Napisz do nas
   


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

poniedziałek 29 maja
czwartek 1 czerwca

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2346 wydawnictw w ofercie
1739 dostępnych natychmiast
33070 próbek utworów
2084 recenzji płyt
21356 zrealizowanych zamówień
4304 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Klaus Schulze

(75 albumów)

Klaus Schulze w 1969 roku wraz z Edgarem Froese i Konradem Schnitzlerem brał udział w założeniu awangardowej grupy Tangerine Dream, która po zmianach personalnych stała się najsłynniejszą grupą w swym gatunku. Wkrótce po nagraniu pierwszego albumu Klaus Schulze opuszcza Tangerine Dream by stać się współzałożycielem innej legendarnej grupy progresywnego rocka Ash Ra Tempel, którą również opuszcza. Odtąd tworzy jako solista. Mimo bardzo intensywnej pracy w studio i licznych koncertów, Klaus Schulze znalazł czas na gościnne występy i nagrania z wieloma muzykami W swych poszukiwaniach otarł się o takie gatunki jak jazz-rock, progresywny pop, techno, new age, world music oraz awangardowe błazeństwa. Wyróżnikiem stylu Klausa Schulze są wibrujące, aczkolwiek stonowane sekwencje rytmów, kaskady nakładających się na siebie i imitujących się nawzajem linii melodycznych, nastroje zmieniające się od relaksującego skupienia do katatonicznego transu. Klaus Schulze często do nagrania swych albumów zaprasza innych muzyków, rozszerzając tym samych instrumentarium o instrumenty akustyczne (wiolonczelę, skrzypce, gitarę lub flet) oraz o wokalizy. Klaus Schulze żyje i tworzy w Berlinie.

sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Klaus Schulze | Mirage (40th anniversary)

    Klaus Schulze | Mirage (40th anniversary)

    Nowość Bestseller
    Album Mirage wydany został między dwiema częściami wydawnictwa Body Love - w porównaniu z tymi pozycjami Mirage jest płytą niemal arytmiczną, niezwykle oniryczną, brzmiącą wręcz skrycie, zawoalowanie. Główne wątki melodyczne rozwijają się niespiesznie, nikną w odmętach brzmień niemuzycznych, splatają się ze sobą i gdy już zaczynają się składać na wyrazisty motyw - rozpuszczają się, przykryte lodowatymi falami szumów i tęsknych, chłodnych ech elektronicznych westchnień. Najwięcej wspólnego z atmosferą Mirage miały takie kompozycje z cyklu Body Love jak Blanche i (zwłaszcza) Moogetique - ale tamte utwory brzmiały klarowniej, brakowało i przede wszystkim tej gęstości i głębi brzmienia tak charakterystycznej dla zimowych "miraży" Klausa Schulze.
    Przy pierwszym przesłuchaniu ta płyta może nawet nieco rozczarowywać - brak tu pulsującego, prawie huczącego, transowego ostinata, na tle którego syntezatory lub organy snują swe improwizacje, brak tu chwytliwych kombinacji brzmieniowo-melodycznych w takim stylu, jaki zdominował nagrania z Body Love, brak tu niesamowitych, podminowanych niebywałym napięciem improwizowanych partii perkusyjnych raczej opowiadających niezwykłe brzmieniowe historie niż po prostu zamarkowujących rytm... Kompozycje z Mirage odsłaniają w pełni swój czar dopiero przy kolejnych, uważnych przesłuchaniach - pewnego dnia słuchacz zostanie na tyle wciągnięty przez tajemnicę tej płyty, iż zapragnie obcować z nią częściej aniżeli z innymi płytami... Oba utwory brzmią tak, iż nigdy nie uda się słuchaczowi przejrzeć ich "na wskroś". Wielogłosowość i atmosfera tej płyty są oszałamiające - jakiś detal zawsze zdoła ukryć się przed ciekawskim uchem odbiorcy. Trudno nawet zaproponować adekwatne wizualizacje do tej muzyki - największym bowiem plusem zaprezentowanych tu nagrań jest ich płynność, rozchwianie, niebywała "halucynacyjność". Wystarczy jedno mrugnięcie powieką, jeden gwałtowniejszy wdech sprowokowany rozlewającymi się elektronicznymi brzmieniami i cały obraz zostaje zburzony, a kolejne pojawią się dopiero, gdy uzbiera się w umyśle słuchacza odpowiednio gruba warstwa arpeggiatorowych płatków śniegu i oscylatorowych lodowych tafli...
    Zamieszczony na składance 2001 siedmiominutowy ekscerpt z kompozycji Crystal Lake zdaje się sugerować, iż Mirage jest płytą pełną wyrazistych melodii, dobitnie zamarkowywanych akordów i chwytliwych arpeggiatorowych tematów. Zapoznanie się z całym albumem może okazać się sporym "szokiem termicznym" - na albumie Mirage panuje najprawdziwsza, mroźna zima, nieposkromiona i przygnębiająca; nie taka, jaką znamy z kojących baśni, tylko taka, która zjawia się w najbezczelniejszych, najbardziej niezrozumiałych i poruszających snach pełnych dwuznacznych, zamglonych obrazów. Obrazów niewyraźnych, zaskakujących, niepokojących - i przez to pięknych i każących się odkrywać wciąż na nowo...

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    62,97 zł
  • Klaus Schulze | En=trance

    Klaus Schulze | En=trance

    Nowość

    Trudno powiedzieć, co przede wszystkim sprawia, iż muzyka wypełniająca tę płytę kojarzy się z tajemniczymi, zamkniętymi pokojami, nasiąkniętymi aromatycznymi kolorami. Podejrzewam, iż odpowiedzialne za taki efekt jest ustawienie proporcji wszystkich głosów: chyba po raz pierwszy na albumie Klausa Schulze wszelkie muzyczne wątki dobiegają do uszu słuchacza "z tego samego poziomu". Mimo barokowej rozmaitości tematów i dużej inwencji melodycznej przez dłuższy czas brak tu tajemnicy, czającej się na ukrytym planie; nie ma tu "skradających się" motywów, rozwijających się powoli nowych tematów. Schulze zrezygnował z budowania napięcia, proponując w zamian obfita porcję rozwiązań harmonicznych i melodycznych zmieniających się znienacka, kalejdoskopowo. Ruchliwe ostinata brzmią z jednej strony bardzo atrakcyjnie, z drugiej zaś jednak brak im głębi typowej dla nagrań z albumów Moondawn bądź Mirage. Rozkwitające na podobieństwo fraktali ścieżki rytmiczne obudowują improwizowane tematy główne ciasnymi pierścieniami i wywołują specyficzne wrażenie "zamykania" tej muzyki w ścianach z nietypowego tworzywa. Pokoje są obszerne i znakomicie działa w nich klimatyzacja, ale wciąż jednak nie udaje się słuchaczowi znaleźć wyjścia z labiryntu kolejnych pomieszczeń.
    Dopiero pod koniec trzeciego utworu muzyka prowadzi słuchacza z podziemi na peron wyimaginowanego dworca przyszłości, z którego wraz z pierwszymi minutami kompozycji czwartej wydostanie się na deszczową autostradę kreskowaną rozmytymi światłami reflektorów. Tu leży klucz do tajemnicy tej płyty: w pierwszej części penetrujemy ukryte archiwa, w drugiej - udaje się nam znaleźć drogę na zewnątrz. Nie wiem, czy dokładnie taka idea przyświecała twórcy płyty, ale tak czy inaczej, efekt jest niesamowity… Muszę tu bowiem podkreślić, iż mimo zrównania głosów w większości partii i pozbawienia znajdujących się tu nagrań aury mistycyzmu, absolutnie nie jest to płyta nieudana bądź wtórna. To już po prostu nieco inny Klaus Schulze - artysta otworzył drzwi prowadzące w nowe rejony. Poprzednie płyty, z bardziej zwartymi i zamkniętymi kompozycjami, niejednokrotnie podszytymi zdecydowanym rytmem, były zapowiedzią pewnego przełomu: na En=Trance przełom ten dokonuje się już na dobre, choć żaden z zamieszczonych tu utworów nie trwa krócej niż 15 minut a niektóre elementy jednoznacznie kojarzą się z rozwiązaniami typowymi dla dawniejszej twórczości berlińskiego artysty.
    Najbardziej elektryzujące fragmenty tej płyty to główny temat En=Trance, kunsztowna fuga zamykająca Alpha Numerique oraz opisywany dwa akapity wyżej fragment obejmujący zakończenie trzeciego utworu i początek czwartego. Dodatkowy utwór nie pochodzi z sesji nagraniowej, w wyniku której narodził się album En=Trance, ale niewątpliwie sprawi ogromną radość miłośnikom muzyki Klausa Schulze. Nagrania dokonano w 1975 roku i jest to po prostu zapis "zabawy" urządzeniem o nazwie Elvish Sequencer; jednak ta swoista próba dźwięku połączona z mini-improwizacją stanowi nie mniejszy klejnot w uchu prawdziwego miłośnika tajemniczej, nieco mrocznej elektroniki sekwencyjnej, aniżeli skończone wielopłaszczyznowe pejzaże autorstwa Klausa Schulze! Brzmienia i zarysy melodii wyczarowywane w tym ośmiominutowym drobnym arcydziele to do pewnego stopnia wprowadzenie w nastrój później (Timewind) opublikowanej kompozycji Bayreuth Return, ale tylko do pewnego stopnia. Szkoda naprawdę, że na dodatkową, wcześniej niepublikowaną atrakcję starczyło na tej płycie tak niewiele miejsca; mimo prostoty użytych środków "elfowy sekwencer" niesie ze sobą coś niesamowitego, rozjarzającego się w niepokojącym mroku odblaskami zarysowującymi się w kształty spowijające nokturnowe obrazy Grimshawa, na których wielokrotnie nie zabrakło miejsca dla tajemniczych, posępno-zagadkowych elfów o sardonicznych uśmiechach. Tej pół-kompozycji można by doprawdy słuchać znacznie dłużej niż osiem minut...
    Specjalnego wymiaru nabiera ta impresja właśnie jako bonus do "podziemnej", nocnej płyty En=Trance: słuchacz klucząc przez niekończące się korytarze, labirynty piętrowych parkingów i tajemniczych pokojów o szczelnie zamkniętych okiennicach znajduje w finale swej 70-minutowej podróży ukryty skarb, połyskujący niesamowitym brzmieniem ery fantastycznych albumów Timewind i Moondawn

    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Klaus Schulze | Ballet 3-4

    Klaus Schulze | Ballet 3-4

    Zamieszczono tu tylko jedną, za to trwającą ponad 75 minut kompozycję. Suita My Ty She jest syntezą najbardziej charakterystycznych zwrotów melodycznych i aranżacyjnych z całego baletowego cyklu - największą zaś atrakcję stanowią wkraczające na scenę brzmienia oboju oraz żeński głos, który momentami może skojarzyć się nawet z Natachą Atlas. Muzyka zatacza szerokie kręgi, wahając się wciąż między brzmieniami orientalnymi i tymi, do których doprowadził rozwój Szkoły Berlińskiej. Godna uwagi jest syntezatorowa osnowa, wypunktowana pulsującymi krateramihipnotycznego ostinata na tle bogato zinstrumentowanej, ciekawie rozwijającej się opowieści. Na reedycji krążka wchodzącego w skład boxu Contemporary Works pojawia się wielce oryginalne premierowe nagranie, Shauer der Vorwelt. Jest to dosyć surowa kompozycja oscylująca między estetyką IDM a drum'n'bass, zbudowana na wyrazistej, elektryzującej sekwencji, przykrywającej wykwitające w tle przeobrażone sample - zarówno nowe, jak i znane już z zestawu Contemporary Works. Jeszcze przed drugą minutą trwania utworu zarysowana zostaje tęskna, mesmeryzująca melodia - trochę szkoda, że rozmywa się ona tak prędko, ustępując miejsca bezlitosnemu pochodowi perkusyjno-ostinatowemu. Ze względu na specyficzną, suchą surowość brzmienia kompozycja ta ma coś wspólnego z inną niewiele ponad 3-minutową impresją Klausa Schulze, Zooblast.

    Ostatnia część muzyki baletowej Klausa Schulze, wydanej oryginalnie jako część 10-płytowego boksu Contemporary Works. Album otwiera tęskna suita Mellowtrone, w której zgodnie z sugestią tytułu wioloczela Wolfganga Tiepolda za sprawą magicznych przystawek przeobraża się w melotron - znakomity pendant do melotronowych impresji pojawiających się na piątej oraz siódmej części The Dark Side of the Moog. Soft'n'Groovy również w każdym calu brzmi tak, jak się zwie: mamy tutaj leniwy, niemalże omdlewający rytm, udanie skontrastowany ze spiesznym sekwencyjnym pulsem ukrytym w tle, a do tego niekończące się improwizacje klawiszowo-wiolonczelowe, przenikające się nawzajem już nie tak jak na płycie Dune (1979), ale na pewno nie mniej fascynująco. To B Flat przynosi temat dobrze już znany miłośnikom muzyki Klasua Schulze: te wątki pojawiały się już w pierwszej części Careful with that AKS, Peter (DSOM VIII) oraz w ramach samego zestawu Contemporary Works, a mianowicie w finale tomu pierwszego. Tutaj mamy kolejną smakowitą odsłonę fantazji na akordowe plamy, vocoder i dziwne basy, na dodatek z całą gamą egzotycznie połyskujących elementów w tle. Utwór dodatkowy - znany z dziesiątej płyty Contemporary Works, czyli zestawu "odrzutów z sesji" oraz skróconych miksów - niby nie wnosi do muzyki Klausa Schulze AD 2001 nic nowego, ale stanowi tutaj bardzo przyjemny suplement, swoistego rodzaju dopowiedzenie "baletowego snu" w migoczącej tonacji odświeżanej etnizującymi momentami.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    62,97 zł
  • Klaus Schulze | Androgyn

    Klaus Schulze | Androgyn

    Najważniejsze na tej płycie są wyraziste wypukłości basowego syntezatora, to zakłócające, to porządkujące warstwę rytmiczną podobnie jak na płytach Klausa Schulze z lat siedemdziesiątych. Przeciwstawione zostają sobie dwa tematy. Jedna długa, rozwijająca się leniwie suita kończy płytę i składa się z czterech bardzo zbliżonych do siebie nastrojem epizodów - tytuły kolejnych fragmentów zmieniają się wraz z wejściami kolejnych instrumentów podejmujących improwizację na bazie głównego tematu. Znany już dobrze głos zaintonuje tu nawet słowa "Don't ask the question why", przewijające się już przez środkową część The Rhodes Elegy z pierwszej płyty tego boxu. Pierwsza część płyty natomiast to przede wszystkim intrygująca impresja Back to the Future, kołysząca się na rozpływających się roztopionych dźwiękach, wahających się niebywale płynnie między zdecydowanymi rejestrami. Z tych ciągnących się muzycznych malowideł wyłania się zdeformowany temat trzeciej części Set the Controls for the Heart of the Mother, po czym nadciągają kolejne fale i zmywają rozpoznawalny wątek, przykrywając go frapującymi wariacjami na nie mniej kosmiczne tematy.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Klaus Schulze | Ballet 1-2

    Klaus Schulze | Ballet 1-2

    Na tej baletowej płycie Klausa Schulzezderzyło się chyba najwięcej różnych nastrojów. W Kagi's Lament elementy muzyki wschodniej błyskotliwie splatają się z kipiącym ostinatem, a brzmienia fletów i głosów przywołują na myśl atmosferę niesamowitej muzyki Petera Gabriela skomponowanej do filmu Ostatnie kuszenie Chrystusa. Wolf's Ponticelli pokazuje, jak mogłaby zabrzmieć płyta Trancefer, gdyby Klaus Schulze zarejestrował ją dopiero pod koniec dwudziestego wieku - zestawienie przemawiającej wieloma głosami wiolonczeli Tiepolda z pomysłową, zagęszczoną ścieżką rytmiczną, w której dominuje wpadające w ucho ostinato, brzmi naprawdę świeżo i pierwszorzędnie. The Smile of Shadows to znów odsłonięcie przez Schulzego nowych, nie spenetrowanych wcześniej rejonów, muzyka waha się miedzy różnymi nastrojami i trudno przypisać tę kompozycję systemowi dur albo moll. Kolejne przesłuchania jedynie zwiększają atrakcyjność tego krążka, zwłaszcza, że i tak zbyt dużo tu brzmieniowych niespodzianek i niuansów, by wszystkie plany dźwiękowe ogarnąć za jednym razem...

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    54,76 zł
  • Klaus Schulze | Another Green Mile

    Klaus Schulze | Another Green Mile

    Tytuł płyty nawiązuje do krążka Briana Eno Another Green Land i oczywiście nie brakuje tu rozwiązań typowych dla muzyki obejmowanej mianem ambient. Pierwszy utwór wyłania się z metalicznie brzmiących płaszczyzn dźwiękowych przypominających takie nowoczesne muzyczne pejzaże jak Heaven and Earth ProjeKct X. Tła ocierają się o siebie, rozpuszczając się wspólnie w nieprzebytą pustynię, następnie zaś w bezkresny staw pokryty planktonową rzęsą układającą się w kształt nigdy nie widzianych kontynentów. Na pierwszy plan wysuwa się w pewnym momencie natychmiast rozpoznawalny głos, przewijający się niczym duch już przez dwa poprzednie tomy albumu. Na wysokości kompozycji The Wisdom of Leaves akordy miękną, stają się ciepłe, pojawiają się durowe akcenty - melodia rozwija się w podobnym duchu, jak w spokojnych pasażach Bachianas Brasileiras IV Heitora Villi-Lobosa. Wszystkie instrumenty wraz z głosem podejmują główny temat, po czym muzyka milknie, ale to jeszcze nie koniec płyty. Przychodzi pora na najniesamowitszy epizod albumu, czyli podszyty niepokojącym basowym pulsem utwór Follow Me Down, Follow Me Down. Ścieżka rytmiczna tej kompozycji to prawdziwie schulzeański majstersztyk, przywołujący na myśl wiele perkusyjno-basowych rozwiązań sięgających jeszcze analogowej ery Klausa Schulze (tutaj oczywiście podkład otrzymuje odpowiednio "współczesną" oprawę, ale duch "staroschulzeański" ma tutaj wystarczająco przestrzeni na zaczerpnięcie oddechu). Najważniejsze jednak okażą się brunatne, cierpkie wejścia gitary elektrycznej, która zaprezentuje istny teatr cieni przybrudzających frapującą ścieżkę rytmiczną. Szkoda, że ten utwór trwa "tylko" 28 minut...

    I.W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Klaus Schulze | Body Love

    Klaus Schulze | Body Love

    Syntezatorowe westchnienia, splatające się w zimnych konstelacjach i mollowych uściskach, osnuwają krystaliczną siecią cały pierwszy plan wszystkich trzech wypełniających tę płytę kompozycji. Odsłona pierwsza, Stardancer, rodzi się w niemuzycznej, wibrującej otchłani, z której wybijają się pierwsze promienie, pierwsze pomruki elektronicznych chórów, następnie zaś wysupłują się perkusyjne ozdobniki. Wstęp prowadzi do tętniącego, gumiastego ostinata, na tle którego rozwija się melancholijna, pobłyskująca, improwizowana impresja głównego syntezatora. Rytm zostaje coraz zmysłowiej podkreślany przez kipiącą perkusję, a ostinato zostaje podszyte basową linią. W ostatniej sekwencji utworu improwizacja balansuje między systemem durowym a melodyką orientalną. Muzyka niespodziewanie gaśnie, ledwo zabrzmi dysonansujący znak zapytania zaintonowany przez wszystkie ścieżki instrumentalne.
    Blanche to najspokojniejszy i najbardziej zadumany - może najbardziej "nieszczęśliwy"?... - fragment płyty (wycinek tej właśnie kompozycji reprezentuje album Body Love na przekrojowym wydawnictwie Schulzego podsumowującym lata 1972-1991, pt. 2001). Smętne, gasnące łabędzie syntezatorowe dają się ponosić czarnym, śliskim falom przypominającym ciała spowite satynowym całunem. Momentami może się ta muzyka troszeczkę pod względem nastroju kojarzyć ze wstępem do kompozycji Shine On You Crazy Diamond Pink Floyd (Wish You Were Here, 1975), ale to tylko przelotne, uchwytne jak przez mgłę zestawienie. Słychać tu w każdym tonie tę samą chłodną, opustoszałą tęsknotę, która czyniła tak niesamowitym nagranie Wahnfried 1883 (Timewind, 1975).
    Finałowa kompozycja P:T:O: trwa ponad 27 minut i łączy w sobie elementy cierpkiej zadumy Blanche (wstęp oraz finałowa sekwencja) z dynamiką i zapierającym dech rozchwianiem ostinatowym Stardancer (część główna, w której genialne ostinato zmienia kilkakrotnie skalę i tempo, czemu towarzyszy jedna z najwspanialszych solowych partii syntezatorowych w dyskografii Schulzego). Ta muzyka znakomicie zilustrowałaby spacer wzdłuż zamglonego wybrzeża, gdzie z jednej strony szumią ledwo dostrzegalne fale, z drugiej zaś zaczyna się już zgiełk metropolii. Każdy mijany kształt, każda latarnia i każda trafostacja, rozmazuje się w zadymioną plamę przybierającą kształt dowolnego słowa wypowiedzianego kobiecym szeptem.
    Dodatkowy utwór, na cześć reżysera filmu Body Love zatytułowany po prostu Lasse Braun, to 22 (chciałoby się powiedzieć: tylko 22…) minuty niezwykłej, mrocznej muzyki utrzymanej siłą rzeczy w podobnym tonie kolorystycznym co trzy inne impresje z albumu Body Love, ale chyba jednak najbardziej posępnej i niezgłębionej. Na początek sine, ciągnące się światło muzycznego reflektora drąży ciemną, nieprzejrzaną przestrzeń lepkimi smugami. Przez opustoszałą przestrzeń przemknie czasem tylko spóźniony podmuch nocnego Mooga, a dopiero po paru minutach wyklują się zdrętwiałe, zimne, stojące mollowe akordy. Reflektor przeczesujący wyludnioną przestrzeń pomału chrypnie, snując swoje uparte, rozsiane, jednodźwiękowe ostinato, za każdym razem wysyłając nieco inaczej brzmiącą smugę światła. Miękkie tony perkusyjne szemrzą miarowo w tle, służąc tutaj tylko jako ornament, zdecydowanie zanadto słabe i niezdecydowane, by mogły podsunąć tej mrocznej suicie stały rytm. Ostatecznie zjawia się też na scenie napięte, zziębnięte solo syntezatora, ciągnącego opowieść podobną w nastroju do tych, które wypełniły suity Blanche oraz P:T:O:, a wkrótce potem dochodzi do tak charakterystycznej dla Klausa Schulze intrygującej progresji. Samotny reflektor emituje coraz silniejsze i bardziej sprężyste wiązki światła, a w tle pojawia się mnóstwo frapujących poszumów i lodowatych wyładowań elektronicznych. Mimo oczywistego podobieństwa, jeśli chodzi o atmosferę, do pozostałych trzech impresji zamieszczonych na albumie, nie da się odmówić utworowi Lasse Braun niesamowitego klimatu i ogromnej siły wyrazu, wręcz zastanawiałbym się nad przyznaniem tej kompozycji tytułu najbardziej przejmującego epizodu z całego wydawnictwa Body Love. Miłośnicy muzyki Klausa Schulze posiadający już płytę analogową Body Love, a nawet i jej kompaktową edycję, ponad wszelką wątpliwość powinni zainteresować się najnowszym wydaniem tego niezwykłego materiału.

    PS. Nie widziałem filmu, do którego Klasus Schulze stworzył tę muzykę, ale coś mi się wydaje, że wyglądał nieco inaczej niż próbki proponowanych przeze mnie wizualizacji...

    I. W.


    Ten krążek pochodzi z okresu, w którym Klaus Schulze stworzył swoje chyba najlepsze utwory - te z Mirage czy Moondawn. Na Body Love znajdują się trzy rozbudowane czasowo kompozycje. Rozpoczyna się od dosyć rytmicznego Stardancer (w tytule chodzi, jak podejrzewam, o podobieństwo do Skywalkera). Jest tu interesujący sekwencer, ale mimo ściśle Klausowego klimatu nie przepadam za tym utworem. Po blisko czternastu minutach zaczyna się drugi, będący dla mnie esencją całego krążka Blanche. Szczególnie piękne są pierwsze minuty, kiedy Klaus swymi długimi, ciągłymi brzmieniami maluje pejzaż wschodu księżyca nad spokojną powierzchnią morza, w którym odbijają się gwiazdy. Ogarnia mnie przy tym jakaś wyjątkowa nostalgia i tęsknota za czymś, co dość trudno nazwać. Potem dochodzi tylko wiodący instrument śpiewający swą zawodzącą pieśń i kolejne kilkanaście minut gdzieś znika. Lecz to dopiero połowa płyty. Ostatni jest P:T:O: (co to znaczy?), powoli nabrzmiewająca sekwencerowa kompozycja, w której później pojawiają się nawet instrumenty perkusyjne. Napięty klimat pęka nagle niczym zerwana struna chyba w 22. minucie i dalej jest do końca całkiem spokojnie. Informacja na okładce, jak zwykle bardzo lakonicznej, mówi, że mamy do czynienia ze ścieżką dźwiękową do filmu Lasse Brauna o tym samym tytule, co płyta. Myślę, że zaden reżyser nie pokusiłby się o wykorzystanie w swej produkcji tak długich utworów i że wersje z płyty są po prostu niezwykle rozbudowanymi rozwinięciami tematów zawartych w filmie. Warto go pewnie obejrzeć nawet dla samej muzyki.

    Michał Żelazowski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Klaus Schulze | Dreams

    Klaus Schulze | Dreams

    Tytuł pierwszej kompozycji, A Classical Move, w żartobliwy sposób dokładnie oddaje treść utworu. Po głośnym akordzie, z jakim zawsze "wyjeżdżali" w muzyczną podróż Klaus Schulze i Rainer Bloss na Drive Inn i Dziękuję Poland, następuje rozmazana, chłodna impresja, przeradzająca się wraz z wejściem ostinata w temat bardzo blisko spokrewniony z wiodącym motywem kompozycji Cellistica z 1983 roku. Dżwięki splatają się i rozplatając, tworząc drobne motywy balansujące na granicy starych wątków i nowych wariacji na ich temat. Szczególnie wpada w ucho Leitmotiv Friedricha Nietzschego z albumu X.
    To "klasyczne posunięcie" odbywa się na znanej szachownicy, ale w zupełnie nowym krajobrazie. Brzmienie tego utworu ma coś niesamowicie świeżego i nie sposób wysłuchać tej kompozycji obojętnie. Jak we śnie, znane wątki pojawiają się i znikają, utwór kluczy przez kilka zmian tonacji i gwałtownie się kończy, w momencie, w którym porwany onirycznymi wizualizacjami słuchacz nabiera akurat największej ciekawości, jak też będzie wyglądało rozwiązanie.
    Przy kolejnej kompozycji dosłownie przesiadamy się od "klasycznej" szachownicy do skomplikowanego układu klocków Kyodai. W tej kompozycji udało się kompozytorowi najsilniej zamarkować orientalne elementy, wykwitające z hipnotycznego, "podjapanizowanego" brzmieniowo rytmu niczym kolejne kwiaty śliwy. Najciekawszy fragment to schromatyzowana partia fortepianowa, dzięki której całe to 8-minutowe dziełko nabiera znamion egzotycznego, współczesnego koncertu na fortepian i orkiestrę elektronicznych przyrządów.
    Nawspanialsza moim zdaniem kompozycja to trzecia pozycja na tej płycie - utwór tytułowy. "Trąbiasta" introdukcja to dalekie echo wstępu do wagnerowskiego Lohengrina, odpowiednio chłodne, tajemnicze i posmutniałe. Na pierwszym planie wciąż rozlegać się będą hipnotyzujące akordy, rozświetlające nieco cały utwór, natomiast w tle wysypują się coraz to inne, zapamiętane z jakiegoś innego schulzeańskiego "snu", kolory, zapachy i tony. Jest w miarowym podkładzie tej kompozycji coś, co wywołuje uparte skojarzenie z brzmieniem początku utworu Exil Sils Maria z płyty Irrlicht, a na dodatek niedługo przed końcem Dreams pojawi się zapomniane echo preparowanej orkiestry malującej drobinki swych pejzaży w suicie Ebene, także pochodzącej z debiutanckiego albumu Schulzego.
    Najkrótsza propozycja na Dreams, zatytułowana Flexible, robi z pewnością najmniejsze wrażenie. Wydaje się, że ma nieco spłycone i "uplastikowione" brzmienie w porównaniu z niesamowitymi barwami reszty przedstawionych tu utworów. Bardzo ciekawy jest jednak fragment, w którym Schulze raczy nas nieoczekiwanymi brzmieniami syntezatorowej gitary, wiodącej swą melodię na podciąganych strunach.
    Płytę wieńczy monumentalna, ponad 24-minutowa kompozycja Klaustrophony. Intrygujący tytuł jest faktycznie dobrym opisem stanu, którym przesiąknieta jest cała ta senna kompozycja, w której wyczuwa się, iż za chwilę stanie się coś niebywałego. Słuchacz doczeka się niespodzianki w 15 minucie utworu: rozlegnie się dziwaczny głos "japońskiego ducha". Muszę przyznać, że przy pierwszym przesłuchaniu głos ten wydawał mi się drażniący, ale jednocześnie nie mogłem przestać słuchać tej sennej opowieści, coraz bardziej nią zafascynowany. Kolejne przesłuchania utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie ma głosu lepiej korespondującego z atmosferą i "przesłaniem" całego albumu; głos zjawia się jak nietypowy, zadziwiający, natrętny element rozbijający dotychczasową logikę snu i prowadzący śniącą osobę w zupełnie nowe rejony, których na jawie by sobie nie wymyśliła…

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Klaus Schulze | Interface

    Klaus Schulze | Interface

    Bestseller
    Klaus Schulze jest mistrzem w tworzeniu alternacji mollowych akordów - dziwić więc może utwór brzmiący wręcz pogodnie. Wstęp do kompozycji On The Edge prędzej skojarzyć się może z propozycjami duetu Double Fantasy z płyty Universal Avenue (dla zainteresowanych: wydanej nakładem Innovative Communications) niż z jakąkolwiek płytą Klausa Schulze. Akordy o nieregularnej budowie zlewają się ze sobą i układają w tło na którym zabrzmią wariacyjne główne partie instrumentów. Akcent pada na powracający kilkakrotnie "klaksonowy" motyw, wywołujący pewne skojarzenia z nagraniami spod znaku Drive Inn. Z kolei linia rytmiczna bardziej kojarzy się z twórczością Billa Laswella albo wspominanym Double Fantasy (tudzież najmłodszym wcieleniem Tangerine Dream, jeśli już szukać przykładów w obrębie Szkoły Berlińskiej) niż z jakimkolwiek dotychczas słyszanym "schulzeańskim ostinatem"... Płyta zapowiada się zatem wyjątkowo interesująco, choć podejrzewam, że ortodoksyjnych miłośników Schulzego może wprawić w osłupienie.
    Drugi utwór, Colours In The Darkness, jest nie mniej nowatorski, chociaż tu wyraźnie słychać już, iż klawisze naciskają te same ręce co na płytach Drive Inn i Dziękuję Poland (wciąż jednak, jak widać, nieodparcie nasuwają się skojarzenia nie tyle z dawniejszą twórczością Schulzego, co z dokonaniami tandemu Schulze / Rainer Bloss...) "Uskakujący" rytm znów osiąga zdumiewającą jak na Klausa Schulze ilość bpm, na pierwszym planie wibrują, pulsują i zasupłowują się natarczywe brzmienia przywołujące na myśl dalekie skojarzenia z Telefon Anruf grupy Kraftwerk, natomiast w tle snuje się typowo "schulzeańsko-blossowska" melodia, rozmazująca się rzeczywiście jak światła reflektorów na poruszonym zdjęciu.
    Utwór The Beat Planante nie wnosi już właściwie nic nowego w porównaniu z poprzednimi kompozycjami, ale słucha się go z przyjemnością. Ma podobne brzmienie do On The Edge, ale jest nieco bardziej "zadumany". Dominującą rolę ma "rozstukany" rytm, wywołujący wrażenia napięcia które musi zostać rozładowane: dojdzie do tego w środkowej części utworu, kiedy pojawi się żywa perkusja, ale potem znów ustąpi ona miejsca upartemu "niekompletnemu" rytmowi tworzącemu szkielet kompozycji od jej początku. Potem zaś rozpoczyna się najwspanialszy utwór: ponad 24-minutowa kompozycja tytułowa. Od strony formalnej dzieje się w tym utworze zdumiewająco mało, ale nie jest to żaden mankament. Podkład perkusyjny wprowadza słuchacza w trans, a pierwszy plan zagospodarowany jest przez miaukliwe, przeciągające się i prężące kaskady syntezatorowych (lub też komputerowych, zważywszy rok wydania płyty) dźwięków. Muzyka zmienia kilka razy rejestr i nastrój (gdzieniegdzie wpleciony zostaje patetyczny, durowy akord), a brzmienia warstwy rytmicznej to uspokajają się, to znów kipią i skwierczą, ociekając migotliwymi barwami. Na myśl przychodzą niekończące się wariacje z płyt Body Love i ...live... (mam na myśli szczególnie nastrój kompozycji Sense), ale równie dobrze mógłby to być zapis improwizacji Jean-Michela Jarre'a, który świeżo po koncercie w Chinach zasiadł za swymi urządzeniami aby pobawić się muzyką dla własnej przyjemności. W Inter*Face udało się Klausowi Schulze popisowo połączyć nowoczesne, świeże brzmienie z najlepszymi patentami sprzed lat.

    I. W.


    Poznawanie twórczości Klausa Schulze jest chyba jeszcze trudniejsze niż poznawanie Tangerine Dream. Klaus wydał mnóstwo płyt, a dodatkowo jego dyskografię wzbogacają specjalne edycje liczące po kilkanaście CD. Nie wszystko jednak co zrobił Klaus Schulze podoba mi się. Zdecydowanie wolę płyty, na których gra on "klasyczną" elektronikę, bez wtrąceń z muzyki operowej i poważnej. Płyta Inter*face wydana w 1985 roku to Schulze. którego lubię. Zaskoczył mnie trochę pierwszy utwór On the Edge - toż to prawie elektroniczny pop, oczywiście wysokiej próby! Muzyka relaksująca, wprawiająca w pozytywny, miły nastrój. Kolejne utwory to już poważna elektronika. Klaus Schulze przestrzennie i bogato improwizuje na tle monotonnego perkusyjno-sekwencerowego rytmu.
    Ostatnie 24 minuty CD wypełnia tytułowy Inter*face. Obfituje on w zmiany nastroju, umożliwa zatopienie się w dźwiękach. Tak odbierałem również utwory z płyty Body Love. Pod koniec kompozycja staje się bardzo dynamiczna i monumentalna. Inter*face to płyta, do której lubię powracać i odkrywać ją na nowo.

    Lord Rayden

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Klaus Schulze | Dune

    Klaus Schulze | Dune

    Początek tytułowej kompozycji, niepokojąca elektroakustyczna uwertura, może przywieść na myśl dawne kompozycje Schulzego - ten obrazek utrzymany jest z drugiej strony w podobnym klimacie, jak niektóre mroczne epizody płyt cyklu The Dark Side Of The Moog. Charakter zmieni się z posępnego na nostalgiczny i zimny, gdy szumy i przeciągłe tony baterii elektronicznych urządzeń rozprute zostaną przez lament wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. To chyba najniesamowitsza kompozycja, w której słychać ten instrument w tych rękach. Wiolonczela łka, prostuje się dumnie, snuje melancholijne wspomnienia, przeszywa dreszczem i zgrzytliwie ironizuje - słuchacz zaś idąc jej tropem może wkroczyć na chrzęszczącą pustynię rodem z obrazu H. R. Gigera. Barwy ołowianego nieba i stalowej ziemi zmieniają odcienie z chłodnych na zimne i wreszcie na lodowate - a wkradające się raz po raz bardziej miękkie, pogodniejsze tony tylko wzmagają dramatyczne wrażenie. Tej kompozycji nie można nazwać patetyczną bądź przesadzoną; ona po prostu jest wielka.
    W zupełnie innym tonie utrzymany jest utwór Shadows Of Ignorance. Wiolonczela skrada się kocimi krokami, skromne ostinato pulsuje w napięciu, a instrumenty klawiszowe raczą słuchacza rozimprowizowanymi motywami, w których więcej jest zagadkowości niż dojmującego smutku, który zdominował pierwszy utwór tej płyty. Wkrótce da się też słyszeć głos Arthura Browna, najpierw recytujący, a następnie intonujący kolejne zdania mistycznej przypowieści. Chociaż tutaj Brown nie pokazał pełnej skali swoich możliwości, jak uczynił to w genialnym utworze Dymagic" na albumie ...live..., kompozycja rozwija się w ciekawy sposób i przesycona jest licznymi "poślizgnięciami" i "znakami zapytania" pozostawianymi przez improwizujace instrumenty.
    Płyta ta pokazuje dwa różne oblicza Klausa Schulze, a na dodatek każde z nich oddalone jest dość znacznie od kompozycji z poprzednich albumów.
    Dodany utwór, koncertowa impresja Le Mans, od razu musi skojarzyć się każdemu miłośnikowi muzyki KS z Dymagic, kompozycją wieńczącą niesamowity album ...live.... (1980). To jednak tylko pozory: wprawdzie rozpoczynająca utwór "galopująca" sekwencja o suchym, skażonym mollową tonacją brzmieniu wydaje się przedłużać motywy składające się na "Dymagic", ale rozwój tej niezwykłej kompozycji zmierza w innym kierunku. Na darmo wyczekuje słuchacz wokalnej improwizacji Arthura Browna: Le Mans, aż do końca pozostanie utworem instrumentalnym o niezwykłym kolorycie i nerwowym pulsie. Klaus Schulze śmiało przeskakuje tonacje, rozsypuje niemuzyczne brzmienia zahaczając o stockhausenowskie nastroje, znienacka proponuje pogodniejsze akordowe sekwencje. Przez 23 minuty trwania Le Mans słuchacz pozostaje absolutnie zahipnotyzowany, czekając na rozwiązanie muzycznej zagadki, punktowanej przez artystę kolejnymi zwrotami melodycznymi. Około 17 minuty czeka na miłośników ambientu doprawdy smakowity kąsek: rytmiczny puls ustaje, na scenie pozostają tylko pieniste, błotniste brzmienia kojarzące się z nieziemskim rezultatem kolaboracji między Mike'em Oldfieldem a Davidem Bedfordem: Stars End. Stęsknione elektroniczne motywy poszukują się nawzajem lepkimi końcami pośród dołującego, skąpanego w śnieżystej czerwieni mroku. Podniosłe, przejmujące alternacje akordów wieńczą całe dzieło, które podobno, mimo 23 minut swego trwania, i tak jest skrótem z niesamowicie długiego utworu, który Klaus Schulze zwykł był prezentować w ramach trasy koncertowej 1979-1980 (patrz: opis w książeczce dołączonej do płyty). Szkoda, że reedycja płyty Dune pozwoliła przedstawić słuchaczom tylko tyle z niesamowitego misterium – obok wywołującej dreszcze ścieżki dźwiękowej do filmu Next of Kin, zaprezentowanej słuchaczom jako dodatkowy utwór (60 minut!) na albumie Audentity, pozostaje moim skromnym zdaniem Le Mans największą perełką pośród impresji dorzuconych do wznowień longplayów Klausa Schulze.

    I. W.



    Tytuł wymienionej płytki kojarzy mi się wyłącznie z sześcioksiągiem Franka Herberta Dune i filmem Davida Lyncha powstałym na kanwie tej właśnie powieści. Nasuwa się pytanie. Czy w związku z tym dzieło Klausa Schulze jest ścieżką dźwiękową z wymienionego obrazu? Z pewnością nie. Film powstał na pocz. lat 80-tych (muzykę do filmu pisał m.in. Brian Eno), płyta w 1979 roku. Jednak skojarzenie i sugestia pozostają, a lektura wszystkich tomów dodatkowo je wzmaga.
    Na krążku znajdziemy tylko dwa, prawie 30-sto minutowe, utwory co jest dość charakterystyczne dla KS. Kompozycje jednak różnią się znacznie. Pierwszy utwór - Dune przypomina psychodeliczne klimaty z wcześniejszych dokonań artysty (może nie jest to taka awangarda jak z Cyborga, ale stylistyka jest wyrazista) i staje się zarazem niezwykłą dźwiękową ilustracją wspomnianej wyżej powieści (jeśli ewentualny słuchacz ją czytał). Drugi utwór jest bardziej rytmiczny, zbliżony raczej do stylistyki prezentowanej przez Richarda Wanhfrieda (grupa założona przez KS), ale nie aż tak dynamiczny. Wrażenie potęguje dodatkowo fakt, że muzyce towarzyszy recytowany tekst (pisany notabene przez samego Klausa Schulze'a), tak jak ma to miejsce w przypadku produkcji RW. Taki zabieg powoduje, że płyta staje się wprawdzie ciekawa, ale też wprowadza pewien dysonans brzmieniowy (nagła zmiana emocji). Kto czytał Diunę w całości, doceni ten prosty (skuteczny) środek kształtowania nastrojów. Tak jak na początku wspomniałem, skojarzenia mam jednoznaczne. Jeśli takie były intencje artysty, to opisywanym krążkiem udaje mu się uchwycić i dodatkowo wzbogacić świat wykreowany przez nieżyjącego już Franka Herberta.
    Na zakończenie mała dygresja. Film Dune okazał się finansową klapą. Jednak jako niecodzienne przedsięwzięcie artystyczne może zachwycić niejednego widza do dziś. Trzeba przyznać, że jest obrazem dla koneserów (a czyż muzyka KS taka nie jest?).

    El-Skwarka

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł