Ash Ra Tempel

Joinn Inn (remastered)

69,88 zł

Ash Ra Tempel | Joinn Inn (remastered)

Tagi albumu: Ash Ra Tempel | Joinn Inn (remastered), MG Art, Ash Ra Tempel, muzyka elektroniczna, ambient, Tangerine Dream, Klaus Schulze, Vangelis, Jarre, electronic music, Kraftwerk

AUTOR Ash Ra Tempel
PRODUCENT MG Art
NUMER 114
ROK WYDANIA 2011 (1973)
MEDIA 1CD
OPAKOWANIE JEWELCASE
Kod produktu 006397
POPULARNOŚĆ

Lista utworów

Freak'n'Roll [19:15]
Jenseits [24:18]

Opis


Ash Ra Tempel powraca na jedną nocną sesję w legendarnym składzie: Manuel Göttsching, Hartmut Enke, Klaus Schulze. Mamy tutaj typową dla projektu organizację longplaya: jeden dynamiczny utwór oraz jedna zamyślona kompozycja. Album otwiera zgrzytliwe, surowe Freak ‘n’ Roll z charakterystycznymi dialogami gitarowo-basowymi oraz skwierczącą perkusją – wprawdzie wielu recenzentów twierdziło już, iż "rockowe" kompozycje Ash Ra Tempel są w porównaniu z muzyką innych przedstawicieli "rocka psychedelicznego" raczej przeciętne i mało nowatorskie (niektórzy określali już nawet "Freak 'n' Roll" jako "chaotyczny koszmarek"), ale jednak jest to 19-minutowy kawałek historii krautrocka opowiedzianej w nie aż tak nieciekawy sposób (a miłośnicy Klausa Schulze mogą do woli nasłuchać się mistrza kombinującego za zestawem perkusyjnym, a nie baterią klawiatur albo stołem mikserskim...). Prawdziwym klejnotem jest za to drugi utwór, niesamowite Jenseits o zimnej, odrętwiałej atmosferze od razu przywołującej na myśl słoneczne, ale jednocześnie oszronione i oblodzone górskie łąki, po których przechadza się cień Rosi snujący wyblakłą, posmutniałą miłosną opowieść. Najważniejsze są tutaj poza narracją oczywiście klawiszowe plamy rozmazywane impresjonistycznie przez Schulzego, na które raz po raz skapują ołowiane krople dźwięków gitary basowej. Nader fascynująca płyta ciekawa nie tylko jako dokument w dziejach krautrocka.

I. W.


Freak'n'Roll bardzo mi przypomina brzmienie Jimi Hendrix'a i jest to dobre i piękne brzmienie. Trochę nie pasujące do tego, co dziś sądzimy o Ash Ra Tempel czy Manuelu Gottschingu. To były takie własnie czasy. Jenseits jest przecudowną opowiescią o... właśnie, o czym? Mam wrażenie, iż wyzwalająca indywidualne wrażenia u każdego, kto się w to wsłucha. Ja odczuwam spokój, ale z lekkim podnieceniem. Umysł na chwilę odpływa w nieznane wizje i wraca seria dreszczy w całym ciele. I tak się trwa oczekujac kolejnych wizji i dreszczy.

???


Trochę rozczarowany najnowszymi płytami herosów elmuzyki coraz częściej sięgam po starsze dokonania klasyków gatunku, szukając tam głębszych artystycznych doznań. Niełatwe to zadanie ale czasami przynosi efekty. Na krążku Join Inn pierwszy rock'n'rollowy koszmarek można sobie darować, natomiast 24-minutowy Jenseits to jedno z lepszych dokonań Manuela Gottschinga i jego przyjaciół w ich karierze.
Spokojna, wręcz nostalgiczna opowieść deklamowana półgłosem przez Rosi o romantycznych uniesieniach w ogrodzie, przedziela maratońskie popisy solowe lidera grupy, basisty Hartmuta Enke i goszczącego Klausa Schulze. Rzadko się zdarza aby improwizacje miały charakter tak spójny, a poszczególni muzycy sobie nawzajem nie przeszkadzali. Stosunkowo skromne instrumentarium, nie czyni jednak ubogiej treści. Podniosła muzyka ma charakter wybitnie relaksacyjny i takie też przynosi skutki. Bezmiar kosmosu oglądany wieczorem na plaży - podobne skojarzenia nasuwają się same. Od wydania tej płyty w 1973 roku minęło już prawie 27 lat a piętno czasu nie musnęło nawet trochę tej suity. Instrumenty nie brzmią archaicznie, klimat jest niepowtarzalny, aż prosi się o jeszcze.

Damian Koczkodon


W nagraniu tej płyty oprócz Manuela Gottschinga brał udział także Klaus Schulze, obsługujący prymitywne elektroniczne organy słyszalne w Jenseits. Poza nimi zagrali Hartmut Enke i Rosi, która wykonała partie wokalne. Album tchnie duchem minionych dawno lat narodzin muzyki elektronicznej. Właściwie jest to prawie wyłącznie gitarowe improwizowanie w otwartej formie, bez zarysowanego początku czy końca. Włączyłem płytę i poczułem się, jakbym wszedł do pokoju, w którym odbywa się sam środek jam session, najgorętsza część wielogodzinnego wspólnego grania. Pierwszy, chaotyczny utwór - Freak & Roll tak właśnie ciągnie się niezmiennie bez większych zmian nastroju, rytmu czy instrumentacji i cichnie po prawie dwudziestu minutach. Po chwili z nicości wyłaniają się rzewne, rozlane, powoli zmieniające się brzmienia Klausowych "orgel", na zawsze kojarzące mi się z brzaskiem w jakimś zapomnianym lesie hippisów. Troszkę przypominają te dźwięki właśnie legendarny Wschód słońca w trzecim systemie, powstały w tym samym roku. To chyba jedyne syntetyczne odgłosy na tej płycie, tak jak w całym Jenseits. Słychać w tle tylko niski bas oraz przerywane szepty i deklamacje Rosi, utrzymane w podobnym klimacie tajemniczości, mistycyzmu, melancholii... I tak do końca, muzyka urojenia, zwidów i wizji, może narkotycznych? Chyba jednak nie, narkotykiem jest, jak mówił Manuel Gottsching, sama muzyka.
Mimo swej oszczędności, wręcz lakoniczności to dobra płyta. Przede wszystkim jest istotnym świadectwem najwcześniejszych prób tworzenia niemieckiego kraut-rocka z pogranicza właśnie el-muzyki. Choćby dlatego warto "tego" posłuchać, tak jak Irrlicht czy Electronic Meditation. Poza tym - rarytas dla fanów Klausa Schulze i Manuela Gottschinga. I tylko okładka mogłaby być nieco bardziej informatywna, ale w wypadku tej muzyki, szczególnie starszej, nie ma co liczyć na zbytki. Są tylko nieliczne zdjęcia.

Michał Żelazowski

Inni klienci wybrali

Podobne albumy

Kup Przechowaj

Towar w magazynie

Wysyłamy do 1 dni
Dostawa w do punktu odbioru już od 12zł.
Przesyłkę dostarcza Poczta Polska lub Inpost.
Możliwy odbiór osobisty poza siedzibą sprzedawcy.

Napisz do nas