Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Generator.pl

(55 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Odyssey | Music for Subway - Symphony for Analogues

    Odyssey | Music for Subway - Symphony for Analogues

    Bestseller Super cena

    CD1
    Z ciemności wyłaniają się wagony metra - wsiadamy w dźwiękową podróż przez podziemne labirynty. Po upływie niespełna dwóch minut czysty environmental przeradza się w fantastycznie rozedrganą sekwencyjną suitę, podminowaną efektami kojarzącymi się z płytami Jean-Michela Jarre'a Oxygene i Equinoxe. Zważywszy solidnie wyprodukowaną ścieżkę rytmiczną, utwór ten mógłby też był wyjść spod pióra Wolframa Spyry...
    Introdukcja płynnie przechodzi w obły, aerodynamiczny ambient przepajający kompozycję drugą. Miłośnikom sekwencyjnych poematów z pewnością szczególnie przypadnie do gustu stojący, chmurny akord, na tle którego ewoluuje melancholijna melodia prowadząca. Z czasem nadciąga wichura – w okolicy trzeciej minuty groźne pomruki wichru wydają się wypełniać całą głośnikową objętość...
    Trzeci utwór to fenomenalna, nostalgiczna opowieść kojarząca się pełnym pogłosów i świetlistych strug brzmieniem z atmosferą Another Heart Breaks Electric Light Orchestra - tyle, że tu mamy jeszcze brawurowe elektroniczne solo w dobrym, berlińskim stylu...
    Jak dotąd, aż trudno wybrać zdecydowanie najlepszy utwór - już pierwsze dźwięki każdej kolejnej kompozycji z miejsca oczarowują swoim nastrojem i pełnią wyrazu. Epizod czwarty wyróżnia się sekwencją brzmiącą, jakby zagrana była wprost na nieuchwytnych, natychmiast znikających neonowych smugach! Prawdziwie hipnotyczne dziesięć minut. Kolejny utwór może wywołać podobne asocjacje jak wczesne impresje Marka Bilińskiego - podniosły nastrój, częste zmiany rejestru, niebanalnie chwytliwe motywy piętrzące się w fantazyjne kaskady... Po zaledwie trzech minutach rozpoczyna się motoryczna, ale pozbawiona beatów kompozycja szósta: polifoniczny sekwencyjny koncert idealny na zamglony, deszczowy dzień.
    Siódmy utwór zaczyna się, gdy arpeggia impresji poprzedniej przykrywa majestatyczna ściana akordów o nader wyrazistej melodyce; jeszcze przed upływem jednej minuty rozkwita ścieżka rytmiczna i płynnym ruchem wtacza się na peron rozmigotana solówka. Utwór ósmy pulsuje basową, niemalże "silnikową" sekwencją rytmiczną - teraz nasze wagony z największą prędkością mkną przez niezmiennie rozgałęziające się tunele, w których mży jaskrawoseledynowe, sugestywnie stereofoniczne światło pospiesznych arpeggiów...
    Finał pierwszego krążka znów prowadzi wyobraźnię Słuchacza w rejony, w których nader dobrze czuje się Jarre'a, jednak solowa partia syntezatorowa brzmi tutaj zupełnie świeżo i oryginalnie (ależ podobać się mogą te schromatyzowane zakręty melodii!), a nastrój pogłębiony zostaje przez świetnie "szurającą" i szeleszczącą perkusję oraz pompującą mantrę linii basowej. Jako całość utwór znów ma coś z nastroju kapitalnego longplaya Time Electric Light Orchestra, szczególnie wspomnianego już przeze mnie utworu instrumentalnego...

    CD2
    Utwór pierwszy to majestatyczna, podniosła opowieść malowana na napiętym płótnie stojących, zziębniętych akordów. Jeszcze przed upływem czwartej minuty muzyka nabiera rozpędu, pojawiają się beaty, na które nanizana jest żywa sekwencyjna struktura - to ciekawy kontrast do spokojnie przelewających się w tle nostalgicznych plam akordowych...
    Trzecia kompozycja to bodajże najbardziej abstrakcyjna kompozycja w zestawie; na tle zachmurzonego nieba widzimy fluorescencyjne koniki morskie i szaszłyki z iskier - a może to tylko przywidzenie? Jak długo właściwie już trwa ta podróż, gdzie teraz jesteśmy? Niczym obudzeni z nieoczekiwanego snu patrzymy przez chwilę na nasze otoczenie zupełnie nowymi oczami... Za sprawą arktycznej atmosfery czwartej impresji zdaje nam się, że nasze wagony wjeżdżają w niekończący się, odrętwiały tunel zbudowany z lodu i śniegu - trzy i pół minuty nieziemsko pięknego ambientu.
    Piąta stacja to barokowo rozbudowana arpeggiatorowa konstrukcja, połyskująca gasnącymi i pojawiającymi się znienacka w innych miejscach żyłkami błękitnego elektrycznego światła. Gdy dojeżdżamy do utworu szóstego, mkniemy przez kolejny śniegowo-lodowy tunel, teraz jednak wszystko wokół aż kipi życiem, nie nadążamy za skomplikowaną grą sygnalizatorów świetlnych, na dodatek w nieskończoność odbijaną i deformowaną w szybach pojazdu...
    W siódmym utworze wagony zwalniają, wydaje się, że już w ogóle się nie toczą, a może ogarnia nas tylko fala snu? Znów tracimy orientację w czasie i przestrzeni, ale doprawdy, nie jest to nieprzyjemne uczucie... W ósmym utworze ogarnia nas wrażenie, że przemieszczamy się przez labiryntową sieć niekończących się, granatowo-błękitnych rurociągów o kruchej, chrupiącej konsystencji...
    Z dziewiątym utworem powracamy do rzeczywistości. W takt posuwistej sekwencji rozpoznajemy twarze współpasażerów, zwyczajne zakręty za oknami, wszystkie otaczające nas ziemskie dźwięki. Na dziesiątej stacji będziemy wysiadać. Echo korytarza potęguje dźwięki naszych kroków, słychać akordowe nawoływania, świat budzi się, do tunelu wpadają pierwsze promienie słońca. Ruchome schody sekwencji utrzymanej w średnim, nie do końca jeszcze obudzonym tempie wywożą nas na powierzchnię. To była naprawdę nadzwyczajna podróż...

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    29,00 zł
  • Przemysław Rudź, Władysław Komendarek | Unexplored Secrets of REM Sleep

    Przemysław Rudź, Władysław Komendarek | Unexplored Secrets of REM Sleep

    Bestseller Super cena
    Zarówno el-weterana

    Władysława Komendarka

    , jak i "etatowego" artysty Generator.pl

    Przemysława Rudzia

    nie trzeba chyba miłośnikom ambitnej elektroniki przedstawiać. Tym razem możemy podziwiać płytę stworzoną wspólnie przez obu twórców. Już sam tytuł zwiastuje wielowątkową, wielowymiarową ucztę dla melomana – przekonajmy się, jakie tajemnice skrywa faza REM snu...
    Pierwszy utwór utrzymany jest w ciepłym, pofałdowanym stylu kojarzącym się z muzyką

    Tangerine Dream

    z albumu Flashpoint, nie sposób nie ulec urokowi królewskiego fortepianu z jego charakterystycznymi mantrowymi akordami, w drugiej połowie utworu nie zabrakło zaś kąśliwej, prawdziwie froeseowskiej gitary. We śnie przyglądamy się być może zamkom z niebieskiego piasku, które rozmywają się, niczym zastygający pnący bluszcz, w stojącą falę opalizującą wieloma kolorami. Nasz drugi sen to obkurczone oczekiwanie na chrzęszczący śnieg, podczas gdy skrywa nas cień gigantycznego metalowego pojemnika na suchy lód. Ziemia jest zbyt śliska, by iść naprzód, trzeba poczekać, aż pogoda się zdecyduje - tymczasem cały teren przeczesywany jest słabymi reflektorami zardzewiałych wysięgników, paradujących w oddali niczym zgarbione mechaniczne żyrafy. Muzyka z czasem nabiera znamion ekspresyjnego rocka elektronicznego, pierwsze minuty kompozycji mogą jednakże skojarzyć się z najbardziej awangardowymi pomysłami artystów takich jak

    Alex Smoke

    albo

    Peter Benisch

    .
    W trzecim utworze okazuje się, czy nocne koparki potrafią grać na perkusji, podczas gdy za ich plecami dokonują się cuda fotosyntezy. Muzyka proponowana tu przez

    Komendarka

    i

    Rudzia

    mogłaby zostać podsumowana jako eksperymentalny elektroniczny jazz - artyści fenomenalnie i na swój indywidualny sposób wskrzeszają ducha płyty Albedo 0.39

    Vangelisa

    .
    Sen czwarty to zwolnienie tempa i zamglenie głównego planu - musimy kupić paczkę ambientalnych spinaczy, zanim wijąca się sekwencyjna sprężyna opuści swoje legowisko, położone gdzieś w połowie drogi między reliefem plaży a skupiskiem gniazd węży morskich. Słuchacz gubi się w labiryncie domysłów, co wskazują kredowe znaki napotykane na każdym kroku. Wspaniale surrealne 17 minut.
    Finałowy utwór można znów traktować jak ukłon w stronę rockowo zorientowanego

    Tangerine Dream

    - ależ mogą się podobać te naginane w niespodziewane półtony zwały syntezatorowych akordów, podczas gdy machina akompaniamentu nabiera tempa, a w tle snują się agresywne pochody wyzwolonej gitary. Nie wiemy, czy przyglądamy się lotnisku, czy interakcjom neuronalnym, obrazy zmieniają się zbyt szybko, gdy skieruje się na nie uwagę nikną niczym piana dotknięta kawałkiem mydła.
    To bezkompromisowa i bezprecedensowa odyseja prowokująca najwymyślniejsze skojarzenia. Polecam bezapelacyjnie.

    Igor Wróblewski




    W niewielkim środowisku polskich fanów i twórców muzyki elektronicznej wieści roznoszą się szybko. Informacja o wspólnym nagrywaniu płyty przez

    Komendarka

    i

    Rudzia

    wywołała skrajne emocje. Po publikacji fragmentów zwolennicy z radością i niecierpliwością czekali na cały materiał, a ludzie zawistni dali upust swojej małostkowości. Ale to chyba dobrze, bo najgorsza byłaby obojętność, a muzyka - jeśli jest wartościowa - obroni się sama. Wreszcie płyta się ukazała i można poddać ją ocenie. Unexplored Secrets Of REM Sleep to pięć różnych impresji będących efektem wymiany mnóstwa e-maili, sugestii i konfrontacji wizji obu kompozytorów. Ilustrowanie muzyką odmiennego stanu świadomości jakim jest ludzki sen, jest tu nie tylko wyrazem poszukiwań artystów, ale również pretekstem do prezencji potencjału i pomysłowości obu przyjaciół. Najkrótsza, pierwsza ścieżka Standing On The Shoulders Of Giants jest swoistym intro poprzedzającym trzy ponad 15-minutowe suity. Ten wstęp do długiej podróży jednoznacznie określić można jako przyjazny odbiorcy, gęsty i patetyczny. Pełne ekspresji solo

    Komendarka

    na syntezatorze Nord Wave kończy tę relaksację. Tytułowy Unexplored Secrets Of REM Sleep zaczyna się krokami. Te doskonałe technicznie nagranie ma tak szeroką bazę stereo, że nawet na laptopie ma się wrażenie, że ktoś chodzi dwa metry od lewej do prawej i przechodzi przez głowę. Po odgłosach stąpania, oddychania, kosmicznych efektach, słychać przetworzony elektronicznie głos

    Władka Komendarka

    . Zagęszcza się atmosfera i zaczyna odjazd w krainę odbioru - jakby podświadomego. Słychać równomierne uderzenia automatu perkusyjnego wokół którego pląsają elektroniczne ozdobniki, zakręcone solówki... Wybitnie transowy charakter kompozycji nie jest może awangardowy w swojej formie, ale jakże skuteczny w oddziaływaniu! Reminiscences From Beyond Infinity - najdłuższy 24-minutowy utwór składający się z czterech części, rozpoczynają skrzypce

    Dominika Chmurskiego

    . Przejmująco smutne, dodają muzyce ten rodzaj kolorytu który jest nieosiągalny przez cyfrowe przetworniki. Stopniowo jednak elektronika opanowuje dźwiękową scenę. Ponownie, ale w innej konfiguracji niż w tytułowej części płyty, wszechogarniająca rytmiczna struktura wypełnia rejestry. Tworzy się ściana brzmień może i kontrolowanych, ale niespokojnych niczym stado dzikich koni wyczuwających węchem obcego człowieka. Trwa to kilka minut, aż rytm cichnie i ponownie do głosu dochodzą bardziej subtelne dźwięki. Nie jest to jednak sielanka, a dość mroczna i refleksyjna prezentacja. Znów sztucznie zmodyfikowany głos Komendarka cedzi sobie znane formuły, kojarząc mi się z zadumanym filozofem z ubolewaniem komentującym losy ludzkiego gatunku. Koniec utworu brzmi jednak optymistycznie, a instrumenty walczące o prymat z powracającym beatem przypominają barwy syntezatorów z lat 80-tych. Lonely Spirits Over The Post-megalopolis Badland swój piękny początek zawdzięcza gitarze Fendera, na której delikatnie gra

    Jarek Figura

    . Przeplata się ona z subtelnymi pasażami syntezatora i cichą, prawie poetycką deklamacją głosu

    Komendarka

    przepuszczonego przez vocoder. Atmosfera jaka jest generowana z głośników przez pierwsze osiem minut to wręcz muzykoterapia. Dla urozmaicenia ożywia ją rytmiczna sekwencja, aby szybko ustąpić gitarze Jarka grającej elektronicznie zmodyfikowaną wariację w stylu hiszpańskiego flamenco. To chyba najbardziej nowatorski fragment płyty. Ostatni utwór Interrupted Stream Of Consciousness ma ciekawie zbudowaną linię rytmiczną, dość lekką w odbiorze, której jednak dla kontrastu dodano masę nie zawsze przyjemnych efektów przestrzennych. Na początku rozwijają się dwie niezależne linie basu (lekko rozrzucone po kanałach stereo), które po kulminacyjnym crescendo przechodzą w jedną, pulsującą ostinatową partię. To zasługa

    Maćka Wardy

    obsługującego gitarę basową. Tworzy się coś w rodzaju progresywnej elektronicznej psychodelii. Urywa się ona dość gwałtownie, aby dać miejsce ekscentrycznym popisom

    Władka Komendarka

    . To również wyraz szacunku

    Przemka Rudzia

    dla starszego kolegi, który kończy dzieło. Unexplored Secrets Of REM Sleep jest eklektyczną płytą, na której artyści starali się umieścić to co nowoczesne, ważne i atrakcyjne dla ucha. Stworzyli projekt, który łączy świetne rzemiosło i doświadczenie z wybuchami nieokiełznanej wyobraźni.

    Damian "DiKey" Koczkodon elmuzyka.blogspot.com



    Warto było czekać na to wydawnictwo choćby dlatego, że wreszcie doczekaliśmy się czegoś intrygującego na naszym dość niszowym poletku wydawnictw El-muzycznych - dwa pokolenia charyzmatycznych, wrażliwych i pełnych wiary w to co robią muzyków.

    Komendarek

    i

    Rudź

    popełnili bardzo ciekawy i nietuzinkowy, nawet jak na współczesną muzykę elektroniczną, projekt muzyczny Unexplored Secrets Of REM Sleep.
    Pierwszy utwór jest dość łagodnym wprowadzeniem do tych niesamowitości, które ogarną słuchacza w utworze nr 2. Piękne barwy syntezatorów Przemka oraz zadziorne partie

    Komendarka

    otwierają nam magiczne bramy do świata nieskrępowanej wyobraźni. Tytułowy utwór nr 2 wprowadza nas do surrealistycznego snu... Tak zaczyna się somnambuliczny, wręcz muzyczny rytuał, który kipi mnogością minorowych barw, oraz dość zaskakujących, nawet jak na ten niesamowity duet, rozwiązań melodycznych. Za każdym razem mam wrażenie, że tajemnicza faza snu ogarnia mnie do tego stopnia, że tracę poczucie rzeczywistości - muzyka wręcz osacza pochodami basowymi oraz tymi smaczkami brzmieniowymi charakterystycznymi dla

    Tangerine Dream

    . Vocoderowe wejścia

    Władka Komendarka

    zdecydowanie urozmaicają tę nietuzinkową El-muzykę. Utwór w pewnym momencie wybucha ferią iskrzących analogowych barw (zresztą panowie

    Komendarek

    i

    Rudź

    w wiadomy sobie sposób potrafili mnie skusić stopniowaniem dramaturgii co jest ważne nie tylko dla wykonawców muzyki elektronicznej) - progresywny duch, niczym zbłąkany czas, przeplata się przez sieć kosmicznych galaktyk. Surrealistyczne wizje fazy snu powoli krystalizują się w postaci motorycznego ostinato sekwencera, które niczym palący ołów wtapia się w mój mózg. Kakofoniczna mozaika dźwiękowa dobiega końca niczym ta z słynnej suity

    Pink Floyd

    Echoes. Przebiliśmy się poza nieprzyjazne nam tereny i doczekaliśmy pozytywnego olśnienia, choć do końca nie wiadomo czy to faktycznie przebudzenie czy kolejna… faza snu REM.
    Kolejny fragment tego albumu to Reminiscenses From Beyond Infinity - elementy rocka progresywnego, a to miedzy innymi za sprawą frapujących partii skrzypiec elektrycznych

    Dominka Chmurskiego

    , które zdecydowanie rozbudziły mnie z tajemniczego snu, kolejne vocoderowe szepty

    Komendarka

    , oraz niepokojące plamy dźwiękowe syntezatorów Przemka sprowadzają mnie w bardziej El-popowe klimaty.
    Następny utwór to 4 część - bardziej ambientowa i zarazem stanowiąca kolejny wątek fazy snu REM. Dźwięki otulają mnie do tego stopnia, że momentami tracę kontakt z rzeczywistością. To podobne uczucie jak oglądanie scen filmu Kena Russella "Odmienne stany świadomości" - uczucie permanentnego przyjemnego mrowienia gdzieś w moim mózgu gryzie się z zagubionym ego. Coś jest w tej muzyce zadziwiającego, mrocznego ale i delikatnego i mistycznego. Myślę, że dwie charyzmatyczne osobowości stworzyły dzieło ponadczasowe i frapujące do tego stopnia, że muzyka tego duetu tętni impresjami pełnymi abstrakcyjnych obrazów, ale nie odchodząca od stereotypowego, progresywnego kierunku muzyki naszych czasów.
    Dowodem niech będzie drapieżne zakończenie Interrupted stream of consciousness - progresywna eklektyczna perełka z powalającą końcówką partii klawiszowych mistrza

    Komendarka

    . Pierwsza część utworu to potężne basowe ostinato

    Maćka Wardy

    , iście frippowa gitara

    Jarka Figury

    , wplecione w syntezatorowe pasaże

    Rudzia

    . Potem nagła cisza i po chwili niesamowite solo syntezatorowe charyzmatycznego Władka! Szacunek dla obu Panów! Marzy mi się kolejny projekt tych artystów. Polecam bardzo te dźwięki wszystkim spragnionych czegoś inspirującego w tym świecie muzyki ambitnej.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł
  • Vanderson | Visions

    Vanderson | Visions

    Bestseller Super cena

    Kilka zamyślonych elektronicznych tąpnięć, oddalony szum kosmicznego wiatru... Powoli rozchyla się kurtyna i możemy przekroczyć granicę oddzielającą świat zwykły i codzienny od wizjonerskiego świata Vandersona. W drugiej minucie pierwszego poematu zarysowuje się, niczym mroźny wzór na szybie, hipnotyczna sekwencja w dobrym, berlińskim stylu. Z czasem dołączają kolejne instrumenty, atmosfera zagęszcza się, czy akurat podróżujemy przez górskie serpentyny w otchłań tropikalnego lasu, niczym w 1977 roku za sprawą magicznej płyty Tangerine Dream The Sorcerer?... Utwór jest fantastycznie "kleisty" i mrowiąco odrealniony, wydaje się przypływać z innego wymiaru. Dopiero mżące arpeggia w drugiej połowie nieco otrzeźwiają Słuchacza, ale i przyczyniają się do spotęgowania melancholii...
    Druga kompozycja to fantastycznie rozkołysana podróż przez mieniącą się i opalizującą pustynię - nasze ślady w piasku mają fletowo-sekwencyjne brzmienie, a zwały chmur nad nami przetaczają się w dobrym jarre'owskim stylu, niczym na Oxygene albo Equinoxe. Impresja urzeka swoją nienachalną, a jednak niesamowicie porywającą melodyką. Muzyczna uczta trwa ponad 8 minut, przy czym stopniowo odchodzą ze sceny wątki melodyczne, pozostawiając miejsce elektronicznym niedomówieniom, cieniom i kilku znakom przestankowym, aż do całkowitej ciszy.
    Pomału budzące się pomruki informują Słuchacza, iż zaczął się utwór trzeci. To bodajże najbardziej berlińska kompozycja w całym zestawie, pobrzmiewają tu nie tylko echa twórczości Tangerine Dream, ale i młodszych zdolnych kontynuatorów tradycji, jak np. AirSculpture (Vanderson nadaje na tych samych falach, co Pogofish, jeśli mogę się tak wyrazić). Blisko trzynastominutowa wizja zostaje sukcesywnie rozbudowywana i obudowywana wybornymi ornamentami, dochodzi hipnotyczna linia rytmiczna, z pieniących się sekwencji wyłania się ostatecznie wyraziste solo. Jakby tego wszystkiego było mało, pod koniec utworu usłyszymy fenomenalne elektroniczne "chóry" melotronu, sekwencyjne pochody tężeją i przeobrażają się na naszych oczach w omszały marmur.
    Finałowy utwór to zwolnienie tempa, rozmarzenie, wkroczenie w wymiar ambientu. Początek tej wizji kojarzy mi się z mżącą, uśpioną taflą czarnej wody przepływającej przez impresję Klausa Schulze Blanche. Z czasem mgła rozchodzi się i wykwita dostojna sekwencja w tradycyjnym stylu - znów niebywale urzekająca i wciągająca swą hipnotyczną melodyką. Prawdziwie schulzeańskie solo to przysłowiowa kropka nad "i"; sekwencja wchodzi w wyższy rejestr, coraz więcej tu emocji, wspomnień, refleksji... Szkoda, że 13 minut i 40 sekund mija tak szybko... Utwór kończy się nagle, jakby wpół zdania - najlepsze, co Słuchacz może zrobić, to czym prędzej nacisnąć przycisk "play" i odbyć kolejną podróż... Z pewnością inną, niż ta akurat zakończona, gdyż muzyka Vandersona kryje w sobie ogromny wizualizacyjny potencjał.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł
  • Przemysław Rudź | Cerulean Legacy

    Przemysław Rudź | Cerulean Legacy

    Bestseller Super cena

    5 utworów i prawie 69 minut. Nasza przygoda rozpoczyna się na przestrzennym lotnisku podczas pięknej pogody. To niby tylko jeden stojący akord, a jednak tyle urozmaicenia w tle: jedne myśli startują, inne podchodzą do lądowania... Wszystko skryte jest dyskretnie pod flangerowym kloszem, to przejaśnia się, to nadciągają chmury - wspomnienia nakładają się na rzeczywistość, gdy w drżącym gorącym powietrzu wyłania się gigantyczny przód samolotu... Gdy minie siódma minuta, na bliższy plan wysunie się wypunktowana durowa sekwencja, w tle nadal kołują myśli i wspomnienia. Krótko przed upływem dziewiątej minuty wmieszane domieszane zostaną głosy, śmiechy, poślizgi wiodącego syntezatora brzmią niczym muzyka Vangelisa z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. W dwunastej minucie muzyka milknie...
    Utwór drugi to ponad dwudziestominutowa suita. Odzywają się tajemnicze ciche dźwięki: dzwonki, delikatne grzechotanie, wkrótce zaś cały szaszłyk elektronicznych iskier i mnóstwo rozbłyskanych świetlików. Coraz ciekawsze kolaże i drobne motywy - utwór nabiera charakteru i kształtów. Krótko przed nadejściem trzeciej minuty pojawiają się sporadycznie rozmętnione akordy, zawieszone w niestrudzenie płynącym grzechotliwym strumyku. To naprawdę udana medytacyjna muzyka, w której mimo statycznego charakteru przez cały czas coś się zmienia. Gdy pierwsze 5 minut jest za nami, utwór zdążył już nabrać głębi, przesunęły się nieco proporcje głośności, akordy zaczęły dominować nad pluskającym strumykiem. Tuż przed siódmą minutą "strumyk" milknie, a chmury akordowe pozostają na scenie jako jedyne. Wyłania się genialny motyw przewodni, co do nastroju coś w rodzaju bezbeatowych pasaży Oxygene, zwłaszcza, gdy akordy raz po raz nakłute zostają lodowymi igiełkami wyrastającymi tu i ówdzie spomiędzy zwałów chmur. Później dochodzi jeszcze perkusja, zmienia się melodia stereofonicznego ostinata, w siedemnastej minucie jesteśmy ponadto świadkami nieoczekiwanych narodzin: ludzkiego dziecka, cyborga, wróżki czy innego jeszcze stworzenia?...
    Trzeci utwór znów przynosi stojące akordy pod flangerowym kloszem i opływowe struktury. Ściana dźwięków czasem wybrzmiewa jak gdyby napiętym sitarowym sykiem - Wschód napotyka Zachód. Frapująca atmosfera zostaje wyczarowana przy pomocy minimum środków i kolejny raz okazuje się, że Rudź ma po prostu genialne pomysły na najrozmaitsze "sprytne dźwięki". Za sprawą miękkiego gitarowego klangu i dziwnie orientalnego tła utwór nieco kojarzy się z impresjami Popol Vuh z okresu Aguirre, ale wszystko to podane jest w nowy, interesujący sposób. Brzmienie zatacza coraz bardziej psychedeliczne kręgi, ocierając się nieomalże o nastroje spod znaku Move D vs. Namlook... Szkoda, że po siedmiu minutach utwór dobiega końca.
    Czwartą kompozycję otwiera stojący pomruk elektronicznego chóru, znów nie sposób przez chwilę choć nie pomyśleć o Aguirre, tyle tu przestrzeni i wszechogarniającego zapachu łąk drżących chłodną rosą... Dopiero w piątej minucie pojawiają się klarowne dźwięki fortepianu, podobnie przejrzyste jak na The Story of the Clouds Detlefa Kellera. Właściwie przypomnieć może się też najczytelniejszy melodycznie fragment suity Esoteric Goody Klausa Schulze... Zamyślona solówka świetnie wplata się w rozłożystą koronę akordowych chórów. W 14. minucie odzywają się kraczące wrony - czyżby reminiscencje jednego z wątków Echoes Pink Floyd?... Doprawdy imponująco współbrzmi czysty fortepian pierwszego planu i zmasowana wibracja bezkresnych łąk, apeironiczny chór - tak, to bez wątpienia mój ulubiony utwór na krążku. I kiedy już myślimy, że utwór niebawem musi wybrzmieć, że wszystko już zostało powiedziane, pojawiają się tąpnięcia chropawego basu... niczym z zapomnianej jamy wychylają się opary sekwencyjnego dymu. Dopiero wtedy, gdy Słuchacz ma nadzieję na jeszcze jedną nieoczekiwaną puentę, impresja raptownie zanika i bez chwili przerwy przchodzi w utwór piąty...
    ...który jeszcze przed upływem jednej minuty nabiera konkretnych kształtów dzięki ścieżce perkusyjnej i rozedrganej melodii - to ciekawy balans między tradycyjną elektroniką, elpopem oraz electro. Do mniej więcej takich syntez przyzwyczaił nas Spyra - Rudź prezentuje nam własną, nie mniej atrakcyjną wizję podobnych klimatów. Oryginalne "omdlewające" akordy, a do tego wykład o fizyce Stephena Hawkinga... powrót chmurek akordowych a'la Oxygene... Pod koniec przecieramy oczy ze zdumienia, że jednak nadal jesteśmy w świecie, w którym włączyliśmy tę płytę, a nie w jakimś zgoła innym wymiarze... Gratulacje dla Rudzia za najlepszą płytę w całym dotychczasowym dorobku.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł
  • Noryani | Northeast 117

    Noryani | Northeast 117

    Bestseller Super cena

    Odpływamy w sekwencyjny dryf z samym początkiem nostalgicznego pierwszego utworu. Ze znanych adresów mogą tu przyjść do głowy BIOnighT albo Paul Nagle - mamy właśnie przed sobą zaśnieżony nocny park, gdzieś w oddali migoczą światła samochodów i neonów, a całe to miejsce żyje własnym życiem, uchwycone ukrytą syntezatorową kamerą. Drugi utwór jest pogodniejszy, optymistyczniejszy, właśnie takie średnie tempo oraz melodie nasuwające na myśl słońce rześko przebijające się po niedawnym deszczu zwykliśmy kojarzyć z artystami nagrywającymi dla Neu Harmony. Osnową kompozycji trzeciej jest wypunktowane zamyślenie. W podobnym stopniu utwór ten współtworzą efektowne pauzy, a nie tylko miarowe, skradające się pochody sekwencyjne i wyjątkowo wpadający w ucho motyw melodyczny, kojarzący się nieco z twórczością Vangelisa (posłuchajmy zresztą dokładnie samej aranżacji: czy gdzieś jak przez mgłę nie przypomnia nam się Blade Runner?). Impresja czwarta to przeszywające snopy zakapturzonych syntezatorowych promieni, podczas gdy w tle gotuje się ambientalna smoła. To świetne nie tylko jako wprowadzenie do utworu, ale i jako główna jego treść; niesamowicie wciągający nastrój. Do tego mamy jeszcze wiązkę sporadycznie pojawiających się basowych kresek w tle - jak dotąd jest to mój ulubiony utwór z całego zestawu. Utwór piąty... Przeciągłe tony leją się niczym na wczesnych płytach Vangelisa, a główna ozdoba to ta natchmiast trafiająca do Słuchacza jedyna w swoim rodzaju melodia, stare gramofonowe wspomnienie, znaleziony przy parkowej kałuży liść o specyficznym kształcie, wywołujący niejasne, ale dziwnie czemuś miłe asocjacje - oto atmosfera tego utworu, kolejnego z moich faworytów. Za sprawą mlaskającej perkusji niedaleko stąd też do płyt Spyry, innego mistrza specyficznie podanej melancholii z przymrużeniem oka w tle.
    Utwór szósty to znakomita ilustracja do pytania o naturę czasu. Mamy tu i odpowiednio mroczno-melancholijne klawiszowe akordy, i mnóstwo niepokojących dźwięków w tle, i transowy posuwisty podkład perkusyjny. Wytrawna miniatura z pogranicza elpopu i chłodnego electro w granatowo-srebrzystej, organicznej tonacji. W siódmym utworze owiewają nas delikatne smugi keyboardów i wzbierające na sile perkusyjne tło – być może to ilustracja nadciągającej burzy piaskowej? Interesujące połączenie elektronicznego romantyzmu i niewymuszonego, udanie stopniowanego napięcia.
    W utworze ósmym pojawia się nader chwytliwy sekwencyjny "riff", który mi w jakiś odległy, a jednak stanowczy sposób skojarzył się już przy pierwszym przesłuchaniu z atmosferą chłodniejszych nagrań z So Petera Gabriela. Uwagę przykuwa współgra "śpiewających" elektronicznych bębnów i powracającej urokliwej melodii. Dochodzi ostinato, a w drugiej minucie ponadto jeszcze trance’owy beat! Teraz na każdym planie sporo się dzieje, dobrze udało się tutaj połączyć statyczność keyboardowego planu z dynamiką perkusji. O świcie wyglądamy przez okno naszego wieżowca i patrzymy na uliczny ruch w zdeformowanym z lekka negatywie - niby to samo, co widzimy codziennie, a jednak jak zachwycająco inne! Utwór dziewiąty to ostatnie słowo. Miękkie gitarowe dźwięki niczym z innego świata, mantra o woskowym świcie; z okna spoglądamy na zaśnieżony park z utworu pierwszego. Latarnie gasną, noc zamieniła się w przykurczony świt, ale nadal nie widać dokładnie, czy to podrygujący czarny foliowy worek, czy wzbijająca się do lotu wrona, tam, za ostatnią ławką, w sinej, mżącej poświacie... Piękny utwór na przebudzenie, introdukcja do kolejnego dnia pachnącego śniegiem i mrozem. Utwór, do którego mógłbym co do wyjątkowego nastroju porównać tę impresję, to Astral Chains Thomasa P. Heckmanna. Polecam bez wahania.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł
  • Przemysław Rudź | Self-Replicating Intelligent Spawn

    Przemysław Rudź | Self-Replicating Intelligent Spawn

    Bestseller Super cena

    Pogodne tony słonecznego, fortepianowego lounge'u zachęcają Słuchacza do otwarcia okna na całą szerokość i wdychania tej gamy lekko mandarynkowych dźwięków (z czasem odzywa się subtelna elektronika jesiennego ostinata i melodii głównej). Po takiej introdukcji niemałym zaskoczeniem okazuje się druga impresja, 13-minutowa podróż przez niezwykły dźwiękowy tunel pełen zaskakujących zgrzytów, wyiskrzeń, powracających fal zamarłych elektronicznych chórów w tle... (nie brak jednak i tradycyjniejszych brzmień, na które przyjdzie pora w drugiej połowie utworu). Znakomita, abstrakcyjna ilustracja, do której każdy wrażliwy Słuchacz zapewne wymyśli własną historię. W utworze trzecim przygotujmy się na odparcie cyberinwazji w takt muzyki, której melodyka może śmiało skojarzyć się z Mike'em Oldfieldem albo... Laser Dance (to nie miało być, wolę uprzedzić, żadnym zarzutem). Po tym stosunkowo krótkim epizodzie kolejna zmiana nastroju, tym razem unoszą nas fale lounge'owo-popowego podkładu z kumulującymi się śnieżnymi chmurami akordów w tle, kilkoma zmianami rejestru i porywającymi keyboardowymi solówkami. Tutaj naprawdę kłaniają się najlepsze czasy wytwórni Neu Harmony, w barwach której nagrywało wielu zdolnych twórców zmyślnie łączących sekwencyjne tradycje z lżejszym formatem. Utwór ma niewątpliwie swój niepowtarzalny czar i tzw. "groove", wobec czego nazwałbym go chętnie "potencjalnym nawiększym przebojem" z tego krążka. Jak przystało na ambitną muzykę, nic to nie szkodzi, iż przebój trwa bez mała 10 minut... Moim jak dotąd ulubionym epizodem całego albumu jest introdukcja do utworu piątego, zbudowana na prostym, ale jakże urzekającym motywie o frapującym brzmieniu "syntezatorowej lutni". Utwór nabiera rozmachu i przeradza się w najdynamiczniejszy fragment albumu - oto rock elektroniczny Przemysława Rudzia. "Lutniowy" motyw powraca w środku utworu, ciesząc jeszcze bardziej przez dodatkowe przyprószenie pulsującymi ornamentami perkusyjnymi. Do finału poprowadzi nas brawurowa solówka o naprawdę elektryzującym brzmieniu. Wszystkie omówione dotąd utwory wydają się jednak być zaledwie uwerturą do dzieła głównego, 24-minutowej odysei, w której Rudź ze swadą przeplata elementy baśniowego, tchnącego durowym spokojem ambientu w duchu Kitaro, żywej elektroniki sekwencyjnej (kosmicznie "podrasowanej" słynną wypowiedzią Neila Armstronga) oraz eklektycznej elektroniki nieco w stylu projektu Asana, wypracowanego np. na płycie Shrine. Finał to optymistyczny spacer brzegiem wyludnionej plaży, oprócz ścieżki pobocznej z odgłosami natury dosłownie słychać tutaj grę słonecznych refleksów na zmarszczkach wody oraz miarowe przetaczanie się chmur sportretowanych wirującymi, ściemniającymi się i rozjaśniającymi akordami. Przemysław Rudź jak zwykle przygotował dla Słuchaczy pełną niespodzianek podróż, podczas której można zbadać najbardziej niespodziewane brzmieniowe zakątki. Podróż tę cechuje ponadto niebywała klarowność tonalna, muzyka zdaje się nie tyle wypływać z głośników, co wręcz wypełniać bezpośrednio całą przestrzeń wokół i wewnątrz Słuchacza.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł
  • Odyssey, Remote Spaces | Ypsilon Project

    Odyssey, Remote Spaces | Ypsilon Project

    Bestseller Super cena

    Album rozpoczyna się niczym audycja radiowa rodem z albumu Radioaktivitat Kraftwerk, wkrótce na scenie pojawiają się durowe, optymistyczne dźwięki lekko przesterowanej gitary (lub też tak brzmiącego syntezatora), niebawem w wyciszenie odejdą kipiące akordowe odmęty i Słuchacz pozostanie sam na sam z ostinatem w wolnym tempie, wyznaczającym początek drugiego utworu. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż właśnie spacerujemy wyludnioną japońską pergolą, w niekończącym się labiryncie nie wiadomo, czy to płatki śniegu czy kwiatów co jakiś czas przesłaniają pole widzenia. Ta impresja ma coś z ducha muzyki wypełniającej album Universal Avenue Double Fantasy (dziś: Food 4 Fantasy), tak samo splata się tutaj organiczność i sterylność, tyle samo tutaj skojarzeń z przestrzenią kosmiczną co z ziemskimi krajobrazami. Tem utwór to 12 minut solidnego lounge-trip w lekko egzotyczne Nieznane. Utwór trzeci stanowi spory kontrast do poprzedniej kompozycji, jako że dosłownie słychać tutaj migające neony, szybko zmieniające się sygnały ulicznych sygnalizatorów świetlnych i niezakłócony, dynamiczny ruch czteropasmowymi jezdniami - obraz nowoczesnego miasta o stalowoszarym świcie lub granatowym wieczorem. Pewne skojarzenia z nowszą muzyką Haralda Grosskopfa - ale też wspomnienie Tour de France 2003 Kraftwerk - będziemy mieć za sprawą naprawdę aerodynamicznego utworu czwartego. Stąd poza tym już tylko krok od elektroniki sekwencyjnej i "jarre'ującego" elpopu do tajników nowoczesnego remixingu... W żywym, rtęciowo rozedrganym utworze piątym miłe sentymentalne skojarzenie z muzyką wspomnianych już Jarre'a i Double Fantasy (oraz Paula Nagle'a z płyty Lore) zapewni wiodąca melodia brzmiąca jak by była wykonywana na PPG Wave 2. Bodajże najbardziej tradycyjnym utworem w zestawie jest kolejna impresja, gdzie Odyssey wspaniale łączy berlinizujące ostinato z atmosferą rodem z wczesnych płyt Jarre'a; nad Słuchaczem zbierają się zwały opalizujących chmur i zmieniają swe kształty jak w kalejdoskopie. Kolejne dwa utwory to dłuższe epizody, zarazem bardziej zamyślone, wielowątkowe i... trudniejsze do zaszufladkowania. Sporo tutaj kombinowania pomiędzy stylami, aranżacje są świeże i swobodne, niczym prosto z nietypowego snu o muzyce elektronicznej. Obie kompozycje mogłyby być odrealnionymi opowiadaniami o zimowym parku w nocy - pierwsza narracja jest bardziej nostalgiczna, druga bardziej niesamowita (zwróćmy uwagę na świetny loop z brzmieniem tabli, stanowiący oniryczną ścieżkę rytmiczną utworu nr 8!). Finał to melodyjny, mantrowy elpop znów udanie łączący elementy kojarzące się z Double Fantasy, JMJ, Markiem Bilińskim oraz "filmowym" Tangerine Dream lat osiemdziesiątych - naprawdę świeży powiew ostinatowo-vocoderowych "retro-brzmień". Ogólnie rzecz biorąc, Ypsilon Project to świetnie wyprodukowany wielowarstwowy album, na którym tyle samo miłych odniesień do legendarnych patentów el-muzycznych, ile aranżacyjnych i formalnych zaskoczeń.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł
  • Aairria | Urbanisation

    Aairria | Urbanisation

    Bestseller Super cena
    Album rozpoczyna się w falującej, nieco ambientalnej poświacie, wkrótce pojawiają się na scenie pierwsze akcenty rytmiczne i spokojne ostinato przywołujące na myśl eklektyczne nastroje projektu Asana... Album Urbanisation to pełna nieprzewidywalnych zwrotów akcji podróż przez powstające miasta widywane jedynie we śnie; elementy oryginalnej elektroniki sekwencyjnej przeplatają się tutaj ze sterylnie czystym ambientem i nawet elementami environmental!... Tak, niektóre pasaże tego albumu, odważniej wykorzystujące odgłosy cywilizacji niż np. znakomite skądinąd The City Vangelisa, mogą już nawet skojarzyć się z łagodniejszymi eksperymentami Charlesa Uzzell-Edwardsa (!!!) – vide np. dźwiękowy pomost łączący utwory pierwszy i drugi. Pierwsze 27 minut krążka to nie tylko fenomenalna muzyka tła: z każdym następnym przesłuchaniem miękkie ambientalne tony, porozrzucane na abstrakcyjnym, zdecydowanie jednak "miejskim" tle, podobać się mogą coraz bardziej. Impresja trzecia to utwór nieco bardziej zwarty, znacznie silniej zrytmizowany, nieco bardziej "skompresowany brzmieniowo", nadal jednak urokliwie świeży, nie sposób tu nie zwrócić uwagi na genialnie powykręcane i poszatkowane metaliczne tony każące pomyśleć o muzyce Atom TM. To w ogóle chyba najbardziej "faxowa" płyta zrealizowana przez Generator.pl... ale niewątpliwie adresowana także do miłośników nieco tradycyjniejszych brzmień, jako że w utworze czwartym można usłyszeć pasaż brzmiący niczym "frankfurcki remiks" trzeciej części Les Chants Magnetiques JMJ... I tu jednak muzyka w rozkoszny sposób rozpływa się w organicznej chmurze fascynujących odgłosów miasta, utkanych w gigantyczny, bezkresny dywan o frapującej strukturze i wciąż zmieniających się kolorach. Finał krążka może nieco skojarzyć się z niektórymi click-ambientowymi produkcjami realizowanymi przez StadtGruenLabel albo mniej abstrakcyjną muzyką Hazard z albumu Land lub "urbanistycznymi" instalacjami Tetsu Inoue; powracają tutaj niektóre tony znane z początku krążka, nabierają one jednak w nowym otoczeniu wibrujących akordów zupełnie nowego posmaku. Znakomity, jedyny w swoim rodzaju, nader "holograficzny" album, wielowymiarowy i zagadkowy, świetnie funkcjonujący zarówno jako poboczna ilustracja, jak i danie główne dla wybrednego melomana. Rekomenduję szczególnie.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    19,00 zł
  • Przemysław Rudź | Cosmological Tales

    Przemysław Rudź | Cosmological Tales

    Bestseller Super cena

    "Jako człowiek, który poświęcił całe swoje życie na najbardziej zdroworozsądkową naukę - studia nad atomem mogę Was zapewnić jako rezultat moich badań, że w istocie - nie ma czegoś takiego jak materia. Materia w takim sensie w jakim ją postrzegamy wywodzi się i istnieje jedynie dzięki sile, która wprawia cząstki w drgania i trzyma ten malutki układ słoneczny w całości. Musimy przyjąć, że za tą siłą kryje się inteligenty i świadomy umysł. Ten umysł jest macierzą całej materii i całego wszechświata."
    To ważne słowa ojca teorii kwantowej Maxa Planka, które niech będą wprowadzeniem do wyjątkowego albumu Przemysława Rudzia, który muzycznie obrazuje nam niesamowitości ewolucji wszechświata. Muzyka w utworze Through the Planc era niczym supernowa wybucha feerią iskrzących motywów, które słuchacza wprawiają w stan euforycznego podniecenia, w którym słuchacz celebruje te magiczne dźwięki z głową skierowaną w kosmiczną otchłań.
    W drugiej odsłonie tego albumu The God particles dance mamy relaksujący wstęp, zadumany i chwilami wręcz refleksyjny i zarazem zachęcający do dalszej penetracji kosmicznych czeluści .Cudnie rozwija się tu linia melodyczna, okraszona wielobarwnymi partiami syntezatorów. Last There be Light to trzeci etap kosmologicznej opowieści. Przemysław Rudź oprowadza nas po tajemniczych i niesamowitych rejonach odległych kosmicznych galaktyk. Te minorowe nastroje znakomicie przygotowują słuchacza do podróży magicznym wehikułem czasu do okresu "wielkiego wybuchu" czyli narodzin wszechświata. Emocje sięgają zenitu, podobnie jak to miało miejsce w kultowym filmie Stanleya Kubricka 2001- Odyseja Kosmiczna - skojarzenia jakże na miejscu z niesamowitym epizodem kiedy to kapitan Booman zaczyna transcendentalną podróż do miejsca narodzin - być może wszechświata. Muzyczne przemyślenia Przemysława również są takim traumatycznym lotem w kosmicznych otchłaniach, muzyka czasem dość hermetyczna i oscylująca wokół minorowych klimatów rozbudza wyobraźnię wrażliwego słuchacza.
    Transowość Last there be light cudnie koreluje tu z kosmicznymi fluidami i wręcz hipnotyzuje swoją magią, pozostawiając w pamięci niezwykle kosmiczne krajobrazy. Autor Cosmological Tales jak mało kto potrafi posłużyć się prostą materią muzyczną tak abyśmy przeżyli ekscytującą podroż do krainy tajemniczych zakątków kosmosu. Penetracja mrocznych zakamarków kosmosu znowu ma ciąg dalszy w utworze Islands of the Universe. Muzyka jak wyimaginowana pajęczyna owija mnie w kokon i nie pozwala się na moment choćby ruszyć z miejsca - czuję się jak pilot zagubionego statku kosmicznego gdzieś w odległej galaktyce - narasta strach do niewyobrażalnej wielkości wszechświata. Pytanie gdzie jest granica tych kosmicznych otchłani? Te i parę innych pytań nurtuje od wieków ludzkość. Ta unikalna i zarazem eklektyczna muzyczna uczta ładuje mój akumulator i jest inspirującym przewodnikiem po prehistorii wszechświata. Sekwencyjne ostinato miesza się z ekspresyjnymi i siarczystymi dźwiękami syntezatorów analogowych, ten pozytywny muzyczny zgiełk wprowadza mnie w transcendentalne stany, specyficzny niepokój daje do myślenia - w jakich to bólach rodził się nasz wszechświat. Czy teoria kwantowa to jedyne rozsądne wytłumaczenie - ta muzyka świetnie pasuje do rozmyślań i podpowiada jakie mogą być kierunki naszych kosmicznych dociekań.
    W utworze We live here wracamy na Ziemię. Kompozycja ta jest odskocznią od kosmicznych rozmyślań. Fragment ten ma jak najbardziej pierwiastek ludzki. Piękna fortepianowa i zarazem romantyczna partia przenosi mnie w ludzki wymiar a może jest to muzyczna podpowiedź autora Cosmological Tales - radujcie się życiem, szanujcie przyrodę.
    Po tych nostalgicznych dźwiękach Przemek daje "pozytywnego kopa" za sprawą potężnych i zarazem pozytywnych energetycznych partii syntezatorów - el-popowo wręcz ekscytująco muzyka promieniuje tu feerią pobudzających wyobraźnie dźwięków. Utwór ten promieniuje tu pozytywnymi wibracjami znakomicie ubarwiony elektryczną gitarą Jarka Figury. Końcowy fragment tego utworu i zarazem całego albumu to oniryczne pejzaże, muzyka jest tu zadumana i jest taką refleksją nad cudem naszej ziemskiej egzystencji.
    Kolejne wartościowe dzieło naszego zdolnego el-muzyka, gorąco polecam.

    Mariusz Wójcik



    Druga wydana w barwach wytwórni Generator.pl płyta Przemysława Rudzia to blisko 70-minutowa porcja atrakcyjnie brzmiącej syntezy elektroniki sekwencyjnej w stylu Edgara Froese (oraz "postberlińskich" klimatów Under The Dome lub AirSculpture) i wyrafinowanego, czytelnego melodycznie a przy tym jednak nader otwartego strukturalnie elpopu nieco w duchu Jean-Michela Jarre'a lub Vangelisa. Krążek otwiera ośmiominutowy mariaż sprężystych, iskrzących brzmień a la Stuntman lidera Tangerine Dream oraz pogodnych, lawirujących pochodów syntezatorowych wprost kojarzących się z muzyką kontynuatorów berlińskich tradycji, nagrywających dla Manikin Records albo Neu Harmony. Pierwszy "prawdziwy przebój" na płycie to kompozycja druga (zresztą najkrótsza w zestawie), bodajże najsilniej kojarząca się stylistycznie z poprzednią płytą Rudzia - mamy tutaj wyrazisty rytm i natychmiast wpadające w ucho melodie, które - także za sprawą aranżacji - pozwalają z miejsca pomyśleć o dziełach Marka Bilińskiego (szczególnie "Po drugiej stronie świata" - chyba najbardziej "jarre'ującym" utworze tego muzyka i kompozytora). Przez elektroniczny nieboskłon przesuwają się gęste, parujące chmury, otaczające Słuchacza ciasnym pierścieniem lekko melancholijnych akordów, zza których przebija wprawdzie słońce, ale na twarzy jak najbardziej wyczuwalny jest lodowaty podmuch... Utwór trzeci wykwita z kolażu niemuzycznych zgrzytów i szelestów, przechodzi przez silnie zrytmizowaną, połyskującą fosforyzującym elektronicznym żwirem ścieżkę ostinatowo-perkusyjną i, dość znienacka, rozpływa się niczym uciekający sen na wysokości 14. minuty. Główną atrakcję w zestawie Cosmological Tales stanowi czwarta impresja - najdłuższa i najbardziej wprost nawiązująca do tradycji analogowej elektroniki sekwencyjnej: chropowate ostinato przeplatane ściegiem poświstów oraz przesuwających się niczym na taśmie produkcyjnej elektronicznych koralików w wysokich rejestrach brzmi niczym hołd dla Manuela Gottschinga w okresie New Age of Earth, znakomicie pasowałaby także jako podkład dźwiękowy do najdynamiczniejszych scen filmu Koyaanisqatsi! Piąty utwór to dla kontrastu chwila wyciszenia - nostalgiczne dźwięki fortepianu spotykają się tu ze ścianą deszczu i powracającymi oddalonymi grzmotami. Rudź wyczarowuje tutaj kameralny nastrój nieco w duchu arytmicznych pasaży z albumu Detlefa Kellera The Story of the Clouds; poza tym znów można przez chwilę pomyśleć o muzyce Bilińskiego, aczkolwiek tej nieco nowszej niż Po drugiej stroine świata - mam na myśli zwłaszcza album Refleksje. Album kończy się optymistycznym akcentem utrzymanym w konwencji polifonicznego elektronicznego pop-rocka spod znaku Melrose Years Tangerine Dream - takie skojarzenia można mieć głównie za sprawą charakterystycznie brzmiącej partii gitarowej, zadziornie przeplatającej się z pulsującym ostinatem. Ogólnie rzecz biorąc, Cosmological Tales to album urozmaicony, ciekawie łączący najróżniejsze "klasyczne" elementy dobrej sprawdzonej elektroniki ze szczyptą nowoczesności - szczególnie warto zwrócić uwagę na dopracowane wielogłosowe aranżacje zrealizowane w naprawdę profesjonalny sposób. Miłego wielokrotnego słuchania...

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł