Napisz do nas
   


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

poniedziałek 27 lutego
czwartek2 marca

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2346 wydawnictw w ofercie
1739 dostępnych natychmiast
33070 próbek utworów
2084 recenzji płyt
21356 zrealizowanych zamówień
4304 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Jean Michel Jarre

(14 albumów)
12 Następna strona Ostatnia strona
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Jean Michel Jarre | Electronica 1 (digipack)

    Jean Michel Jarre | Electronica 1 (digipack)

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,91 zł
  • Jean Michel Jarre | Essential Recollection

    Jean Michel Jarre | Essential Recollection

    Super cena

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    30,22 zł
  • Jean Michel Jarre | Chronology

    Jean Michel Jarre | Chronology

    Super cena
    Wydana w 1993 r. Chronologie jest niewątpliwie jedną z najbarwniejszych płyt francuskiego kompozytora i syntezatorzysty. Podobnie jak w nieco dawniejszych czasach, mamy tutaj jedną suitę podzieloną na kilka dość silnie skontrastowanych, a jednak spójnych części. Album rozpoczyna się miękką, harmonijną pieśnią świtu gdzieś na brzegu morza albo na piaszczystym skraju lasu. Drugi utwór to jeden z tak charakterystycznych melodycznie dla Jarre’a "przebojów", zbudowanych na dynamicznym rytmie, natychmiast wpadających w ucho kombinacjach dwudźwięków i całej masie pobocznych efektów, które nie drażnią, lecz potęgują atmosferę całości. W finale kompozycji zwraca uwagę niemalże symfoniczny rozmach, z jakim dołączają się głosy, syntetyczno-orkiestrowe brzmienia oraz brawurowe solo. Trzecia część to chwila nostalgicznej zadumy, poruszające mollowe kadencje świetnie korespondują z nocnymi pejzażami van Gogha; dodatkową ozdobą utworu jest błyskotliwe solo gitary elektrycznej. Chronologie 4 i Chronologie 6 to kolejne "hity", pierwszy przynosi dyskotekowe brzmienia w zaawansowanym stadium, nieco w stylu Pet Shop Boys, drugi to przede wszystkim urzekające akordeonowe motywy wplecione w charakterystycznie "jarre’owski" akordowy pochód - oba przeboje rozdzielone zostały fenomenalną częścią piątą suity, przynoszącą sporo brzmieniowych eksperymentów, nocnego deszczowego scratchingu, a w motorycznej części… elektroniczne flamenco! Siódma część idealnie koresponduje z nastrojem ociekających spiekotą i przejrzałymi barwami obrazów Wojciecha Weissa Maki albo Józefa Mehoffera Dziwny ogród: mamy wrażenie goszczenia w rozpływającym się, feerycznym onirycznym ogrodzie, w którym wszystkie kolory stopniowo zaczynają wirować i łączyć się w jedną zmysłowo pulsującą plamę. Finał nosi wszystkie znamiona finału: jest tu głośno, pogodnie, rytmicznie oraz nie po raz pierwszy przebojowo. Znakomita płyta udowadniająca, iż tzw. „elpop“ ma się dobrze i przy odrobinie wyobraźni może być nie mniej absorbujący niż berlińska elektronika sekwencyjna. Jarre niewątpliwie jest malarzem nastrojów, nawet jeśli jego muzyka brzmi przede wszystkim komercyjnie i przebojowo – a to dosyć duża sztuka.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    30,22 zł
  • Jean Michel Jarre | Waiting for Cousteau

    Jean Michel Jarre | Waiting for Cousteau

    Szum morskich fal rozbijających się o skaliste brzegi... oto początek jednej ze znakomitszych płyt Jean Michela Jarre'a. Już sam początek sugeruje nam niesamowitą podróż od piaszczystej plaży po morskie głębiny. Rozwydrzone fale w powolnym wyciszeniu zmieniają się w roztańczoną i wesołą, zagraną z niemałym rozmachem kompozycję Calypso, momentami przypominającą dokonania muzyków tworzących w stylu "plażowego disco". Utwór przypominał mi słodziutkie kawałeczki grupy Cusco, ale Jarre uczynił go i tak bardzo oryginalnym.
    Po nieco długawym tańczeniu na plaży przenosimy się na statek odkrywców morskich głębin (mowa o Calypso Part 2) by móc podziwiać bezmiar oceanu w towarzystwie stada delfinów. Utwór trochę nawiązujący do wczesnej twórczości kompozytora. Jak zwykle idealnie brzmiąca perkusja (oczywiście syntetyczna), która u Jarre'a zawsze była znakomita. Fin de siede to podtytuł trzeciej i zarazem ostatniej części suity Calypso. Kompozycja nieznacznie się różniąca od wcześniejszych, ale jej atmosfera przesiąknięta smutkiem i powagą sprawia, że słuchając jej słuchamy jakby wołania o pomoc dla wolno niszczonego podwodnego świata. W tym miejscu dobiega końca, najpierw roztańczona a później dość smutna, suita Calypso, według mnie jedna z lepszych kompozycji Jarre'a.
    Następuje wyciszenie muzyki, które niesie pełnię niesamowitych brzmień a przede wszystkim wrażeń. Ta zadumana i pełna tajemniczości muzyka jest wspaniałą opowieścią o krainie podwodnego królestwa, gdzie ludzkość jeszcze wszystkiego nie zniszczyła. En attendant Cousteau ukazała mi Jarre'a od zupełnie innej strony, wcześniej zupełnie mi nie znanej. Ta muzyka przypomina chwilami znakomite dzieła Briana Eno i wielu innych minimalistów, ale jej niepowtarzalny urok czyni ją jedną z najwybitniejszych tego gatunku. Przez całe 47 minut trwania utworu, nawet przez minutę nie zawiało mi nudą. Gdy słuchałem jej po raz pierwszy, od razu skojarzyła mi się z niedocenioną Rendez - Vous, a dokładnie z prologiem, czyli First Rendez - Vous. Album En attendant Cousteau polecam wszystkim tym, którzy są wolni od nałogowego wsłuchiwania się w dyskotekowe, komercyjne kawałki i którym twórcza oryginalność jest najwyżej docenianą cechą artysty.

    Wojciech Suchan



    Przez dwadzieścia twórczych lat Jean - Michel Jarre zmieniał swój styl: od delikatnych i pięknych suit (Oxygene, Equinoxe, Magnetic Fields), poprzez Zoolok, Rendez Vous, aż do muzyki niemal dyskotekowej (Revolution, Chronologie). Powyższe dwie płyty nie bardzo mnie poruszyły, były nijakie i dość komercyjne (jedynie utwory Industrial Revolution, czy Chronologie i były dobre).
    Jednak w roku 1990 nastąpiło miłe zaskoczenie - płyta Waiting For Cousteau. Przy pierwszym kontakcie z płytą, widząc okładkę czujemy, że w tę muzykę trzeba się wsłuchać. Pierwsze trzy utwory są miłe dla ucha i wprowadzają w atmosferę całości. Zaraz potem 47 minut muzyki dosłownie mnie zatykającej. Przenosi mnie w inny świat - świat podwodnych wizji i podróży. Za chwilę "odleciałem". A to wszystko za sprawą pomysłowości Jarre'a - 47 minut jednego utworu! I to w epoce komercji i trzyminutowych kawałków! Kompozycja tytułowa, mimo że tak piękna i pobudzająca wyobraźnię, jest w swej konstrukcji i formie bardzo prosta. Składa się z zaledwie kilku zamglonych planów dźwiękowych i cichych "skarg" fortepianu - momentami przypomina twórczość Briana Eno. Na sam koniec kompozycji został wprowadzony efekt szmeru strumyka. Następuje powolne wyciszenie... Utwór wymaga odpowiednich warunków przy przesłuchiwaniu. Ja sam słucham go w nocy, wygodnie w łóżku, gdy nie przeszkadzają hałasy. Działa wtedy dość sugestywnie. Co prawda, utwór może niektórych razić swą monotonią - ja jednak myślę, że w monotonii tkwi jego siła.
    Słuchając współczesnych kompozycji Jarre'a cieszę się, że pozostała ta piękna muzyka sprzed 5 lat.

    Tomasz Wyrwał

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,91 zł
  • Jean Michel Jarre | Revolutions

    Jean Michel Jarre | Revolutions

    Album poświęcony jest "wszystkim dzieciom rewolucji" - francuskiej, amerykańskiej, przemysłowej, komputerowej, islamskiej. Rewolucja przemysłowa - muzycznym motywem przewodnim jest dźwięk metalicznego odgłosu kojarzący się z robotnikiem walącym w rurę przecinakiem. Drugi utwór zaś słychać sapanie olbrzymiego miecha, na tym tle nerwowe, drażniące dźwięki symbolizujące jak dla mnie dużą fabrykę i podziw dla mocy sprawczej człowieka, który poprzez przemysł potrafi kształtować swoje własne życie, wszystkie te symfoniczno-pompatyczne wstawki świadczą że Jarre oddaje hołd nowoczesności.
    Po tym można rzec dramatycznym otwarciu w stylu który można by nazwać symfonią industrialną mamy wejście Jarre'a w świat popowych melodii. Wiem że zarzuca się JMJ że miał już tyle zarobionych pieniędzy, że powinien nagrać bardziej eksperymetalną płytę ale zostawmy ten temat - Jarre zaczął uczyć się zorientowanych na pop melodii. London Kid to coś co nazwać by można light guitar pop-lekkie i przyjemne gitarowe granie z elektronicznym tłem.
    Kolejny utwór Revolutions to chyba mój zdecydowany faworyt - ciekawe rozwinięcie i niespotykane dotąd połączenie z muzyką arabską - vocoderowa monodeklamacja (Jean-Michel Jarre oraz Michel Geiss - komputerowy głos zaprojektowano w kalifornijskim Street Electronics) wymieniania różnych rzeczy na zasadzie możliwość brak możliwości, plus egzotyczne dźwięki tworzy coś na kształt etno elektroniki.
    Kolejny Tokyo Kid to jakby uzupełnienie do London Kid - nazewnictwo nie przypadkowe - Londyn kojarzy się z XVIII wieczną rewolucją przemyslową na ziemiach angielskich czyli wprowadzeniem pierwszych maszyn, zaś Tokio to konotacja związana z dzisiejszymi czasami, gdzie myśląc o nowoczesności bezwiednie kojarzymy to z Japonią. Utwór ten to taki elektro etno jazz, jak dla mnie najsłabiej brzmiący na płycie.
    Computer Weekend - dla jednych zbyt cukierkowy dla mnie przykład wykreowania ascetycznymi metodami przeboju. Utwór September śpiewany przez Mireille Pombo i chór żeński z Mali to hołd złożonym Dulcie September, aktywistki ANC jednej z ofiar reżimu południowoafrykańskiego zamordowanej w marcu 1988 roku. Tu słychać wyraźne inspiracje z czarnego lądu. Patetyczno-podniosły Emigrant to klamra spinająca tę tematyczną płytę.
    Loopy z Rolanda D-50 podporządkowano klimatom etnicznym, Jarre odmienił swoją muzykę już na Rendez Vous ale tutaj nastąpił już całkowity kolaż różnych gatunków muzycznych . Być może dlatego płyta ta przez ortodoksyjnych fanów el jest źle odbierana. Przeze mnie nie.

    Dariusz Długołęcki

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,91 zł
  • Jean Michel Jarre | Randez-Vous

    Jean Michel Jarre | Randez-Vous

    To bez wątpienia najsmutniejsza i najbardziej poruszająca, niemalże rozpaczliwa płyta Jarre'a; miała przynieść dumną, optymistyczną muzykę ery podboju kosmosu, wypadek Challengera zniweczył jednak te plany – stąd tyle tutaj ponurości i powagi. Kolejny dowód na to, iż w bólu rodzą się wybitne dzieła sztuki… Na początku Słuchacz odnajduje się na wyludnionym, zamglonym kosmodromie w mżącym deszczu, na próżno wypatrując znaków z przeszłości lub sygnałów dających nadzieję na kontynuację teraźniejszości. Po zaledwie dwuminutowej introdukcji rozpoczyna się główny utwór albumu, poruszające requiem Deuxieme Rendez-Vous rozpisane nie tylko na instrumenty elektroniczne, ale przede wszystkim na duży chór. Czyste piękno w podniosłym nastroju. Kolejna impresja, Harpe laser, nie ma zbyt wiele wspólnego z fantazją na laserową harfę z koncertu w Chinach w 1982 roku: atmosferę eksperymentu i abstrakcji zastąpił tutaj nastrój żałoby i przygnębienia. Jedyny pogodny – w kontekście całości zatem tragiczny i paradoksalny – fragment płyty to tchnące nadzieją i wiarą Quatrieme Rendez-Vous, kolejny „przebój“ i tym samym obowiązkowy punkt występów na żywo. Cinquieme Rendez-Vous przynosi kilka bardzo różnych nastrojów, szczególne wrażenie robi ostinato na które nanizano kolażowe, coraz bardziej dysonansujące partie. Finałowe Spotkanie opatrzone podtytułem Ron’s Piece dedykowane jest jednemu z kosmonautów załogi Challengera; ta piękna saksofonowa impresja miała zostać wykonana przez astronautę, fizyka i muzyka Rona McNair w jednej osobie na pokładzie kosmicznego statku. Tym trudniej słuchać jej spokojnie w domu. Trudna – a przy tym niepowtarzalnie piękna płyta o ogromnej sile wyrazu.

    I. W.



    Album dość niezły. Trzeba się wsłuchać w niektóre kawałki. Ja na przykład nie mogę przebrnąć przez cały Randez-Vous 2, które przypomina symfonię. Może się uda. Pozostałe kawałki to dobra robota. Polecam szczególnie ostatni utwór, w którym możemy usłyszeć piękną gre na saksofonie - bardzo kosmiczny wątek. Jeśli się nie mylę to jest to ten sam saksofon, który został wykorzystany w końcówce Magnetic Fields 1.

    Bartek

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,91 zł
  • Jean Michel Jarre | Zoolook

    Jean Michel Jarre | Zoolook

    Super cena
    Świetny przykład próby pogodzenia komercyjnego oblicza muzyki Jeana Michela Jarre'a z artystowską formą wyrazu. Dla tych których Jarre przyzwyczaił do melodii wpadających w ucho było to niemile zaskoczenie. Szok dla przypadkowych słuchaczy rekrutujących się z pośród rzeszy laików dla których Jarre kojarzył się właśnie z ładną muzyką, dla których owa próba pokazania innego, ambitnego oblicza była nie do przyjęcia. Stąd płyta sprzedawała się źle ale cieszy dużą estymą wśród smakoszy wyrafinowanych prób muzycznych. Dla mnie to wzorcowy produkt melanżu eksperymentu z komercją. Pojawienie się takich gwiazd trudniejszej w odbiorze muzyki jak gitarzysta Adrian Belew z King Crimson czy niezależna artystka z Ameryki Laurie Anderson dodaje dodatkowej pikanterii calemu przedsięwzięciu. Jarre skupia się na opozycji i współbrzmieniach naturalnych, zmiksowach głosów w lub na tle instrumentów - różne źródła podają różne liczby wykorzystanych językow (od 23 do 30) bynajmniej słyszymy słowa od aborygeńskiego po turecki. Mamy więc całą gamę przeplatających się wokalnych sampli kontrastujących lub zastępujących instrumentarium co ciekawe nie tylko elektroniczne. Mowa, głos jako forma muzycznej ekspresji powoduje że płyta nabiera niesamowitego, arcyciekawego klimatu - staje się egzotyczną, niespotykaną dotąd formą wyrazu.
    Ethicolor otwierający płytę z przerażającym brzmieniem zwokoderowanych głosów słoni z delikatnym podkładem syntezatorów od początku oparto na zabawach głosem - tu laur dla Laurie Anderson I parę słów jej poświęconych - mimo sukcesu płyty której nazwałbym artystycznym el popem, Big Science, tak naprawdę wypłynęla dzięki współpracy z Jarre'm - co więcej można twierdzić że to ją ukierunkowało i jej romans w wokalnymi samplami zaowocował później na znakomitej płycie Home Of The Brave. Jarre tworzy rozedrgany, masywny od emocji obraz utkany z dzwięków. Niektórzy twierdzą że to coś na kształt wstępu do eksperymentalnej symfonii wokalno elektronicznej. Jak zwykle perfekcyjne rozłożenie kolejnych ozdobnikow na tle delikatnego podkładu snującego się z syntezatora przechodzi od 7 minuty w dwa rytmiczne motywy - jeden stworzony z glosów drugi z elektronicznych instrumentow - dodatkowej elektryzującej mocy dodano za pomocą znakomicie brzmiącej i pierwszy raz przez Jarre'a wykorzystanej na tą skalę perkusji i gitary basowej.
    Co ważne Jarre porzucił też płynne łączenia utworów na rzecz naturalnych wyciszeń. Divę zbudowano na tym samym modelu ale skierowano konotacje w stronę Azji co sugerują wokalne sample w drugiej partii utworu o prowenencji kantońskiej melodii co zarysowano za pomocą i instrumentów jak i ponownie zaskakująco za pomocą głosu Anderson stylizującej swe zaśpiewy na modłę azjatycką. W końcu utwór przy którym trudno nie potupać nóżką... Znakomity, oparty na szybkim perkusyjnym rytmie przełamywanym wokalnymi samplami Zoolook to prawdziwe mistrzostwo aranżacyjne i niesamowicie energetyzujący kawalek - prożno mi szukać konkurenta który podnosiłby u mnie tak poziom andrenaliny jak ten utwór (no może Peter Gunn - Art Of Noise).
    Wooloomooloo poluźnia futurystyczną atmosferę kosmicznymi brzmieniami syntezatorów. Temu utworowi bliżej do stylistyki z Equinoxe czy Oxygene z tym że tu mamy bardziej ponure brzmienie instrumentarium - poszczegolne dźwięki opleciono wokół motywu przypominającego jakby odgłos pracującej maszynerii.
    Zoolookologie to jakby młodszy brak Zoolook tyle, że w spokojniejszej tonacji . Blah Blah Cafe zaś to jeden z najdziwniejszych utworow na tej płycie - klimat quasi marszu wojskowego stworzony z miksu pojedynczego dźwięku kontrabasu, saksu oblanych brzmieniem sampli tworzy pompatyczną mieszankę. Płytę wieńczy Ethnicolor 2 także eksploatujący odgłosy techniki, wykorzystujący co dla Jarre'a jak dotąd było niezwykłe - niskie dźwięki wydobywane z instrumentów strunowych. Droga jaką podążył na tej płycie zrywała z dotychczasową formą wyrazu. Płyta, która nie znalazła ciągu dalszego - widać Jarre uznał że temat został zużyty. Przetarł na pewno ścieżkę którą podążyło wielu awangardowych twórców.

    Dariusz Długołęcki



    Płytę otwiera kompozycja Ethnicolor - bez wątpienia jedna z najpiekniejszych i najbardziej poruszających pozycji w dyskografii Jarre'a, porównywalna ze względu na atmosferę i bogactwo instrumentacyjne z drugą częścią suity Rendez-Vous. Zbudowany na charakterystycznym układzie akordów główny temat "śpiewany" jest przez najrozmaitsze głosy, spotykające się, poszukujące się tęsknymi westchnieniami, oddalające się, przenikające sie jak duchy… Słuchacz staje o świcie nad zamglonym brzegiem rzeki, nieopodal wznoszą się fantomowe, półwyśnione, półzziębnięte z tęsknoty pomniki postaci zastygłych dopiero co w zaśnieżonych pozach pełnych wyczekiwania… Muzyka staje się głośniejsza, głosy oddalają się i stopniowo milkną, nostalgiczna partia syntezatora prowadzi coraz dalej przez mgłę… Wreszcie wyłoni się kolejna ścieżka wokalna, poskładana z ogromnym pietyzmem z zazębiających się wykrzykników i znaków zapytania, a na takim tle rozkwita fantastyczny akompaniament sekcji rytmicznej z wyeksponowanymi wejściami basu. Jarre rozpościera na ścieżce rytmicznej siatkę melancholijnych dwudźwięków, które wraz z przyspieszeniem rytmu staną się prawie pogodne - ale tylko na chwilę, by przy wtórowaniu syntezatorowych westchnień mglistych ambulansów mknących przez blady świt powrócić z tematem wywołującym dreszcze u słuchacza…
    Równie niesamowita jest impresja Diva - Laurie Anderson opowiada w wyimaginowanym języku niesamowitą historię, a dźwięki kreowane przez Jarre'a prowadzą nas przez woskowe groty, zwapniałe krużganki mostów w błotnistym kolorze, ociekające niepokojem przejścia podziemne… w nieoczekiwanie pojawiający się fantastyczny, jaskrawo-barwny świat plamistych, elastycznych dźwięków rozpościerających się i zwisających w niebywałej obfitości przed słuchaczem.
    Druga część płyty jest bardziej eksperymentalna i dynamiczna aniżeli zamyślona. Motywy stanowiące główny budulec utworów Zoolokologie i Zoolook brzmią bardzo przebojowo; w pierwszym uwagę zwraca aranżacja i melodyka kojarząca się z najlepszymi utworami Pet Shop Boys, w drugim - powracające orientalne wokalizy i okrzyki, splatające się z rozklangowanym, pulsującym basem. Bardzo ciekawie brzmi impresja Wooloomooloo, muzyczna betoniarka, w której mieszają się ociężale fascynujące brzmienia zagęszczonej syntezatorowej substancji i przetworzone głosy elektronicznych egzotycznych ptaków, przerywane cichymi recytacjami niepokojącego, zagadkowego tytułu utworu. Blah Blah Cafe z kolei to intrygujące scherzo, zbudowane na sprężystym rytmie i kłócących się, skrzypiących wykrzykników syntezatorowych, wyginających się w stronę prawie jazzowych skal.
    Płytę wieńczy zadumana, migocząca chłodnymi nocnymi światłami miniatura Ethnicolor II - słuchacz znajduje się na pustoszejącym, półprzezroczystym dworcu, nasłuchując w napięciu, czy stukot pociągowych kół słyszalny wciąż w oddali zwiastuje nadejście kogoś, kto przerwie rozpaczliwą samotność…
    PS. Ciekawy jestem, czy vocoderowa wokaliza w Blah Blah Cafe faktycznie zbudowana jest na słowach "Chodź po bułki", jak mi się nieodparcie nasuwa przy każdym przesłuchaniu tego utworu - zważywszy, ile języków przewija się przez ten album, jest to wielce

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    30,22 zł
  • Jean Michel Jarre | The Symphonic  Jean Michel Jarre

    Jean Michel Jarre | The Symphonic Jean Michel Jarre

    Często wersje orkiestrowe, na które są przerabiane utwory muzyki popularnej bądź rockowej, brzmią straszliwie kiczowato i nieautentycznie. A jak ma się do tego muzyka giganta elektroniki jakim jest Jean Michel Jarre? Okazuje się, że całkiem nieźle, interpretacją jego kanonicznych utworów zajęła się Praska Orkiestra Symfoniczna. Pod dyrekcją Nica Raine, wiernie przeniosła elektroniczny świat Jarre'a, w całkiem nowy wymiar. Mało tego, by uzyskać pełniejszy efekt pojawili się: sopranistka Charlotte Kinder, ale też i chór pod batutą Davida Temple. Mamy tu zatem kompozycje z niemal całego dorobku artysty, nie brak i tych które same w sobie stały się jego klasykami i głównymi punktami jego koncertów. Zaczyna się utworami z płyty Chronologie, a dalej już żelazny kanon Jarre'a. Mamy i Randez-Vouz, Industrial Revolution. Jednak orkiestra nie zawsze dawała radę, chociażby z tego powodu iż nie dało się wszystkich dźwięków przełożyć na akustyczne instrumenty. W tak kluczowych utworach jak Equinoxe 4 czy Oxygene 4, trzeba było w niewielkim stopniu wspomóc się elektroniką i to słychać. W sumie te dwa dyski to świetna frajda dla fanów francuskiego wirtuoza, ale też i znakomity prezent dla wielbicieli muzyki klasycznej. Może to skłoni ich do sięgnięcia po płyty francuskiego mistrza. Dla innych to po prostu porcja znakomitej muzyki, a na pewno żadnego kuriozum.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    80,26 zł
  • Jean Michel Jarre | Oxygene (remastered)

    Jean Michel Jarre | Oxygene (remastered)

    Bestseller Super cena
    Płyta, będąca kamieniem milowym muzyki elektronicznej, przez wielu uważana za najwybitniejsze osiągnięcie gatunku, wyniosła także na wyżyny nieznanego wówczas, francuskiego syntezatorzystę. O ile późniejsze (a szczególnie ostatnie) dokonania

    Jarre'a

    nie mają już takiego uroku, co pierwsze, to przyznać trzeba, że dzięki nim muzyka elektroniczna trafiła "pod strzechy" nawet mniej wybrednych słuchaczy. Czy to dobrze - śmiem wątpić, komercjalizacja nigdy nie wychodzi sztuce na dobre... Oxygene na pewno nie można zarzucić owej przypadłości, płyta poraża pełnią i bogactwem brzmienia, niezwykle nowatorskiego jak na owe czasy, a i dziś potrafiącego zachwycić. Sześc utworów, tworzących nierozerwalną całość, wypełnione jest zwiewnymi, klimatycznymi dźwiękami, szumami wiatru i wspaniałymi efektami stereofonicznymi. Oxygene part 1 wprowadza nas w stan zadumy i pewnej melancholii, przelewając elektroniczne pejzaże z głośnika w głośnik. Muzyka nabiera tempa w Oxygene part 2, pod tym indeksem ukryty jest, między innymi, zgrabny temat triolowy, jeden z najbardziej charakterystycznych w dorobku kompozytora. Z towarzyszącym nam szumem wiatru rozpoczyna się Oxygene part 3, tchnąca optymizmem urokliwa miniaturka, z wieńczącym ją śpiewem ptaków, kończącym jednocześnie pierwszą stronę płyty. Po tym kolejny raz witani jesteśmy szumem wiatru i rozpoczyna się Oxygene part 4, można powiedzieć "wizytówka"

    Jarre'a

    , będąca dowodem na to, że jest on jednocześnie mistrzem komponowania prostych, ale przyjemnych, chwytających za serce melodii. Oxygene part 5 wraca na początku do klimatów spokojniejszych, malowanych organowymi krajobrazami, by pod koniec nabrać tempa i wprowadzić nas w klimaty rodem z

    Tangerine Dream

    ... Płytę kończy Oxygene part 6, nastrojowy utwór, któremu towarzyszy szum morza i odgłosy rybitw kończące płytę. Trzeba przyznać, że w 1976 roku była to rzeczywiście muzyczna rewolucja, nikt dotąd muzyki, jakby nie było, pop w ten sposób nie grał. Czas jednak pokazał, że "muzyka przyszłości", jak reklamowano Oxygene, brzmi zupełnie inaczej, czy lepiej, czy gorzej, oceńcie sami. Dla mnie Oxygene to wspaniała podróż w krainę przestrzeni, błękitnego nieba i widocznego w każdą stronę horyzontu...

    Sebastian Sztark



    Pomyśleć że

    Jarre

    miał problemy z wydaniem tego materiału! A tymczasem to jeden z najbardziej charakterystycznych i popularnych albumow muzyki elektronicznej wszechczasów! Odmienny od chłodnego futuryzmu

    Kraftwerk

    i bardziej kosmiczny i przestrzenny niż

    Tangerine Dream

    zaskakiwał silnie melodyjnym brzmieniem i kreacją muzycznych pejzaży.
    Kluczowe komponenty sukcesu tej płyty to znakomicie wykorzystanie instrumentarium (choćby Eminent-310 Unique organ), fantastyczne użycie efektów echa i dźwiękowych generowanych przez VCS i AKS i genialne realizatorsko niesamowite efekty stereofoniczne.
    Ten album to znak firmowy

    Jarre'a

    .
    Już pierwsza część powala klimatem jaki wytwarza ta muzyka - podniosły, metafizyczny nastrój ale nie mroczny. To jakby kosmiczno-przestrzenna nirvana oblana dźwiękami - nastrojowe preludium do porywającej w intergalaktyczną podróż części drugiej - przed nami całe piękno kosmosu -mijamy czerwone karły, pulsary, roje meteorytów - przepiękna, wyważona i w stu procentach dopracowana muzyka.
    Część trzecia to jakby spięcie tej potrójnej suity - spokojnie - dynamicznie -spokojnie - bardziej jednak doniośle.
    Część czwarta - chyba najbardziej znany kawałek elektronicznej muzyki w ogóle. Oparty na kilku melodyjnych akordach, ale jak zaaranżowany i jak wspaniale wsparty podkładami!
    Część piąta - składa się z dwóch fragmentów - pierwsza - odzwierciedlenie kosmicznej pustki - prawie brak linii melodycznej i jakby swobodny przepływ dźwięków - im dalej jednak w las tym pojawia się zamiast dysonansow coraz więcej harmonii która nagle przeksztalca się w feerię muzycznej galopady - jedno z najciekawszych wykorzytań stereo w historii muzyki - słynne przejścia zamian kanałami poszczegolnych podkladów robi wrażenie do dziś - główny motyw pojawiający nagle - poraża mnie do dziś - ten jakis taki przenikliwy, chwytający za serce dźwięk i zakończenie z falami rozbijającymi się glucho o skałę i samplami popiskiwań mew to jak dla mnie najpiekniejsza część tej płyty. Końcowa część to znowu przeciwstawność na ktorej

    Jarre

    oparł płytę - spokojny, nastrojowy utwór mniej jednak przestrzenny od pozostałych. Bardzo systematycznie ułożone struktury tej muzyki tworzą jej moc - olbrzymia siła tkwi też w tym że

    Jarre

    nie udziwniał kompozycji tworząc esensjonalnie krótkie utwory kumulujące wszystko co podpowiadała mu muzyczna wyobraźnia w sposób który pozwalał się nacieszyć poszczególnymi dźwiękami do momentu kiedy zaczęłyby nużyć. To grzech wielu twórców którzy nadmiernie eksploatują pewne pomysły, które zamiast brzmieć świeżo po 10 minutach powodują ból głowy. Siłą Oxygene jest to, że jest przyjaźnie nastawiona na słuchacza, który przy kolejnych przesłuchach może odnajdywać następne smaczki a jego wyobraźnia tworzyć coraz to inne wizje.
    Zasługą

    Jarre'a

    jest to, że muzykę el rozpropagował w świecie wyrywając ją z niszowego gatunku przeznaczonego dla niewielkiej, elitarnej grupy słuchaczy. Jak nośna i jak rewolucyjna była ta muzyka niech świadczy olbrzymi boom na podrabiaczy stylu

    Jarre'a

    - do dziś wiele płyt w sklepach netowych zamiast opisu nosi krótką etykietę wyjaśniającą wszystko - jarrish. Ale mistrza nie jest w stanie nikt podrobić - co by nie pisać,

    Jean Michel Jarre

    ma wielkie zasługi dla el muzyki i obszczekiwanie jego dokonań IMHO jest śmieszne - jego miejsce jest równorzędne obok

    Tangerine Dream

    ,

    Klausa Schulze

    i

    Vangelisa

    .

    Dariusz Długołęcki



    Pośród szumów i poświstów elektronicznego sitowia chwiejącego się sennie na tle syntezatorowych konstelacji chmur i wody rodzą się pierwsze mętne, zimne akordy, a wokół nich zaczynają wirować migotliwe arpeggia i ciągnące się pojedyncze tony. PPG Wave snuje swoją nostalgiczną pieśń, a plan zaciąga się coraz ciemniejszymi, seledynowo-granatowo-brunatnymi chmurami rozmaitych syntezatorów. Tak rozpoczyna się dzieło, które zapewniło

    Jean-Michelowi Jarre’owi

    sławę – do dziś płyta Oxygene w wielu kręgach uchodzi za debiutancką płytę francuskiego artysty, przez co wydawnictwa Cage, Erosmachine, Deserted Palace i Les granges brulées skazane zostają na zapomnienie. Oniryczna, pozbawiona właściwie rytmicznego szkieletu impresja przechodzi płynnie wraz z odezwaniem się migoczącego ostinata w część drugą: po chwili rozbrzmi fragment stylizowany na barokowe Gigue, gdzie wysokie tony syntezatora momentami do złudzenia przypominać będą mollowe wyznania barokowej trąbki. Quasi-barokowy motyw zostaje zmyty falami elektronicznych chórów, których pomruk niesie słuchacza przez lodowe cieśniny rzeźbione w brzmieniach syntezatorów i melotronów.
    Część trzecia rozpoczyna się od dramatycznego, przejmującego, dysonansowego „akordu syntetycznego“, który szybko rozpuszcza się pod naporem ciężkiego rytmu akcentowanego dźwiękami tak ścieżki perkusyjnej, jak i lepkich, masywnych akordów syntezatorowych intonujących chwytliwy motyw zbudowany na charakterystycznej dla najbardziej nośnych riffów kwincie. Muzyka ulega zdezintegrowaniu na podobieństwo piany dotkniętej kawałkiem mydła jeszcze przed trzecią minutą trwania tego epizodu. Z szumu wiatru i gamy innych niezidentyfikowanych niemuzycznych brzmień wyłania się znany chyba każdemu słuchaczowi muzyki nie tylko elektronicznej pulsujący rytm czwartego epizodu, najprędzej kojarzonego z nazwiskiem

    Jarre’a

    . Na posuwistym tle rozbrzmiewa przymglona, bardzo melodyjna impresja, ciekawie parafrazowana na bazie niby przewidywalnego schematu Cm-F-G.
    Część piąta to najdłuższy epizod Oxygene. Właściwie wyróżnić można tutaj dwie pod-części: pierwsza jest niebywale spokojna i stonowana, rozbłyskują w niej skrzące się, miękkie brzmienia oddalonych syntezatorów; część druga ma dla kontrastu wyrazisty, rozbulgotany, kipiący rytm, na tle którego w sposób niemal charakterystyczny dla rockowej improwizacji

    Jarre

    rozwija otwartą melodię syntezatora prowadzącego.
    Ostatnia część to frapujący, chłodny obrazek, w którym brzmienie ścian akordów jest wyjątkowo ponure i osamotnione. Szczególną uwagę zwraca melodia budująca przejście między powrotami alternacji mollowych akordów –

    Jarre

    składa ją w pomysłowy sposób używając półtonowych interwałów, nadających muzyce specyficzny posmak. Od strony dźwiękowej finałowy epizod przypomina nieco konstelację dźwięków wypełniającą introdukcję Oxygene, utwór spowity jest jednak w szaty bardziej rytmiczne niż część pierwsza.
    Skojarzenia przypływające spontanicznie podczas obcowania z tą płytą mogą różnić się bardzo dalece – wcale niekoniecznie musi to być podróż przez najdalsze krańce kosmosu, zdumiewanie się architekturą warszawskiego Mostu Poniatowskiego na tle wystygłego marcowego nieba ani kontemplowanie obrazów surrealistów. Tak czy inaczej, podróż przez dźwiękowe struktury Oxygene jest niezapomnianym przeżyciem, o czym warto jak najszybciej przekonać się na własnej skórze.


    Igor Wróblewski



    Album, od którego zaczałem sluchac elektroniki. Uwielbiam słuchać go wieczorem najlepiej pod rozgwiezdzonym niebem albo ksiezycowej nocy. Polecam wszystkim gorąco.

    Bartek



    Często wracam do tego albumu Pamiętam, że pierwszy raz go słuchałem na płycie analogowej made in USA. Ale na stosunkowo dobrym gramofonie stereo... Muzyka, która się nie starzeje a wręcz przeciwnie - przynosi ze sobą powiew dobrego elektronicznego rocka. Z pewna nostalgią czekam na powrót takiego właśnie Jarre'a zwłaszcza po rozczarowującym mnie zupełnie najnowszym SESSION 2000. Oxygene, to jeden z najlepszych albumów Jeana Michela ale według mnie jeden z lepszych w całej, dotychczasowej historii el-rocka. Bogata faktura muzyczna, stopniowanie nastroju, frazy ,które nie nużą słuchacza ani przez chwilę. Płyta godna polecenia nawet dla zaawansowanego miłośnika tego gatunku. Jeśli njeszcze nie słuchałeś Oxygene - zrób to teraz i kup płytę, jeśli ją znasz - zapewne będziesz chętnie do nie wracał... czego i Tobie drogi słuchaczu elektronicznych dźwięków życzę...

    Mariusz

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    30,22 zł
  • Jean Michel Jarre | Magnetis Fields

    Jean Michel Jarre | Magnetis Fields

    Bestseller Super cena

    Po prawie bliźniaczo podobnych brzmieniem Equinoxe i Oxygene Jarre wydał płytę zupełnie odmienną. Brak tu wizji kosmicznych światów swoistego kreowania innej nadrzeczywistej materii dźwięku - tutaj mamy do czynienia z melodyjnym minimalizmem. Podkłady jakie pojawiają się w poszczególnych utworach powodują zupełnie inny odbiór tej muzyki, która jakby zrzuciła zwiewną zasłonę odrealnienia. Tytuł do płyty Jarre zaczerpnął z nadrealistycznego poematu Andre Bretona i Philippe'a Soupalta. Pierwsza połowa albumu koncentruje się na 17 minutowej suicie, jednej z najbardziej zaskakujących kompozycji Jarre'a. Skonstruowano ją jako sekwencję dwóch głównych motywów, z rozmarzonym interludium wprowadzającym trochę kosmicznego ducha. Pierwszy motyw oparto na dynamicznej serii syntezatorowych chórów dochodzących do crescendo, drugi o zabarwieniu orkiestrowym można by nazwać progresywnym popem elektronicznym z ciekawymi syntezatorowymi improwizacjami o bardziej ambitnym zabarwieniu. Jest ona jakby podzielona na 3 części - pierwszą bardziej dynamiczną kończą zabawy przetworzonym głosem (naturalne dźwięki miksowano Fairlightem), druga surrealistyczna składająca się z mnogich efektów, sampli (pierwszy raz użyte w historii jako muzyczny element) i dochodzącej do nich melodii na syntezatorze przechodząca w część 3 - najsłabszą na płycie - najlepiej obrazuje owo odarcie z mrocznej tajemnicy poprzednich 2 płyt na rzecz zrytmizowanego popu elektronicznego.
    Część druga to chwytliwy techno - pop oparty na twistowym rytmie. Szkoda że Jarre odszedł od działających na wyobraźnię przestrzennych wizji.
    Część 3 zaś to głównie przegląd elektronicznych efektów - odgłosów maszynerii, pikania radaru itd. Wszystkie te dźwięki emulowane przez syntezatory brzmią niezwykle intrygująco w zestawieniu z syntezatorem. Króciutki acz bardzo nastrojowy o ciekawej stylistyce jedyny przypominający dawne dokonania Jarre'a.
    Część 4 - melodyjne linie i relaksacyjny podkład dają nam możliwość obcowania z najlepszym jak dla mnie utworem na tej płycie - spokojna, pogodna atmosfera pozwala na błogie zanurzenie się w otaczających nas dźwiękach.
    Część 5 można odebrać jako rumbę - wiadomo że Jarre dalej flirtował z latynoamerykańskimi rytmami, że wspomnę nieszczęsne Calypso i wielokrotnie przemycał tą muzykę do swych utworów. Ten utwór wieńczący płytę to wyraźne zasygnalizowanie że stylistyka z Equinoxe i Oxygene to już przeszłość.
    Na pewno wielu fanów rozczarowało się sądząc że Jarre będzie kontynuował wariacje na temat swoich dwóch poprzednich płyt. Inni jak ja, uważają że dobrze uczynił że zaczął poszukiwać czegoś nowego. Na koniec ciekawostka - po francusku płyta nosi tytuł Les Chants Magnétiques czyli "Magnetyczne piosenki" - wydano ją także jako Magnetic Fields a nie Songs - Jarre uznał że słowo Fields brzmi lepiej jako nazwa płyty.

    Dariusz Długołęcki


    Płytę otwiera ruchliwe, rozmigotane ostinato, w które wkrada się regularnie dźwięk o pół tonu niższy niż główny ton składowy, przez co uzyskuje się wrażenie rozmazywania się melodii, spotęgowane licznymi pogłosami. Na tym tle rozbrzmiewają charakterystyczne jarre'owskie dwudźwięki, prowadzące swą nostalgiczną opowieść. Ten dynamiczny, iskrzący się fragment może stanowić idealną ścieżkę dźwiękową do filmu, który w przyspieszonym tempie pokazuje budzenie się i wzrost roślin albo podziały komórkowe… Pływający, miękki bas zaznacza co jakiś czas swoje akcenty, a temat przewodni roztapia się co kilka chwil w bezkresnym oceanie szumów i kosmicznych świergotów.
    Muzyka z biegiem czasu staje się coraz pogodniejsza, ostinato oscyluje wokół durowego akordu, a prowadząca melodia wschodzi niczym słońce przebijające się przez deszczowe chmury prędko odsłaniające czyste niebo. Potem zaś idziemy na spacer w towarzystwie zagadującego nas półsłówkami robota. Zwiedzamy Warszawę? Paryż? Fikcyjną metropolię pełną samochodów o opływowych kształtach, pełną budynków wyginających się za sprawą śmiałej architektonicznej wyobraźni jak w krzywym zwierciadle?... Gdy skończy się ten pozbawiony regularnego rytmu i wyrazistej melodii fragment, jak świetlista smuga rozbłyśnie znienacka kolejny wątek, prowadzony natychmiast wpadającymi w ucho dwudźwiękami na tle galopującego rytmu syntezatorowo-perkusyjnego. Ta melodia toczyć się już będzie pospiesznie aż do końca pierwszej części suity, stopniowo wyciszając się, pozostawiając na słyszalnym planie tylko zamyślone, smętne, tęskne syntezatorowe znaki interpunkcyjne. Po ostatnim wielokropku rzeczywiście zostanie już tylko cisza…
    Część druga to najbardziej znany fragment tej płyty i zarazem niekwestionowany przebój, gwóźdź programu późniejszych koncertów. Bardzo chwytliwy motyw brzmi klarownie w "zwrotkach" i miesza się z lekko dysonansowymi akordami w "refrenach" utworu, a brawurowy podkład przywołuje na myśl pomysłowe podkłady perkusyjne wykorzystane przez grupę Kraftwerk jako budulec kolejowych muzycznych podróży w utworach Trans Europa Express, Abzug i Metall auf Metall. Część trzecia brzmi najbardziej tajemniczo i mgliście. Może słuchacz próbuje przyjrzeć się płochliwemu egzotycznemu ptakowi, który skrył się w zgniłozielonym sitowiu?... Brzmienie muzyki zapowiada pogłębioną na późniejszych płytach fascynację wątkami orientalnymi.
    Czwarta część to typowa dla Jarre'a melodia, brzmiąca jednocześnie i pogodnie, i z lekka nostalgicznie. Leitmotiv tego utworu stopniowo będzie niknąć wśród poświstów i dźwięków idealnie oddających igranie odblasków na tafli wody, aż pozostanie tylko miarowe, chłodne ostinato.
    Część ostatnia to wzmagająca "surrealistyczny" nastrój całości żartobliwa rumba, celowo "utandetniona" i brzmiąca mniej plastycznie niż pozostałe kompozycje. Słuchacz zasiada przy jednym z klubowych stolików i za chwilę doczeka się premiery dzieła Les chants magnetiques - cała suita rozpocznie się od początku; ten seans w seansie może nigdy się nie kończyć… Przecież znienacka milknące dźwięki rumby to też tylko igraszka ze słuchaczem…

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    30,22 zł
12 Następna strona Ostatnia strona