Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Jean Michel Jarre

(22 albumy)
123 Następna strona Ostatnia strona
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Jean Michel Jarre | Oxygene Trilogy (3LP+3CD)

    Jean Michel Jarre | Oxygene Trilogy (3LP+3CD)

    Nowość

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 3LP+3CD


    723,87 zł
  • Jean Michel Jarre | Revolutions (LP)

    Jean Michel Jarre | Revolutions (LP)

    Nowość
    Album poświęcony jest "wszystkim dzieciom rewolucji" - francuskiej, amerykańskiej, przemysłowej, komputerowej, islamskiej. Rewolucja przemysłowa - muzycznym motywem przewodnim jest dźwięk metalicznego odgłosu kojarzący się z robotnikiem walącym w rurę przecinakiem. Drugi utwór zaś słychać sapanie olbrzymiego miecha, na tym tle nerwowe, drażniące dźwięki symbolizujące jak dla mnie dużą fabrykę i podziw dla mocy sprawczej człowieka, który poprzez przemysł potrafi kształtować swoje własne życie, wszystkie te symfoniczno-pompatyczne wstawki świadczą że Jarre oddaje hołd nowoczesności.
    Po tym można rzec dramatycznym otwarciu w stylu który można by nazwać symfonią industrialną mamy wejście Jarre'a w świat popowych melodii. Wiem że zarzuca się JMJ że miał już tyle zarobionych pieniędzy, że powinien nagrać bardziej eksperymetalną płytę ale zostawmy ten temat - Jarre zaczął uczyć się zorientowanych na pop melodii. London Kid to coś co nazwać by można light guitar pop-lekkie i przyjemne gitarowe granie z elektronicznym tłem.
    Kolejny utwór Revolutions to chyba mój zdecydowany faworyt - ciekawe rozwinięcie i niespotykane dotąd połączenie z muzyką arabską - vocoderowa monodeklamacja (Jean-Michel Jarre oraz Michel Geiss - komputerowy głos zaprojektowano w kalifornijskim Street Electronics) wymieniania różnych rzeczy na zasadzie możliwość brak możliwości, plus egzotyczne dźwięki tworzy coś na kształt etno elektroniki.
    Kolejny Tokyo Kid to jakby uzupełnienie do London Kid - nazewnictwo nie przypadkowe - Londyn kojarzy się z XVIII wieczną rewolucją przemyslową na ziemiach angielskich czyli wprowadzeniem pierwszych maszyn, zaś Tokio to konotacja związana z dzisiejszymi czasami, gdzie myśląc o nowoczesności bezwiednie kojarzymy to z Japonią. Utwór ten to taki elektro etno jazz, jak dla mnie najsłabiej brzmiący na płycie.
    Computer Weekend - dla jednych zbyt cukierkowy dla mnie przykład wykreowania ascetycznymi metodami przeboju. Utwór September śpiewany przez Mireille Pombo i chór żeński z Mali to hołd złożonym Dulcie September, aktywistki ANC jednej z ofiar reżimu południowoafrykańskiego zamordowanej w marcu 1988 roku. Tu słychać wyraźne inspiracje z czarnego lądu. Patetyczno-podniosły Emigrant to klamra spinająca tę tematyczną płytę.
    Loopy z Rolanda D-50 podporządkowano klimatom etnicznym, Jarre odmienił swoją muzykę już na Rendez Vous ale tutaj nastąpił już całkowity kolaż różnych gatunków muzycznych . Być może dlatego płyta ta przez ortodoksyjnych fanów el jest źle odbierana. Przeze mnie nie.

    Dariusz Długołęcki

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1LP


    82,10 zł
  • Jean Michel Jarre | Magnetis Fields (LP)

    Jean Michel Jarre | Magnetis Fields (LP)

    Nowość Bestseller
    Po prawie bliźniaczo podobnych brzmieniem Equinoxe i Oxygene Jarre wydał płytę zupełnie odmienną. Brak tu wizji kosmicznych światów swoistego kreowania innej nadrzeczywistej materii dźwięku - tutaj mamy do czynienia z melodyjnym minimalizmem. Podkłady jakie pojawiają się w poszczególnych utworach powodują zupełnie inny odbiór tej muzyki, która jakby zrzuciła zwiewną zasłonę odrealnienia. Tytuł do płyty Jarre zaczerpnął z nadrealistycznego poematu Andre Bretona i Philippe'a Soupalta. Pierwsza połowa albumu koncentruje się na 17 minutowej suicie, jednej z najbardziej zaskakujących kompozycji Jarre'a. Skonstruowano ją jako sekwencję dwóch głównych motywów, z rozmarzonym interludium wprowadzającym trochę kosmicznego ducha. Pierwszy motyw oparto na dynamicznej serii syntezatorowych chórów dochodzących do crescendo, drugi o zabarwieniu orkiestrowym można by nazwać progresywnym popem elektronicznym z ciekawymi syntezatorowymi improwizacjami o bardziej ambitnym zabarwieniu. Jest ona jakby podzielona na 3 części - pierwszą bardziej dynamiczną kończą zabawy przetworzonym głosem (naturalne dźwięki miksowano Fairlightem), druga surrealistyczna składająca się z mnogich efektów, sampli (pierwszy raz użyte w historii jako muzyczny element) i dochodzącej do nich melodii na syntezatorze przechodząca w część 3 - najsłabszą na płycie - najlepiej obrazuje owo odarcie z mrocznej tajemnicy poprzednich 2 płyt na rzecz zrytmizowanego popu elektronicznego.
    Część druga to chwytliwy techno - pop oparty na twistowym rytmie. Szkoda że Jarre odszedł od działających na wyobraźnię przestrzennych wizji.
    Część 3 zaś to głównie przegląd elektronicznych efektów - odgłosów maszynerii, pikania radaru itd. Wszystkie te dźwięki emulowane przez syntezatory brzmią niezwykle intrygująco w zestawieniu z syntezatorem. Króciutki acz bardzo nastrojowy o ciekawej stylistyce jedyny przypominający dawne dokonania Jarre'a.
    Część 4 - melodyjne linie i relaksacyjny podkład dają nam możliwość obcowania z najlepszym jak dla mnie utworem na tej płycie - spokojna, pogodna atmosfera pozwala na błogie zanurzenie się w otaczających nas dźwiękach.
    Część 5 można odebrać jako rumbę - wiadomo że Jarre dalej flirtował z latynoamerykańskimi rytmami, że wspomnę nieszczęsne Calypso i wielokrotnie przemycał tą muzykę do swych utworów. Ten utwór wieńczący płytę to wyraźne zasygnalizowanie że stylistyka z Equinoxe i Oxygene to już przeszłość.
    Na pewno wielu fanów rozczarowało się sądząc że Jarre będzie kontynuował wariacje na temat swoich dwóch poprzednich płyt. Inni jak ja, uważają że dobrze uczynił że zaczął poszukiwać czegoś nowego. Na koniec ciekawostka - po francusku płyta nosi tytuł Les Chants Magnétiques czyli "Magnetyczne piosenki" - wydano ją także jako Magnetic Fields a nie Songs - Jarre uznał że słowo Fields brzmi lepiej jako nazwa płyty.

    Dariusz Długołęcki


    Płytę otwiera ruchliwe, rozmigotane ostinato, w które wkrada się regularnie dźwięk o pół tonu niższy niż główny ton składowy, przez co uzyskuje się wrażenie rozmazywania się melodii, spotęgowane licznymi pogłosami. Na tym tle rozbrzmiewają charakterystyczne jarre'owskie dwudźwięki, prowadzące swą nostalgiczną opowieść. Ten dynamiczny, iskrzący się fragment może stanowić idealną ścieżkę dźwiękową do filmu, który w przyspieszonym tempie pokazuje budzenie się i wzrost roślin albo podziały komórkowe… Pływający, miękki bas zaznacza co jakiś czas swoje akcenty, a temat przewodni roztapia się co kilka chwil w bezkresnym oceanie szumów i kosmicznych świergotów.
    Muzyka z biegiem czasu staje się coraz pogodniejsza, ostinato oscyluje wokół durowego akordu, a prowadząca melodia wschodzi niczym słońce przebijające się przez deszczowe chmury prędko odsłaniające czyste niebo. Potem zaś idziemy na spacer w towarzystwie zagadującego nas półsłówkami robota. Zwiedzamy Warszawę? Paryż? Fikcyjną metropolię pełną samochodów o opływowych kształtach, pełną budynków wyginających się za sprawą śmiałej architektonicznej wyobraźni jak w krzywym zwierciadle?... Gdy skończy się ten pozbawiony regularnego rytmu i wyrazistej melodii fragment, jak świetlista smuga rozbłyśnie znienacka kolejny wątek, prowadzony natychmiast wpadającymi w ucho dwudźwiękami na tle galopującego rytmu syntezatorowo-perkusyjnego. Ta melodia toczyć się już będzie pospiesznie aż do końca pierwszej części suity, stopniowo wyciszając się, pozostawiając na słyszalnym planie tylko zamyślone, smętne, tęskne syntezatorowe znaki interpunkcyjne. Po ostatnim wielokropku rzeczywiście zostanie już tylko cisza…
    Część druga to najbardziej znany fragment tej płyty i zarazem niekwestionowany przebój, gwóźdź programu późniejszych koncertów. Bardzo chwytliwy motyw brzmi klarownie w "zwrotkach" i miesza się z lekko dysonansowymi akordami w "refrenach" utworu, a brawurowy podkład przywołuje na myśl pomysłowe podkłady perkusyjne wykorzystane przez grupę Kraftwerk jako budulec kolejowych muzycznych podróży w utworach Trans Europa Express, Abzug i Metall auf Metall. Część trzecia brzmi najbardziej tajemniczo i mgliście. Może słuchacz próbuje przyjrzeć się płochliwemu egzotycznemu ptakowi, który skrył się w zgniłozielonym sitowiu?... Brzmienie muzyki zapowiada pogłębioną na późniejszych płytach fascynację wątkami orientalnymi.
    Czwarta część to typowa dla Jarre'a melodia, brzmiąca jednocześnie i pogodnie, i z lekka nostalgicznie. Leitmotiv tego utworu stopniowo będzie niknąć wśród poświstów i dźwięków idealnie oddających igranie odblasków na tafli wody, aż pozostanie tylko miarowe, chłodne ostinato.
    Część ostatnia to wzmagająca "surrealistyczny" nastrój całości żartobliwa rumba, celowo "utandetniona" i brzmiąca mniej plastycznie niż pozostałe kompozycje. Słuchacz zasiada przy jednym z klubowych stolików i za chwilę doczeka się premiery dzieła Les chants magnetiques - cała suita rozpocznie się od początku; ten seans w seansie może nigdy się nie kończyć… Przecież znienacka milknące dźwięki rumby to też tylko igraszka ze słuchaczem…

    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1LP


    82,10 zł
  • Jean Michel Jarre | Equinoxe (LP)

    Jean Michel Jarre | Equinoxe (LP)

    Nowość Bestseller
    Album ma odzwierciedlać dzień życia człowieka od rana do wieczora. Jarre rozwinął tu swoje brzmienia dodał dużo więcej dynamicznych i rytmicznych elementów głównie przez większe eksploatowanie sekwencji linii basowych. Krok naprzód po sukcesie komercyjnym Oxygene. Nie przełamał tu reguł które pozwoliły oczarować słuchaczy poprzedniej płyty ale zdaje się że płyta jest mniej improwizowana a bardziej przemyślana - co niekoniecznie znaczy lepsza. Jarre w umiejętny sposób rozbudowuje syntezatorowe orkiestracje tworząc ścianę dźwięku osadzoną w pięknych liniach melodycznych współgrających z harmonijnymi podkładami służącą mu to wytworzenia niesamowitego mniej pogodnego w odróżnieniu do Oxygene klimatu. Uwagę przykłada do wszelkich smaczków i pasaży dodając melodiom dodatkowej atrakcyjności. Dźwięk brzmi także dużo mocniej niż na poprzedniej płycie co podyktował repertuar płyty.
    Nie zapowiada tego pełen patosu wstęp części 1 obrazujący jak dla mnie wschód słońca przechodzący w części 2 w muzyczną opowieść o poranku, powoli budzącym się do życia świecie. Delikatne dźwięki nabierają mocy w części 3, lecz w jeszcze spokojnej tonacji, bez basów - to już symbol czynu, podjęcia wyzwań dnia codziennego. Dużo mocniejszą dawką decybeli obdarzono nas w części 4 - praca, zajęcia, człowiek na pełnych obrotach. Najbardziej dynamiczna część 5 - bombastyczny obraz człowieka w ruchu tak charakterystycznego dla dzisiejszej cywilizacji to chyba najbardziej znana porcja muzyki z tej płyty - podkład z niej jest kontynuowany w części 6 i na tle tego Jarre dodaje kolejne ozdobniki tworząc jakby nową integralną część (człowiek nadal na najwyższych obrotach tyle że w zaciszu domowym). Pod koniec jednak jego fizyczna aktywność powoli maleje (końcówka 6 części i część 7). Kiczowata melodyjka w 7 na wstępie (kojarzy się z klubem paryskiej bohemy) sygnalizuje odpoczynek - a samotnie bez udziału ozdobników wygrywane końcowe akordy to jakby hołd dla kondycji ludzkiej, człowieka samego w sobie i zarazem hymn dla konczącego się dnia. Całość brzmi jak muzyczna epicka opowieść.
    Można twierdzić że Jarre nie zaryzykował i zduplikował poprzednią formułę ale wiele tam nowych elementów. Nastroje na niej zawarte są jakby mniej porażające jak to było na Oxygene - mroczne i mniej uduchowione - prawdopodobnie gdyby ukazała się jako preludium przed Tlenem jej sukces byłby dużo mniejszy - jako kontynuacja znalazła szeroki poklask - co nie znaczy że płyta jest zła - o nie - to majstersztyk.

    Dariusz Długołęcki


    Wspaniały album! Nawiązujący do poprzedniego krążka twórcy. Equinoxe jest bardziej przyziemny. Nie znaczy to jednak, że pozbawiony jest tajemnicy. Ma niepowtarzalny klimat. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie Band in the rain kończące Equinoxe7. Słuchacz tego albumu na pewno się nie znudzi ani przez moment. Często lubię słuchać Jarre'a wieczorem, choć to tylko moja opinia. Jest to jednak album porównywalny z Oxygene. Myśle, że te dwa krążki są najlepszymi dziełami w historii muzyki elektronicznej. Jak do tej pory nie znalazłem bardziej perfekcyjnych płyt z El-muzą.

    Bartek


    Muzyka z tej płyty, jak i opisywane przez nią zjawisko, jest czymś rzadkim i niezwykłym w swoim rodzaju. Mimo dość dużego podobieństwa do swej poprzedniczki Oxygene płyta ta nie traci na świeżości pomysłów, a przede wszystkim na oryginalności zaprezentowanych utworów. Jean Michel Jarre poprzez Oxygene, Equinoxe i późniejszą Magnetic Fields stworzył swój własny, niepowtarzalny styl, który do dziś fascynuje wielu słuchaczy na całym świecie. Equinoxe jest dość wyraźnym przykładem zafascynowania kompozytora różnego rodzaju dźwiękowymi "bajerami". Szalejące wichry, odgłosy burzy, świergot ptaków i zlewające się plany dźwiękowe upiększają i urozmaicają jego muzykę, a nie przesycają ją natrętnie jazgoczącymi dźwiękami (jak ma to miejsce u wielu innych muzyków).
    Z całej suity na szczególną uwagę zasługują trzy pierwsze jej części osnute kosmiczną tajemnicą, pozostałe to już bardziej zdynamizowane ale podtrzymujące wcześniejsze wątki muzyczne pejzaże (warto przypomnieć, że pochodzą stąd dwa "przeboje": Equinoxe IV i Equinoxe V). W ostatnich latach dokonania Jarre'a zbliżyły się do tzw. techno-popu (nie mylić z techno!), ale nie wolno zapominać, że są w jego dorobku płyty, które z całą pewnością nawiązują do SBSME (skrótu chyba nie muszę tłumaczyć).

    Wojciech Suchan

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1LP


    82,10 zł
  • Jean Michel Jarre | Chronology (LP)

    Jean Michel Jarre | Chronology (LP)

    Nowość
    Wydana w 1993 r. Chronologie jest niewątpliwie jedną z najbarwniejszych płyt francuskiego kompozytora i syntezatorzysty. Podobnie jak w nieco dawniejszych czasach, mamy tutaj jedną suitę podzieloną na kilka dość silnie skontrastowanych, a jednak spójnych części. Album rozpoczyna się miękką, harmonijną pieśnią świtu gdzieś na brzegu morza albo na piaszczystym skraju lasu. Drugi utwór to jeden z tak charakterystycznych melodycznie dla Jarre’a "przebojów", zbudowanych na dynamicznym rytmie, natychmiast wpadających w ucho kombinacjach dwudźwięków i całej masie pobocznych efektów, które nie drażnią, lecz potęgują atmosferę całości. W finale kompozycji zwraca uwagę niemalże symfoniczny rozmach, z jakim dołączają się głosy, syntetyczno-orkiestrowe brzmienia oraz brawurowe solo. Trzecia część to chwila nostalgicznej zadumy, poruszające mollowe kadencje świetnie korespondują z nocnymi pejzażami van Gogha; dodatkową ozdobą utworu jest błyskotliwe solo gitary elektrycznej. Chronologie 4 i Chronologie 6 to kolejne "hity", pierwszy przynosi dyskotekowe brzmienia w zaawansowanym stadium, nieco w stylu Pet Shop Boys, drugi to przede wszystkim urzekające akordeonowe motywy wplecione w charakterystycznie "jarre’owski" akordowy pochód - oba przeboje rozdzielone zostały fenomenalną częścią piątą suity, przynoszącą sporo brzmieniowych eksperymentów, nocnego deszczowego scratchingu, a w motorycznej części… elektroniczne flamenco! Siódma część idealnie koresponduje z nastrojem ociekających spiekotą i przejrzałymi barwami obrazów Wojciecha Weissa Maki albo Józefa Mehoffera Dziwny ogród: mamy wrażenie goszczenia w rozpływającym się, feerycznym onirycznym ogrodzie, w którym wszystkie kolory stopniowo zaczynają wirować i łączyć się w jedną zmysłowo pulsującą plamę. Finał nosi wszystkie znamiona finału: jest tu głośno, pogodnie, rytmicznie oraz nie po raz pierwszy przebojowo. Znakomita płyta udowadniająca, iż tzw. „elpop“ ma się dobrze i przy odrobinie wyobraźni może być nie mniej absorbujący niż berlińska elektronika sekwencyjna. Jarre niewątpliwie jest malarzem nastrojów, nawet jeśli jego muzyka brzmi przede wszystkim komercyjnie i przebojowo – a to dosyć duża sztuka.

    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1LP


    95,24 zł
  • Jean Michel Jarre | 7-Exit -Rsd-

    Jean Michel Jarre | 7-Exit -Rsd-

    Nowość

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1EP-WINYL


    45,98 zł
  • Jean Michel Jarre | Oxygene (LP)

    Jean Michel Jarre | Oxygene (LP)

    Nowość Bestseller
    Płyta, będąca kamieniem milowym muzyki elektronicznej, przez wielu uważana za najwybitniejsze osiągnięcie gatunku, wyniosła także na wyżyny nieznanego wówczas, francuskiego syntezatorzystę. O ile późniejsze (a szczególnie ostatnie) dokonania

    Jarre'a

    nie mają już takiego uroku, co pierwsze, to przyznać trzeba, że dzięki nim muzyka elektroniczna trafiła "pod strzechy" nawet mniej wybrednych słuchaczy. Czy to dobrze - śmiem wątpić, komercjalizacja nigdy nie wychodzi sztuce na dobre... Oxygene na pewno nie można zarzucić owej przypadłości, płyta poraża pełnią i bogactwem brzmienia, niezwykle nowatorskiego jak na owe czasy, a i dziś potrafiącego zachwycić. Sześc utworów, tworzących nierozerwalną całość, wypełnione jest zwiewnymi, klimatycznymi dźwiękami, szumami wiatru i wspaniałymi efektami stereofonicznymi. Oxygene part 1 wprowadza nas w stan zadumy i pewnej melancholii, przelewając elektroniczne pejzaże z głośnika w głośnik. Muzyka nabiera tempa w Oxygene part 2, pod tym indeksem ukryty jest, między innymi, zgrabny temat triolowy, jeden z najbardziej charakterystycznych w dorobku kompozytora. Z towarzyszącym nam szumem wiatru rozpoczyna się Oxygene part 3, tchnąca optymizmem urokliwa miniaturka, z wieńczącym ją śpiewem ptaków, kończącym jednocześnie pierwszą stronę płyty. Po tym kolejny raz witani jesteśmy szumem wiatru i rozpoczyna się Oxygene part 4, można powiedzieć "wizytówka"

    Jarre'a

    , będąca dowodem na to, że jest on jednocześnie mistrzem komponowania prostych, ale przyjemnych, chwytających za serce melodii. Oxygene part 5 wraca na początku do klimatów spokojniejszych, malowanych organowymi krajobrazami, by pod koniec nabrać tempa i wprowadzić nas w klimaty rodem z

    Tangerine Dream

    ... Płytę kończy Oxygene part 6, nastrojowy utwór, któremu towarzyszy szum morza i odgłosy rybitw kończące płytę. Trzeba przyznać, że w 1976 roku była to rzeczywiście muzyczna rewolucja, nikt dotąd muzyki, jakby nie było, pop w ten sposób nie grał. Czas jednak pokazał, że "muzyka przyszłości", jak reklamowano Oxygene, brzmi zupełnie inaczej, czy lepiej, czy gorzej, oceńcie sami. Dla mnie Oxygene to wspaniała podróż w krainę przestrzeni, błękitnego nieba i widocznego w każdą stronę horyzontu...

    Sebastian Sztark



    Pomyśleć że

    Jarre

    miał problemy z wydaniem tego materiału! A tymczasem to jeden z najbardziej charakterystycznych i popularnych albumow muzyki elektronicznej wszechczasów! Odmienny od chłodnego futuryzmu

    Kraftwerk

    i bardziej kosmiczny i przestrzenny niż

    Tangerine Dream

    zaskakiwał silnie melodyjnym brzmieniem i kreacją muzycznych pejzaży.
    Kluczowe komponenty sukcesu tej płyty to znakomicie wykorzystanie instrumentarium (choćby Eminent-310 Unique organ), fantastyczne użycie efektów echa i dźwiękowych generowanych przez VCS i AKS i genialne realizatorsko niesamowite efekty stereofoniczne.
    Ten album to znak firmowy

    Jarre'a

    .
    Już pierwsza część powala klimatem jaki wytwarza ta muzyka - podniosły, metafizyczny nastrój ale nie mroczny. To jakby kosmiczno-przestrzenna nirvana oblana dźwiękami - nastrojowe preludium do porywającej w intergalaktyczną podróż części drugiej - przed nami całe piękno kosmosu -mijamy czerwone karły, pulsary, roje meteorytów - przepiękna, wyważona i w stu procentach dopracowana muzyka.
    Część trzecia to jakby spięcie tej potrójnej suity - spokojnie - dynamicznie -spokojnie - bardziej jednak doniośle.
    Część czwarta - chyba najbardziej znany kawałek elektronicznej muzyki w ogóle. Oparty na kilku melodyjnych akordach, ale jak zaaranżowany i jak wspaniale wsparty podkładami!
    Część piąta - składa się z dwóch fragmentów - pierwsza - odzwierciedlenie kosmicznej pustki - prawie brak linii melodycznej i jakby swobodny przepływ dźwięków - im dalej jednak w las tym pojawia się zamiast dysonansow coraz więcej harmonii która nagle przeksztalca się w feerię muzycznej galopady - jedno z najciekawszych wykorzytań stereo w historii muzyki - słynne przejścia zamian kanałami poszczegolnych podkladów robi wrażenie do dziś - główny motyw pojawiający nagle - poraża mnie do dziś - ten jakis taki przenikliwy, chwytający za serce dźwięk i zakończenie z falami rozbijającymi się glucho o skałę i samplami popiskiwań mew to jak dla mnie najpiekniejsza część tej płyty. Końcowa część to znowu przeciwstawność na ktorej

    Jarre

    oparł płytę - spokojny, nastrojowy utwór mniej jednak przestrzenny od pozostałych. Bardzo systematycznie ułożone struktury tej muzyki tworzą jej moc - olbrzymia siła tkwi też w tym że

    Jarre

    nie udziwniał kompozycji tworząc esensjonalnie krótkie utwory kumulujące wszystko co podpowiadała mu muzyczna wyobraźnia w sposób który pozwalał się nacieszyć poszczególnymi dźwiękami do momentu kiedy zaczęłyby nużyć. To grzech wielu twórców którzy nadmiernie eksploatują pewne pomysły, które zamiast brzmieć świeżo po 10 minutach powodują ból głowy. Siłą Oxygene jest to, że jest przyjaźnie nastawiona na słuchacza, który przy kolejnych przesłuchach może odnajdywać następne smaczki a jego wyobraźnia tworzyć coraz to inne wizje.
    Zasługą

    Jarre'a

    jest to, że muzykę el rozpropagował w świecie wyrywając ją z niszowego gatunku przeznaczonego dla niewielkiej, elitarnej grupy słuchaczy. Jak nośna i jak rewolucyjna była ta muzyka niech świadczy olbrzymi boom na podrabiaczy stylu

    Jarre'a

    - do dziś wiele płyt w sklepach netowych zamiast opisu nosi krótką etykietę wyjaśniającą wszystko - jarrish. Ale mistrza nie jest w stanie nikt podrobić - co by nie pisać,

    Jean Michel Jarre

    ma wielkie zasługi dla el muzyki i obszczekiwanie jego dokonań IMHO jest śmieszne - jego miejsce jest równorzędne obok

    Tangerine Dream

    ,

    Klausa Schulze

    i

    Vangelisa

    .

    Dariusz Długołęcki



    Pośród szumów i poświstów elektronicznego sitowia chwiejącego się sennie na tle syntezatorowych konstelacji chmur i wody rodzą się pierwsze mętne, zimne akordy, a wokół nich zaczynają wirować migotliwe arpeggia i ciągnące się pojedyncze tony. PPG Wave snuje swoją nostalgiczną pieśń, a plan zaciąga się coraz ciemniejszymi, seledynowo-granatowo-brunatnymi chmurami rozmaitych syntezatorów. Tak rozpoczyna się dzieło, które zapewniło

    Jean-Michelowi Jarre’owi

    sławę – do dziś płyta Oxygene w wielu kręgach uchodzi za debiutancką płytę francuskiego artysty, przez co wydawnictwa Cage, Erosmachine, Deserted Palace i Les granges brulées skazane zostają na zapomnienie. Oniryczna, pozbawiona właściwie rytmicznego szkieletu impresja przechodzi płynnie wraz z odezwaniem się migoczącego ostinata w część drugą: po chwili rozbrzmi fragment stylizowany na barokowe Gigue, gdzie wysokie tony syntezatora momentami do złudzenia przypominać będą mollowe wyznania barokowej trąbki. Quasi-barokowy motyw zostaje zmyty falami elektronicznych chórów, których pomruk niesie słuchacza przez lodowe cieśniny rzeźbione w brzmieniach syntezatorów i melotronów.
    Część trzecia rozpoczyna się od dramatycznego, przejmującego, dysonansowego „akordu syntetycznego“, który szybko rozpuszcza się pod naporem ciężkiego rytmu akcentowanego dźwiękami tak ścieżki perkusyjnej, jak i lepkich, masywnych akordów syntezatorowych intonujących chwytliwy motyw zbudowany na charakterystycznej dla najbardziej nośnych riffów kwincie. Muzyka ulega zdezintegrowaniu na podobieństwo piany dotkniętej kawałkiem mydła jeszcze przed trzecią minutą trwania tego epizodu. Z szumu wiatru i gamy innych niezidentyfikowanych niemuzycznych brzmień wyłania się znany chyba każdemu słuchaczowi muzyki nie tylko elektronicznej pulsujący rytm czwartego epizodu, najprędzej kojarzonego z nazwiskiem

    Jarre’a

    . Na posuwistym tle rozbrzmiewa przymglona, bardzo melodyjna impresja, ciekawie parafrazowana na bazie niby przewidywalnego schematu Cm-F-G.
    Część piąta to najdłuższy epizod Oxygene. Właściwie wyróżnić można tutaj dwie pod-części: pierwsza jest niebywale spokojna i stonowana, rozbłyskują w niej skrzące się, miękkie brzmienia oddalonych syntezatorów; część druga ma dla kontrastu wyrazisty, rozbulgotany, kipiący rytm, na tle którego w sposób niemal charakterystyczny dla rockowej improwizacji

    Jarre

    rozwija otwartą melodię syntezatora prowadzącego.
    Ostatnia część to frapujący, chłodny obrazek, w którym brzmienie ścian akordów jest wyjątkowo ponure i osamotnione. Szczególną uwagę zwraca melodia budująca przejście między powrotami alternacji mollowych akordów –

    Jarre

    składa ją w pomysłowy sposób używając półtonowych interwałów, nadających muzyce specyficzny posmak. Od strony dźwiękowej finałowy epizod przypomina nieco konstelację dźwięków wypełniającą introdukcję Oxygene, utwór spowity jest jednak w szaty bardziej rytmiczne niż część pierwsza.
    Skojarzenia przypływające spontanicznie podczas obcowania z tą płytą mogą różnić się bardzo dalece – wcale niekoniecznie musi to być podróż przez najdalsze krańce kosmosu, zdumiewanie się architekturą warszawskiego Mostu Poniatowskiego na tle wystygłego marcowego nieba ani kontemplowanie obrazów surrealistów. Tak czy inaczej, podróż przez dźwiękowe struktury Oxygene jest niezapomnianym przeżyciem, o czym warto jak najszybciej przekonać się na własnej skórze.


    Igor Wróblewski



    Album, od którego zaczałem sluchac elektroniki. Uwielbiam słuchać go wieczorem najlepiej pod rozgwiezdzonym niebem albo ksiezycowej nocy. Polecam wszystkim gorąco.

    Bartek



    Często wracam do tego albumu Pamiętam, że pierwszy raz go słuchałem na płycie analogowej made in USA. Ale na stosunkowo dobrym gramofonie stereo... Muzyka, która się nie starzeje a wręcz przeciwnie - przynosi ze sobą powiew dobrego elektronicznego rocka. Z pewna nostalgią czekam na powrót takiego właśnie Jarre'a zwłaszcza po rozczarowującym mnie zupełnie najnowszym SESSION 2000. Oxygene, to jeden z najlepszych albumów Jeana Michela ale według mnie jeden z lepszych w całej, dotychczasowej historii el-rocka. Bogata faktura muzyczna, stopniowanie nastroju, frazy ,które nie nużą słuchacza ani przez chwilę. Płyta godna polecenia nawet dla zaawansowanego miłośnika tego gatunku. Jeśli njeszcze nie słuchałeś Oxygene - zrób to teraz i kup płytę, jeśli ją znasz - zapewne będziesz chętnie do nie wracał... czego i Tobie drogi słuchaczu elektronicznych dźwięków życzę...

    Mariusz

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1LP


    82,10 zł
  • Jean Michel Jarre | Original Album Classics

    Jean Michel Jarre | Original Album Classics

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 5CD


    108,38 zł
  • Jean Michel Jarre | Electronica 1 (digipack)

    Jean Michel Jarre | Electronica 1 (digipack)

    Super cena

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    34,14 zł
  • Jean Michel Jarre | Essential Recollection

    Jean Michel Jarre | Essential Recollection

    Super cena

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,30 zł
123 Następna strona Ostatnia strona