Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Generator.pl

(56 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Przemysław Rudź | Cosmological Tales

    Przemysław Rudź | Cosmological Tales

    Bestseller Super cena

    "Jako człowiek, który poświęcił całe swoje życie na najbardziej zdroworozsądkową naukę - studia nad atomem mogę Was zapewnić jako rezultat moich badań, że w istocie - nie ma czegoś takiego jak materia. Materia w takim sensie w jakim ją postrzegamy wywodzi się i istnieje jedynie dzięki sile, która wprawia cząstki w drgania i trzyma ten malutki układ słoneczny w całości. Musimy przyjąć, że za tą siłą kryje się inteligenty i świadomy umysł. Ten umysł jest macierzą całej materii i całego wszechświata."
    To ważne słowa ojca teorii kwantowej Maxa Planka, które niech będą wprowadzeniem do wyjątkowego albumu Przemysława Rudzia, który muzycznie obrazuje nam niesamowitości ewolucji wszechświata. Muzyka w utworze Through the Planc era niczym supernowa wybucha feerią iskrzących motywów, które słuchacza wprawiają w stan euforycznego podniecenia, w którym słuchacz celebruje te magiczne dźwięki z głową skierowaną w kosmiczną otchłań.
    W drugiej odsłonie tego albumu The God particles dance mamy relaksujący wstęp, zadumany i chwilami wręcz refleksyjny i zarazem zachęcający do dalszej penetracji kosmicznych czeluści .Cudnie rozwija się tu linia melodyczna, okraszona wielobarwnymi partiami syntezatorów. Last There be Light to trzeci etap kosmologicznej opowieści. Przemysław Rudź oprowadza nas po tajemniczych i niesamowitych rejonach odległych kosmicznych galaktyk. Te minorowe nastroje znakomicie przygotowują słuchacza do podróży magicznym wehikułem czasu do okresu "wielkiego wybuchu" czyli narodzin wszechświata. Emocje sięgają zenitu, podobnie jak to miało miejsce w kultowym filmie Stanleya Kubricka 2001- Odyseja Kosmiczna - skojarzenia jakże na miejscu z niesamowitym epizodem kiedy to kapitan Booman zaczyna transcendentalną podróż do miejsca narodzin - być może wszechświata. Muzyczne przemyślenia Przemysława również są takim traumatycznym lotem w kosmicznych otchłaniach, muzyka czasem dość hermetyczna i oscylująca wokół minorowych klimatów rozbudza wyobraźnię wrażliwego słuchacza.
    Transowość Last there be light cudnie koreluje tu z kosmicznymi fluidami i wręcz hipnotyzuje swoją magią, pozostawiając w pamięci niezwykle kosmiczne krajobrazy. Autor Cosmological Tales jak mało kto potrafi posłużyć się prostą materią muzyczną tak abyśmy przeżyli ekscytującą podroż do krainy tajemniczych zakątków kosmosu. Penetracja mrocznych zakamarków kosmosu znowu ma ciąg dalszy w utworze Islands of the Universe. Muzyka jak wyimaginowana pajęczyna owija mnie w kokon i nie pozwala się na moment choćby ruszyć z miejsca - czuję się jak pilot zagubionego statku kosmicznego gdzieś w odległej galaktyce - narasta strach do niewyobrażalnej wielkości wszechświata. Pytanie gdzie jest granica tych kosmicznych otchłani? Te i parę innych pytań nurtuje od wieków ludzkość. Ta unikalna i zarazem eklektyczna muzyczna uczta ładuje mój akumulator i jest inspirującym przewodnikiem po prehistorii wszechświata. Sekwencyjne ostinato miesza się z ekspresyjnymi i siarczystymi dźwiękami syntezatorów analogowych, ten pozytywny muzyczny zgiełk wprowadza mnie w transcendentalne stany, specyficzny niepokój daje do myślenia - w jakich to bólach rodził się nasz wszechświat. Czy teoria kwantowa to jedyne rozsądne wytłumaczenie - ta muzyka świetnie pasuje do rozmyślań i podpowiada jakie mogą być kierunki naszych kosmicznych dociekań.
    W utworze We live here wracamy na Ziemię. Kompozycja ta jest odskocznią od kosmicznych rozmyślań. Fragment ten ma jak najbardziej pierwiastek ludzki. Piękna fortepianowa i zarazem romantyczna partia przenosi mnie w ludzki wymiar a może jest to muzyczna podpowiedź autora Cosmological Tales - radujcie się życiem, szanujcie przyrodę.
    Po tych nostalgicznych dźwiękach Przemek daje "pozytywnego kopa" za sprawą potężnych i zarazem pozytywnych energetycznych partii syntezatorów - el-popowo wręcz ekscytująco muzyka promieniuje tu feerią pobudzających wyobraźnie dźwięków. Utwór ten promieniuje tu pozytywnymi wibracjami znakomicie ubarwiony elektryczną gitarą Jarka Figury. Końcowy fragment tego utworu i zarazem całego albumu to oniryczne pejzaże, muzyka jest tu zadumana i jest taką refleksją nad cudem naszej ziemskiej egzystencji.
    Kolejne wartościowe dzieło naszego zdolnego el-muzyka, gorąco polecam.

    Mariusz Wójcik



    Druga wydana w barwach wytwórni Generator.pl płyta Przemysława Rudzia to blisko 70-minutowa porcja atrakcyjnie brzmiącej syntezy elektroniki sekwencyjnej w stylu Edgara Froese (oraz "postberlińskich" klimatów Under The Dome lub AirSculpture) i wyrafinowanego, czytelnego melodycznie a przy tym jednak nader otwartego strukturalnie elpopu nieco w duchu Jean-Michela Jarre'a lub Vangelisa. Krążek otwiera ośmiominutowy mariaż sprężystych, iskrzących brzmień a la Stuntman lidera Tangerine Dream oraz pogodnych, lawirujących pochodów syntezatorowych wprost kojarzących się z muzyką kontynuatorów berlińskich tradycji, nagrywających dla Manikin Records albo Neu Harmony. Pierwszy "prawdziwy przebój" na płycie to kompozycja druga (zresztą najkrótsza w zestawie), bodajże najsilniej kojarząca się stylistycznie z poprzednią płytą Rudzia - mamy tutaj wyrazisty rytm i natychmiast wpadające w ucho melodie, które - także za sprawą aranżacji - pozwalają z miejsca pomyśleć o dziełach Marka Bilińskiego (szczególnie "Po drugiej stronie świata" - chyba najbardziej "jarre'ującym" utworze tego muzyka i kompozytora). Przez elektroniczny nieboskłon przesuwają się gęste, parujące chmury, otaczające Słuchacza ciasnym pierścieniem lekko melancholijnych akordów, zza których przebija wprawdzie słońce, ale na twarzy jak najbardziej wyczuwalny jest lodowaty podmuch... Utwór trzeci wykwita z kolażu niemuzycznych zgrzytów i szelestów, przechodzi przez silnie zrytmizowaną, połyskującą fosforyzującym elektronicznym żwirem ścieżkę ostinatowo-perkusyjną i, dość znienacka, rozpływa się niczym uciekający sen na wysokości 14. minuty. Główną atrakcję w zestawie Cosmological Tales stanowi czwarta impresja - najdłuższa i najbardziej wprost nawiązująca do tradycji analogowej elektroniki sekwencyjnej: chropowate ostinato przeplatane ściegiem poświstów oraz przesuwających się niczym na taśmie produkcyjnej elektronicznych koralików w wysokich rejestrach brzmi niczym hołd dla Manuela Gottschinga w okresie New Age of Earth, znakomicie pasowałaby także jako podkład dźwiękowy do najdynamiczniejszych scen filmu Koyaanisqatsi! Piąty utwór to dla kontrastu chwila wyciszenia - nostalgiczne dźwięki fortepianu spotykają się tu ze ścianą deszczu i powracającymi oddalonymi grzmotami. Rudź wyczarowuje tutaj kameralny nastrój nieco w duchu arytmicznych pasaży z albumu Detlefa Kellera The Story of the Clouds; poza tym znów można przez chwilę pomyśleć o muzyce Bilińskiego, aczkolwiek tej nieco nowszej niż Po drugiej stroine świata - mam na myśli zwłaszcza album Refleksje. Album kończy się optymistycznym akcentem utrzymanym w konwencji polifonicznego elektronicznego pop-rocka spod znaku Melrose Years Tangerine Dream - takie skojarzenia można mieć głównie za sprawą charakterystycznie brzmiącej partii gitarowej, zadziornie przeplatającej się z pulsującym ostinatem. Ogólnie rzecz biorąc, Cosmological Tales to album urozmaicony, ciekawie łączący najróżniejsze "klasyczne" elementy dobrej sprawdzonej elektroniki ze szczyptą nowoczesności - szczególnie warto zwrócić uwagę na dopracowane wielogłosowe aranżacje zrealizowane w naprawdę profesjonalny sposób. Miłego wielokrotnego słuchania...

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł
  • Yarek, Friends | Spirits of the Dust

    Yarek, Friends | Spirits of the Dust

    Bestseller Super cena

    Yarek (Jarosław Degórski) dobrze znany jest el-melomanom: w barwach wytworni Generator.pl ukazały się już dwa albumy tego oryginalnego wykonawcy: Noc na zamku oraz Organix. Artysta sięgnął po swe elektroniczne utwory sprzed lat, by w towarzystwie zaproszonych muzyków zupełnie je przearanżować i wydobyć z nich zupełnie nowe nastroje. Kompozycja otwierająca album to mocny akord: klasyczne brzmienia elektroniczne stapiają się tutaj z solidnymi, przesterowanymi rockowymi gitarami, przez co nie tylko udało się wyczarować nastrój w duchu najbardziej szalonego Redshift, ale nawet niemalże i posmak stylu industrial!... Drugi utwór to chwila wyciszenia, jednak nie zupełnego ukojenia - na tle spokojnego rytmu prowadzony jest pięknie rozswingowany (niczym na najlepszych eklektycznych płytach Wolframa Spyry) dialog klawiszy oraz rozimprowizowanej swobodnie gitary. Klimat utworu oscyluje miedzy nostalgia, ponurością i przekornym humorem i jest po pierwszych przesłuchaniach moja ulubiona pozycja na krążku. Utwór trzeci to jedno z największych zaskoczeń na płycie: dynamiczne beaty, jeszcze ostrzej niż w introdukcji brzmiąca gitara elektryczna, a do tego podorientalizowana żeńska wokaliza (i kilka innych atrakcyjnie "etnizujacych" elementów) - przez moment trudno było mi nie pomyśleć o utworze Crossfire Die Krupps (!!!), zatem niewątpliwie mamy do czynienia z odważną, niemalże wywrotowa płytą, momentami naprawdę daleka typowym klimatom elektroniki sekwencyjnej... W czwartym utworze elementy etniczne zostają dodatkowo wyeksponowane, podczas gdy tłu znów bliżej do tradycyjnej elektroniki (na niekorzyść jadowitych gitar). Piąty utwór to wspaniały, skrzypliwy pochód sekwencyjny w średnim tempie, na tle skrzącego się popielistego śniegu ostinat słyszymy znów hipnotyczne żeńskie wokalizy, nierzadko ocierające się o transowe orientalne skale - ta kompozycja kojarzy mi się z nastrojami eksplorowanymi przez Klausa Schulze na jego najmłodszych płytach (części Contemporary Works II, Moonlake, Kontinuum) i brzmi co najmniej równie przekonująco - oto mój drugi faworyt w zestawie Spirits of the Dust. Kompozycja szósta to kolejne zaskoczenie - tym razem w udaną, spójną całość zmiksowane zostają style takie, jak klasyczna elektronika, upbeatowy ambient w stylu Autechre albo duetu Fanger & Siebert, oraz odrobina acidu oraz, tradycyjnie już, żeński wokal (początkowo w stylu takim, jak we wcześniejszych utworach, z czasem jednak rodzi się na zachmurzonym elektronicznym tle "zwyczajniejsza" zwrotka, nieco w duchu Blue Fiction). W impresji siódmej powracają agresywniejsze gitary, jest to jednak jedynie mała część interesująco zagospodarowanego planu dźwiękowego, brzmiącego teraz niczym muzyka do awangardowego spektaklu teatralnego. Przedostatni utwór albumu to bodajże brzmienia "najbardziej tradycyjne" - utwór utrzymany jest w nastroju muzyki filmowej Tangerine Dream z pierwszej polowy lat osiemdziesiątych, ale i tutaj nie zabrakło lekko dusznego, niesamowitego klimatu przepajającego całą płytę. Finał to optymistyczny (co nie znaczy automatycznie: pogodny...) elektroniczno-wokalny hymn zbudowany na figurach znów przelotnie kojarzących się z przepełnionymi wokalnymi partiami pasażami z CW II Klausa Schulze; muzyka nabiera rozmachu i pewności siebie, aż znienacka, taktownie i jakby mimochodem, po prostu dobiega końca... Szkoda, ze ten album jest nadzwyczaj krotki - czy tez tylko taki się wydaje? Tak czy owak, to niewątpliwie płyta do wielu powrotów, skrywająca wiele atrakcji dopiero czekających na odkrycie.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł
  • Przemysław Rudź | Summa Technologiae

    Przemysław Rudź | Summa Technologiae

    Bestseller Super cena
    Do skomentowania tej pozycji przyciągnął mnie koncept i tytuł płyty.

    Stanisław Lem

    jest bowiem postacią co najmniej intrygującą, wartą zbliżenia. W tym wypadku mamy wydarzenie muzyczne, co było dla mnie podwójnie intrygujące. Zarówno

    Lem

    jak i

    Przemysław Rudź

    patrzą z ciekawością w niebo. Czego tam szukają? Co jest takiego interesującego w nowoczesnych technologiach kosmicznych? Spróbujmy wybrać się w tą niezwykłą podróż ilustrowaną muzyką. Słynny pisarz był bowiem wielkim humanistą, któremu niepokojąca przyszłość człowieka leżała na sercu. Zamknięty w swoim domu - twierdzy, wyizolowany, zasłonięty sztafażem cybernetyczno-informatycznymi ideami, penetruje i bada tajemnice ludzkości.

    Przemysław Rudź

    mówi - nie spocznę póki czegoś nie dokonam, czegoś co będzie ważne dla innych - domyślam się - I dokonuje, muzyka pomimo, że w warstwie formalnej, kolorystycznej nie jest czymś odkrywczym - jest frapująca.

    Rudź

    nie kryje swej fascynacji latami '70-tymi i dokonaniami

    J.M. Jarre'a

    . Ale ta inspiracja nie jest bynajmniej zwykłym kopiarstwem, kolory podstawowe znamy ale treść jest inna.

    Lem

    - człowiek znany ze swej krytycznej postawy wobec rzeczywistości, nie kryje goryczy i rozczarowania. I ma niestety rację. Natomiast wątpliwym dla mnie jest szukanie ratunku w nowych technologiach, kreowanie nowych rzeczywistości nie może być celem samym w sobie. Może być natomiast pretekstem do rozważań nad ludzką kondycją. Postęp techniczny nie może tworzyć nowych iluzji, mamiąc ludzkość wszechobecną optymalizacją.
    Muzyka

    Rudzia

    - świetnie skonstruowana, wyrazista kiedy trzeba, innym razem mglista i zagadkowa. Kompozytor panuje całkowicie nad tkanką muzyczną, czaruje zmiennością nastrojów, tempa. Mimo młodego wieku i jak na debiut - jak mniemam, zaskakuje dojrzałością i pewnością przekazu. Przekaz bardzo poważny ale materiał nie razi pompatycznością, przynosi na przemian chwile zastanowienia i odprężenia. Na okładce twarz - nieco odhumanizowana - czy to człowiek czy maszyna? Zderzenie człowieczeństwa i technologii. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że możliwa jest jakaś fuzja - to co z tą ogromną , nieograniczoną wręcz ilością zmiennych?, co z tajemnicami - sen, uczucia, wyobraźnia, śmierć. Wszyscy wiemy, że makrokosmos i mikrokosmos odpowiadają sobie w wielu kwestiach. Ale człowiek nie chce się poddać tym prawom. Prawda zakryta przez ludzką głupotę i wątpliwe wartości.

    Stanisław Lem

    i

    Przemysław Rudź

    odkrywają tylko to co zasłonięte. Robią to samo lecz na innych polach. Paszkwil na ewolucję, kończący zarówno płytę jak i książkę zdaje się odbierać nam nadzieję - może w tym kryje się podświadoma chęć zagłady, oczyszczenia - patrz teorie dotyczące roku 2012. Gratuluje panie Przemku - doskonała muzyka - nie można wobec niej przejść obojętnie.

    Jerzy vel. Esflores - muzyczny koneser



    Muzyka, którą zawiera album jest skromnym hołdem oddanym

    Stanisławowi Lemowi

    . Tytuły kompozycji nawiązują do rozdziałów książkowego pierwowzoru i są subiektywną próbą przełożenia ich treści na język dźwięków. Dźwięków syntetycznych, czasem dziwnych i tajemniczych, wybiegających poza nasze ziemskie podwórko w daleki świat gwiazd, lotów kosmicznych, obcych cywilizacji ale penetrujących także zakamarki ludzkiego umysłu, ogarniających i obrazujących zjawiska kwantowe we wnętrzu układów scalonych, a także wielorakie aspekty ewolucji biologiczno-technicznej.
    Utwór Dilemmas zaczyna ten album - oniryczne, chwilami minorowe klimaty są jakby rozgrzewką do dalszej części muzycznej ilustracji dzieła

    Stanisława Lema

    Summa Technologiae. Te chwilowo kakofoniczne i kosmiczne odgłosy odchodzą, zaczyna się sekwencyjna uczta, która słuchacza nakieruje na produkcje

    Dom F Scaba

    . Podobne nerwiste ostinato sekwencera powinno zadowolić ortodoksyjnych wyznawców szkoły "Berlińskiej".
    El-muzyka

    Przemka Rudzia

    w utworze Two Evolutions emanuje ciepłymi "Jarrowskimi", analogowymi barwami syntezatorów, w dalszej części tego kawałka kompozycja przechodzi w motoryczną ścianę basowych dźwięków, które stanowią muzyczny kręgosłup tej nietuzinkowej kompozycji - aż iskrzy tu od melodyjnych pasaży, podobnych do tych, które możemy podziwiać na klasycznych albumach

    Marka Bilińskiego

    . Element przebojowości jest znakomitym urozmaiceniem tego albumu i świadczy o elastyczności

    Przemka Rudzia

    w meandrach muzyki elektronicznej. Potwierdzeniem tych słów niech będzie utwór Space Civilizations - jakaś

    Vangelisowa

    aura wisi nad początkiem tego utworu. Nostalgia i zadumanie - a może interpretacja tejże muzyki to zaproszenie do penetrowania odległych cywilizacji, zamieszkałych w odległych czeluściach kosmosu?
    Z takim znakiem zapytania brniemy dalej przez ten wyjątkowy koncept album - wkraczamy w sekwencyjne klimaty za sprawą kawałka Intellectronics, który będzie ucztą dla ortodoksyjnych wyznawców sekwencyjnej "Berlińskiej" el-muzy. Jest to specyficzna wielowątkowa improwizacja, szybująca niczym zagubiony meteoryt w przestrzeni kosmicznej. Rozedrgane ostinato miło łechce ucho słuchacza o wysublimowanych gustach. Znakomicie rozplanowana dramaturgia tego utworu oraz bardzo interesujące aranżacyjne pomysły

    Rudzia

    w tym kawałku, robią wrażenie - tym bardziej, że twórca dysponował skromnym instrumentarium - dowód na to jak bardzo liczy się WYOBRAŹNIA w tworzeniu muzyki.
    Niestety Przemek zbyt pośpiesznie podszedł do realizacji tego fragmentu - kompozycja, która się fantastycznie rozkręca, niestety wycisza się w najmniej pożądanym momencie - no cóż, to są moje subiektywne odczucia, które kolidują z wizją samego zainteresowanego czyli

    Przemka Rudzia

    .
    W utworze Prolegomena to omni patence

    Rudź

    porusza bardziej przyziemne klimaty, przenosi nas na ziemskie tereny, robi się ambientowa, muzyczna mgła, jest to muzyka z wtopionymi onirycznymi pasażami, które stanowią dziwne tło w postaci... cykających świerszczy, szumu wiatru itp. Za sprawą kolejnej kompozycji Phantomology muzyka Przemka zaprowadza słuchacza do niebiańskiej krainy, jest to cudna el muzyczna nirvana.
    Frapujące dźwięki wprowadzają w podobne klimaty, które prezentuje amerykański duet

    Craig Padilla

    &

    Skip Murphy

    na ich albumie Phantasma - znakomicie te tajemnicze dźwięki wpasowują się w dość skomplikowaną i wizjonerską tematykę książki naszego wybitnego pisarza s.f.

    Stanisława Lema

    Summa Techologiae.
    Następny kawałek Creations of worlds to już odskocznia od tych minorowych klimatów. Bujające, bardziej przyziemne dźwięki przenoszą słuchacza w ostatni etap tego albumu,do kompozycji Pasquinade on evolution. Niczym balsam na uszy fana, wprowadza słuchacza wręcz w sielski stan, jest to swego rodzaju el muzyczny relaks i ukojenie, które zarazem jest dzięki wyobraźni kompozytora drogowskazem dla naszej ludzkiej rasy, a czy ta wizja ma choć odrobinę optymistycznych znaków?
    No cóż interpretacja należy już do słuchaczy.

    Mariusz Wójcik



    Album rozpoczyna się ambientalnymi poszumami, nieco kojarzącymi się z atmosfera serii Shades of Orion

    P. Namlooka

    i

    T. Inoue

    , by niebawem przejść w sekwencyjne nastroje niczym z nowszych płyt

    Jean-Michela Jarre'a

    , muzyka, który dla

    Przemysława Rudzia

    był jednym z ważniejszych źródeł inspiracji. W taki to sposób utwór otwierający album oscyluje gdzieś miedzy chillout-lounge'em i atrakcyjnie brzmiącym, wielopłaszczyznowym elpopem o sekwencyjnych naleciałościach. Następna kompozycja jest interesującym zestawieniem dwóch nastrojów: znów nieco "jarre-ujacych", chłodnych brzmień (szczególnie w sferze akordowej, przetaczającej się łagodnymi, harmonicznymi falami) oraz dynamiki nieco w stylu starego (połowa lat osiemdziesiątych) dobrego

    Marka Bilińskiego

    . W utworze trzecim na scenie pozostają jedynie zwały wirujących akordowych chmur, dynamiczne beaty znikły, z głośników wylewa się bezkresny błękit uspokojenia i oderwania od rzeczywistości... Niebawem jednak zaznaczy swoja obecność "podskórne", skradające się ostinato w niskim rejestrze, przywołując pełna napięcia atmosferę podobna tej, która cechuje ścieżkę dźwiękową

    Tangerine Dream

    do filmu Thief... Motyw zostanie podchwycony przez dominujący sekwencer i tak oto wkraczamy na teren czwartego utworu, w którym ściera się ze sobą kilka burzliwych ostinat, a lekko niepokojące akordy w tle znakomicie oddają dźwiękami "ścianę deszczu"... Niedaleko stad do zachmurzonych, dynamicznych nastrojów, którymi

    Tangerine Dream

    epatowali z kolei w rytmicznym epizodzie suity Horizon (1984). Piąty utwór (póki co - mój ulubiony w zestawie) to wyśmienite zestawienie subtelnego ambientalnego planu przesyconego "odgłosami natury" oraz wzbierającej programowanej ścieżki rytmicznej opartej zaledwie na szelestach elektronicznych "czyneli" (żadnych beatów!). Taki zabieg sprawia, ze utwór emanuje specyficznym, zagadkowym napięciem, które nigdy nie zostaje rozładowane - niedaleko stad do przeżycia przygód, o których opowiadali na obu albumach serii Xangadix

    Pino & Wildjamin

    . Słuchacz może teraz przejść się po rdzawej, sepiowej łące, niby uwiecznionej na nieruchomym, archaicznie wyglądającym zdjęciu, a jednocześnie tak żywej, pełnej ruchu, nie brak na niej nawet buszujących w drucianej trawie cyberchrzaszczy... Kolejny utwór znów składa się z kilku kontrastowych części: najpierw otrzymujemy porcje spokojnego ambientu w raczej durowej tonacji, następnie przechodzimy przez nadwodny, lekko zamglony pasaż sekwencyjny, aż dotrzemy do świetnego, żywego programmingu finału, kolejnego udanego mariażu lounge'u i podsyconego melodyjnym IDM-em elpopu... Siódma kompozycja przynosi udany zestaw sekwencerowych zawirowań o dość silnie nasyconych barwach... Na takim tle szczególnie dobrze prezentują się "omdlewająco opadające", długo podtrzymywane tony głównej syntezatorowej solówki. Utwór płynnie przechodzi w code całego albumu, podjęte zostają tu niektóre watki melodyczno-rytmiczne poprzedniej impresji, całość ulega jednak pewnemu wyciszeniu i specyficznemu uprzestrzennieniu, na głównym planie snuje się frapujące solo (o barwie oscylującej miedzy legendarnym PPG Wave i jeszcze bardziej legendarnym thereminem), przekornie balansujące na granicy durowego rozpogodzenia i lekko schromatyzowanych mollowych wątpliwości... Urozmaicona, klarownie i jednocześnie bogato brzmiąca elektroniczna uczta, na potrzeby której wirtuozersko połączono nadzwyczaj wiele składników.

    Igor Wróblewski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł
  • Odyssey | X - Space Odyssey

    Odyssey | X - Space Odyssey

    Bestseller Super cena
    Trzeba przyznać,że dzieło Odysseya zachwyca,przede wszystkim rozmachem i kolorystyką barw,zawartych na płycie. Przeplatane wątki,związane ze sobą,które dają pełny obraz przestrzeni,po której porusza się kompozytor. Niewątpliwie jest wiele utworów,które zasługują na miano przebojów,ale jednocześnie trzeba podkreślić,że kompozytor wspaniale oprowadza słuchacza po nieznanych terenach przestrzeni, po której tylko on umie się poruszać. Warto mieć to dzieło,aby móc za każdym razem,gdy sięgamy po Odyssey'a, odbyć podróż do miejsc dla nas niedostępnych; Mind Flux Body-Beat-Box. Muzyka zawarta na tym krążku, może nie powala na kolana,ale przyjemnie się jej słucha,co na ten duet i tak jest porządnym warsztatem.

    Michał Koczorowski



    Kolejne wielowymiarowe dzieło Tomasza Pauszka, bardziej znanego w świecie muzyki elektronicznej jako Odyssey. Album jest udanym melanżem melodyjnej elektroniki sekwencyjnej, zaparowanego, organicznego ambientu oraz dynamicznego elektronicznego rocka bazującego na znakomicie programowanych ścieżkach perkusyjnych. "Kosmiczna Uwertura" wprowadza Słuchacza z miejsca w odrealniony, przesiąknięty zapachem desek rozdzielczych i akumulatorów świat, natomiast Between Worlds za sprawą dynamicznych sekwencji podkładu umożliwia Słuchaczowi swobodne balansowanie na granicy świata znanego i właśnie wyczarowanego, oddając Mu do dyspozycji niezbędne podczas tej elektronicznej wyprawy wyposażenie i pokazując kilka pożytecznych tricków, jak choćby swobodne przemieszczanie się przez kolejne jasnoniebieskie korytarze wbrew obowiązującemu na Ziemi prawu grawitacji. Jednym z najniesamowitszych epizodów krążka jest niewątpliwie utwór trzeci, Silver Q, bardzo dynamiczny, a jednocześnie osnuty na niezwykle subtelnym, niemalże "domyślnym" podkładzie perkusyjnym, raczej zaznaczonym aniżeli naprawdę obecnym w utworze. Główną rolę grają tu natomiast "rozpływające się" akordy elektronicznych chórów oraz poboczne szmery, świergoty i zagadkowe wyładowania: kompozycja przesycona jest atmosferą zdrętwiałego niepokoju w duchu Silent Running Klausa Schulze (Trancefer, 1981). Kolejna impresja, The Deep, to również umiejętne wyczarowanie niemalże schulzeańskich klimatów, tym razem bardziej w stylu The Beat Planante (Inter*face, 1985), aczkolwiek najważniejsze okazują się tutaj nie tyle rozmazane, chill-outowe akordy, ile tytułowa głębia, uzyskana przez zmieszanie na elektronicznej palecie odległych tonów perkusji, vocoderowych plam oraz niezliczonych planów akordowych, płynnie przechodzących w siebie nawzajem i podtrzymujących się odrealnionymi, kojącymi echami. Stellar Blue to zwieńczenie suity, jeszcze bardziej dryfujące w stronę abstrakcyjnego ambientu, nadal jednak doskonale i przemyślnie uformowanego, z subtelnie zaznaczonym rytmem. Bringing the Light znienacka przerywa podróż ku otchłaniom zapomnienia i przywiewa za sprawą charakterystycznego, migotliwego ostinata wspomaganego "kosmicznym wichrem" oraz melancholijnej melodii utkanej z klawiszowych dwudźwięków atmosferę rodem z płyt JMJ Oxygene albo Les Chants Magnetiques. Zenithal równie znienacka otwiera z kolei następną szkatułkę skojarzeń i wizualizacji: znów bliżej nam tu do IDM i rytmicznego laptopowego ambientu aniżeli do tradycyjnej okołoberlińskiej elektroniki. I.O. oraz Lunar Sky to znakomity elpop w dwu zupełnie różnyhc odsłonach: pierwsza jest żywa, rytmiczna, rozoscylowana, natomiast druga jest kwintesencją spokoju i relaksu, przynosząc muzyczne obrazy majestatycznego nieba mieniącego się coraz to innymi barwami, zasłanianego coraz to fantastyczniejszymi obłokami. Na deser otrzymujemy dwa ukłony w stronę Jean-Michela Jarre'a: Planet B ma niewątpliwie coś z atmosfery eksperymentalnych nagrań z krążka Printemps du Bourges, natomiast Oxygeum, jak sugeruje już sam tytuł, przywiewa garść nostalgicznych ostinat i melodii o brzmieniu umiejętnie wystylizowanym na PPG Wave 2 - oto, jak mogły potoczyć się dalej wątki melodyczne Oxygene i Equinoxe. Odyssey przygotował urzekające 120 minut muzyki, którą nawet trudno zaklasyfikować, jako że elementy elektroniki sekwencyjnej, elpopu, chilloutu i ambientu stapiają się tu w jedną frapującą całość, a płyty słucha się tym ciekawiej, iż kolejne utwory najczęściej swobodnie i płynnie przechodzą w siebie, zatem rozmarzenie i wyobraźnia Słuchacza ulegają tym większej, niezakłóconej amplifikacji...

    I. W.




    To kolejne podwójne wydawnictwo w dorobku Tomka Pauszka. Dwupłytowy album jest bardzo urozmaicony pod względem dramaturgi zawartych tu utworów oraz frapujących brzmień analogowych instrumentów. Utwór Between worlds, to motoryczny bit perkusyjny połączony ze zniewalającym tłem dźwiękowym, kawałek zagrany z polotem i zostający długo w pamięci el fana. Frapujący jest również Silver Q, tu dominuje atmosfera wyczekiwania - coś podniosłego jest w tym utworze, jakaś tajemnicza kosmiczna, niewidzialna siła niepostrzeżenie przenika nasze wrażliwe zmysły. W utworze Stellar Blue, możemy zanurzyć się w oniryczno-minorowej muzycznej mgle - frapujące ambientowo-mroczne klimaty idealnie korelują z kosmiczną okładką tego wydawnictwa. Dalej mamy Bringing the Light, który daje takiej pozytywnej energii, da się tu też zauważyć tutaj flirt Odysseya z twórczością J.M. Jarre'a (album Pola Magnetyczne). Utwór Zenthal dowodzi już o elastyczności naszego el-muzyka. Ten utwór jest zaproszeniem do klubu nowoczesnej muzyki elektronicznej - kawałek ten podąża drogą grupy Kraftwerk z albumu Minimum-Maximum.
    Kończy ten krążek The Sential (Oxygenum) - jest to muzyczny hołd dla J.M. Jarre'a. Jak już sugeruje podtutuł, Pauszek nawiązuje brzmieniowo do albumu Oxygene - znakomite wyważenie harmonii z rytmiką, wszystko to brzmi jednak nowocześnie. Krążek drugi zaczyna się pulsującym rytmem, tajemnicze mgliste partie, które jakby są tłem do filmu o eksploracji kosmosu i ten świdrujący uszy perkusyjny bit - fantastyczna kompozycja, która utwierdza mnie w przekonaniu o progresywnym rozwoju talentu wykonawcy, który swoimi futurystycznymi pejzażami działa na wyobraźnię wrażliwego fana muzyki elektronicznej.

    Mariusz Wójcik

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    29,00 zł
  • Tomasz Zawadziński | Saved As

    Tomasz Zawadziński | Saved As

    Bestseller Super cena

    Chyba każdemu zagorzałemu miłośnikowi berlińskiej i berlinizującej elektroniki mówi coś tytuł The Search, przypisany jednej z impresji Tangerine Dream na filmowym albumie Sorcerer. Tomasz Zawadziński otwiera swą najnowszą płytę Saved As utworem również tak właśnie zatytułowanym i jest to bez wątpienia dobry omen: Płyta od samego początku wprowadza Słuchacza w taki nastrój, jakim epatowały nagrywane dla Virgin na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych płyty Tangerine Dream. Nie ma tu mowy o prostym kopiowaniu patentów - nawet jeśli ktoś kiedyś z mozołem musiał jednak wymyślić tę formułę; Zawadziński nie naśladuje grupy Edgara Froese, lecz jest w stanie zafundować Słuchaczowi podróż do pewnego innego świata możliwego, w którym po prostu panuje atmosfera wywołująca podobne wrażenie, co - zwłaszcza filmowa - muzyka Tangerine Dream ze wspomnianego okresu. The Search przynosi zarazem intuicjonizm i melodyjność, otwartość i muzyczną teleologię, niesamowicie nastrojową abstrakcję i iście filmowy potencjał wizualizacyjny. Tak można podsumować całą płytę, która jest znakomicie wyprodukowana i zaaranżowana, a jednak nie skażona bezpretensjonalną przewidywalnością; impresje Zawadzińskiego, nawet jeśli są dość krótkie, wprowadzają Słuchacza w pewien określony stan, a nie tylko raczą go rozwiązaniami melodycznymi bądź nawiązaniami do sekwencyjnych tradycji: to wielka sztuka, a zarazem przecież chyba prawdziwy cel wariacyjnej, snującej opowieści elektronicznej muzyki sekwencyjnej... Drugi utwór nosi tytuł Millions of Stars, ale mimo skojarzeń z tak samo nazwanym utworem zdobiącym płytę Metamorphoses więcej tutaj znów filmowego Tangerine Dream aniżeli Jarre'a. Analog Pulses i Another World to znakomite, prężne impresje łączące sekwencyjną, pompującą dynamikę i zamyślenie oraz bardzo charakterystyczne "przestrzenne rozswingowanie" w sferze akordowej i improwizacyjnej. W Beats / Pads Zawadziński znów umiejętnie nawiązuje do klimatów Tangerine Dream, tym razem jednak zdecydowanie młodszych, mianowicie do lounge-elpopowej atmosfery pierwszych tomów Dream Mixes. Electronic Bossanova urzeka zwłaszcza za sprawą lekko posmutniałej, matowej solówki wplecionej w nostalgiczne tło, natomiast Rhythmic Waves wyłania się z genialnie prostego i przy tym genialnie urzekającego sekwencyjnego tematu mogącego odlegle skojarzyć się z "rytmicznymi falami" emitowanymi przez instrumenty muzyków Kraftwerk gdzieś na samym początku lat osiemdziesiątych. Znakomity, wielowarstwowy album - słychać, iż Zawadziński nie tylko kocha, ale po prostu czuje muzykę elektroniczną i ma wiele do przekazania, to robi zaś z kolei w odświeżająco niewymuszony, swobodny sposób.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł
  • Aquavoice | Memories

    Aquavoice | Memories

    Bestseller Super cena

    To już drugi album Aquavoice w barwach Generatora. Wcześniejszy Cold nosił znamiona szkoły berlińskiej, zderzonej z chłodnym ambientem. Na płycie Memories ambient jest głównym tworzywem. Aquavoice śmiało sięga po klimaty spod znaku Biosphere. Właśnie norweska szkoła muzyki tła odgrywa tu zasadniczą rolę. Aquavoice kreuje kapitalnie, rozległe przestrzenie, gdzie jedynie horyzont jest ich granicą. To muzyka w sam raz na zimę, podskórnie wnika w tkankę i dosadnie buduje klimat lodowego świata. Mimo iż okładka ma apokaliptyczny wymiar, Aquavoice udanie kroczy drogą atmosferycznej elektroniki. Kolejny krok naprzód poczyniony.

    R. M.




    Aquavoice przygotował był w barwach wytwórni Generator.pl eteryczną, tchnącą nieziemskim spokojem płytę Cold - album Memories przynosi jeszcze więcej różnorakich nastrojów, często niespodziewanych, genialnie asocjacyjnych, niczym wyjętych z jedynego w swoim rodzaju snu. Brzmienia analogowe, digitalne i komputerowe składają się w rewelacyjne melanże z odgłosami natury i samplowymi pętlami, a stylistycznie nawet trudno klasyfikować pojawiające się tu utwory, jako że impresje Aquavoice śmiało wykraczają i aranżacyjnie, i strukturalnie, i nastrojowo, i melodycznie poza wszelkie typowe rozgraniczenia... Żywszy utwór News of the World może skojarzyć się z rytmiczniejszymi kompozycjami sankt-petersburskich New Composers, z kolei już utwór następny, Nostalgy, przynosi w takt ślizgającej się igły gramofonowej sepiowe wspomnienie miejsca, które raz wydaje się być podwórkiem z dzieciństwa, a raz bajecznym parkiem Everglades. To bodajże najpiękniejsza i najbardziej tajemnicza kompozycja na płycie. Niewiele ustępuje jej jednak nostalgia zamarzających, usypiających elektronicznych okruchów w Dancing Snowflakes oraz wyborne, podsycone jazzowym relaksem akordy Autumn, przesypujące się niczym suche liście w drzemiącej klepsydrze, podczas gdy za oknem pada deszcz. Labyrinth to meandry znaczone głównie czynelowymi nacięciami, zza których co i rusz wychylają się kolejne mylące głowy wibrafonowych bukszpanów. Spacer po wyludnionym starym mieście to treść kolejnego utworu, Tycho B., w zasadzie przepełnionego nastrojem typowym dla Flashpoint Tangerine Dream, ale pochodzącym z jeszcze innego zupełnie wymiaru. Old Ship to jeden z najbardziej abstrakcyjnych utworów na całym krążku, frapująco zmurszały i zdezintegrowany na tony składowe niezrozumiałych, pojawiających się spontanicznie wspomnień i haseł. W takt żywszego utworu tytułowego Słuchacz może uporządkować plik starych zdjęć i wyczytać z nich nowe, grzechotliwe znaczenie. Loneliness przekornie balansuje na granicy osamotnionego smutku i osamotnionego szczęścia. Co kryje się tymczasem w porowatych rurach, którymi przedostajemy się ku szarawemu obłokowi świetlistej waty, na samej północy (North)? Druga część News of the World to obraz bez ramy - albo odwrotnie, rama bez obrazu - nastrój bez towarzyszących mu początkowo beatów, dostrzegana tylko w lustrze rozrzucona na stole układanka. Gdy przyjrzymy się bliżej, okaże się, iż rzeczywistość pokoju i rzeczywistość lustrzana różnią się detalami, które wykrywamy w miarę, gdy ambientalny abstrakcyjny nastrój do końca przesypuje się w klepsydrze (Mirror)... Chylę czoła przed tak sugestywnym, nastrojowym i zagadkowym albumem.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł
  • Yarek | Organix

    Yarek | Organix

    Bestseller Super cena

    Album od pierwszych motywów introdukcji China Town przynosi satysfakcjonujące, pełne, bogate brzmienie: udany melanż barw analogowych i komputerowych. Daab nie tyle stanowi wkład Yarka w dub reprezentowany przez postacie takie jak Bill Laswell albo Mad Professor, ile udane nawiązanie do błękitnego chłodu Oxygene Jean Michel Jarre'a. Delfin to dla piszącego te słowa najlepszy utwór na płycie, frapująca, bardzo wyważona synteza tradycyjnej elektroniki i nowych brzmień: z jednej strony otrzymujemy tutaj migotliwe, polifoniczne ostinato, z drugiej zaś wokalne sample z miejsca kojarzące się z mrocznym ambientem projektu Monolake! Utwór czwarty, Fluidion, znów świadczy o umiejętnościach Yarka jako kompozytora eklektyzującego: wypukłe, połyskliwe, uporządkowane w ostinatowe struktury brzmienia w podkładzie świadczą o przywiązaniu do sekwencyjnej tradycji, podczas gdy tempo utworu oraz dodatkowe składniki aranżacyjne czynią zeń potencjalnego kandydata na składankę wydaną przez Fax Records (aczkolwiek bardziej, naturalnie, w duchu Passing Airwhales na przykład, a nie eksperymentów z syntezą granularną albo brzmieniami techno, ma się rozumieć...) Mój drugi faworyt obok wspomnianego Delfina to utwór piąty, Lachemma: słychać tu wyraźnie fascynację muzyką Klausa Schulze, jednakowoż nie tą najbardziej "klasyczną" i w międzyczasie na gigantyczną skalę przez wyznawców berlińskiego kultu "spopularyzowaną", lecz najnowszą - w stylu Farscape i Contemporary Works; Słuchacz otrzymuje tutaj wspaniałą porcję rozmarzonych, oddalonych sekwencji o z lekka etnicznym posmaku, spotęgowanym jeszcze obecnością improwizowanej wokalizy. Kolejne utwory: Koralowa Rafa, No Sequence oraz Radio Active to wielopłaszczyznowe, nierzadko wzbogacane głosowymi i amuzycznymi samplami nagrania, za sprawą których Yarkowi na dobre udaje się przerzucić pomost między tradycyjną elektroniką sekwencyjną, wyrafinowanymi suitami JMJ oraz frankfurckim chill-outem. Wiena to przede wszystkim subtelna gra zmysłowych dysonansów w rozczesanych, włóknistych akordach i pulsująca niepokojem syntezatorowa solówka, prześlizgująca się po subtelnie ostinatowych wybojach niczym granatowy, zdigitalizowany wąż o frapującym spojrzeniu - trzeci utwór, który szczególnie w tym zestawie wyróżniam. Zx Electro to swoistego rodzaju przedłużenie intrygującego, zagadkowego nastroju niepokoju, tym razem jednak już w zasadzie bez dominujących sekwencyjnych bloków ani tym bardziej dominujących beatów, z czasem muzyka pomału wygasa, zapada ciemność, wciąż słychać jednak syntezatorowe pomruki i przetaczające się fale utkane z sampli, syntezatorowego krylu i strzępów elektronicznego sitowia. Fascynująca, organiczna podróż, w którą polecam udać się wiele, wiele razy...

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł
  • Odyssey | Syntharsis

    Odyssey | Syntharsis

    Bestseller Super cena

    Krążek nr 1 zaczyna się utworem Inner Intrussion - kompozycja to dość posępna ale nie świadczy o całości tak klimatycznej muzy na całym wydawnictwie. Świetnie ta muzyka koreluje z frapującą okładką. Kolejny fragment to The space inside. Odyssey brzmieniowo zbliża się do Jarrowskich dzieł dekady lat 70-tych. Re:incarnation z kolei może zadowolić ortodoksyjnych wyznawców "klasycznej" elektroniki - muzyka kontemplacyjna, zadumana ale niosąca w sobie spory ładunek optymizmu, zwiewne dźwięki nie dają się szybko rozgryźć.... i na tym polega wyjątkowość tego wydawnictwa. Magiczne dżwięki Odyssey'a metafizycznie docierają do naszego ego. Neurogenesis to muzyczny groove, zresztą takich smaczków na tym albumie jest wiele. Dość "mroczną" ciekawostką w sensie klimatów jest kompozycja Re:sythesis. Muzyka Tomka Pauszka oscyluje tu wokół minorowych zapętlonych wątków. Niespokojny duch "Dark ambient" dominuje przez kilka minut trwania tego niesamowitego kawałka.
    Intrygujący jest też Re :versed worlds. Jakże muzyka ta jest niejednoznaczna - klimaty ambientowe w stylu Vidna Obmana, mieszają się z pompatyczną i wzniosłą muzyką J.Foxxa z jego albumu Cathedral Oceans - muzyka nieodgadniona, tajemnicza i przenosząca w sferyczne odchłanie - swego rodzaju transcendentalne doświadczenie gwarantowane. Kolejna "klimatyczna" niespodzianka na tym krążku to kompozycja Re:phlexess - Odyssey nie idzie na łatwiznę, każdy dźwięk jest tu przemyślany. Muzyk wykorzystuje intuicyjnie przebogatą paletę samplowanych barw, w ten sposób kreuje cudnej urody surrealistyczno-ambientowy pejzaż.
    Tak jak na albumach C.Padilla i P.Ellisa, następuje przekroczenie "niebieskich bram".
    Krążek nr 2 zawiera sporo fragmentów oscylujących między ambientem a mieszaniną nowoczesnej elektroniki (rave music, synthpop, trans, chilliout). Taką perełką na jest rewelacyjny i zarazem bardzo "groovowy" a momentami wręcz transujący Structures - kawałek ten niczym walec miażdży ucho słuchacza potężnymi basowymi pulsacjami, okraszonymi jazgotliwymi partiami syntezatorów analogowych. Znakomity efekt głębi muzycznej i przestrzenności daje niesamowite wrażenie mentalnego uczestnictwa w tej niepokojącej raczej kompozycji. Innercity - to już futurystyczna el-muzyka rodem z jakiegoś klubu disco z.... odległej przyszłości. Odyssey podobnie jak J.M.Jarre dał się ponieść nowoczesnej elektro-popowej muzyce, która z powodzeniem mogłaby egzystować w rozgłośniach radiowych preferujących dźwięki raczej "Friendly radio". Tak jest do końca tego wyjątkowego wydawnictwa, które promuje Generator.
    Muzyka nietuzinkowego artysty Odyssey'a, tworzącego chwilami dość oniryczne pejzaże choć również jest tu miejsce na ferie iskrzących dźwięków, charakterystycznych dla nowofalowych twórców nowoczesnej muzyki elektronicznej.

    Mariusz Wójcik




    To niechybnie najbardziej złożone dzieło w dyskografii Tomasza Pauszka, muzyka, aranżera i kompozytora ukrywającego się pod pseudonimem Odyssey. Syntharsis (2009) to reedycja debiutanckiego materiału artysty, ale bardzo wyjątkowa, ponieważ nie chodzi tu wyłącznie o wydanie zremasterowanego oryginalnego materiału z 2001; dodatkowo otrzymujemy krążek z niepublikowanymi dotąd utworami pochodzącymi z sesji Syntharsis oraz atrakcyjnymi remiksami dwóch najbardziej "przebojowych" tematów z albumu. Album stanowi bardzo udane połączenie elementów odmłodzonej (kojarzącej się zatem np. z Tangerine Dream od ery "Melrose Years" po dziś) elektroniki sekwencyjnej, wysmakowanego lounge'u oraz "klubowo" przyprawionego, bardzo wyrafinowanego elpopu. Nie brak tu elementu, który można by określić jako "groove" - szczególnie podobać się mogą naprawdę dopracowane, fantazyjne linie basowe - ale jednocześnie słowem najlepiej podsumowującym przebieg całego albumu byłoby słowo "flow": muzyka Odyssey'a jest nieprawdopodobnie "aerodynamiczna", opływowa, bardzo dobrze skoncypowana narracyjnie. Właściwie nie ma tu utworów "typowo dynamicznych" ani "typowo ambientalnych", poszczególne epizody suity Syntharsis są wielowątkowe, wielopłaszczyznowe i utrzymane w raczej średnim tempie, przez co już odpowiednie wyeksponowanie elementów rytmicznych lub ich "schowanie" pośród elektronicznych akordowych obłoków przyczynia się do sklasyfikowania utworu jako "motoryczny" lub "oniryczny"... Na albumie dzieje się bardzo dużo na wielu planach, jest to świeża, niemalże pachnąca zawieszonymi w powietrzu kryształkami lodu muzyka pełna przestrzeni, która znakomicie mogłaby pełnić funkcję ścieżki dźwiękowej do niejednego filmu; zauważmy zresztą, jak wiele wspólnego pod względem instrumentacji i nastroju mają utwory Rephlexes i (szczególnie) Resynthesis z muzyką, którą Peter Gabriel napisał do filmu Birdy (1985). Time/Deep (jeden z "przebojów" z albumu, przedstawiony w dwóch remiksowych odsłonach na bonusowym krążku) z jednej strony ma coś z klimatu nowszych, klubowo-lounge'owych płyt Jean-Michela Jarre'a, a jednocześnie czai się tutaj w podskórnej sferze coś, co można by skojarzyć z muzyką (zwłaszcza z singlowymi remiksami) Bjork! Jeśli już mowa o J.M.J., to skojarzenia z twórczością tego muzyka będziemy też mogli mieć w przypadku Sunlight, jeśli chodzi o połączenie lirycznej fortepianowej melodii i charakterystycznie nostalgicznego akordowego tła z atrakcyjnie nowatorskim programmingiem. Ciekawie prezentuje się też "utkane" z dźwięków spustu migawki aparatu fotograficznego tło w Snapshots (mamy tu właściwie, przez bardzo swobodną asocjację, coś wspólnego z Souvenir de Chine albo Les Chants Magnetiques III?) oraz wyjątkowo smakowita paleta elektronicznych tonów zmieszanych w Terra Eois, utworze, w którym Odyssey z powodzeniem zaciera sztucznie kreowane granice między "tradycyjną elektroniką", new-age, klubowymi brzmieniami oraz light-ambientem. Koniecznie trzeba w tym miejscu powiedzieć, iż w ogóle ożywienie przez Odyssey'a ostinatowo-sekwencyjnych tradycji zasługuje o tyle na uwagę, że nie jest to kolejna wariacja na temat patentów Tangerine Dream, tylko raczej indywidualne potraktowanie formuły nieco w takim duchu, w jakim robiły to "gwiazdy" frankfurckiego FAXu, Pino Shamlou i Benjamin Wild (Xangadix, The Whole Traffic, The MS Series) albo też Beatboys 2000, przy czym wspomnieni wykonawcy raczej skłaniali się w stronę mariażu elektroniki sekwencyjnej i acidu, a Odyssey proponuje dojrzalsze i dopuszczające znacznie więcej skojarzeń aranżacje (umiejętne, dopracowane instrumentacje to jeden z największych atutów Odyssey'a, jak mi się wydaje). Polecam z pełnym przekonaniem, także remiksy (uwaga adresowana specjalnie do najbardziej "ortodoksyjnych" Słuchaczy, często sceptycznie nastawionych wobec "utanecznionych" (?!) wersji alternatywnych), pośród nich zaś szczególnie Aphex Glitch Version tematu Neurogenesis (wbrew tytułowi miksu, relatywnie niewiele tu z klimatu nagrań Aphex Twin albo Glitch, za to jest to wyśmienita wersja w takim duchu, w jakim tworzą tacy remikserzy jak Bitstream albo Kid 606).

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    29,00 zł
  • Scamall | A World Behind the Silence

    Scamall | A World Behind the Silence

    Bestseller Super cena

    Album rozpoczyna się poszarpanym, neurotycznym breakbeatem godnym Warp Records, od razu przychodzą na myśl dzieła Aphex Twin (przede wszystkim te z jego winylowych płyt EP). Offline nie jest jednak najbardziej charakterystycznym fragmentem krążka, już raczej dynamiczną introdukcją do płyty na wskroś zamyślonej, spowolnionej, praktycznie pozbawionej beatów. Muzyka Scamalla wymyka się prostym klasyfikacjom, w zasadzie jest to ponury, żelazisto-porowaty dark ambient, ale zarówno ta kategoria jest zbyt szeroka, jak i twórczość Scamalla zbyt niejednoznaczna i bogata. Warts and all przynosi charakterystycznie rozedrganą nerwowość w bardziej "sekwencyjnym" planie głównym oraz ponurą szarość deszczowego poranka w mrowiącym dalszym planie. "Screaming Trees" to abstrakcyjna miniatura, w której można dosłuchać się elementów najbardziej eksperymentalnego noise'u, ale "językiem urzędowym" wciąż jest tutaj język ambientu, nadal najdonioślejszą rolę pełnią mroczne struktury dźwiękowe ulegające autoreplikacji, rozchodzące się niczym kręgi na czarnej wodzie. Wrapped oraz Vanishing Haze to dark-ambientalne perełki, które mogłyby pochodzić z repertuaru Briana Eno. Z kolei podczas słuchania dwóch ostatnich impresji trudno nie pomyśleć: "Pete Namlook z pewnością chętnie wydałby te utwory w barwach Fax Records" - Bright to genialny melanż ambientalnych tekstur i przetworzonych odgłosów natury, przygotowany nieco w duchu Biosphere (zwłaszcza w okresie Dropsonde), natomiast konkluzja albumu ma coś wspólnego z tajemniczą, monochromatyczną eterycznością muzyki Tetsu Inoue, choć naturalnie w obu przypadkach nie ma mowy o kopiowaniu cudzych patentów, a jedynie o umiejętności wyczarowania specyficznej, niebywale odrealnionej a przy tym fantastycznie "wizualizacjogennej" atmosfery. (Patrząc w ten sposób, inne skojarzenia, które mogą spontanicznie przemknąć przez myśl, to twórczość duetu Boddy / Carter, Jochema Paapa albo bezbeatowe dzieła Steve Stolla.) Niewątpliwie trudna to płyta dla oddanych miłośników "tradycyjnej" elektroniki sekwencyjnej, ba, nawet dla fanów ambientu nie będzie to łatwy krążek; największy atut albumu to niewątpliwie ten, że muzyka Scamalla wciąga od pierwszych sekund i trzyma Słuchacza w napięciu do samego końca. Przy pomocy relatywnie prostych środków wyrazu udało się artyście bez trudu zbudować własny dźwiękowy świat, który nie przestaje fascynować. Aby to się udało, trzeba być doprawdy utalentowanym malarzem dźwięków. Gorąco polecam.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    19,00 zł
  • Tomasz Zawadziński | Follow Me

    Tomasz Zawadziński | Follow Me

    Bestseller Super cena

    Podążaj za mną - z pewnością ku zaczarowanym elektronicznym krainom, niesamowitym tonalnym dżunglom, z miejsca przywołującym ducha nagrań czołowych reprezentantów Szkoły Berlińskiej lub obdarzonych nieprzeciętną fantazją kontynuatorów ich tradycji: chętnie łączących sekwencyjne patenty z całą paletą brzmień tak elektronicznych, jak i akustycznych, takich jak choćby Paul Nagle. Początek krążka oznacza bardzo przyjemne zdumienie dla fanów bardzo wczesnego Tangerine Dream: budzący się do życia o żółtawym świcie elektroniczny egzotyczny las wibruje takim właśnie niesamowitym poszumem, jak działo się to w impresjach Tangerine Dream z płyt Zeit i Atem! Melanż czarująco abstrakcyjnych brzmień relatywnie szybko ustępuje miejsca spokojnej, może nieco melancholijnej, ale jednak podszytej optymizmem impresji utrzymanej w średnim tempie, bogatej melodycznie, a przy tym przestrzennej, jakby zagadkowo niedopowiedzianej. Drugi utwór, wyłaniający się z ciekawie zorganizowanej grupki tajemniczych chrzęstów, prowadzi nas w rejony, w zwiedzaniu jakich mistrzostwo osiągnął Wolfram Spyra: mamy tutaj podobnie miękki, "deszczowy" podkład, wyjątkowo swobodne dryfowanie między systemami tonalnymi oraz "wibrafonowe" eteryczne tony z miejsca wprowadzające Słuchacza w sam środek jakiejś barwnej, filmowej opowieści. Trzecia impresja, jeden z najlepszych momentów albumu, to przede wszystkim mżące leniwym, mlecznym światłem syntezatorowe reflektory miarowo, hipnotycznie przeczesujące odrętwiały, mollowy mrok podobny temu, jaki spowijał niektóre epizody albumów Klausa Schulze Body Love i Mirage! Czwarta kompozycja przywiewa garść brzmień urzekających melodycznie i aranżacyjnie w podobny sposób, jak dzieje się to na eklektycznych, oryginalnych, a jednak osadzonych w berlińskiej tradycji płytach wspominanego na początku Paula Nagle'a. Kompozycja finałowa ma może najwięcej wspólnego "wprost" z tradycją Szkoły Berlińskiej, niemniej jednak i tutaj odpowiednie wpływy przefiltrowane zostały w wysoce satysfakcjonującym stopniu przez wrażliwość Tomasza Zawadzińskiego. Uważne przesłuchania pozwolą docenić coraz bardziej klarujący się styl tego artysty nastrojonego zarówno refleksyjnie, jak i sekwencyjnie, malującego muzyczne obrazy - Sounds Like Pictures - tak nostalgiczne jak i optymistyczne, zarówno oszronione, jak i emanujące ciepłem. Przy kolejnych spotkaniach z zawartą tu muzyką przekonamy się, iż dane jest nam podążać z pewnością nie tylko w jednym kierunku, nie tylko wciąż do jednego i tego samego tajemniczego świata...

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł