (10th Anniversary)

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD + 1DVD


    68,88 zł
  • Steve Roach, Dirk Serries | Low Volume Music

    Steve Roach, Dirk Serries | Low Volume Music

    Steve Roach i Dirk Serries znany jago Vidna Obmana, to swoiste firmamenty na ambientowym sklepieniu. Często ich muzyczne drogi krzyżowały się, zwłaszcza jeżeli chodziło o wyznawaną filozofię. Wydany w 2012r album Low Music Volume One jest nie tylko ich wspólnym manifestem, ale i swoistą kontrą wobec "hałasu" dzisiejszego świata. Jak wspominał Steve Roach: "Wybraliśmy ten tytuł bo chcieliśmy stworzyć album czysto minimalistyczny, pełen introspekcji i harmonii gdzie dźwięki oddziałują nawet przy niskim poziomie głośności". A zatem Steve Roach i Serries nie tylko transformują tu własne doświadczenia, ale i przedłużają żywotność strategii Briana Eno. Niejako podświadomie odwołują się do jego wizji "tapet dźwiękowych", które mają idealnie stapiać się z tłem. Mają być na tyle interesujące, co i łatwe do zignorowania. To muzyka wręcz wymarzona do słuchania w głębi nocy. Bo te kompozycje wyrastają z ciszy, narastają by w finale wybrzmieć i rozpłynąć się w nicości. Kapitalny materiał do medytacji i do lewitacji, bo ta muzyka wciąż płynie gdzieś obok. Pytanie, czy jesteśmy ją w stanie dostrzec?

    Robert Moczydłowski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    61,99 zł
  • Samantha Fox (with Mark Shreeve) | Touch Me

    Samantha Fox (with Mark Shreeve) | Touch Me

    Samantha Fox od najmłodszych lat interesowała się teatrem, ale też i muzyką. W wieku 14 lat założyła swój pierwszy zespół. W 1983r za sprawą matki trafiła na pierwszy, fotograficzny konkurs dla modelek. Z czasem z racji atrakcyjnej urody, jej sesje były coraz bardziej roznegliżowane. Rok 1986 przyniósł zwrot, wydała swój pierwszy singiel Touch Me (I Want Your Body), jeden z największych szlagierów lat '80. Co wspólnego z tym miał Mark Shreeve, ano to że figurował jako współautor. Ale jego rola nie ograniczała się tylko do tego, pomógł pannie Fox przy takich utworach jak: Do Ya Do Ya (Wanna Please Me) czy Wild Kinda Love. Z resztą cały album poza paroma wyjątkami, nie podążał ślepo za dyskotekowymi trendami lat '80. Na tej płycie sporo było nawiązań do rockowego grania i klasycznego rock'n'rollowego ognia w klimatach lat '60. Tak jakby duchy Chucka Berry'ego czy Billy'ego Halleya w jakiś tajemniczy sposób, natchnęły tę muzykę. Jak się później miało okazać Samantha Fox nie raz czerpała z tych tradycji. Zresztą dalsze jej losy były charakterystyczne dla wielu gwiazd lat '80. Wraz z upływem dekady przepadła jak wielu innych, choć w 2005r na chwilę udało jej się wrócić z albumem Angel With Attitude. Bardzo udany debiut, wzbogacony o dodatkowy dysk z alternatywnymi wersjami jej pierwszych szlagierów. Płyta która broni się i dziś i znakomita pozycja na wszelkiego rodzaju imprezy.

    Robert Moczydłowski

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 2CD


    82,33 zł
  • Michael Bruckner | 100 Million Miles Under The Stars

    Michael Bruckner | 100 Million Miles Under The Stars

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 1CDr


    59,07 zł
  • Electronic Revival | Minus Plus

    Electronic Revival | Minus Plus

    Super cena
    Electronic Revival zaczynali w 2001r, już wtedy zaczęli nagrywać a ich kompozycje były prezentowane na antenie Polskiego Radia w Programie III. Niemałą rolę w promowaniu ich muzyki odegrał słynny prezenter, Jerzy Kordowicz. W 2004r ich muzyka stanowiła oprawę widowiska "Europa", wystawionego na bydgoskim rynku. Muzykę Electronic Revival można określić jako szeroko pojęty rock elektroniczny. Bazą rzecz jasna jest elektronika, jednak Marcin Grzella to gitarzysta z krwi i kości. Jego granie jest dosyć zadziorne i osadzone zdecydowanie w rockowych kanonach. Potrafi przyłożyć solidnymi riffami i solówkami, choć nadmierne eksponowanie przesterów w jego gitarze, bywa czasem nieco męczące. Marcin Chmara inspiruje się sekwencyjną elektroniką spod znaku Tangerine Dream i Klausa Schulze. Chociaż pozwala sobie też na wypady w bardziej współczesne brzmienia, zahaczając transowe techno. Jednak płyta Plus Minus to nie tylko dynamiczne granie, gdy duet zwalnia potrafi wykreować prawdziwie kosmiczny klimat. Album Plus Minus to już trzecia pozycja w ich dorobku, po wydanej w 2007r i wyprzedanej debiutanckiej płycie Przebudzenie oraz Exequator z 2009r, Electronic Revival zdecydowanie rośnie w siłę. Warto dodać iż w rodzinnym Cekcynie latem organizują festiwal "The Day Of Electronic Music". Warto zatem obserwować ich kolejne poczynania.

    Robert Moczydłowski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,60 zł
  • Tangerine Dream | Tyger

    Tangerine Dream | Tyger


    Niektórzy uważają, że wokalne popisy Jocelyn Smith z wysoce melodyjną naturą kompozycji składających się na Tyger to kolejny etap staczania się w komercję przez Tangerine Dream. Uważam że to wielce krzywdząca opinia abstrahując już dyskusyjny fakt, że komercja nie może być sztuką. Tak jak nie przepadam za innymi płytami tej grupy z wokalem tak teksty preromantyka Blake'a i świetny głos J.B. Smith plus ładne, niebanalne melodie (też macie skojarzenia z Laurie Anderson?) wyróżniają na tej płycie i tytułowy Tyger a zwłaszcza London. Lepiej by się chyba stało gdyby ta kompozycja znalazła się jako klamra spinająca tą płytę na jej końcu. Jak dla mnie Alchemy Of The Heart, Smile, 21st Century Common Man wytracają moc tych utworów. Co oczywiście nie znaczy że są złe wprost przeciwnie to bardzo dobre kawałki o zmiennych, ciekawych klimatach. Zresztą pierwotnie na LP nie było kompozycji ostatniej i płyta zawierała tylko jeden utwór bez wokaliz (Alchemy Of My Heart).

    Dariusz Długołęcki


    Otwierający płytę utwór tytułowy jest bodajże najwiekszym zaskoczeniem: miękkie akordy spowijają kojącą melodię intonowaną przez wokalistkę Jocelyn B. Smith. Głos Smith w tym nagraniu skojarzyć się może z głosem Nikki "B" Bentley śpiewającej w pojedynczych piosenkach Mike'a Oldfielda z płyt Earth Moving oraz Heaven's Open - ma surowe piękno i siłę, co daje się usłyszeć mimo ogólnej delikatności utworu. W drugim utworze - London - także nie zabrakło partii wokalnych, ale trudno nazwać ten utwór konwencjonalną piosenką. O ile poprzednia impresja to po prostu przyczynek Tangerine Dream do (dobrego) popu, o tyle London jest już wielowątkową suitą o dużej sile wyrazu, trudną do gatunkowego zaszufladkowania. Na dobrą sprawę można sobie wyobrazić ten utwór bez większych przeróbek na którejkolwiek wcześniejszej płycie Tangerine Dream: gdyby zaś linię melodyczną wiedzioną przez Smith zastąpić partią gitary albo syntezatora (że o melotronie już nie wspomnę), impresja ta mogłaby być jedną z największych ozdób dowolnego albumu z okresu 1975-1978! Główny motyw zbudowany jest na niebywale atrakcyjnym, nośnym klawiszowym riffie, z którym świetnie splata się głos narratorki Smith, tutaj pokazującej całą gamę środków wyrazu. Epizody zawierające ścieżki wokalne ukazują słuchaczowi mroczny, zamglony, otulony zimowymi oparami Londyn ze wszystkimi swymi zakamarkami, podczas gdy następujące pomiędzy zwrotkami sekwencje instrumentalne rozładowują napięcie i dodają kompozycji nieco dziennego światła.
    Chciałoby się powiedzieć już, że London jest najlepszym utworem na Tyger… ale potem rozbrzmiewa najprawdziwszy klejnot, 12-minutowa instrumentalna impresja “Alchemy Of The Heart”. Nastrój tego utworu jest podobny co w przypadku pięknej, frapującej kompozycji Canyon Voices z trudno dostępnego longplaya Canyon Dreams, a wiele sekwencji kojarzyć się może też z muzyką barokową, zwłaszcza za sprawą kunsztownych fug, wyrafinowanych progresji oraz brzmień elektronicznych "klawesynów" i "obojów" prowadzących skomplikowaną melodię świadczącą o niesłabnącej inwencji muzyków Tangerine Dream. Chociaż poprzedniej kompozycji nie można nic ująć, chyba to właśnie Alchemy Of The Heart jest głównym powodem, dla którego koniecznie trzeba poznać lp. Tyger…
    Następny utwór na pewno najmniej zapada w pamięć przy pierwszym przesłuchaniu, ale kolejne spotkania z tą miniaturą pozwolą odnaleźć w niej coś fascynującego. Jest to kolejna piosenka, Smile, z matową melodią rozpościerającą się na nocnym, falującym tle spokojnych akordów.
    Finałowa impresja, podzielona na dwie części kompozycja 21st Century Common Man, nie zdobiła winylowej wersji albumu Tyger, a szkoda, bo to znów jeden z najciekawszych momentów całego wydawnictwa. W części pierwszej uwagę przykuwa migotliwe ostinato, nanizane na ruchliwą ścieżkę perkusyjną, melodycznie odsyłające do czasów Encore albo nawet Ricochet. Część druga zbudowana jest na wyrazistym, opływowym basowym riffie, którego brzmienie nie może nie skojarzyć się z muzyką King Crimson z okresu "kolorowej trylogii" (Discipline, Beat, Three Of A Perfect Pair). (Odwołanie do King Crimson może być w ogóle zamierzone, ponieważ tytuł kompozycji chyba siłą rzeczy kojarzy się z 21st Century Schizoid Man grupy Roberta Frippa.) Dodatkowa atrakcja finałowej impresji albumu to partia gitary o niespotykanym dotąd na płytach Tangerine Dream brzmieniu, bardziej rozchwiana i obła w kształcie.
    Nie należy zważać na opinie wielu krytyków, tylko zapoznać się z muzyką wypełniającą lp. Tyger, jako że pojawia się tu całkiem sporo elementów wnoszących coś nowego do twórczości berlińskiego projektu, natomiast elementy nawiązujące do wcześniejszych pozycji w dyskografii Tangerine Dream zalśniły tutaj nader silnym i wcale wdzięcznym blaskiem. Tak nawiasem mówiąc, uważam przede wszystkim, iż jest to bardziej udana płyta niż Cyclone (1978)…

    Igor Wróblewski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    58,09 zł
  • Vangelis | The Collection

    Vangelis | The Collection

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 2CD


    99,68 zł
  • Mike Oldfield | Platinum (deluxe)

    Mike Oldfield | Platinum (deluxe)


    Zaledwie rok dzieli albumy Incantations i Platinum, a wydaje się, że lata świetlne dzielą rozwiązania aranżacyjne. Akordy otwierające pierwszy epizod suity Platinum brzmią bardzo syntetycznie, chciałoby się nawet rzec "plastikowo" w porównaniu z barokowym rozmachem skrzącej się całą paletą impresjonistycznych barw Incantations - gitara przemawia jednak tym samym, od razu rozpoznawalnym głosem, bez wysiłku snując pół-improwizowane opowieści utrzymane zazwyczaj w mollowej tonacji, spacerujące po dwunastotaktowej strukturze nowoczesnego bluesa albo po prostu przeciągające się kaskadami błyskotliwych, charakterystycznie wysokich i rozedrganych tonów. Wątki rozwijają się bardzo spiesznie - muzyka, która spokojnymi falowaniami zmieniała rejestry i charakter na poprzednich płytach artysty, tutaj aż kipi, przepływając z jednego krótkiego motywu w drugi. Pierwszy epizod suity kończy się atonalnym, jękliwym pochodem opadających nut gitary, po czym rozbrzmiewa od razu motoryczny rytm niemal dyskotekowego epizodu drugiego. Znakomicie brzmi tutaj gitara basowa, podkładająca wyszukane ornamenty pod czyściutką, niezwykle selektywnie brzmiącą ścieżkę perkusyjną - gitara zaś oczywiście dominuje, parafrazując chwytliwy motyw oscylujący między systemem mollowym a pustą kwintą, lekko swingującą i podciąganą w rejony swobodnej improwizacji w jazzowym duchu. Utwór zostaje następnie przedzielony wyrafinowanym, lawirującym wciąż między tonacjami intermezzem, po czym powraca główny motyw, tym razem jednak wykonany nie na gitarze, lecz zaśpiewany przez samego Oldfielda! Utwór pozbawiony jest słów, Oldfield z zapałem wykonuje po prostu improwizowaną wokalizę. Powraca krótkie intermezzo, po czym ścieżka rytmiczna wygasa, otwierając drogę riffowiblaszanych instrumentów dętych. Ten epizod nosi tytuł Charleston i faktycznie jest to popisowa pod wzgledem roztańczenia, rozswingowana kompozycja, pełna frapujących ozdobników gitarowych, fortepianowych nut tańczących całą ławicą niczym neonki w akwarium pełnym jazzowo wygiętych roślin, wreszcie - nie brak tutaj znakomitego, głębokiego basu oraz intrygującego, oddalonego nieco żeńskiego chórku, który snuje surrealistyczną, pływającą agonicznie opowieść o podobnym charakterze jak pieśń towarzysząca dzwonom rurowym w finale pierwszej części albumu Tubular Bells (1973). Finałowy epizod suity Platinum to zaskakująco udyskotekowiona przeróbka utworu North Star Philipa Glassa - ta muzyka najlepiej chyby pasuje do okładki longplaya, wizualizując niebieskie rozbłyski układające się w trajektorie lotu zabłąkanego motyla pośród pulsującej czerni przerywanej tylko smugą obracającej się srebrzystej płyty...
    Pierwsza z czterech krótkich impresji to moim zdaniem jeden z najlepszych utworów Oldfielda: Woodhenge. Na tle hipnotycznego, wywijającego się z mroku pulsu ksylofonów, rozbrzmiewa zaspana improwizacja gitarowa, zgrzytliwymi dźwiękami otwierając drogę całej lawinie sunących przez ciemność dźwięków zagranych na najrozmaitszych możliwych instrumentach perkusyjnych i różnorakich "przeszkadzajkach" - w finale pojawią się nawet głuche, zardzewiałe tony dzwonów rurowych. Kolejna miniatura to pierwsza pełnoprawna piosenka Oldfielda (nie licząc On Horseback z finału Ommadawn, która była po pierwsze raczej epizodem całej suity, nie wyszczególniona na kopercie jako osobny utwór, po drugie zaś kojarzyła się raczej z tradycyjnymi irlandzkimi balladami aniżeli z typową piosenką pop). Piosenka śpiewana przez Wendy Roberts nosi tytuł Sally i nie można odmówić jej pewnego uroku zwłaszcza ze względu na nieco staromodną aranżację nawiązującą do przebojów z lat 50-tych. Kolejny utwór to dowcipne, przewrotne połączenie stylu Irish jig i… punk rocka - zresztą tytuł Punkadiddle mówi sam za siebie. Album wieńczy przeróbka piosenki I Got Rhythm George'a Gershwina, jak na ironię bardzo rozciągnieta w czasie, z pełnej swingowego rytmu miniatury przemieniona w niebywale upatetycznioną balladę. Sama koncepcja nie jest zła, trochę może tylko przeszkadzać nader egzaltowany wokal Wendy Roberts, który w przeciwieństwie do jej partii wokalnej całkiem udanej piosenki Sally zbliża niebezpiecznie cały utwór w rejony festiwalu Eurowizji... Na szczęście Mike Oldfield ratuje instrumentalne fragmenty piosenki wdzięcznymi gitarami, pokazując, że z tak skromnego elementu jak opadająca skala durowa i następnie wznoszący się system chromatyczny, można stworzyć elegancką solówkę gitarową.

    Igor Wróblewski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    110,39 zł
  • Mike Oldfield | Platinum (remastsred 2012)

    Mike Oldfield | Platinum (remastsred 2012)


    Zaledwie rok dzieli albumy Incantations i Platinum, a wydaje się, że lata świetlne dzielą rozwiązania aranżacyjne. Akordy otwierające pierwszy epizod suity Platinum brzmią bardzo syntetycznie, chciałoby się nawet rzec "plastikowo" w porównaniu z barokowym rozmachem skrzącej się całą paletą impresjonistycznych barw Incantations - gitara przemawia jednak tym samym, od razu rozpoznawalnym głosem, bez wysiłku snując pół-improwizowane opowieści utrzymane zazwyczaj w mollowej tonacji, spacerujące po dwunastotaktowej strukturze nowoczesnego bluesa albo po prostu przeciągające się kaskadami błyskotliwych, charakterystycznie wysokich i rozedrganych tonów. Wątki rozwijają się bardzo spiesznie - muzyka, która spokojnymi falowaniami zmieniała rejestry i charakter na poprzednich płytach artysty, tutaj aż kipi, przepływając z jednego krótkiego motywu w drugi. Pierwszy epizod suity kończy się atonalnym, jękliwym pochodem opadających nut gitary, po czym rozbrzmiewa od razu motoryczny rytm niemal dyskotekowego epizodu drugiego. Znakomicie brzmi tutaj gitara basowa, podkładająca wyszukane ornamenty pod czyściutką, niezwykle selektywnie brzmiącą ścieżkę perkusyjną - gitara zaś oczywiście dominuje, parafrazując chwytliwy motyw oscylujący między systemem mollowym a pustą kwintą, lekko swingującą i podciąganą w rejony swobodnej improwizacji w jazzowym duchu. Utwór zostaje następnie przedzielony wyrafinowanym, lawirującym wciąż między tonacjami intermezzem, po czym powraca główny motyw, tym razem jednak wykonany nie na gitarze, lecz zaśpiewany przez samego Oldfielda! Utwór pozbawiony jest słów, Oldfield z zapałem wykonuje po prostu improwizowaną wokalizę. Powraca krótkie intermezzo, po czym ścieżka rytmiczna wygasa, otwierając drogę riffowiblaszanych instrumentów dętych. Ten epizod nosi tytuł Charleston i faktycznie jest to popisowa pod wzgledem roztańczenia, rozswingowana kompozycja, pełna frapujących ozdobników gitarowych, fortepianowych nut tańczących całą ławicą niczym neonki w akwarium pełnym jazzowo wygiętych roślin, wreszcie - nie brak tutaj znakomitego, głębokiego basu oraz intrygującego, oddalonego nieco żeńskiego chórku, który snuje surrealistyczną, pływającą agonicznie opowieść o podobnym charakterze jak pieśń towarzysząca dzwonom rurowym w finale pierwszej części albumu Tubular Bells (1973). Finałowy epizod suity Platinum to zaskakująco udyskotekowiona przeróbka utworu North Star Philipa Glassa - ta muzyka najlepiej chyby pasuje do okładki longplaya, wizualizując niebieskie rozbłyski układające się w trajektorie lotu zabłąkanego motyla pośród pulsującej czerni przerywanej tylko smugą obracającej się srebrzystej płyty...
    Pierwsza z czterech krótkich impresji to moim zdaniem jeden z najlepszych utworów Oldfielda: Woodhenge. Na tle hipnotycznego, wywijającego się z mroku pulsu ksylofonów, rozbrzmiewa zaspana improwizacja gitarowa, zgrzytliwymi dźwiękami otwierając drogę całej lawinie sunących przez ciemność dźwięków zagranych na najrozmaitszych możliwych instrumentach perkusyjnych i różnorakich "przeszkadzajkach" - w finale pojawią się nawet głuche, zardzewiałe tony dzwonów rurowych. Kolejna miniatura to pierwsza pełnoprawna piosenka Oldfielda (nie licząc On Horseback z finału Ommadawn, która była po pierwsze raczej epizodem całej suity, nie wyszczególniona na kopercie jako osobny utwór, po drugie zaś kojarzyła się raczej z tradycyjnymi irlandzkimi balladami aniżeli z typową piosenką pop). Piosenka śpiewana przez Wendy Roberts nosi tytuł Sally i nie można odmówić jej pewnego uroku zwłaszcza ze względu na nieco staromodną aranżację nawiązującą do przebojów z lat 50-tych. Kolejny utwór to dowcipne, przewrotne połączenie stylu Irish jig i… punk rocka - zresztą tytuł Punkadiddle mówi sam za siebie. Album wieńczy przeróbka piosenki I Got Rhythm George'a Gershwina, jak na ironię bardzo rozciągnieta w czasie, z pełnej swingowego rytmu miniatury przemieniona w niebywale upatetycznioną balladę. Sama koncepcja nie jest zła, trochę może tylko przeszkadzać nader egzaltowany wokal Wendy Roberts, który w przeciwieństwie do jej partii wokalnej całkiem udanej piosenki Sally zbliża niebezpiecznie cały utwór w rejony festiwalu Eurowizji... Na szczęście Mike Oldfield ratuje instrumentalne fragmenty piosenki wdzięcznymi gitarami, pokazując, że z tak skromnego elementu jak opadająca skala durowa i następnie wznoszący się system chromatyczny, można stworzyć elegancką solówkę gitarową.

    Igor Wróblewski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    42,94 zł
  • Mike Oldfield | Q.E. 2 (deluxe)

    Mike Oldfield | Q.E. 2 (deluxe)


    Płyta QE2 nieco ginie między ostrzej, wyraziściej i zdecydowaniej brzmiącymi płytami Platinum (1979) i Five Miles Out (1982), nie trafił na nią żaden doprawdy wielki przebój, utwory rozwijają się w dość nieśmiały sposób - dlatego też płyta ta jest w dyskografii niedoceniana. Szkoda, ponieważ składają się na nią naprawdę interesujące utwory, wyznaczające szlak kolejnym logicznym metamorfozom muzyki brytyjskiego kompozytora i multiinstrumentalisty.
    Album otwiera 10-minutowa suita Taurus 1, pełna frapujących melodii i polifonicznych wariacji. Znakomite wejścia ma tutaj przesterowana, żarliwa gitara, bardzo intrygująco brzmią też wyłaniające się z szybkiego, szeleszczącego rytmu w epizodzie finałowym tej kompozycji rozmaite syntezatorowe brzmienia któryc nie powstydziłby się Isao Tomita. Za zestawem perkusyjnym zasiadł natomiast nie kto inny niż sam Phil Collins, perkusista opuszczającej stopniowo teren art-rocka ale pozostającej wtedy nadal jeszcze w rejonie muzycznych poszukiwań grupy Genesis. Choć suita Taurus 1 nie brzmi jeszcze aż tak porażająco jak jej kontynuacja zaproponowana na albumie Five Miles Out, jest ona już dobrym przykładem na to, jak Mike Oldfield nie zmieniając charakteru i temperamentu swej muzyki potrafi umiejętnie kompresować ją do formatu nie większego niż dziesięciominutowy, podczas gdy na wcześniejszyc albumach zamieszczał kompozycje trwające co najmniej dwa razy tyle. Styl dominujący na płycie QE2 wykrystalizował się już zresztą na koncertowym albumie Exposed (1979), gdy Oldfield eliminował ze starszych swych kompozycji statyczne, długie epizody, proponując w zamian zwarte swobodne improwizacje, eksponując partie syntezatorów i ozdabiając utwory konkretnie brzmiącymi riffami i drobnymi ornamentami. Wysokie, rozedrgane dźwięki syntezatorów, charakterystyczne dla większości utworów z płyty QE2 narodziły się zaś właściwie już w pierwszym fragmencie drugiej części suity Incantations (1978).
    Poza Taurus 1 brak tu długich bądź niespiesznie rozwijających się utworów. Tytułowa kompozycja albumu trwa ponad 7 minut, ale składa się właściwie z dwu odrębnych części, wolnej i dynamicznej, stanowiących parafrazy tego samego tematu: temat ten zresztą oscyluje wokół jednej z melodycznych figur kompozycji Taurus 1. Utwór QE2 jest oryginalny ze względu na interesujące połączenie brzmień instrumentów dętych tak różnych jak klasyczne waltornie oraz irlandzkie dudy. Gitara wślizguje się między te dźwiękowe warstwy i rozsypuje całe kaskady lśniących, ze swobodną wirtuozerią wydobywanych wysokich dźwięków. Spośród krótkich kompozycji niewątpliwie najdoskonalszą jest Conflict, pełna wyrazistych, kąśliwych riffów przesterowanej gitary, kipiąca na hipnotycznym tle afrykańskich bębnów, wzbogacona ciekawie brzmiącym cytatem z Badinerie z Suity Orkiestrowej nr 2 Johanna Sebastiana Bacha. Mirage brzmi zupełnie inaczej niż muzyka wypełniająca album Mirage Klausa Schulze - to dynamiczny, skonstruowany na chwiejnym rytmie utwór, wywiedziony z jednej prostej figury gitarowej, zagrany jednak tak porywająco i z taką finezją, że właściwie w ogóle nie wpada w ucho iż gitara trawestuje w różnych (in)tonacjach ten sam motyw! Znakomicie brzmi tutaj też sfera rytmiczna, pełna burzliwych wejść sekcji dętej oraz oscylujących wokół zimnego motywu vocoderów i syntezatorów.
    Dwa inne utwory - Sheba i Celt - to teoretycznie piosenki (występuje tu po raz pierwszy Maggie Reilly, znana z późniejszych hitów Oldfielda Moonlight Shadow i To France), ale mają one raczej znamiona popowo-jazzowych, podelektronizowanych improwizacji, skoro Reilly wykonuje w obu przypadkach wokalizy bez słów, a instrumenty Oldfielda w krótkich sekwencjach "ścigają" się z głosem, obudowując utwory błyskotliwymi ozdobnikami. Finałowa kompozycja to jednominutowe zaledwie scherzo, Molly: gitara intonuje pogodny, moze z lekka tylko nostalgiczny motyw, który nie zdąża się rozwinąć, bowiem w momencie, w którym każdy słuchacz oczekuje rozwiązania oraz wzmocnienia głośności, całą muzyka raptownie milknie i album dobiega końca.
    P.S. Na płycie tej znalazły się też dwie przeróbki cudzych utworów, które Mike Oldfield nagrał ponoć za namową ludzi z wytwórni Virgin. Pierwsza z nich, Wonderful Land z repertuaru The Shadows, opracowana bardzo podobnie jak wersja oryginalna, jest porywająca i znakomicie zaaranżowana, zilustrowana nawet została sympatycznym teledyskiem. Oldfield zresztą oddał hołd gitarowej grupie The Shadows raz jeszcze na albumie Guitars, aranżując finałową część suity Four Winds w sposób charakterystyczny dla Hanka Marvina i jego "Cieni". Niestety dobre wrażenie, jakie zapewnia album jako całość, psuje nieco przeróbka druga, mianowicie Arrival z odpustowego repertuaru grupy Abba - tym bardziej, że Mike Oldfield tak naprawdę nie odcisnął na niej przynajmniej własnego piętna, tylko potraktował ją bardzo zachowawczo, a trudno nazwać ją genialnym utworem…

    Igor Wróblewski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    110,39 zł