Napisz do nas
   


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

czwartek 19 października
poniedziałek 23 października

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2346 wydawnictw w ofercie
1739 dostępnych natychmiast
33070 próbek utworów
2084 recenzji płyt
21356 zrealizowanych zamówień
4304 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Marek Biliński

(9 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Marek Biliński | Life is Music

    Marek Biliński | Life is Music

    Life Is Music przypomina postać Marka Bilińskiego, artysty który ma swoje miejsce w historii rodzimej muzyki elektronicznej. Cały materiał został zarejestrowany 11 listopada 2015 roku w Filharmonii Szczecińskiej. Mamy materiał w wersji audio i DVD, do wyboru dźwięk oraz obraz i dźwięk. Biliński bynajmniej nie poszedł na łatwiznę i nie odgrzewał starych kotletów. Wraz z rozwojem technologii, zmieniało się i brzmienie. Life Is Music atakuje cybernetycznym chłodem, transową ekspresją oraz popową przebojowością. Sam Biliński ubrany w elegancki garnitur, który pasuje do wnętrza owej Filharmonii bynajmniej nie przypomina tu nawiedzonego szamana. Dziś to już starszy pan, który mimo wszystko potrafi nadal porwać takimi hitami jak Ucieczka z tropiku czy Dom w Dolinie Mgieł. To zarazem też jego "greatest hits" w wersji live. Słucha się wybornie.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD + 1DVD


    42,00 zł
  • Marek Biliński | Best of the Best

    Marek Biliński | Best of the Best

    Super cena
    Marek Biliński, klasyk muzyki elektronicznej w Polsce. Zaczynał już w latach '70 w formacji Heam, później był zasłużony Bank i bujna kariera w latach '80. To on przeszczepiał zachodnie wzorce, ale też nie wahał się wykorzystywać ludowych, rodzimych motywów. Elementy kujawiaka można znaleźć w utworze W Zaczarowanym Gaju. Powyższy zbiór to faktycznie prawdziwe "best of". Pierwsza edycja tej płyty ukazała się w 1998r, teraz Biliński wraca z odświeżonym brzmieniowo materiałem. Znalazły się tu te najważniejsze kompozycje z jego dorobku, mamy więc ambientalno-sekwencyjny Dom w Dolinie Mgieł, jak i transową Ucieczkę z Tropiku. Po latach te utwory nadal znakomicie brzmią, to one rozświetlały nieco ponurą, szarą rzeczywistość PRL-u lat '80. Biliński tym wydaniem mocno otwiera się na świat, album dostępny będzie na wszystkich najważniejszych portalach muzycznych na świecie. Jest też standardowa edycja na CD i ta najbardziej elektryzująca, na winylu. Świetny materiał, który wciąż broni się po latach.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    29,52 zł
  • Marek Biliński | Mały Książę

    Marek Biliński | Mały Książę

    Super cena

    Na albumie Mały Książę Marek Biliński wraca do tematu jaki podjął 25 lat temu. Jej zarys pojawił się bowiem jako ilustracja do telewizyjnego przedstawienia z tamtych czasów. Jednak błędem by było odgrzewanie brzmień z lat '80. Ponad 20 lat w muzyce elektronicznej to niemal wieczność. Biliński rozwinął wszystkie nagromadzone wówczas pomysły do formy pełnowymiarowego albumu i unowocześnił brzmienie. Charakterystyczny jest tu powracający co jakiś czas przewodni motyw, urzekający bajkową atmosferą. Poza tym ów album, mimo iż stonowany i bardziej melancholijny niż np. płyta Fire, brzmi też futurystycznie. Są i fragmenty eksperymentalne jak w kompozycji Mały Książę i bankier, jak i te kojarzące się z muzyką kosmiczną Mały Książę lądowanie. Ale Marek Biliński potrafi być też bardziej zadziorny, niemal transowy jak kompozycjach Rozmowa ze żmiją i Przysługa żmiji. Również Katastrofa ma ten hipnotyczny klimat. Ogółem Mały Książę brzmi nowocześnie i niebanalnie. Bilińskiemu udało się odświeżyć własny kanon, jak i pogodzić nowoczesną elektronikę z pomysłami sprzed lat. Bardzo udany album, być może większość odbiorców przestanie kojarzyć go tylko z niezapomnianą Ucieczką z tropiku, ale zwróci uwagę na inne płyty. Z pewnością warto.

    R. M.



    Po dynamicznej i progresywnej płycie Fire czas na refleksje. Płyta Mały Książę prowokuje do myślenia o tym co jest w życiu najważniejsze. Najważniejsza jest miłość, przyjaźń i dobro. Poszukujemy tego w świecie pełnym agresji, zła i ciągłej gonitwy za czymś…. Mały Książę nawiązuje do muzyki programowej na wzór poematu symfonicznego, formą najbardziej przypomina Obrazki z wystawy Modesta Musorgskiego. Muzyka została wykonana i nagrana na wysokiej klasy analogowych i cyfrowych instrumentach elektronicznych. Składa się z 14 części. Inspiracją do jej tworzenia była książka Antoine de Saint-Exupery Mały Książę oraz własne przeżycia, poszukiwania i refleksje kompozytora. Płyta powstawała w dwóch etapach. Jej realizacja zapoczątkowana została w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a ukończona w 2010 roku. W muzyce pojawiają się dwa tematy: Małego Księcia i Róży.
    Temat Mały Książę jest delikatnym subtelnym motywem przewodnim i przewija się przez cały czas trwania poematu, wyraża wrażliwego człowieka, poszukującego przyjaźni, miłości i dobra.
    Róża to symbol pięknej ale trudnej miłości. Temat Róży wyraża wokaliza na wzór chorału, natomiast kolce róży symbolizujące niepokój, lęk i porażki są zawarte w niespokojnej i dynamicznej linii basu. Na kanwie tych tematów pojawiają się różne zdarzenia, które przeżywał Mały Książę w swojej podróży. Między innymi pobrzmiewają echa katastrofy, pogorzeliska i ziemskiego zgiełku. Muzyka wyraża ideał miłości Małego Księcia i jej poszukiwanie. W pędzie życia które nam towarzyszy, czasem warto zatrzymać się i posłuchać całkiem innej muzyki, skłaniającej do skupienia i zadumy.

    press info

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,31 zł
  • Marek Biliński | Fire

    Marek Biliński | Fire

    Super cena

    Pierwsze trzy utwory Szalony koń (nadaje się na powerplay), Czad i Ostrze ognia to mocny dynamiczny rock elektroniczny, z pogranicza punku i progresywnego rocka - są powrotem Bilińskiego do korzeni jeszcze sprzed solowego Ogrodu Króla Świtu. Świetnie nadają się do głośnego słuchania podczas jazdy samochodem. Uwagę przykuwają gitarowe riffy i błyskotliwe solówki na Minimoogu Vayager i na VL1, oraz niesamowicie ukręcony głos Marka w Czadzie. Dramatyczny utwór Kwiaty krwi jest pełen pasji i głębi. Dzieli płytę na dwie części.
    Od Strumienia iskier wchodzimy w melodykę. Jeszcze w Wielkich łowach w środkowej części na chwilę pobrzmiewają progresywne zwroty, ale zmierzamy do lżejszego grania. Błyski kolorów I to romantyczny fortepian zawieszony w przestrzeni, może stać się hitem. Gdzie rodzą się gwiazdy to z kolei lekki, wirtuozowski utwór z szybką perkusją i finezyjnymi sekwencjami na Voyagerze i VL. Błyski kolorów II mieni się teraz innymi barwami, ponieważ Marek Biliński napisał do niego nowy temat na głos z chórem, przez co utwór zyskał nową aurę.

    z materiałów producenta

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,31 zł
  • Marek Biliński (Mabi) | Plays World Hits

    Marek Biliński (Mabi) | Plays World Hits

    Super cena
    Muzykę Marka Bilińskiego znam od dawna; do dziś - po części autentycznie nią zauroczony, po części z sentymentu - chętnie słucham jego płyt, dlatego z autentycznym zaciekawieniem sięgnąłem po album MaBi plays World Hits. Tytuł płyty, przy uwzględnieniu elpopowych predyspozycji autora, może nieco odstraszać, zdając się zapowiadać brzmieniowe mielizny i błahe eksplorowanie znanych, ogranych motywów. Cóż faktycznie otrzymuje słuchacz? Nie da się ukryć, że płyta jest "do przesady" melodyjna, harmoniczna i beztroska. Z drugiej strony nie da się ukryć, że Marek Biliński jest bardzo biegłym technicznie i nie pozbawionym umiejętności swobodnego, "rozswingowanego" improwizowania muzykiem, któremu na dodatek autentyczną radość sprawia bawienie się melodyjnymi tematami. Z jednej strony ortodoksyjni zwolennicy sekwencyjnych poematów będą mogli chcieć po włączeniu tej płyty natychmiast "uciec z Tropiku", ale z drugiej strony wątpię, żeby w ogóle chcieli sięgać po tę płytę, ponieważ wątpię, żeby nie wybrzydzali w przypadku twórczości Bilińskiego już dużo wcześniej, skoro obok ambientalno-sekwencyjnych pejzaży (w "wersji soft", naturalnie) zwykł on włączać do swojego repertuaru popowe, skoczne, nie pozbawione lekkiego humoru utwory. Z jednej strony można powiedzieć, że nagrywanie płyt z serii "...plays World Hits" może być motywowane wyłącznie chęcią zarobku i fatalnie świadczy o artyście, z drugiej zaś strony, jeśli ktoś Uczucia towarzyszące przesłuchiwaniu tego materiału są doprawdy ambiwalentne i to w komiczny sposób: kiedy ulegnie się pociągającej rytmice albo natrętnej melodyczności dowolnego motywu, od razu chce się przed sobą samym usprawiedliwiać, że słucha się tej płyty. Jeśli odpowiednio się na nią nastawić, wiele problemów powinno zniknąć: zamiast oczekiwać polskiej odpowiedzi na Klaus Schulze goes Classic trzeba nastawić się na miłą ścieżkę dźwiękową do gotowania. Słuchanie nie nastręcza odtąd problemów, rodzi się pytanie głębsze: czy to dobrze, kiedy dany artysta nagrywa płytę dobrą do gotowania? Oczywiście, że MaBi plays World Hits ma swój tandetny posmak, ale dziwnym sposobem są tu też elementy, za sprawą których spokojnie można chcieć dosłuchać tej płyty do końca. Jakie? O tym niechaj słuchacz przekona się już "na własne ryzyko". Uważam, nawiasem mówiąc, iż istotna jest szczerość twórcy, który swoje "poważne", zadumane elektroniczne impresje wydaje - przykładowo - pod tytułem Refleksje, a utworki brzmiące tak lekko i beztrosko jak te z niniejszego zestawu nazywa bezceremonialnie po imieniu, zamiast udawać, że robi natchnioną muzykę, którą następnie opublikuje pod wiele obiecującym tytułem – dajmy na to, "Paradoksalne spotkanie w matni superstrun". Celowo nie przyznaję określonej ilości punktów w żadnej skali, za to mogę powiedzieć, że nie takim znów beznadziejnym pomysłem jest zamieszczenie kilku utworów z zestawu po dwa razy: zamiast nudzić się przy instrumentalnej nowej wersji Ucieczki z Tropiku, proponuję sięgnąć po własny mały keyboard i zagrać sobie z płytą, a w razie braku instrumentu pośpiewać albo wybrać się w podróż dłońmi po powietrznej klawiaturze.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,31 zł
  • Marek Biliński | E=Mc2

    Marek Biliński | E=Mc2

    Super cena
    Pierwsza część płyty to krótkie utwory o konkretnie zarysowanych konturach i bardzo chwytliwych melodiach - słychać tu trochę momentami wpływ takich twórców jak

    Jean Michel Jarre

    ,

    Mark Shreeve

    ,

    Tangerine Dream

    pod koniec okresu nagrań dla wytwórni Virgin, ale

    Biliński

    niewątpliwie rozwinął już własny, niepowtarzalny styl przedstawiając miniatury oparte na charakterystycznych alternacjach akordów, z rozedrganymi, wysokimi tonami syntezatora wiodącego główną melodię, z interesująco zintensyfikowaną fakturą rytmiczną. Ornamenty dźwiękowe ożywiające ścieżkę perkusyjną szczególnie atrakcyjnie przedstawiają się w utworach Ucieczka z tropiku i Porachunki z bliźniakami - w tej drugiej kompozycji przykuwa uwagę świeży element, jakim jest wyłaniający się spod motorycznego rytmu scratching. W innym popularnym utworze z tego longplaya, Dom w Dolinie Mgieł, ucho cieszy migotliwe ostinato i wyjątkowo zwiewna aranżacja. Ostatni krótki utwór to Sen Mistrza Alberta - miniatura zbudowana z kilku skontrastowanych ze sobą tematów; podobnie jak we wcześniejszej kompozycji, Wśród kwiatów zapomnienia,

    Biliński

    zderza oniryczny plan leniwych obłoków dźwiękowych z pogodnym, ruchliwym, wyrazistym scherzem.
    Druga część płyty to rewelacyjne, długie utwory. Dziesięciominutowa impresja Po drugiej stronie świata wyłania się z introdukcji a la Oxygene, w której na tle zachmurzonego, mętnego, pieniącego, stojącego akordu tęskne, minorowe dźwięki poszukują się we mgle wybrzmiewając długim, stereofonicznie rozparcelowanym echem. Główny motyw to nostalgiczne arpeggio o barwie słonecznego, lecz jednocześnie mroźnego i odrętwiałego nieba - w tle pławią się najrozmaitsze szumy i poświsty, splatając się interesująco z opowieścią syntezatora snującą się na dalszym planie. Mniej więcej w połowie utworu na pierwszy plan wysuwa się improwizowana melodia prowadząca, wyginając się tęsknymi meandrami ku coraz bardziej interesującej konkluzji - w melodię budowaną na długo wybrzmiewających dźwiękach wkrada się coraz więcej ozdobników i główny temat przeradza się w finale utworu w elegancką fugę robiącą duże wrażenie. Utwór ma niesamowicie eteryczną atmosferę i nietrudno o niezwykłe wizualizacje - obrazy same wyłaniają się z kolejnych dźwięków, wznoszą się najpierw pionowo, a potem za sprawą niewytłumaczonego zjawiska turbulencji rozpływają się w najrozmaitszych, nieprzewidzianych kierunkach; słuchacz może więc w takt utworu zwiedzać rozmaite zakątki kosmosu, ale też zaglądać do powiększonej mikroskopowo kropli wody, przechadzać się po nieskończonych korytarzach wyludnionego instytutu immunologii albo podziwiać zamglone leśne polany spowite opalizującymi pajęczynami...
    Najważniejszy utwór to tytułowa suita, trwająca ponad 21 minut. Funkcję klamry pełnią tu maszynowo-mechaniczne odgłosy, odizolowane od muzyki, sugerujące być może swą mantrową, upartą konstrukcją, iż jednak, wbrew drugiej zasadzie termodynamiki, możliwe jest skonstruowanie perpetuum mobile… Pierwsza część suity brzmi bardzo natarczywie, dochodzi tu do kolizji agresywnie dysonansujących wątków, odkształcanych tonalnie, potęgowanych rozmaitymi efektami. Na tle hipnotycznego, mrocznego rytmu melodie zapuszczające się w durowe skale brzmią szyderczo i prowokująco, po chwili wszystko rozpuszcza się w zdeformowanej lawie, a kolejne wykwitające motywy nawiązują do zupełnie innych tonacji i skal… To dobra muzyczna ilustracja procesu rozszczepiania jąder atomowych...
    Druga część na tle nieustającego rytmu przechodzi płynnie w trzecią. Na przestrzeni tych epizodów pojawi się interesujące ostinato, na tle którego powoli wypłynie zaśnieżona, ponura melodia, mżąca sinym syntezatorowym światłem… W finałowej części główny wątek podejmą organy i trzeba przyznać, że ta alternacja melancholijnych akordów tak właśnie zaaranżowana, spleciona z tętniącym wciąż w tle upartym rytmem, robi naprawdę duże wrażenie… Harmoniczne dźwięki ustąpią jednak ostatecznie miejsca chaosowi, na pierwszym planie pojawiać się będzie coraz więcej zakłóceń i atonalnych brzmień, aż ucichnie rytm, sekwencer i wszystkie drobne, melodyjne motywy - pozostanie tylko nieustępliwy, mechaniczny warkot, który otworzył tę suitę...
    PS. Na analogowym wydaniu płyty zabrakło utworów Ucieczka z tropiku i Dom w Dolinie Mgieł. W wersji CD słuchacz może cieszyć się nie tylko tymi utworami, ale ponadto ich nagranymi w 1997 roku nowymi opracowaniami.

    Igor Wróblewski



    Sukces komercyjny albumu Ogród króla Świtu zaskoczył

    Bilińskiego

    i zmobilizował do intensywnej pracy. Niesiony falą inwencji począł pisać kolejne utwory. Manager artysty, Piotr Nagłowski wpadł na pomysł wydania singla, który miał być zapowiedzią drugiego longplaya. Znalazły się na nim dwa utwory: Ucieczka z tropiku i Dom w dolinie mgieł. Oba stały się wielkimi przebojami. W ówczesnych czasach miernikiem popularności była niezwykle opiniotwórcza Lista Przebojów programu III PR Marka Niedźwieckiego. W czasach stanu wojennego skupiała rzesze radiosłuchaczy przy odbiornikach. Do dzisiaj audycja otoczona jest kultem, niestety podszytym głównie nostalgią... Dom w dolinie mgieł pojawił się w 83 notowaniu (listopad 1983) i na 12 tygodni pobytu w TOP 40 doszedł do 20 pozycji co jak na utwór instrumentalny było znakomitym wynikiem. Jednak apogeum popularności, taką, że zaczęto go rozpoznawać na ulicy, zdobył

    Biliński

    dzięki teledyskowi Ucieczki z tropiku promowanemu w 1984 roku. Młodzi realizatorzy z Telewizji Szczecin (S. Falkiewicz, G. Lickiewicz i M. Oziewicz) zaproponowali

    Bilińskiemu

    nagranie nowoczesnego teledysku. W owych czasach królowały statyczne pokazy śpiewających grajków. W ciągu jednego dnia zdjęciowego nagrali z Bilińskim kilka scenek a następnie dołączyli do tego świetnie zsynchronizowane z muzyką sceny kraks samochodowych, eksplozji śmigłowców, wybuchów zaczerpnięte m.in. z Blues Brothers i filmów o Jamesie Bondzie, agencie 007. Dynamiczny teledysk opowiada historię mężczyzny (

    Biliński

    ) który za pomocą joysticka i klawiszy w tajemniczej maszynie powoduje te wszystkie kolizje by na końcu przewrotnie sam stać się ofiarą. Video zdobyło olbrzymią popularność stając się klipem roku 1984. Na Liście Przebojów "Trójki" utwór dociera w kwietniu 1984 do 11 pozycji. Te wydarzenia dały

    Bilińskiemu

    dodatkowe bodźce do szybszego zrealizowania kolejnej płyty. Artysta wyznaczył sobie jako cel nagranie muzyki ambitniejszej niż na poprzedniej płycie. Krążek nagrywany był już z nowym sekwencerem Roland CSQ600 oraz z perkusją Roland TR808 a partie basowe zrobiono na Rolandzie SH101. Stylistycznie wydana przez Polton płyta miała być ukłonem w stronę szkoły niemieckiej:

    Klausa Schulze

    i

    Tangerine Dream

    ( zwróćmy uwagę choćby na okładkę gdzie na eksponowanym miejscu pojawia się mandarynka). Płyta utwierdza popularność

    Bilińskiego

    . Był wtedy w plebiscytach na najpopularniejszego instrumentalistę przez pięć pod rząd kolejnych lat (1981-85) na pierwszym miejscu. W tym czasie zainteresowały się nim film i teatr. Romans z muzyką ilustracyjną rozpoczyna od dogrania muzyki do baletu zrealizowanego przez ośrodek warszawski TVP pt. Mały Książę i filmów Krewa oraz polsko czeskiej koprodukcji dla młodzieży List Gończy (1985). Przypisuje się mu też autorstwo muzyki do kultowego programu edukacyjnego Przybysze z Matplanety powstałego w 1984 a emitowanego w latach 1987-90 gdzie rolę Pi w grała Dagmara Bilińska. Jego muzykę adoptowano też do potrzeb programów popularnonaukowych Sonda i Spectrum do którego na czołówkę wykorzystano motyw z Po Drugiej Stronie Świata. Nadchodzi tymczasem rok 1986 i

    Biliński

    nagrywa płytę Wolne loty gdzie pojawia się technologia cyfrowa w postaci Yamahy DX7 z MIDI, Yamaha RX 11, z którego automatyczna perkusja zdominowała całe wydawnictwo, pogłos Yamaha REV-7, sekwencer wielośladowy Yamaha QX1. Dzięki nowemu instrumentarium zaczęła się łatwość tworzenia rytmów i pragnienie wykorzystania możliwości nowych urządzeń, które nadawały się do tworzenia muzyki bardziej popowej. Poszczególne utwory inspirowane były barwami DX7, który zafascynował go możliwościami kształtowania dźwięku. Płyta ta dość mocno różni się brzmieniowo od swych poprzedniczek. Wtedy też realizuje projekt muzyczny do najpopularniejszego filmu z jego dźwiękami czyli Przyjaciel Wesołego Diabła, w reżyserii Jerzego Łukaszewicza (1986), którego kontynuację Bliskie Spotkania z Wesołym Diabłem (1987), ilustruje już zagranicą. Wyjazd na rządowy kontrakt jako wykładowcy do Akademii Muzycznej w Kuwejcie spowodowany był kuszącą ofertą finansową.

    Biliński

    chciał się usamodzielnić, kupić nowe instrumenty, zebrać pieniądze na własną pracownię twórczą. Okres ten zapoczątkował dość długie milczenia artysty przerwane tylko składanką przebojów przewrotnie zatytułowaną Ucieczka do Tropiku (1987). W Kuwejcie pisze fantazję symfoniczną Twarze Pustyni gdzie starał się zawrzeć wszystko to, czego nauczył się w kręgu kultury arabskiej i które stały się później podwaliną pod Dziecko Słońca. Twarze Pustyni miały uświetnić obchody 30-lecia niepodległości Kuwejtu, lecz agresja Iraku uniemożliwiła realizację tego przedsięwzięcia. Dopiero po wojnie w Zatoce Perskiej Twarze Pustyni wraz z diaporamą artysty fotografika Jacka Woźniaka, reprezentowały Kuwejt na Światowej Wystawie EXPO'92 w Sewilli w Hiszpanii. Gdy Irak zaatakował Kuwejt

    Biliński

    z rodziną akurat byli na wakacjach w Polsce. W Kuwejcie został cały sprzęt, który udało się odzyskać dzięki pracownikom polskiej ambasady. Po tej wojnie powrócił do Kuwejtu gdzie zastał splądrowane mieszkanie, postanowił więc zabrać pamiątki i wracać do kraju tym bardziej, że w Polsce akurat nastąpiła zmiana ustroju. Niestety pierwsze hausty wolności przyniosły też bezprawie czyli piractwo, które okradało go z tantiem. Pierwszą firmą , która po powrocie zaczęła go legalnie wydawać, był prywatny Digiton a wkrótce pojawiły się też duże koncerny fonograficzne.

    Biliński

    powoli odzyskiwał należne mu miejsce. W 1990 roku przyobleka dźwiękami dokument "Z Filmoteki Polskiej" a rok później baśń Kondratiuka "Ene...due...like...fake" oraz umuzycznia słynny teleturniej "Koło Fortuny". Fanów oczekujących nowego materiału zaskakuje pod pseudonimem

    MaBi

    wydając składankę syntezatorowych coverów (1993). I wreszcie w 1994 roku wydaje nowy album Dziecko Słońca. Milczenie spowodowane było zarówno walką z piractwem jak i długim procesem odzyskania praw do wszystkich swoich płyt (zakończone w 1994), które od tej pory zaczął sam wydawać pod szyldem BiMa Biliński Production, w formie kompaktowych reedycji. Płytę Dziecko Słońca nagrał już przy użyciu komputera kupionego w Polsce, Macintosh'a Classic. Część jej realizował jeszcze w Kuwejcie na QX1, potem przetransponował to na komputer, a reszta płyty powstała już na Macintoshu. Wtedy też zaczął pracować na programie Digital Performer i od tego czasu jest to główny program, jakiego używa w studiu. Płyta owocuje tym, że w plebiscycie czytelników branżowego pisma "Muzyk"

    Biliński

    został uznany najlepszym kompozytorem i najlepszym wirtuozem syntezatorów roku. Dziecko Słońca usłyszała Ewa Wycichowska, szefowa Polskiego Teatru Tańca. Zainspirowana tą muzyką stworzyła spektakl baletowy pod tym samym tytułem, którego premiera odbyła się na scenie Teatru Wielkiego w Poznaniu pod koniec 1995.

    Biliński

    znowu jest na topie - nagrywa m.in. recital dla TVP 2 pt. "Muzyczne Opowiadania", tworzy muzykę dla Gali Wręczenia Nagród Polskiego Przemysłu Fonograficznego - "Fryderyk '96" i "Fryderyk '97" i wydaje swoje płyty na rynek amerykański poprzez "The Minden Pictures Collection", często gości w audycjach radiowych i telewizyjnych. Rok 1998 przynosi kolejną składankę Marek Biliński The Best of jak i wydawnictwo Refleksje I-IV. Płyta ta powstała na zamówienie. Na premierze baletu Dziecko Słońca pojawiła się Agnieszka Duczmal. Spodobała się jej ta muzyka i zamówiła u niego utwór na koncert z okazji 30-lecia swojej pracy artystycznej i jej poznańskiej Orkiestry Kameralnej AMADEUS. Premiera miała miejsce w Filharmonii Narodowej w Warszawie, a poszczególne części (Toscania, Loara, Bolero, Sevilla) noszą nazwy miejsc gdzie koncertowała orkiestra Agnieszki Duczmal. Refleksje to utwór akustyczny na orkiestrę kameralną z dużą baterią instrumentów perkusyjnych bez użycia instrumentów elektronicznych.

    Biliński

    ma też w swej karierze realizacje na potrzeby teatru : Romeo i Julia w Zamościu, Hamlet w Warszawie, Kreacja w Szczecinie ale szczególnie dumny jest z płockiego przedstawienia sztuki Brat Naszego Boga, Karola Wojtyły w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego gdzie muzykę napisał wspólnie ze znanym kompozytorem Wojciechem Trzcińskim. Od kilku lat pracuje nad najnowszym albumem. Mozolna praca powoduje że ma to być płyta mozaikowa gdyż przez ten okres różne style miały na niego wpływ. Niewykluczone, że wyjdzie też jej druga wersja zrealizowana przy udziale całego towarzyszącego

    Bilińskiemu

    podczas koncertów zespołu.

    Biliński

    twierdzi, ze nigdy nie zabiegał o możliwości koncertowania, obcy mu jest marketing po prostu korzystał z zaproszeń, które były do niego wystosowane. Rzeczywiście ma na swym koncie i bardzo kameralne i bardzo medialne przedstawienia. Początki to wielkie plenerowe koncerty w oprawie światła i laserów na Wałach Chrobrego z okazji 750 lecia Szczecina (1993) i na Wiankach pod Wawelem w Krakowie (1994), które oglądało łącznie blisko 50.000 widzów. Kolejne to Międzynarodowy Zjazd miłośników Garbusa w Dobrym Mieście (1995,1996) Euro - Eko Meeting w Złotowie, gdzie artysta wystąpił w międzynarodowym składzie na niezwykłym multimedialnym koncercie - Początek Światła, który został uznany za jedno z najciekawszych wydarzeń artystycznych roku i wyemitowany w TVP 1, Dni Przemyśla, Dni Rzeszowa, na sopockim Molo, na dziedzińcu Zamku Książat Pomorskich w Szczecinie, w Teatrze Stanisławowskim w Łazienkach (1996), Teatr Polski w Warszawie, czysto elektroniczny festiwal ZEF w Piszu (1997), Plac Zamkowy w Warszawie (1998), Lotnisko w Bemowie W.O.Ś.P. Jurka Owsiaka, 70 lecie PLL LOT, sopockie molo, Zlot Elektronicznych Fanatyków -Pisz (1999) koncert transmitowany na żywo w TVP 1 pt. Gniezno - 2000 - Dźwięk - Ogień - Światło – Kolor uświetniający odbywający się tam Zjazd Pięciu Prezydentów państw europejskich gdzie specjalnie na ten koncert sprowadzono największe bębny w Europie (2000), koncert z okazji Dni Michała w Żaganiu, zakończenie Światowych Igrzysk Polonijnych w Sopocie (2001) Dni Sosnowca (2002), w Gdańsku na Starym Mieście na wyspie Ołowianka przy brzegu Motławy koncert multimedialny Noc Świętojańska uświetniony przez tancerzy na łodziach, Koncert Pod Gwiazdami na Starym Mieście w Toruniu, dla telewizji HBO — AXN, ostatni ZEF , gdzie także prowadził warsztaty muzyczne (2003), Symfonia Trzebnicka na terenie Klasztoru Sióstr Boromeuszek w Trzebnicy, Dni Bogatyni, sopockie molo, Ricochet Gathering W Jeleniej Górze, warszawski klub Dekada (2004), pod Ratuszem w Bielsko Białej, klub Czaszkajara we Wrześni, uroczysty koncert pod patronatem Prezydenta m.st. Warszawy z okazji otwarcia wystawy "Warszawa Przyszłości" w centrum miasta na płycie głównej Pałacu Kultury i Nauki z wizualizacjami na ekranach ledowych, projekcjami laserowymi oraz pokazem sztucznych ogni, Dni instrumentów klawiszowych w Poznaniu (2005), klub Sothis w Radomiu i warszawskim klubie On-Off (2006). Jego koncerty zaskakują odchodzeniem od tradycyjnej elektroniki i prezentowaniem starych nagrań choćby w saksofonowych wersjach. Od dłuższego czasu Biliński występuje na stałe na koncertach z basistą Wojciechem Pilichowskim, gitarzystą Krzysztofem Misiakiem i perkusistą Tomaszem Łosowskim. Tu anegdota. Tomasz jest synem Sławomira Łosowskiego, syntezatorowego twórcy przebojów grupy Kombi. Po rozpadzie tej formacji zaległ w twórczy niebyt tworząc jedynie z synem płytę Nowe Narodziny (1994) mającą na celu promocję syna, utalentowanego bębniarza.

    Biliński

    po występie Tomasza na ZEF-ie zaczepił go wypytując o ojca. Porachunki z bliźniakami eksponuje automat perkusyjny sprzężony z dźwiękiem przypominającym rapowy scratching. Radosny, wesoły rytm wprowadza nas w żywe wibracje. Artysta wplata to rozliczne improwizacje stawiając jednak głównie na melodię i harmonię. Sen mistrza Alberta jest dość zaskakujący. Zwiewny, stonowany przypomina smutną przypowieść o samotności. Głównie słychać dźwięk przypominający dmuchanie we fletnie pana oraz kilka barw jak żywo przypominających

    Vangelisa

    . Ale pojawia się też promyk pogodności. Jakby dźwięk klawesynu nagle przyspiesza utwór nadając mu prawie groteskowej formy ale i właśnie owej radości. Pęd zostaje wytracony i znów pływamy w nostalgicznych nastrojach, które

    Biliński

    fenomenalnie potrafi budować. Po drugiej stronie światła.

    Biliński

    nie lubi stwierdzenia, że jest drugim Jarre’m z tym, że chodzi tu tak naprawdę o pewne zjawisko a nie muzykę czyli wydobycie podobnie jak to było u

    Jean Michela Jarre'a

    el-gatunku z getta ku masowemu odbiorcy. Z tym, że istnieje jeden utwór który brzmi jak żywo wzięty z sesji Oxygene. Właśnie ten. Te ślizgające się świergoty fotonów przemykających miedzy kanałami w kosmiczną przestrzeń, ten zapętlony podkład znakomicie imitują czasy świetności Francuza. Piękna solówka prowadząca niebanalną melodię przez większość kompozycji dopełnia całości. Tytułowy kawałek jest najbardziej artystowski w swym wyrazie. Pierwsza część ponad dwudziesto minutowej suity otwierają imitacje dźwięków rotora śmigłowca, zmian ciśnień w rurach, dziwnych kwaczących dźwięków by wpleść w końcu automat perkusyjny zespolony z improwizowaną solówką wskazującą na eksperymentalny charakter utworu.

    Biliński

    szaleje w zwariowanych kakafoniach po klawiaturze wystawiając nas na próbę wytrzymałości. Tworzy się coraz więcej dysonansu, struktury przyjmują nieokreślone kształty by w powodzi dźwięków wykrystalizować spokojniejszy trzon części drugiej, która rytmem przeradza się w marszową pieśń z ładną, subtelną barwą syntezatora na przedzie. Część trzecia wykorzystuje masywne, podniosłe brzmienie organ świetnie korelujące z drobnymi, cichymi wstawkami keyboardów. Dom w dolinie mgieł to klasyk polskiej el muzyki. Najczęściej coverowany utwór tego wykonawcy, gdzie w majestatyczny sposób zbudowano klimat tego evergreena. Ucieczka z tropiku zaś dzięki teledyskowi to najbardziej rozpoznawalny utwór

    Bilińskiego

    , wpadający w ucho i ciekawie zaaranżowany. Co tu dużo pisać. Klasyka, która się nie starzeje mimo upływu eonów lat w technice.

    Dariusz Długołęcki

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,31 zł
  • Marek Biliński | Wolne Loty

    Marek Biliński | Wolne Loty

    Super cena

    Podobnie jak poprzednie albumy, także i Wolne loty rozpoczynają się od dynamicznego utworu zbudowanego na wyrazistych riffach i chwytliwej melodii. Kosmiczne opowiadania mają dużo wspólnego z atmosferą Ucieczki z tropiku, ale cały utwór brzmi pełniej, głębiej, a zinstrumentowanie i ścieżka rytmiczna świadczą o dużej pasji, z jaką Biliński zrealizował ten utwór. Następna impresja, Gorące lato, istotnie splamiona jest odblaskami parnego, leniwego snu - bezkresne łąki pojawiają się za tęczowymi, rozedrganymi błonami, zmieniającymi swój wzór jak w ospałym kalejdoskopie. Melodia wydaje się prosta, ale - nie po raz pierwszy w twórczości Bilińskiego - o obrazowym, sugestywnym charakterze całości decyduje udana, przemyślana aranżacja. Jednym z najlepszych utworów jest impresja Bulwary nad Rzeką Wspomnień: tu interesująco współbrzmią chłodne, minorowe ostinato oraz uatrakcyjniona jazzującymi zwrotami i "podciągnięciami" melodia główna. W pewnym momencie na scenie pozostaje tylko samotny syntezator, rozpoczynający swoją nostalgiczną opowieść. Dźwięki odbijają się w zwierciadle nurtu Rzeki Wspomnień, topią się i wypływają na powierzchnię, nanizują na siebie przygnębione wodorosty, roztrącają mokre kamienie na dnie… popis syntezatorowy milknie w niskim, ponurym rejestrze, a wtedy powraca ostinato, wkrótce zaś potem ze zdwojoną energią narasta rytm i syntezatorowe solo, próbujące zagłuszyć rwący, perkusyjny prąd rzeki...
    Utwór Caliope for ever może stanowić zaproszenie na dalszy ciąg wycieczki zapoczątkowanej w kompozycji Gorące lato - lato jednak już zwiędło, słuchacz stąpa w takt muzyki po oszronionej, oblodzonej pustyni, na której od czasu do czasu pojawią się tylko przydymione, szklane rzeźby przedstawiające urwany śpiew ptaków, zastygłą tęsknotę kobiety w powłóczystej sukni, przebrzmiałą pieśń przytłumionych strun... Tytułowy utwór (na płycie analogowej i kasecie noszący tylko tytuł Stare, dobre czasy na wydaniu CD potraktowany jako podtytuł) to zapowiada radykalną zmianę nastroju. Zabawną ciekawostkę stanowi fakt, iż wejście perkusji bardzo silnie kojarzy się z brzmieniem perkusyjnego wstępu piosenki Sussudio Phila Collinsa. Cały utwór jest radosny, pełen werwy, a Biliński sam jeden odgrywa role kilku współimprowizujących muzyków, wygrywając kolejne wariacje pogodnego tematu na syntezatorach imitujących brzmienie najrozmaitszych, zmieniających się instrumentów.
    W impresji Gwiezdne oranżerie słychać wyraźnie wpływ Jean Michela Jarre'a i jego propozycji wypełniających album Zoolook - Biliński bawi się tutaj i eksperymentuje z przetworzonym brzmieniem ludzkiego głosu, na którym "zagrana" jest cała kompozycja. Niepokojące, dziwaczne dźwięki bulgoczące i szumiące w tle przyoblekają utwór aurą niesamowitości surrealistycznego snu, a pojawiające się w tle akcenty basowego syntezatora brzmią równie atrakcyjnie jak w jarre'owskich utworach Zoolook lub Ethnicolor.
    Następnym utworem jest Szukając cienia - podstawą kompozycji jest klarowna, bardzo chwytliwa melodia, wiedziona przez kolejne alternacje instrumentacyjne na tle wpadającej w ucho kombinacji akordów. Brzmienia rozsypują się raptownie w samotne wyznanie syntezatora - to podobny zabieg jak w utworze Bulwary nad Rzeką Wspomnień, podobnie udany i intrygujący. Brzmienie syntezatora ulega przesterowaniu, rozmyciu, demonicznym deformacjom; melodia wpada w coraz większy wir, pociągając za sobą huczące echo wejść perkusji - aż ze zderzenia tych samotnych planów wyłoni się znów powracający temat całej kompozycji. To także jeden z najgenialniejszych fragmentów tej płyty.
    Utwór Super 515 utrzymany jest w podobnym nastroju jak Wolne loty - ton całości nadaje zdecydowana ścieżka perkusyjna, staccatowa kombinacja akordów brzmi radośnie, zagrana energicznie główna melodia jest w szampańskim humorze. Środkowy fragment utworu, w którym różne brzmienia i efekty dźwiękowe zabawnie "potykają się" o siebie, skojarzyć się może przez moment z atmosferą pierwszej części suity Calypso J. M. Jarre'a - w tym przypadku Biliński wyprzedził francuskiego kompozytora i muzyka, skoro płyta Waiting For Cousteau młodsza jest o cztery lata.
    Płytę zamyka spokojna, wiosennie zaaranżowana miniatura Błogosław rojne miasta. Tło kojarzy się z kręgami rozchodzącymi się pomału na powierzchni powleczonego rzęsą stawu; w staw wpadają drobne kamyki, wybrzmiewając pogodnymi głosami prowadzącymi melodię. Po raz drugi na tej płycie budulcem brzmienia melodii jest obrobiony elektronicznie ludzki głos. Warto zauważyć, iż utwór ma polifoniczną konstrukcję - pod głosem głównego tematu melodycznego ukryta jest melodia z kompozycji Wolne loty - stare, dobre czasy. Ilustracją do tego utworu może być skalisty pejzaż rodem z pogodniejszego pasażu filmu Koyaanisqatsi, może być to też scenka z odrealnionego, śniącego się przez zielonkawy filtr parku - niekoniecznie Parku Południowego we Wrocławiu, z którym utwór ten od pierwszego przesłuchania płyty nie może przestać mi się kojarzyć.
    PS. Obecność na płycie utworu Super 515 ucieszy tych fanów Marka Bilińskiego, którzy znali tylko kasetową / winylową wersję longplaya, pozbawioną tej kompozycji.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,31 zł
  • Marek Biliński | Dziecko Słońca

    Marek Biliński | Dziecko Słońca

    Super cena

    Tytułowa kompozycja otwiera album akordami istotnie pełnymi słońca. Na pogodnym tle Biliński rozwija główną melodię, konstruowaną jeszcze w bardzo typowy dla siebie sposób, łącząc kolejne sekwencje wątku melodycznego krótkimi improwizowanymi pasażami. Utwór podlega progresji, po czym muzyka rozkwita ze zdwojoną energią, czemu sprzyjają długo wybrzmiewające brzmienia perkusji odzywające się w tle. Jest to jedna z charakterystycznych dla autora miniatur - gdzieś w tle snuje się duch Jean-Michela Jarre'a, tym razem jednak tego Jarre'a, który na albumie En attendant Cousteau przedstawił pogodną, mieniącą się słonecznymi barwami (zwłaszcza w pierwszej części) suitę Calypso...
    Kolejne utwory stanowią spore zaskoczenie. Twarze pustyni to chyba najwspanialsza kompozycja, jaką Biliński zaproponował, a przy tym najmniej dla niego typowa. Z szumu wichru wyłaniają się stojące, napięte, dysonansujące akordy, po czym wszystko cichnie i gdzieś z oddali wiatr przywiewa eteryczne, orientalnie brzmiące dźwięki, powoli formujące się w drobne motywy. Kiedy pojawia się specyficzny, oparty na czterotonowym interwale, intrygujący basowy akompaniament, słuchacz nie ma wątpliwości - to odpowiedź Bilińskiego na ravelowskie Bolero. Główna, arabizująca melodia podlega rozmaitym przekształceniom, zmieniają się barwy instrumentów, w tle pojawiają się zagadkowe głosy instrumentów perkusyjnych... w końcu brzmienie wzbierze na mocy i masywności, schromatyzowany temat zabrzmi w pełny sposób - koda tej części kompozycji wywoła z pewnością miłe dreszcze u słuchacza. Trzecia część utworu bazuje na zamyślonych, świszczących na wietrze akordach, przez których szczeliny prześlizgują się opalizujące, improwizowane brzmienia fortepianu.
    Oaza znów brzmi nieco orientalnie, ale tu skojarzenia z muzyką Wschodu rozpływają się właściwie po wybrzmieniu pierwszych dwóch akordów, charakterystycznie połączonych, mogących skojarzyć się z jakimś pasażem z symfonii Koscaka Yamady - od razu potem rodzą się natomiast asocjacje z pejzażami malowanymi przez Vangelisa (zwłaszcza na płycie 1492 - Conquest of Paradise), za sprawą elektronicznych chórów prowadzących unisono z głównymi akordami. Utwór jest niezwykle malowniczy i przestrzenny przez zwiewność melodii, lekkość aranżacji i intrygujące tło oparte na rozmaitych dźwiękach natury. Być może to ilustracja podróży przez pustynię, zwieńczonej wypatrzeniem tytułowej oazy, może to świt w jakimś niezwykłym, zapomnianym przez świat wąwozie, przez który słuchacz przemieszcza się jak po omacku prowadzony tylko szmerem odległego strumyka, może to impresja odmalowująca przed słuchaczem pełne skrzypów i paproci lasy ery mezozoicznej?...
    Kolejne dwa utwory zbudowane są na bardzo chwytliwych tematach, ornamentowanych przez Bilińskiego z barokową wyobraźnią. Motyw Księżycowej róży jest bardzo prosty od strony kompozycyjnej, natomiast niebywale magnetyczny i fascynujący ze względu na umiejętne stopniowanie napięcia i ciągłe zmiany aranżacyjne. W Zaćmieniu pojawia się z kolei romantyczna fortepianowa partia, w której pobrzmiewają echa muzyki Chopina - temat ten przechodzi w plan dźwiękowy w stylu ethno, po czym następuje powrót melancholijnego tematu głównego.
    Ostatni utwór, Początek światła, jest chyba najpogodniejszym ale za to też najbłahszym fragmentem albumu. W porównaniu z pozostałymi utworami jest to już raczej pop niż zamyślona, impresjonistyczna elektronika - ale przecież nie spisuje to stwierdzenie finałowego utworu na straty. Podobnie jak inne kompozycje, bardzo wyważona jest tu aranżacja, a interesującym wzbogaceniem głównej melodii są ciekawie brzmiące sample.
    Marek Biliński daje się zainspirować innym kompozytorom, zarówno klasycznym jak współczesnym, ale swoje ulubione elementy ich muzyki umiejętnie przefiltrowuje przez własną wrażliwość, nie będąc na pewno w żadnym stopniu kompilatorem cudzych pomysłów. Kto wie, czy Dziecko słońca nie jest najlepszym albumem Bilińskiego - jest to w każdym razie jego najbardziej urozmaicony aranżacyjnie i tematycznie album, a utwory trwają tu zachęcająco długo...

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,31 zł
  • Marek Biliński | Ogród Króla Świtu

    Marek Biliński | Ogród Króla Świtu

    Super cena
    Wpływ francuskiego kompozytora i syntezatorzysty jest dość wyraźny, ale

    Markowi Bilińskiemu

    daleko do bycia kompilatorem cudzych pomysłów. Polski artysta już na debiutanckiej płycie odciska na swoich utworach wyraźne piętno i prowadzi słuchacza wątkami melodycznymi i aranżacyjnymi w swe ulubione rejony, które będzie wnikliwie penetrował na dwóch kolejnych płytach.
    Przede wszystkim, płyta brzmi bardzo profesjonalnie - wyważone aranżacje i kunszt

    Bilińskiego

    jako instrumentalisty plus znakomita produkcja decydują o atrakcyjności tego longplaya. Brzmienie może przywołać na myśl album

    Jürgena Pluty

    Blanche - zarówno z powodu produkcji, jak i specyfiki aranżacji (rozmazane, impresjonistyczne tła w połączeniu z bardzo wyrazistym, klarownym, niebywale bliskim uchu słuchacza brzmieniem głównych linii melodycznych). W Ogrodzie Króla Świtu feerycznie zmieniają się światła, cienie i pory roku. W promieniach letniego słońca za sprawą naciskania kolejnych klawiszy syntezatorów wykwitają barwiste plamy orchidei i migoczące fontanny - introdukcja albumu oparta jest na chwytliwym, bardzo pogodnym motywie, zbudowanym na interesujących alternacjach tonalnych. Wraz z początkiem kompozycji Wśród kwiatów zapomnienia nadciągają chmury, niebo staje się zimne, a rośliny okazują się kamiennymi, porowatymi rzeźbami o błotnistym nalocie... Dopiero w finałowej części utworu, gdy z głośników wykluwa się śpiew elektronicznych ptaków i optymistyczny, durowy wątek melodyczny, w Ogrodzie zaczyna się wiosna...
    Bardzo przebojowo brzmią cztery kolejne utwory - każdy z nich zbudowany jest na bardzo atrakcyjnej melodii, natychmiast wpadającej w ucho; każdy z utworów ma też inne walory, każące słuchaczowi po zakończeniu płyty wysłuchać jej od początku… W Błękitnych nimfach znakomicie brzmi tło basowego syntezatora, stanowiące podkład do jednej z najciekawszych tu syntezatorowych solówek

    Bilińskiego

    , nasyconych elementami tonicznymi jazzowej improwizacji - interesująco wypada też zakończenie utworu, nabierające rozmachu i barw. Śpiew rajskich ptaków frapuje zniekształconymi odgłosami przejeżdżającego pociągu służącymi jako tło. Fontanna radości okazuje się fontanną energii nie mniejszej niż Chants Magnetiques II

    Jean-Michela Jarre'a

    - napięcie rośnie w części finałowej, gdy wyrazisty temat "refrenu" rozpływa się w brawurową improwizację pełną lśniących kaskad dźwięków. Wreszcie, Taniec w zaczarowanym gaju pełen jest uroku przez melodyczne nawiązania do włoskiej i hiszpańskiej muzyki renesansowej... Najlepszym (obok Wśród kwiatów zapomnienia) utworem jest jednak tytułowa kompozycja, wieńcząca album. Zaczarowany świat odmalowany przez

    Bilińskiego

    podziwiamy tu w trzech odsłonach: największe wrażenie robi pierwsza, w której na tle szumów i poświstów wylewa się ciągnącymi się dźwiękami przeszywający motyw główny; gdy wiatr wzbiera na sile i przetacza się przejmującą falą, motyw ten przeniesiony zostaje automatycznie w wyższy rejestr i wybrzmiewa trochę melancholijną, trochę niepokojącą akordową ścianą odległych tonów. W części drugiej wicher przywiewa eteryczną, rozchwianą melodię oscylującą między systemem dur i moll, zwracającą uwagę chromatycznymi pasażami. W części trzeciej pogoda w Ogrodzie Króla Świtu staje się znów taka jak wtedy, gdy z pierwszymi dźwiękami Ogrodu w przestworzach słuchacz rozpoczynał swą przygodę z tą płytą - instrumenty brzmią coraz dobitniej, pojawiają się dodatkowe ozdobniki, a melodia płynie przed siebie coraz pogodniej...

    Igor Wróblewski



    Marek Biliński

    (ur. 1953 w Szczecinie) to najbardziej znany polski multiinstrumentalista i muzyk związany z el-sceną. Chęć do muzykowania zaszczepiono mu w domu rodzinnym gdzie ojciec grywał na pianinie a ciotka dawała lekcje gry na fortepianie. Po lekcjach w domu rodzinnym przyszedł czas na podstawówkę muzyczną w klasie skrzypiec.

    Biliński

    wolał fortepian ale na tyle dobrze na nim zagrał podczas egzaminu wstępnego, że jako dziecko uzdolnione skierowano go do trudniejszych skrzypiec. Jednak nie tracił kontaktu z fortepianem gdyż był to dodatkowy, obowiązkowy instrument. Ojciec zachęcał go także do poznawania innych instrumentów. Dzięki temu poznał grę na klarnecie i perkusji, co w przyszłości bardzo mi się przydało wraz z wiedzą z zakresu instrumentacji i kompozycji. Po jakimś czasie sięgnął po kontrabas uznając go za wyróżniający się w sekcji smyczkowej. W Liceum Muzycznym zainteresował się rockiem i zacząłem grywać w zespołach na perkusji, gitarze basowej i na fortepianie. Po maturze dostał się na kontrabas do Akademii Muzycznej w Poznaniu, której jest absolwentem.

    Bilińskiego

    droga do muzyki el była dość ciekawa. Słuchając dużo muzyki pod koniec liceum dotarł do

    George'a Gershwina

    , który zafascynował go połączeniem klasyki z muzyką rozrywkową i jazzem. Od początku głównym torem zainteresowań była dla niego klasyczna muzyka instrumentalna z pod znaku

    Mozarta

    czy

    Beethovena

    . Przełomem były transkrypcje Pictures At An Exhibition

    Modesta Musorgskiego

    w wykonaniu

    Isao Tomity

    , który te utwory zinterpretował na syntezatorach

    Roberta Mooga

    . Płytę tę

    Biliński

    kupił za granicą w studenckich czasach, w 1975 roku, kiedy jeździł po świecie z zespołem pieśni i tańca "Cepelia". Muzyka symfoniczna grana na dziwnych instrumentach, zelektryzowała go. Zapragnął uprawiać muzykę w podobny sposób. Po wysłuchaniu tej płyty gdzie wszystkie partie na syntezatorach były grane solo

    Biliński

    pomyślał, że przecież nic prostszego jak samemu wszystko nagrać jak to zrobił

    Isao Tomita

    i podświadomie dążył, do tego aby taki projekt zrealizować ale droga była dosyć długa bo kilkuletnia. Wówczas poznał też muzykę grającego na minimoogu

    Czesława Niemena

    , którego

    Biliński

    wysłuchał podczas koncertu w poznańskim klubie NURT. Sięgnął również po dokonania

    Józefa Skrzeka

    i jego

    SBB

    , wtedy w Polsce największej gwiazdy rocka progresywnego. Będąc w Belgii kupił swój pierwszy instrument elektroniczny – Davolisint, w typie Minimooga. Można było na nim piszczeć, zgrzytać, ćwierkać wytwarzać potężne basy. Jako syntezator monofoniczny przystosowany był tylko do grania partii solowych albo basowych. Ponieważ

    Biliński

    był basistą wiedział co się robi na basie, zapragnął więc wykorzystać możliwości drzemiące w instrumencie. W tym celu założył razem z basistą zespołu

    Stress

    ,

    Henrykiem Tomczakiem

    , zespół

    HEAM

    (nazwa od imion członków tego kwartetu). Postanowiliśmy grać tak jak

    Skrzek

    i

    SBB

    . W klubie NURT wieczory poświęcali na próby, jednocześnie studiując stacjonarnie. W październiku 1975 roku wystąpili na Wielkopolskich Rytmach Młodych w Jarocinie zdobywając tam szereg nagród. Jedną z nich były nagrania radiowe, które odbyły się w studiu Giełda w Poznaniu. Wtedy to zafascynowało go studio, magnetofony, możliwość nagrania kilku wersji i montażu fragmentów wykonań, to jak można manipulować dźwiękiem. Pełnią szczęścia był występ z idolami czyli

    SBB

    jako support w warszawskiej Sali Kongresowej.

    Skrzek

    ,

    SBB

    ,

    The Mahavishnu Orchestra

    ,

    Jimi Hendrix

    to pierwsze wzorce dla innych kapel w których

    Biliński

    także grywał. Były to sekstet

    Arbitek Elegantiarum

    debiutujący na Pierwszym Ogólnopolskim Przeglądzie Młodej Generacji i trio

    Krater

    gdzie

    Biliński

    grał na instrumentach klawiszowych. Podczas pobytu w 1977 roku w USA z zespołem pieśni i tańca "Cepelia" za wszystkie pieniądze jakie miał przy sobie kupił za zawrotną dla przeciętnego Polaka sumę 700 dolarów w komisie muzycznym wymarzonego Minimooga...
    Największym sukcesem

    HEAM

    był wyjazd do Związku Radzieckiego i dwumiesięczne tournee po Rosji z

    Haliną Frąckowiak

    (napisał dla niej dwie pierwsze w swoim życiu piosenki, potem zdarzyło się to jeszcze dla

    Banku

    i

    Turbo

    ). Zaaranżowali jej utwory tak, żeby pasowały do ich muzyki i co kilka piosenek

    Haliny Frąckowiak

    grali na koncertach własny kawałek instrumentalny. Trasa była olbrzymim sukcesem, traktowano ich jak gwiazdy, każdy koncert kończył się bisami. Gdy wrócili do Polski, gdzie znowu byli jednym z wielu zespołów nie potrafiąc tego zaakceptować rozpadli się. Wtedy zaczął się najbardziej znany sprzed działalności solowej epizod czyli granie na klawiszach z zespołem rockowym

    Bank

    założonym w 1980 roku w podwrocławskiej Środzie Śląskiej przez muzyków z różnych formacji rockowych Wrocławia, Warszawy i Poznania. Po dwóch tygodniach prób została zrealizowana pierwsza sesja nagraniowa w Polskim Radiu Wrocław. Pierwszym sukcesem zespołu było uplasowanie się na trzecim miejscu z nagraniem Lustrzany świat na ósmym ogólnopolskim konkursie Polskiego Radia na piosenkę dla młodzieży. Po podpisaniu umowy ze Szczecińską Agencją Artystyczną, zespół rozpoczął koncerty na terenie całej Polski, zdobywając sobie sympatie fanów rocka. Udział w dużych imprezach: "Rock Session", "Rockorama" czy "Dyskoteka Gigant" w katowickim Spodku zawiodły

    Bank

    do Opola, gdzie w 1981r. zaprezentował się na koncercie "Rock Opole". Wkrótce potem

    Bank

    odbył pod skrzydłami Pagartu ogólnopolską trasę koncertową, który zaowocował nagraniem w październiku 1981 roku dla Polskich Nagrań płyty długogrającej Jestem panem świata. Płyta wydana została w rekordowym jak na polskie warunki nakładzie 960 tys. egzemplarzy. W tym samym czasie ukazały się dwa bestsellerowe single. Zespół będący formacją typowo koncertową rzadko prezentowany na radiowej antenie w tamtych latach grał bardzo dużo zapełniając amfiteatry i duże sale koncertowe oraz parokrotnie brał udział w trasach koncertowych do Czechosłowacji i NRD. Grali rockowe piosenki, ballady, ale i ostrego ambitnego rocka. Po trzech latach

    Biliński

    stwierdził, że nic więcej już nie da się zrobić w sensie artystycznym, że dalsza działalność będzie powielaniem tego, co się już dokonali. Nagrany w 1982 roku kolejny album Ciągle ktoś mówi coś w Szczecińskim Studio Polskiego Radia był ostatnim z jego udziałem. W czasie trasy koncertowej pod koniec roku 1981 nastąpiło pewne, dziś już historyczne wydarzenie, które jak się okazuje ma wpływ na polską el muzykę, albowiem stymulowało

    Bilińskiego

    do zrealizowania marzenia o solowym nagraniu.12 grudnia 1981

    Bank

    grał koncert w Warszawie.

    Biliński

    chory na grypę zaraz po koncercie wrócił do hotelu aby odpocząć. 13 grudnia rano obudził go manager

    Banku

    , Henryk Frąckowiak, żeby zakomunikować, że to koniec trasy, jest stan wojenny, nie ma koncertów, muszą się rozjechać.

    Biliński

    został więc bez pracy, w domu sam na sam ze swoimi instrumentami. Czas pierwszych miesięcy stanu wojennego poświęcił na nagranie demo płyty Ogród Króla Świtu, wówczas jeszcze pod tytułem Muzyka na Syntezatory. Dysponując magnetofonem szpulowym ZK 140 i amerykańskim, ośmiokanałowym mikserem Acoustic, który wykorzystywał wcześniej na scenie do grania koncertów, musiał się nieźle nakombinować przy zgrywaniu, przegrywaniu, żeby nagrać kilka ścieżek, z których powstał zrąb płyty Ogród Króla Świtu. Henryk Frąckowiak pomógł mu wejść i nagrać tę płytę w studiu radiowym w Szczecinie, wówczas jednym z nowocześniejszych w Polsce. Każdą partię trzeba było pamiętać i nagrać od początku do końca na taśmę. Nie było wtedy żadnych sekwencerów, żadnych taktomierzy, trzeba było każdorazowo grać na pełnych obrotach . Trzeba też było ustawić barwę każdej kolejnej, dogrywanej partii. Nie było presetów w syntezatorach,

    Biliński

    za to miał specjalne plansze z ustawieniem gałek, dzięki którym mógł "zapamiętywać" poszczególne brzmienia. Całość nagrano na Polymoogu, Micromoogu i Minimoogu (

    Biliński

    jest wiernym użytkownikiem instrumentów

    Roberta Mooga

    , jego postać uznaje za Stradivariusa XX wieku) i tylko partie chóralne wykonano na vokoderze Sennheiser, który szczęśliwie był w wyposażeniu studia. W utworze Błękitne Nimfy wykorzystano też automatyczną perkusję Korg Rhythm 55. Płyta była najpierw w postaci taśmy, którą

    Biliński

    zawiózł do

    Jerzego Kordowicza

    , do programu III PR.

    Kordowicz

    zaprezentował tę muzykę w Trójce i okazało się, że nagrania cieszą się wielkim powodzeniem.

    Kordowicz

    wpadł na pomysł aby zaprezentować utwory

    Marka Bilińskiego

    jako "anonimowego kompozytora" i ogłosił zgaduj-zgadulę, kto grał. W następnym programie okazało się, że większość typowała

    Jean Michela Jarre'a

    , mniejsza część

    Tangerine Dream

    . Wielkie było zdziwienie, kiedy okazało się, że to nikomu nie znany rodak,

    Marek Biliński

    . Po prezentacji tych utworów, sam Marek wpadł do audycji

    Kordowicza

    i przyznał, że nie ma koncepcji na nazwy, w związku z tym rozpisano ogólnopolski konkurs na tytuły. Zainteresowanie było ogromne a

    Billiński

    wybrał rzeczywiście te tytuły, które mu się najbardziej spodobały. Utwory usłyszeli inni redaktorzy "Trójki" i podchwycili to. Nie było wtedy żadnych limitów, każdy brał co tylko mu się podobało. A ta muzyka spodobała się słuchaczom bardzo. Miernikiem popularności muzyki w tamtych czasach była Lista Przebojów III PR Marka Niedźwieckiego, która wtedy była niesamowicie opiniotwórczym Topem.

    Biliński

    zagościł na niej w listopadzie 1982 utworem Fontanna Radości który doszedł aż do 13 pozycji. Na tej fali została wydana płyta w firmie Wifon. Sprzedaż albumu rozpoczęła się w sklepie Helikon na Starym Mieście w Warszawie.

    Biliński

    szedł do tego sklepu i zobaczył na ulicy tłum ludzi, więc pomyślał, że rzucili do sprzedaży papier toaletowy w znajdującej się nieopodal drogerii. Okazało się, że ci wszyscy ludzie stali w kolejce po jego płytę. Jego kariera solowa zaczynała się więc bardzo obiecująco. Album Ogród Króla Świtu okazał się bestsellerem stając się bez problemu "Złotą Płytą" (w tamtych czasach były inne limity sprzedaży czyli przynajmniej 100.000 egz.). Ta muzyka jakby trafiła w swój czas stając się ikoną lat osiemdziesiątych w polskiej muzyce. Nieustające świdrowanie dźwiękami przypominającymi silniki samolotowe ucina się gwałtownie i przechodzimy dania głównego czyli melodii. Równe, harmoniczne struktury, mile dla ucha zaaranżowane pozwalają nacieszyć się inwencja twórczą

    Bilińskiego

    ciekawie otwierającego cały album, mocno przy końcu eksponującym jarrowskie ozdobniki. Wolne, prawie patetyczne wprowadzenie do utworu drugiego przypomina to co tworzy

    Vangelis

    lecz niespodziewane wyciszenie i pojedyncze barwy syntezatora wprowadzają nas w świat czysto autorskiej kreacji czyli kolejnej świetnej melodii. Wolta ku transkrypcji tematu z

    Beethovena

    pozostająca w klimacie całości to wyraźny ukłon w stronę - raz muzyki klasycznej, którą

    Biliński

    otaczał szczególną estymą , dwa

    Tomity

    , którego cenił za przeróbki muzyki klasycznej na syntezatory. Całość jest wyraźnie poprowadzona w konwencji twórczej tego Japończyka choćby przez zestawy charakterystycznych sampli. Błękitne nimfy ciekawe wprowadzenie otoczone zestawem ozdób jak żywo przypominających wtręty zaczerpnięte z

    Tangerine Dream

    z żywym energetyzującym refrenem z silniejszą dawką dźwięku z kolejną ciekawą solówką na moogu pod koniec melodii. Króciuteńki ale bardzo treściwy w formie i wyrazie Śpiew rajskich ptaków. Pędzący pociąg i odgłos kołatania szyn wprowadza nas w minimalistyczny w formie piękny obrazek stworzony z miłych dla ucha dźwięków. Fontanna radości to przebój gdzie organowe, mocne wejście wprowadza w fenomenalny, pełen energii hit, przy którym trudno usiedzieć by nie "potupać" nóżką w jego rytm. Majestatyczny Taniec w zaczarowanym gaju z ekspozycją basowych dźwięków tworzy kontrast dla poprzedniej kompozycji. Król Świtu to rasowa, subtelna suita elektroniczna w starym dobrym stylu z czasów złotej ery el-muzyki lat 70-tych. Moogi mają te niesamowite barwy, które świetnie wpasowują się w konwencję tej muzyki. Piękne zwieńczenie całości. Trudno tę płytę mi opisywać jak zwykle to czynię zagłębiając się w szczegóły - jest po prostu znakomita.

    Biliński

    stworzył arcydzieło nastroju i kwintesencję tego co najlepsze w el. Płytę traktować należy jako wzorzec z Sevres jak powinna brzmieć doskonała płyta studyjna tego gatunku. Ubogie, archaiczne instrumentarium, brak nowoczesnych środków wyrazu to dowód na to, że nie technika a pomysł tworzą dzieła. Jazda obowiązkowa dla wszystkich fanów el.

    Dariusz Długołęcki

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,31 zł