Napisz do nas
   


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

czwartek 19 października
poniedziałek 23 października

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2346 wydawnictw w ofercie
1739 dostępnych natychmiast
33070 próbek utworów
2084 recenzji płyt
21356 zrealizowanych zamówień
4304 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Jean Michel Jarre

(15 albumów)
12 Następna strona Ostatnia strona
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Jean Michel Jarre | Original Album Classics

    Jean Michel Jarre | Original Album Classics

    Nowość

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 5CD


    110,35 zł
  • Jean Michel Jarre | Electronica 1 (digipack)

    Jean Michel Jarre | Electronica 1 (digipack)

    Super cena

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    34,71 zł
  • Jean Michel Jarre | Essential Recollection

    Jean Michel Jarre | Essential Recollection

    Super cena

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    29,21 zł
  • Jean Michel Jarre | Randez-Vous

    Jean Michel Jarre | Randez-Vous

    Super cena
    To bez wątpienia najsmutniejsza i najbardziej poruszająca, niemalże rozpaczliwa płyta Jarre'a; miała przynieść dumną, optymistyczną muzykę ery podboju kosmosu, wypadek Challengera zniweczył jednak te plany – stąd tyle tutaj ponurości i powagi. Kolejny dowód na to, iż w bólu rodzą się wybitne dzieła sztuki… Na początku Słuchacz odnajduje się na wyludnionym, zamglonym kosmodromie w mżącym deszczu, na próżno wypatrując znaków z przeszłości lub sygnałów dających nadzieję na kontynuację teraźniejszości. Po zaledwie dwuminutowej introdukcji rozpoczyna się główny utwór albumu, poruszające requiem Deuxieme Rendez-Vous rozpisane nie tylko na instrumenty elektroniczne, ale przede wszystkim na duży chór. Czyste piękno w podniosłym nastroju. Kolejna impresja, Harpe laser, nie ma zbyt wiele wspólnego z fantazją na laserową harfę z koncertu w Chinach w 1982 roku: atmosferę eksperymentu i abstrakcji zastąpił tutaj nastrój żałoby i przygnębienia. Jedyny pogodny – w kontekście całości zatem tragiczny i paradoksalny – fragment płyty to tchnące nadzieją i wiarą Quatrieme Rendez-Vous, kolejny „przebój“ i tym samym obowiązkowy punkt występów na żywo. Cinquieme Rendez-Vous przynosi kilka bardzo różnych nastrojów, szczególne wrażenie robi ostinato na które nanizano kolażowe, coraz bardziej dysonansujące partie. Finałowe Spotkanie opatrzone podtytułem Ron’s Piece dedykowane jest jednemu z kosmonautów załogi Challengera; ta piękna saksofonowa impresja miała zostać wykonana przez astronautę, fizyka i muzyka Rona McNair w jednej osobie na pokładzie kosmicznego statku. Tym trudniej słuchać jej spokojnie w domu. Trudna – a przy tym niepowtarzalnie piękna płyta o ogromnej sile wyrazu.

    I. W.



    Album dość niezły. Trzeba się wsłuchać w niektóre kawałki. Ja na przykład nie mogę przebrnąć przez cały Randez-Vous 2, które przypomina symfonię. Może się uda. Pozostałe kawałki to dobra robota. Polecam szczególnie ostatni utwór, w którym możemy usłyszeć piękną gre na saksofonie - bardzo kosmiczny wątek. Jeśli się nie mylę to jest to ten sam saksofon, który został wykorzystany w końcówce Magnetic Fields 1.

    Bartek

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    34,71 zł
  • Jean Michel Jarre | Zoolook

    Jean Michel Jarre | Zoolook

    Super cena
    Świetny przykład próby pogodzenia komercyjnego oblicza muzyki Jeana Michela Jarre'a z artystowską formą wyrazu. Dla tych których Jarre przyzwyczaił do melodii wpadających w ucho było to niemile zaskoczenie. Szok dla przypadkowych słuchaczy rekrutujących się z pośród rzeszy laików dla których Jarre kojarzył się właśnie z ładną muzyką, dla których owa próba pokazania innego, ambitnego oblicza była nie do przyjęcia. Stąd płyta sprzedawała się źle ale cieszy dużą estymą wśród smakoszy wyrafinowanych prób muzycznych. Dla mnie to wzorcowy produkt melanżu eksperymentu z komercją. Pojawienie się takich gwiazd trudniejszej w odbiorze muzyki jak gitarzysta Adrian Belew z King Crimson czy niezależna artystka z Ameryki Laurie Anderson dodaje dodatkowej pikanterii calemu przedsięwzięciu. Jarre skupia się na opozycji i współbrzmieniach naturalnych, zmiksowach głosów w lub na tle instrumentów - różne źródła podają różne liczby wykorzystanych językow (od 23 do 30) bynajmniej słyszymy słowa od aborygeńskiego po turecki. Mamy więc całą gamę przeplatających się wokalnych sampli kontrastujących lub zastępujących instrumentarium co ciekawe nie tylko elektroniczne. Mowa, głos jako forma muzycznej ekspresji powoduje że płyta nabiera niesamowitego, arcyciekawego klimatu - staje się egzotyczną, niespotykaną dotąd formą wyrazu.
    Ethicolor otwierający płytę z przerażającym brzmieniem zwokoderowanych głosów słoni z delikatnym podkładem syntezatorów od początku oparto na zabawach głosem - tu laur dla Laurie Anderson I parę słów jej poświęconych - mimo sukcesu płyty której nazwałbym artystycznym el popem, Big Science, tak naprawdę wypłynęla dzięki współpracy z Jarre'm - co więcej można twierdzić że to ją ukierunkowało i jej romans w wokalnymi samplami zaowocował później na znakomitej płycie Home Of The Brave. Jarre tworzy rozedrgany, masywny od emocji obraz utkany z dzwięków. Niektórzy twierdzą że to coś na kształt wstępu do eksperymentalnej symfonii wokalno elektronicznej. Jak zwykle perfekcyjne rozłożenie kolejnych ozdobnikow na tle delikatnego podkładu snującego się z syntezatora przechodzi od 7 minuty w dwa rytmiczne motywy - jeden stworzony z glosów drugi z elektronicznych instrumentow - dodatkowej elektryzującej mocy dodano za pomocą znakomicie brzmiącej i pierwszy raz przez Jarre'a wykorzystanej na tą skalę perkusji i gitary basowej.
    Co ważne Jarre porzucił też płynne łączenia utworów na rzecz naturalnych wyciszeń. Divę zbudowano na tym samym modelu ale skierowano konotacje w stronę Azji co sugerują wokalne sample w drugiej partii utworu o prowenencji kantońskiej melodii co zarysowano za pomocą i instrumentów jak i ponownie zaskakująco za pomocą głosu Anderson stylizującej swe zaśpiewy na modłę azjatycką. W końcu utwór przy którym trudno nie potupać nóżką... Znakomity, oparty na szybkim perkusyjnym rytmie przełamywanym wokalnymi samplami Zoolook to prawdziwe mistrzostwo aranżacyjne i niesamowicie energetyzujący kawalek - prożno mi szukać konkurenta który podnosiłby u mnie tak poziom andrenaliny jak ten utwór (no może Peter Gunn - Art Of Noise).
    Wooloomooloo poluźnia futurystyczną atmosferę kosmicznymi brzmieniami syntezatorów. Temu utworowi bliżej do stylistyki z Equinoxe czy Oxygene z tym że tu mamy bardziej ponure brzmienie instrumentarium - poszczegolne dźwięki opleciono wokół motywu przypominającego jakby odgłos pracującej maszynerii.
    Zoolookologie to jakby młodszy brak Zoolook tyle, że w spokojniejszej tonacji . Blah Blah Cafe zaś to jeden z najdziwniejszych utworow na tej płycie - klimat quasi marszu wojskowego stworzony z miksu pojedynczego dźwięku kontrabasu, saksu oblanych brzmieniem sampli tworzy pompatyczną mieszankę. Płytę wieńczy Ethnicolor 2 także eksploatujący odgłosy techniki, wykorzystujący co dla Jarre'a jak dotąd było niezwykłe - niskie dźwięki wydobywane z instrumentów strunowych. Droga jaką podążył na tej płycie zrywała z dotychczasową formą wyrazu. Płyta, która nie znalazła ciągu dalszego - widać Jarre uznał że temat został zużyty. Przetarł na pewno ścieżkę którą podążyło wielu awangardowych twórców.

    Dariusz Długołęcki



    Płytę otwiera kompozycja Ethnicolor - bez wątpienia jedna z najpiekniejszych i najbardziej poruszających pozycji w dyskografii Jarre'a, porównywalna ze względu na atmosferę i bogactwo instrumentacyjne z drugą częścią suity Rendez-Vous. Zbudowany na charakterystycznym układzie akordów główny temat "śpiewany" jest przez najrozmaitsze głosy, spotykające się, poszukujące się tęsknymi westchnieniami, oddalające się, przenikające sie jak duchy… Słuchacz staje o świcie nad zamglonym brzegiem rzeki, nieopodal wznoszą się fantomowe, półwyśnione, półzziębnięte z tęsknoty pomniki postaci zastygłych dopiero co w zaśnieżonych pozach pełnych wyczekiwania… Muzyka staje się głośniejsza, głosy oddalają się i stopniowo milkną, nostalgiczna partia syntezatora prowadzi coraz dalej przez mgłę… Wreszcie wyłoni się kolejna ścieżka wokalna, poskładana z ogromnym pietyzmem z zazębiających się wykrzykników i znaków zapytania, a na takim tle rozkwita fantastyczny akompaniament sekcji rytmicznej z wyeksponowanymi wejściami basu. Jarre rozpościera na ścieżce rytmicznej siatkę melancholijnych dwudźwięków, które wraz z przyspieszeniem rytmu staną się prawie pogodne - ale tylko na chwilę, by przy wtórowaniu syntezatorowych westchnień mglistych ambulansów mknących przez blady świt powrócić z tematem wywołującym dreszcze u słuchacza…
    Równie niesamowita jest impresja Diva - Laurie Anderson opowiada w wyimaginowanym języku niesamowitą historię, a dźwięki kreowane przez Jarre'a prowadzą nas przez woskowe groty, zwapniałe krużganki mostów w błotnistym kolorze, ociekające niepokojem przejścia podziemne… w nieoczekiwanie pojawiający się fantastyczny, jaskrawo-barwny świat plamistych, elastycznych dźwięków rozpościerających się i zwisających w niebywałej obfitości przed słuchaczem.
    Druga część płyty jest bardziej eksperymentalna i dynamiczna aniżeli zamyślona. Motywy stanowiące główny budulec utworów Zoolokologie i Zoolook brzmią bardzo przebojowo; w pierwszym uwagę zwraca aranżacja i melodyka kojarząca się z najlepszymi utworami Pet Shop Boys, w drugim - powracające orientalne wokalizy i okrzyki, splatające się z rozklangowanym, pulsującym basem. Bardzo ciekawie brzmi impresja Wooloomooloo, muzyczna betoniarka, w której mieszają się ociężale fascynujące brzmienia zagęszczonej syntezatorowej substancji i przetworzone głosy elektronicznych egzotycznych ptaków, przerywane cichymi recytacjami niepokojącego, zagadkowego tytułu utworu. Blah Blah Cafe z kolei to intrygujące scherzo, zbudowane na sprężystym rytmie i kłócących się, skrzypiących wykrzykników syntezatorowych, wyginających się w stronę prawie jazzowych skal.
    Płytę wieńczy zadumana, migocząca chłodnymi nocnymi światłami miniatura Ethnicolor II - słuchacz znajduje się na pustoszejącym, półprzezroczystym dworcu, nasłuchując w napięciu, czy stukot pociągowych kół słyszalny wciąż w oddali zwiastuje nadejście kogoś, kto przerwie rozpaczliwą samotność…
    PS. Ciekawy jestem, czy vocoderowa wokaliza w Blah Blah Cafe faktycznie zbudowana jest na słowach "Chodź po bułki", jak mi się nieodparcie nasuwa przy każdym przesłuchaniu tego utworu - zważywszy, ile języków przewija się przez ten album, jest to wielce

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    29,21 zł
  • Jean Michel Jarre | Chronology

    Jean Michel Jarre | Chronology

    Super cena
    Wydana w 1993 r. Chronologie jest niewątpliwie jedną z najbarwniejszych płyt francuskiego kompozytora i syntezatorzysty. Podobnie jak w nieco dawniejszych czasach, mamy tutaj jedną suitę podzieloną na kilka dość silnie skontrastowanych, a jednak spójnych części. Album rozpoczyna się miękką, harmonijną pieśnią świtu gdzieś na brzegu morza albo na piaszczystym skraju lasu. Drugi utwór to jeden z tak charakterystycznych melodycznie dla Jarre’a "przebojów", zbudowanych na dynamicznym rytmie, natychmiast wpadających w ucho kombinacjach dwudźwięków i całej masie pobocznych efektów, które nie drażnią, lecz potęgują atmosferę całości. W finale kompozycji zwraca uwagę niemalże symfoniczny rozmach, z jakim dołączają się głosy, syntetyczno-orkiestrowe brzmienia oraz brawurowe solo. Trzecia część to chwila nostalgicznej zadumy, poruszające mollowe kadencje świetnie korespondują z nocnymi pejzażami van Gogha; dodatkową ozdobą utworu jest błyskotliwe solo gitary elektrycznej. Chronologie 4 i Chronologie 6 to kolejne "hity", pierwszy przynosi dyskotekowe brzmienia w zaawansowanym stadium, nieco w stylu Pet Shop Boys, drugi to przede wszystkim urzekające akordeonowe motywy wplecione w charakterystycznie "jarre’owski" akordowy pochód - oba przeboje rozdzielone zostały fenomenalną częścią piątą suity, przynoszącą sporo brzmieniowych eksperymentów, nocnego deszczowego scratchingu, a w motorycznej części… elektroniczne flamenco! Siódma część idealnie koresponduje z nastrojem ociekających spiekotą i przejrzałymi barwami obrazów Wojciecha Weissa Maki albo Józefa Mehoffera Dziwny ogród: mamy wrażenie goszczenia w rozpływającym się, feerycznym onirycznym ogrodzie, w którym wszystkie kolory stopniowo zaczynają wirować i łączyć się w jedną zmysłowo pulsującą plamę. Finał nosi wszystkie znamiona finału: jest tu głośno, pogodnie, rytmicznie oraz nie po raz pierwszy przebojowo. Znakomita płyta udowadniająca, iż tzw. „elpop“ ma się dobrze i przy odrobinie wyobraźni może być nie mniej absorbujący niż berlińska elektronika sekwencyjna. Jarre niewątpliwie jest malarzem nastrojów, nawet jeśli jego muzyka brzmi przede wszystkim komercyjnie i przebojowo – a to dosyć duża sztuka.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    34,71 zł
  • Jean Michel Jarre | Waiting for Cousteau

    Jean Michel Jarre | Waiting for Cousteau

    Super cena
    Szum morskich fal rozbijających się o skaliste brzegi... oto początek jednej ze znakomitszych płyt Jean Michela Jarre'a. Już sam początek sugeruje nam niesamowitą podróż od piaszczystej plaży po morskie głębiny. Rozwydrzone fale w powolnym wyciszeniu zmieniają się w roztańczoną i wesołą, zagraną z niemałym rozmachem kompozycję Calypso, momentami przypominającą dokonania muzyków tworzących w stylu "plażowego disco". Utwór przypominał mi słodziutkie kawałeczki grupy Cusco, ale Jarre uczynił go i tak bardzo oryginalnym.
    Po nieco długawym tańczeniu na plaży przenosimy się na statek odkrywców morskich głębin (mowa o Calypso Part 2) by móc podziwiać bezmiar oceanu w towarzystwie stada delfinów. Utwór trochę nawiązujący do wczesnej twórczości kompozytora. Jak zwykle idealnie brzmiąca perkusja (oczywiście syntetyczna), która u Jarre'a zawsze była znakomita. Fin de siede to podtytuł trzeciej i zarazem ostatniej części suity Calypso. Kompozycja nieznacznie się różniąca od wcześniejszych, ale jej atmosfera przesiąknięta smutkiem i powagą sprawia, że słuchając jej słuchamy jakby wołania o pomoc dla wolno niszczonego podwodnego świata. W tym miejscu dobiega końca, najpierw roztańczona a później dość smutna, suita Calypso, według mnie jedna z lepszych kompozycji Jarre'a.
    Następuje wyciszenie muzyki, które niesie pełnię niesamowitych brzmień a przede wszystkim wrażeń. Ta zadumana i pełna tajemniczości muzyka jest wspaniałą opowieścią o krainie podwodnego królestwa, gdzie ludzkość jeszcze wszystkiego nie zniszczyła. En attendant Cousteau ukazała mi Jarre'a od zupełnie innej strony, wcześniej zupełnie mi nie znanej. Ta muzyka przypomina chwilami znakomite dzieła Briana Eno i wielu innych minimalistów, ale jej niepowtarzalny urok czyni ją jedną z najwybitniejszych tego gatunku. Przez całe 47 minut trwania utworu, nawet przez minutę nie zawiało mi nudą. Gdy słuchałem jej po raz pierwszy, od razu skojarzyła mi się z niedocenioną Rendez - Vous, a dokładnie z prologiem, czyli First Rendez - Vous. Album En attendant Cousteau polecam wszystkim tym, którzy są wolni od nałogowego wsłuchiwania się w dyskotekowe, komercyjne kawałki i którym twórcza oryginalność jest najwyżej docenianą cechą artysty.

    Wojciech Suchan



    Przez dwadzieścia twórczych lat Jean - Michel Jarre zmieniał swój styl: od delikatnych i pięknych suit (Oxygene, Equinoxe, Magnetic Fields), poprzez Zoolok, Rendez Vous, aż do muzyki niemal dyskotekowej (Revolution, Chronologie). Powyższe dwie płyty nie bardzo mnie poruszyły, były nijakie i dość komercyjne (jedynie utwory Industrial Revolution, czy Chronologie i były dobre).
    Jednak w roku 1990 nastąpiło miłe zaskoczenie - płyta Waiting For Cousteau. Przy pierwszym kontakcie z płytą, widząc okładkę czujemy, że w tę muzykę trzeba się wsłuchać. Pierwsze trzy utwory są miłe dla ucha i wprowadzają w atmosferę całości. Zaraz potem 47 minut muzyki dosłownie mnie zatykającej. Przenosi mnie w inny świat - świat podwodnych wizji i podróży. Za chwilę "odleciałem". A to wszystko za sprawą pomysłowości Jarre'a - 47 minut jednego utworu! I to w epoce komercji i trzyminutowych kawałków! Kompozycja tytułowa, mimo że tak piękna i pobudzająca wyobraźnię, jest w swej konstrukcji i formie bardzo prosta. Składa się z zaledwie kilku zamglonych planów dźwiękowych i cichych "skarg" fortepianu - momentami przypomina twórczość Briana Eno. Na sam koniec kompozycji został wprowadzony efekt szmeru strumyka. Następuje powolne wyciszenie... Utwór wymaga odpowiednich warunków przy przesłuchiwaniu. Ja sam słucham go w nocy, wygodnie w łóżku, gdy nie przeszkadzają hałasy. Działa wtedy dość sugestywnie. Co prawda, utwór może niektórych razić swą monotonią - ja jednak myślę, że w monotonii tkwi jego siła.
    Słuchając współczesnych kompozycji Jarre'a cieszę się, że pozostała ta piękna muzyka sprzed 5 lat.

    Tomasz Wyrwał

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    34,71 zł
  • Jean Michel Jarre | Revolutions

    Jean Michel Jarre | Revolutions

    Super cena
    Album poświęcony jest "wszystkim dzieciom rewolucji" - francuskiej, amerykańskiej, przemysłowej, komputerowej, islamskiej. Rewolucja przemysłowa - muzycznym motywem przewodnim jest dźwięk metalicznego odgłosu kojarzący się z robotnikiem walącym w rurę przecinakiem. Drugi utwór zaś słychać sapanie olbrzymiego miecha, na tym tle nerwowe, drażniące dźwięki symbolizujące jak dla mnie dużą fabrykę i podziw dla mocy sprawczej człowieka, który poprzez przemysł potrafi kształtować swoje własne życie, wszystkie te symfoniczno-pompatyczne wstawki świadczą że Jarre oddaje hołd nowoczesności.
    Po tym można rzec dramatycznym otwarciu w stylu który można by nazwać symfonią industrialną mamy wejście Jarre'a w świat popowych melodii. Wiem że zarzuca się JMJ że miał już tyle zarobionych pieniędzy, że powinien nagrać bardziej eksperymetalną płytę ale zostawmy ten temat - Jarre zaczął uczyć się zorientowanych na pop melodii. London Kid to coś co nazwać by można light guitar pop-lekkie i przyjemne gitarowe granie z elektronicznym tłem.
    Kolejny utwór Revolutions to chyba mój zdecydowany faworyt - ciekawe rozwinięcie i niespotykane dotąd połączenie z muzyką arabską - vocoderowa monodeklamacja (Jean-Michel Jarre oraz Michel Geiss - komputerowy głos zaprojektowano w kalifornijskim Street Electronics) wymieniania różnych rzeczy na zasadzie możliwość brak możliwości, plus egzotyczne dźwięki tworzy coś na kształt etno elektroniki.
    Kolejny Tokyo Kid to jakby uzupełnienie do London Kid - nazewnictwo nie przypadkowe - Londyn kojarzy się z XVIII wieczną rewolucją przemyslową na ziemiach angielskich czyli wprowadzeniem pierwszych maszyn, zaś Tokio to konotacja związana z dzisiejszymi czasami, gdzie myśląc o nowoczesności bezwiednie kojarzymy to z Japonią. Utwór ten to taki elektro etno jazz, jak dla mnie najsłabiej brzmiący na płycie.
    Computer Weekend - dla jednych zbyt cukierkowy dla mnie przykład wykreowania ascetycznymi metodami przeboju. Utwór September śpiewany przez Mireille Pombo i chór żeński z Mali to hołd złożonym Dulcie September, aktywistki ANC jednej z ofiar reżimu południowoafrykańskiego zamordowanej w marcu 1988 roku. Tu słychać wyraźne inspiracje z czarnego lądu. Patetyczno-podniosły Emigrant to klamra spinająca tę tematyczną płytę.
    Loopy z Rolanda D-50 podporządkowano klimatom etnicznym, Jarre odmienił swoją muzykę już na Rendez Vous ale tutaj nastąpił już całkowity kolaż różnych gatunków muzycznych . Być może dlatego płyta ta przez ortodoksyjnych fanów el jest źle odbierana. Przeze mnie nie.

    Dariusz Długołęcki

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    34,71 zł
  • Jean Michel Jarre | The Symphonic  Jean Michel Jarre

    Jean Michel Jarre | The Symphonic Jean Michel Jarre

    Często wersje orkiestrowe, na które są przerabiane utwory muzyki popularnej bądź rockowej, brzmią straszliwie kiczowato i nieautentycznie. A jak ma się do tego muzyka giganta elektroniki jakim jest Jean Michel Jarre? Okazuje się, że całkiem nieźle, interpretacją jego kanonicznych utworów zajęła się Praska Orkiestra Symfoniczna. Pod dyrekcją Nica Raine, wiernie przeniosła elektroniczny świat Jarre'a, w całkiem nowy wymiar. Mało tego, by uzyskać pełniejszy efekt pojawili się: sopranistka Charlotte Kinder, ale też i chór pod batutą Davida Temple. Mamy tu zatem kompozycje z niemal całego dorobku artysty, nie brak i tych które same w sobie stały się jego klasykami i głównymi punktami jego koncertów. Zaczyna się utworami z płyty Chronologie, a dalej już żelazny kanon Jarre'a. Mamy i Randez-Vouz, Industrial Revolution. Jednak orkiestra nie zawsze dawała radę, chociażby z tego powodu iż nie dało się wszystkich dźwięków przełożyć na akustyczne instrumenty. W tak kluczowych utworach jak Equinoxe 4 czy Oxygene 4, trzeba było w niewielkim stopniu wspomóc się elektroniką i to słychać. W sumie te dwa dyski to świetna frajda dla fanów francuskiego wirtuoza, ale też i znakomity prezent dla wielbicieli muzyki klasycznej. Może to skłoni ich do sięgnięcia po płyty francuskiego mistrza. Dla innych to po prostu porcja znakomitej muzyki, a na pewno żadnego kuriozum.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    77,58 zł
  • Jean Michel Jarre | Equinoxe

    Jean Michel Jarre | Equinoxe

    Bestseller Super cena

    Album ma odzwierciedlać dzień życia człowieka od rana do wieczora. Jarre rozwinął tu swoje brzmienia dodał dużo więcej dynamicznych i rytmicznych elementów głównie przez większe eksploatowanie sekwencji linii basowych. Krok naprzód po sukcesie komercyjnym Oxygene. Nie przełamał tu reguł które pozwoliły oczarować słuchaczy poprzedniej płyty ale zdaje się że płyta jest mniej improwizowana a bardziej przemyślana - co niekoniecznie znaczy lepsza. Jarre w umiejętny sposób rozbudowuje syntezatorowe orkiestracje tworząc ścianę dźwięku osadzoną w pięknych liniach melodycznych współgrających z harmonijnymi podkładami służącą mu to wytworzenia niesamowitego mniej pogodnego w odróżnieniu do Oxygene klimatu. Uwagę przykłada do wszelkich smaczków i pasaży dodając melodiom dodatkowej atrakcyjności. Dźwięk brzmi także dużo mocniej niż na poprzedniej płycie co podyktował repertuar płyty.
    Nie zapowiada tego pełen patosu wstęp części 1 obrazujący jak dla mnie wschód słońca przechodzący w części 2 w muzyczną opowieść o poranku, powoli budzącym się do życia świecie. Delikatne dźwięki nabierają mocy w części 3, lecz w jeszcze spokojnej tonacji, bez basów - to już symbol czynu, podjęcia wyzwań dnia codziennego. Dużo mocniejszą dawką decybeli obdarzono nas w części 4 - praca, zajęcia, człowiek na pełnych obrotach. Najbardziej dynamiczna część 5 - bombastyczny obraz człowieka w ruchu tak charakterystycznego dla dzisiejszej cywilizacji to chyba najbardziej znana porcja muzyki z tej płyty - podkład z niej jest kontynuowany w części 6 i na tle tego Jarre dodaje kolejne ozdobniki tworząc jakby nową integralną część (człowiek nadal na najwyższych obrotach tyle że w zaciszu domowym). Pod koniec jednak jego fizyczna aktywność powoli maleje (końcówka 6 części i część 7). Kiczowata melodyjka w 7 na wstępie (kojarzy się z klubem paryskiej bohemy) sygnalizuje odpoczynek - a samotnie bez udziału ozdobników wygrywane końcowe akordy to jakby hołd dla kondycji ludzkiej, człowieka samego w sobie i zarazem hymn dla konczącego się dnia. Całość brzmi jak muzyczna epicka opowieść.
    Można twierdzić że Jarre nie zaryzykował i zduplikował poprzednią formułę ale wiele tam nowych elementów. Nastroje na niej zawarte są jakby mniej porażające jak to było na Oxygene - mroczne i mniej uduchowione - prawdopodobnie gdyby ukazała się jako preludium przed Tlenem jej sukces byłby dużo mniejszy - jako kontynuacja znalazła szeroki poklask - co nie znaczy że płyta jest zła - o nie - to majstersztyk.

    Dariusz Długołęcki


    Wspaniały album! Nawiązujący do poprzedniego krążka twórcy. Equinoxe jest bardziej przyziemny. Nie znaczy to jednak, że pozbawiony jest tajemnicy. Ma niepowtarzalny klimat. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie Band in the rain kończące Equinoxe7. Słuchacz tego albumu na pewno się nie znudzi ani przez moment. Często lubię słuchać Jarre'a wieczorem, choć to tylko moja opinia. Jest to jednak album porównywalny z Oxygene. Myśle, że te dwa krążki są najlepszymi dziełami w historii muzyki elektronicznej. Jak do tej pory nie znalazłem bardziej perfekcyjnych płyt z El-muzą.

    Bartek


    Muzyka z tej płyty, jak i opisywane przez nią zjawisko, jest czymś rzadkim i niezwykłym w swoim rodzaju. Mimo dość dużego podobieństwa do swej poprzedniczki Oxygene płyta ta nie traci na świeżości pomysłów, a przede wszystkim na oryginalności zaprezentowanych utworów. Jean Michel Jarre poprzez Oxygene, Equinoxe i późniejszą Magnetic Fields stworzył swój własny, niepowtarzalny styl, który do dziś fascynuje wielu słuchaczy na całym świecie. Equinoxe jest dość wyraźnym przykładem zafascynowania kompozytora różnego rodzaju dźwiękowymi "bajerami". Szalejące wichry, odgłosy burzy, świergot ptaków i zlewające się plany dźwiękowe upiększają i urozmaicają jego muzykę, a nie przesycają ją natrętnie jazgoczącymi dźwiękami (jak ma to miejsce u wielu innych muzyków).
    Z całej suity na szczególną uwagę zasługują trzy pierwsze jej części osnute kosmiczną tajemnicą, pozostałe to już bardziej zdynamizowane ale podtrzymujące wcześniejsze wątki muzyczne pejzaże (warto przypomnieć, że pochodzą stąd dwa "przeboje": Equinoxe IV i Equinoxe V). W ostatnich latach dokonania Jarre'a zbliżyły się do tzw. techno-popu (nie mylić z techno!), ale nie wolno zapominać, że są w jego dorobku płyty, które z całą pewnością nawiązują do SBSME (skrótu chyba nie muszę tłumaczyć).

    Wojciech Suchan

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    29,21 zł
12 Następna strona Ostatnia strona