Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Generator.pl

(56 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Przemysław Rudź, Józef Skrzek | The Stratomusica Suite

    Przemysław Rudź, Józef Skrzek | The Stratomusica Suite

    Bestseller
    Wyobraźmy sobie, że wsiadamy do balonu i wolno poddajemy się sile wiatru, który niesie nas coraz wyżej i wyżej. Naszym celem jest stratosfera, gdzie zobaczymy kulistość Ziemi, a ponad nami prawdziwą czerń rozgwieżdżonego nieba. To miejsce gdzie przenikają się dwa środowiska - ziemska powłoka gazowa oraz zimny, głuchy i prawie niedostępny kosmos. Muzyka zawarta na płycie jest dźwiękową ilustracją takiej wyprawy na granicę światów. Fragmenty spokojne i melancholijne zmieniają się tu w mocne akcenty, kiedy nasz balon targany jest porywistymi prądami strumieniowymi. Gdy dotrzemy do celu podróży znów ukoi nas spokojna harmonia akordów w znajomym i słyszanym już gdzieś stylu. Album autorstwa Józefa Skrzeka i Przemysława Rudzia łączy ze sobą również dwa światy muzyczne. Legenda progresywnego rocka, lider słynnej formacji SBB, który ze swoim nieodłącznym Minimoogiem wiele wniósł też do rodzimej muzyki elektronicznej, oraz Przemysław Rudź, kompozytor młodszego pokolenia, następca i kontynuator dorobku Wielkich rodzimej sceny el-muzyki. Możliwość artystycznej współpracy z tak zacną osobistością zainspirowała go do skomponowania suity skierowanej do wymagającego i wrażliwego Słuchacza. Dajmy się jej ponieść. Muzyka stratosferyczna - The Stratomusica Suite!

    press info

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    40,00 zł
  • Vanderson, Przemysław Rudź | Remote Sessions

    Vanderson, Przemysław Rudź | Remote Sessions

    Bestseller Super cena
    Na polskim rynku muzycznym mieliśmy w poprzednich latach roku premiery udanych kolaboracji artystów grających klasyczną muzykę elektroniczną. Albumy te nasycone były ambientem oraz stylem Szkoły Berlińskiej. Można tutaj wymienić m.in. album Unexplored Secrets Of REM Sleep, który spotkał się z dużym zainteresowaniem wśród polskich fanów muzyki elektronicznej ze względu na zimny i mroczny klimat oraz "zderzenie" dwóch znanych polskich wykonawców muzyki elektronicznej w Polsce – Władysławem Komendarkiem i Przemysławem Rudziem. W tym miesiącu będziemy mieć do czynienia z nadejściem, tzw. fali młodszego pokolenia. Idąc za ciosem, Maciej Wierzchowski stworzył udany projekt Remote Sessions we współpracy ze znanym gdańskim kompozytorem, Przemysławem Rudziem. Ten album można śmiało zadedykować wszystkim, którzy kochają astronomię, Kosmos oraz nieznane, kosmiczne światy. Na albumie można znaleźć surowe, pulsacyjne dźwięki, dynamiczne sekwencje i finezyjne melodie. Już od pierwszego utworu Journey To The Northern Land duet Vanderson & Rudź przedstawił słuchaczowi interesujący kolaż dźwiękowy. Przez cały okres trwania pierwszego utworu mamy do czynienia z dźwiękową, wznoszącą się falą abstrakcyjnych szumów, sekwencji i melodii, które wzbogacone zostały o wokoderową narrację kapitana statku międzygwiezdnego. W tle usłyszymy piękną, melancholijną solówkę Rudzia oraz mocne sekwencje grane przez Wierzchowskiego. Drugi utwór Leaving The Earth jest mroczniejszy od poprzedniego. Wykorzystano tutaj efekt ucieczki dźwięków, które wraz z początkiem rosną, a potem nagle maleją, by w końcu zaniknąć. W drugiej części tego utworu, aby ten dźwiękowy obraz był bardziej subiektywny, duet Vanderson & Rudź uatrakcyjnił muzyczne tło, o zimne, "metalowe" partie syntezatorów oraz wspomnianą już wyżej narrację kapitana. Mój ulubiony utwór to właśnie Far Away From Here. Artyści znakomicie wczuli się we frapujący klimat gwiezdnej podróży. Mellotronowe dźwięki, wsparte przez delikatny, perkusyjny beat oraz solówkę a'la Mini Moog graną przez Przemysława Rudzia powodują, że kompozycja ma podniosły charakter. Czwarty utwór – Lonely Dot, to fortepianowa i b-mollowa impresja wyrażająca tęsknotę za ojczyzną, czyli za planetą Ziemia. Wspomnienia astronautów o szumie morza, zielonych krajobrazach, górzystych widokach, kwitnącej przyrodzie zostały barwnie zaaranżowane i zagrane przez muzyków w klimacie znanego greckiego kompozytora. Płytę zamyka udany utwór Sound Of Scattered Waves, który utrzymany został w klimacie el-muzyki lat osiemdziesiątych. Kończąc, chciałbym powiedzieć, że to dzieło nadaje się jako wyśmienite tło ilustracyjne do opowiadania, lub do filmu poświęconego kosmicznej tematyce. Z pełną satysfakcją polecam ten album wszystkim słuchaczom i fanom, którzy wychowali się na klasycznej muzyce elektronicznej lat osiemdziesiątych. Remote Sessions jest pierwszym, udanym albumem duetu Vanderson & Rudź. Jest bardziej barwny i stonowany od poprzednich albumów Vandersona. Mam nadzieję, że następne produkcje będą równie udane, jak Remote Sessions.

    Marcin Melka



    Przemysław Rudź i Vanderson, zdążyli już chyba na stałe wpisać się w pejzaż rodzimej elektroniki. Dali też ponieść się fali różnego rodzaju kolaboracji. Ten akt twórczej synergii, wymiany myśli i doświadczeń nierzadko owocuje wyborną muzyką. Tak jest też i w wypadku ich wspólnej płyty Remote Sessions. Nagrana w domowym studiu Vandersona, jest właśnie tą wspomnianą platformą wzajemnej interakcji. Tych 5 utworów, to rzecz jasna wypadkowa unikalnych stylów obu artystów. Fundamenty na których zbudowane są kompozycje z Remote Sessions, sięgają przełomu lat 70/80, kiedy to muzyka elektroniczna z impetem wkraczała na salony. Bloki sekwencyjnych tekstur, wraz z ich podstawą rytmiczną to dzieło Vandersona. Nie boi się czerpać z bogatej tradycji w duchu Klausa Schulze czy Tangerine Dream. Jednakże ta płyta nie jest tylko staroświecką produkcją, dla sfiksowanych szaleńców dla których czas zatrzymał się w latach '70. Te powiewy świeżości i nowoczesności, to działka Przemka Rudzia. Można odnieść wrażenie iż w sferze muzycznej doskonale przekłada swoje doświadczenia z kręgu astronomii. Nasyca ową tkankę wytworzoną przez Vandrsona, ogromną dawką space elektroniki i kosmicznego ambientu. Dzięki temu Remote Sessions układa się w fascynującą opowieść, utrzymaną w duchu sciene- fiction. I na dobrą sprawę nie ma znaczenia czy słuchamy otwierającego całość, chłodnego Joureny To The Northern Land, środkowego Far Away From Here czy finałowego Sound Of Scattered Waves. Album Remote Sessions to doskonale zespolona, jedna całość. I tak należy go odbierać. To solidna dawka elektroniki, która godzi klasyczne wzorce i nowoczesne podejście do sprawdzonej już formuły.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł
  • Odyssey & We Are The Hunters

    Odyssey & We Are The Hunters

    Bestseller Super cena
    Odyssey, pod tą nazwą kryje się Tomasz Pauszek. Pochodzący z Bydgoszczy dyplomowany dyrygent. Po drugiej stronie barykady mamy formację We Are The Hunters. Tworzą ją dwie tajemnicze persony ukryte odpowiednio pod ksywkami: Sentionaut i Synthembryo. Niewiele jest na ich temat widomości w sieci, w związku z tym mogą pretendować do miana bycie "elektronicznymi The Residents". Odyssey zaprezentował nagranie The Four Elements, które rozciąga się do 32 minut. To przegląd bogatego bagażu dźwięków, które Pauszek prezentuje. Mając obycie z muzyką klasyczną i tu przemyca nieco monumentalne formy. Jego elektronika buzuje fosforyzującymi, sekwencyjnymi blokami. Gdzieś w tle majaczą się wpływy Klausa Schulze, z jego najlepszego okresu czyli z lat '70. Utwór The Four Elements rozwija się niespiesznie, co i raz odsłaniając kolejne niuanse brzmieniowe. Podobnie ma się rzecz z utworem sprokurowanym przez We Are The Hunters. Kompozycja Environmental Energy, plasuje się bliżej estetyki ambient. Ta kosmiczna elektronika zbliża się czasem do space pasaży ala Pete Namlook. W kolejnych minutach trwania tego utworu We Are The Hunters, jeszcze mocniej podkreślają technologiczne aspekty tego nagrania. A to wszystko dzięki temu, iż Environmetal Energy pulsuje syntetycznymi zadrapaniami, skwierczeniami i wyładowaniami owych elektronicznych energii. Niby dwa odmienne spojrzenia, ale warto zapoznać się z obydwoma. Udanie się uzupełniają, porywając w tajemniczą i niezbadaną przestrzeń.

    R. M.



    There is a few, almost not at all to tell the truth, information on this last find from the Polish label Generator.pl Odyssey & We are the Hunters is an eponym album which contains two long musical pieces with very Berlin School aromas, composed by Odyssey (The Four Elements) and We are the Hunters (Environmental Energy) and produced by Tomasz Pauszek, the man behind Odyssey. We know Odyssey to have been charmed by his fascinating electronic symphony; Music for Subway in 2012. We know on the other hand a little less We are the Hunters, a very discreet, subdued band which does into big ambient vintage Berlin School. The collaboration between both electronic entities could not thus give something uninteresting. And it's exactly what waits for us with this delicious album full of memories of the analog years.
    It's in the ambiospherical precepts dear to the psychedelicosmic structures of the analog years that begins The Four Elements. The water oozes from the walls of a cosmic volcano, where the layers of a morphic synth are floating and boiling in organic tones. Fine sequences dance in their spheroidal shadows, shaping a static dance which spins in these lunar synth layers which make all the beauty of an introduction closer to sound experiments than well ordered structures. Then the silence widens its veil of mystery from the 7th minute, except for silvery gurglings which sparkle such as the lapping of a brook of prisms. This is there that is hatching a fascinating lunar ballad which swirls like an allegorical carousel under solos and cosmic sound effects. The ambience is fascinating and our eardrums are gobbling up this fusion of sounds which give a strange sonic show, whereas the synth is whistling some soft solos which adopt the airs of this melodic ritornello. The ambiences change of skin at around the 16th minute while that The Four Elements starts a beautiful structure of rhythm which undulates passively on good bass pulsations, sober electronic percussions and sequences which flicker in structures of criss-crossed underlying rhythms. Odyssey offers us a strange colorful synth-pop where Jean Michel Jarre's tribal, cosmic and rhythmic influences get mix in the robotics melodies of Kraftwerk. This phase of rhythm amplifies its velocity with a funk approach where the undulations gurgle of organic tones in some ethereal voices and these deep shouts which exhilarate the eardrums since the opening of this strange space-funk. We have already crossed the bar of 23 minutes when the heavy and vibrating pulsations stop and that The Four Elements kisses a phase more melodious, even melancholic, with a soft electric piano which scatters its pensive notes in the discreet chirping of a synth. It's a brief rest of 3 minutes before that some sequences begin to be champing at the bit and before that The Four Elements turns on itself in search of a rhythmic direction. The arpeggios swirl intensely under the cooings of a dreamy synth whereas that a sneaky whirlwind of sequences makes spin the last minutes of The Four Elements. Some bass and crystal clear sequences which get mix and whirl in a superb rhythmic chassé-croisé, laying the lines of a very good circular rhythm a la Jarre that rattling percussions and motionless twistings are surrounding in a cosmic mood from where filter soft solos full of analog fragrances. The first 13 minutes of Environmental Energy are a symphony of organic noises which gurgle in a dense ambiosonic broth where sing twisted lamentations from a synth tinted with the psychedelic perfume of Klaus Schulze's vintage years. Pulsations beat the languor around 13 minutes, bringing Environmental Energy towards a bubbling static movement where the bass sequences pulse and oscillate heavily on a linear movement decorated by sparkling arpeggios among which the ringings, as well as the chthonian airs, will be the only harmonies of this cosmic sound whirlwind which is reminiscent of the late Michael Garrison. Candy for old ears!
    Odyssey & We are the Hunters is a real musical journey in the time of the analog rhythms. It's a more experimental side of the Berlin School style with a subtle zest of French School such as developed by Jean Michel Jarre. If we like these ambient rhythms which hypnotize and seduce due to their sonic pallets, we shall be more than delighted by this surprising album that made me dusted my old albums from Klaus Schulze and Michael Garrison. To be tamed for the greater pleasure of our ears.

    Sylvain Lupari

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    29,00 zł
  • Przemysław Rudź | Discreet Charm of an Imperfect Symmetry

    Przemysław Rudź | Discreet Charm of an Imperfect Symmetry

    Bestseller Super cena
    Przemysław Rudź, jedna z czołowych person na rodzimej scenie elektronicznej. Jego muzyka często korespondowała z tematyką science- fiction. Dzięki temu miała właśnie tak niezwykły klimat. Przemek spoglądał też w kierunku sekwencyjnej elektroniki w duchu lat '70, echa Tangerine Dream czy Klausa Schulze były widoczne w jego twórczości. Jednak teraz przyszedł czas na zmiany. Płyta Discret Charm Of An Imperfect Symmetry te zmiany zwiastuje. Tym razem artysta podzielił ten materiał na trzy części, odpowiednio zatytułowane Movement. Jak sam wspominał idea powstania tej płyty narodziła się podczas jednej nocy. W dwie następne niemal gotowy był koncept całości, bo w sumie ta muzyka idealnie sprawdza się właśnie w nocy. Rudź niemal zupełnie odszedł tu od sekwencyjnych tekstur, począwszy od otwierającej całość kompozycji Movement 1, dźwięki wynurzają się z nicości. Ambientalne plamy rozlewają się wszędzie niczym woda, szczelnie wypełniając tę przestrzeń. Jednak z czasem za sprawą gitarzysty Jarka Figury i perkusisty Marka Matkiewicza, muzyka skręca w kierunku psychodelii w duchu Pink Floyd. Mimo tego cały czas w tle sączy się ambientalna elektronika. Podobnie w najdłuższym, blisko 30-minutowym Movement 2, Przemysław Rudź w podobny sposób nakręca całość. Jedynie ostatnia odsłona to doskonale spajający to wszystko ambient. To faktycznie początek nowej drogi, a dokąd ona prowadzi przekonamy się z pewnością na kolejnych wydawnictwach.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł
  • Yarek | Last Train to Berlin

    Yarek | Last Train to Berlin

    Bestseller Super cena
    Yarek (Jarosław Degórski), artysta plastyk, realizator dźwięku, producent telewizyjny, twórca muzyki elektronicznej. Debiutował kompozycją Elegia śmierć planety. W latach 2005-2008 organizował festiwal "Elektroniczny Woodstock". Od kilku lat szuka inspiracji w muzyce trance. Jak wskazuje sam tytuł Last Train To Berlin to jego pożegnanie ze "szkołą berlińską". Jednak na tym "ostatnim" albumie Yarek daleki jest od kopiowania swoich idoli w rodzaju Klausa Schulze czy Tangerine Dream. Oczywiście śmiało wykorzystuje sekwencyjne motywy, ale oprócz tego przemyca wspomniane wyżej trance'owe inspiracje. Muzyka zyskuje nieco nostalgiczny, kosmiczny wymiar ale kiedy trzeba łapie ów trance'owy nerw. Jak sam mówił jego obecną pasją jest psychodeliczny rock i właśnie w tym kierunku zamierza pójść. Na Last Train To Berlin delikatnie przemyca jeszcze wpływy etno, nadając nieco niektórym kompozycjom plemienną obrzędowość. Jednocześnie przenika te utwory wschodnia duchowość. Znakomity materiał utrzymany z jednej strony w starym stylu, ale nie stroniący od nowinek. Bardzo udane pożegnanie, wypada tylko czekać na nowe płyty Yarka. Zapewne już w odmienionej stylistyce.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł
  • Noryani | Southeast 225

    Noryani | Southeast 225

    Bestseller Super cena
    Drugi raz już mamy okazję słuchać nagrań projektu Noryani za sprawą nowego albumu wydanego przez Generator.pl. Oto przykład, jak świeżo może brzmieć muzyka z pogranicza tradycyjnej elektroniki, melodyjnego chill-outu i wielopłaszczyznowego ambientu z atmosferycznymi naleciałościami muzyki klasycznej i filmowej. Southeast 225 to zróżnicowany album z dźwiękowymi fotografiami, które przy każdym przesłuchaniu odsłaniają inną tajemnicę. Album otwiera nostalgiczna mozaika bardzo chwytliwych pasaży brzmieniowych, usytuowanych nastrojowo gdzieś między Antarctica Vangelisa a Meet Next Life duetu Isan: bardzo udana wypadkowa tradycyjnego oraz poszukującego stylu. Za sprawą drugiego utworu możemy dokładnie prześledzić, jak z kolei mogłaby wyglądać współpraca Daniela Pembertona z Edgarem Froese; nie zapominajmy jednak, że to tylko próba przybliżenia nastroju wyczarowanego tutaj przez innego artystę, jeszcze nie tak znanego, a najwidoczniej dysponującego podobnym potencjałem. Trzeci utwór to jak dotąd moja ulubiona pozycja na krążku - ależ podobać się może to piorunujące zestawienie huczącej perkusji w średnim tempie oraz hipnotycznych ścian akordowych przesuwających się na pierwszym planie! Czy znów posłużyć obrazowym skojarzeniem, co to za synteza? Wyobraźmy sobie zatem spotkanie Biosphere i Fever Ray, ale znów w jedynym w swoim rodzaju stylu wymyślonym przez Noryani.
    Czwarta impresja przywodzi mi na myśl zamglone pejzaże morskie Josepha Turnera, jakby ledwo dostrzegalne przez zielonkawą, pożółkłą albo błękitną mgiełkę. Ten utwór w czarodziejski sposób łączy duże pokłady melancholii z dużymi pokładami nadziei i optymizmu. Piąta pozycja to przyczynek do silnie zrytmizowanego mariażu klimatycznej elektroniki sekwencyjnej i mroczniejszego elpopu. Tak prawdopodobnie brzmi sen manekinów wystawowych, o których w 1977 roku opowiadała nam grupa Kraftwerk...
    Szósty utwór za sprawą charakterystycznie brzmiącego fortepianu z miejsca skojarzył mi się z nowszymi opowieściami Mike'a Oldfielda, szczególnie tymi z podwójnego albumu Light / Shade. Także tutaj mamy podobnie przestrzenne brzmienie i dowolność skojarzeń przy jednoczesnej kuszącej, natychmiast uwodzącej melodyce. Ile jednak jest miejsca pod tymi rozsianymi na kawowym niebie fortepianowymi gwiazdami...
    Kompozycja siódma to kolejne frapujące zestawienie huczących, hipnotycznych bębnów z pradawnych eskimoskich opowieści oraz rozwibrowanej, zimowej elektroniki przyprawionej swoistą nostalgią. Utwory ósmy i dziewiąty to praktycznie gotowe tematy filmowe do nieistniejących jeszcze obrazów. Znów tyle udało się tu wyczarować przestrzeni, że materiału na skojarzenia na pewno nikomu nie zabraknie. To po prostu sama muzyka, którą widać w ruchu, której harmonie nie tylko można usłyszeć, ale i śledzić na ekranie – naprawdę polecam wsłuchać się w te specyficzne opowieści po ciemku, nie rozpraszając się niczym innym. W dziesiątej opowieści ścierają się ze sobą dwa temperamenty - zwątpienie i odwaga, melancholia i otwartość ducha, fortepianowe piękno i swoista szorstkość pozostałych instrumentów.
    Finałowa kompozycja to piękny, podniosły komentarz do jakiejś zapomnianej celtyckiej legendy, dźwiękowy suplement do sczerniałych rycin znalezionych znienacka pośród powracających fal bezkresnej łąki o świcie. Jak się buduje takie elektroniczne zamki? Nawet wiele kolejnych przesłuchań nie pozwoli nam znaleźć odpowiedzi na to pytanie, zapewni nam za to kolejne godziny niepowtarzalnych snów na jawie - warto!

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł
  • Przemysław Rudź | Pain/tings

    Przemysław Rudź | Pain/tings

    Bestseller Super cena
    Byłem całkowicie zaskoczony, słuchając po raz pierwszy płytę Paitings Przemysława Rudzia. Muzyka zimna, stalowa, pełna chłodu, niczym puste przestrzenie ogarniającego nas Wszechświata. Takiej muzyki gdański muzyk wcześniej nie nagrał. Paintings to ambientowa wędrówka dźwięków po tajemniczym świecie Przemysława Rudzia. Na płycie znalazło się 6 utworów, które są ze sobą powiązane w jedną ciągłą suitę. Podczas słuchania nie przeszkadzało mi to, że muzyka jest momentami tak lodowata. Czasami odniosłem wrażenie, że artysta w niektórych fragmentach zagrał jak Pete Namlook z niektórych części z serii The Dark Side Of The Moog. Początek płyty jest ciekawy. Otóż w pierwszym utworze (Hidden Nooks Of Our Ego) zagranym wspólnie z Adamem "Smokiem" Bórkowskim pojawia się wizja niesamowitych krajobrazów, malowanych różnymi barwami dźwięków oraz akordów. Cały czas ma się wrażenie, że one pulsują, ogarniają słuchacza swoją kolorystyką i wciągają w ten klimat. W drugiej połowie utworu pojawiają się intrygujące sekwencje, rodem z tzw. "szkoły berlińskiej". Bardzo ciekawa końcówka pierwszego utworu - dźwięki syntezatorów "falowały" niczym muzyka grana przez Jean-Michel Jarre'a na płytach Oxygene oraz Equinoxe. Sowers Of Interstellar Intellects - to dobry utwór, w którym dźwięki oraz kontrast są spotęgowane niepokojem, grozą przebywania w niegościnnej przestrzeni zimnych karłów oraz osamotnionych, wypchniętych planet poza układy słoneczne oraz niebezpiecznego pulsowania kwazarów. W trzecim utworze Cosmic Primordial Soup muzyk przedstawił interesujący, dźwiękowy pejzaż tworzenia się nowego układu planetarnego. W podobnym nastroju skomponowane zostały następne utwory: Who Goes There? oraz Astral Beings Hatchery. Who Goes There? - to nagranie bardzo mi przypomniało nastrój podczas słuchania płyt wykonawców z ery krautrocka: Klausa Schulze (Cyborg), Tangerine Dream (Atem) oraz Popol Vuh. Leniwe, melancholijne dźwięki, wspomagane przez klawisze syntezatorów tworzą zarysy muzycznych, często zakrzywionych przez modulacje dźwięków, czarno - białych obrazów. Ostatnia część suity, to długi utwór Misanthropic Aliens. To mój ulubiony kawałek na tej płycie. Ta kompozycja zamyka wędrówkę po tajemniczym świecie planet, gwiazd, kwazarów, astralnych malowideł. Przez cały czas słuchania Misantrophic Aliens odnosi się wrażenie, że ten niedostępny, chłodny, szary i przenikliwie zimny świat za chwilę stanie się cieplejszy. W końcowych minutach suity pojawia się światło, które próbuje rozświetlić mroczne klimaty tej muzyki. I w końcu to się udaje. Delikatne, sekwencyjne dźwięki oraz perkusja rodem z Picture Music Klausa Schulze nadaje tej suicie pewien dynamizm. Przemysław Rudź kończy tę suitę naprawdę cudowną solówką.

    Marcin Melka



    Płytę otwiera atonalny melanż zmasowanych odgłosów cywilizacji. To mroczne intro skojarzyło mi się nieco z nowymi propozycjami Depeche Mode, zatem tym bardziej wyostrzyłem słuch - moje kolejne skojarzenie z DM nasunął tytuł Pain/tings, czyli w wolnym tłumaczeniu "Obrazy bólu"; czyżbyśmy mieli tu, jak na Playing The Angel grupy Martina Gore'a, do czynienia z "wariacjami na temat bólu i cierpienia w różnych tempach"? Intro trwa już cztery minuty i w każdej chwili może wykluć się cieplejszy ton, rozpoznawalna harmonia... nadal jednak zaciekawieni poruszamy się zupełnie po omacku. Duży plus za skonstruowanie tak fascynującego początku albumu.
    I oto prawie na równi z wybiciem piątej minuty pojawia się majestatyczny akord w dobrym, starym stylu, kojarzącym się z zamglonymi śnieżnymi pejzażami Klausa Schulze! Zimowa impresja nadal jest ponura i mroczna, teraz jednak zdecydowanie bardziej dryfuje w stronę "berlińskiego pra-ambientu" aniżeli abstrakcyjnych struktur click-ambientu, co mogła sugerować introdukcja. Przemysław Rudź maluje posępne, lodowe miraże w sumie przez bez mała 24 minuty - rewelacyjne otwarcie płyty będącej nawiązaniem do przeszłości i zarazem śmiałym spojrzeniem w przyszłość. Kompozycja druga od pierwszych dźwięków utrzymana jest w podobnej atmosferze, niemniej jednak tutaj pokrywa lodu wydaje się stopniowo pękać, by odsłonięte zostać mogły wyrazistsze elektroniczne kreski konstruujące niecodzienne pejzaże. Utwór zdaje się mieć wyrazistsze kontury, ale nadal muzyka czai się niespiesznie pod kopułą niebezpiecznie ołowianego nieba. Na wysokości piątej minuty na niebie zarysowują się pierwsze odcienie błękitu, niemniej jednak w tle wciąż panuje złowieszczy metaliczny wicher... Do końca kompozycji nie pojawią się żadne beaty, żadne sekwencje, natomiast cały utwór jeszcze się uprzestrzenni...
    Trzecia impresja to swoistego rodzaju interludium, Rudź szkicuje tu najwyrazistszą jak dotąd melodię, nadal jednak nie widać na elektronicznym niebie słońca – co najwyżej wypolerowany lodowy guzik... Rewelacyjny utwór czwarty przynosi ze sobą smolisty mrok niczym z obrazów El Greco. To najbardziej zrytmizowana kompozycja na płycie, ale nie trzeba chyba dodawać, że tempo jest dość wolne, a akcenty rytmiczne przyczajone, skupione i introwertyczne. Wspaniały nastrój - niczym z Hush Hour Wolframa Spyry!
    Przedostatni utwór stanowi drugie krótkie interludium, z jednej strony mamy tutaj lejące się akordy, w których odbija się raz po raz snop wschodzącego słońca, z drugiej strony mamy tutaj natychmiast zamarzające krople abstrakcyjnej, niemalże atonalnej sekwencji wychylającej się nieprzerwanie spod pogodniejszych głosów...
    Finał trwa prawie 17 minut i jest przejmującym elektronicznym snem, subtelnie ozdabianym skromnie dozowanymi solami w dawnym stylu, generalnie i tutaj jednak panuje półmrok, abstrakcyjna zaduma i lodowatość... Aż zupełnie znienacka w 10 minucie trwania utworu wyłania się bardzo melodyjna, ruchliwa sekwencja, a w tle z głośnym hukiem pękają całe lodowe kry. W dwunastej minucie pojawia się też ścieżka perkusyjna, a niedługo potem cała paleta barw kojarzących się z Tangerine Dream połowy lat osiemdziesiątych wschodzi na białym horyzoncie i rozświetla go płynnym, czerwonym blaskiem! Mocne zakończenie bardzo treściwej płyty. Tak szybko minęło prawie 75 minut? Na szczęście podróż w rejony, o których pierwszy raz doniósł światu w 1977 roku Klaus Schulze, można odwiedzić za sprawą tego niezwykłego krążka jeszcze wiele razy, do czego bardzo zachęcam...

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł