Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Strefa niskich cen

(206 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Marek Biliński | E=Mc2

    Marek Biliński | E=Mc2

    Super cena
    Pierwsza część płyty to krótkie utwory o konkretnie zarysowanych konturach i bardzo chwytliwych melodiach - słychać tu trochę momentami wpływ takich twórców jak

    Jean Michel Jarre

    ,

    Mark Shreeve

    ,

    Tangerine Dream

    pod koniec okresu nagrań dla wytwórni Virgin, ale

    Biliński

    niewątpliwie rozwinął już własny, niepowtarzalny styl przedstawiając miniatury oparte na charakterystycznych alternacjach akordów, z rozedrganymi, wysokimi tonami syntezatora wiodącego główną melodię, z interesująco zintensyfikowaną fakturą rytmiczną. Ornamenty dźwiękowe ożywiające ścieżkę perkusyjną szczególnie atrakcyjnie przedstawiają się w utworach Ucieczka z tropiku i Porachunki z bliźniakami - w tej drugiej kompozycji przykuwa uwagę świeży element, jakim jest wyłaniający się spod motorycznego rytmu scratching. W innym popularnym utworze z tego longplaya, Dom w Dolinie Mgieł, ucho cieszy migotliwe ostinato i wyjątkowo zwiewna aranżacja. Ostatni krótki utwór to Sen Mistrza Alberta - miniatura zbudowana z kilku skontrastowanych ze sobą tematów; podobnie jak we wcześniejszej kompozycji, Wśród kwiatów zapomnienia,

    Biliński

    zderza oniryczny plan leniwych obłoków dźwiękowych z pogodnym, ruchliwym, wyrazistym scherzem.
    Druga część płyty to rewelacyjne, długie utwory. Dziesięciominutowa impresja Po drugiej stronie świata wyłania się z introdukcji a la Oxygene, w której na tle zachmurzonego, mętnego, pieniącego, stojącego akordu tęskne, minorowe dźwięki poszukują się we mgle wybrzmiewając długim, stereofonicznie rozparcelowanym echem. Główny motyw to nostalgiczne arpeggio o barwie słonecznego, lecz jednocześnie mroźnego i odrętwiałego nieba - w tle pławią się najrozmaitsze szumy i poświsty, splatając się interesująco z opowieścią syntezatora snującą się na dalszym planie. Mniej więcej w połowie utworu na pierwszy plan wysuwa się improwizowana melodia prowadząca, wyginając się tęsknymi meandrami ku coraz bardziej interesującej konkluzji - w melodię budowaną na długo wybrzmiewających dźwiękach wkrada się coraz więcej ozdobników i główny temat przeradza się w finale utworu w elegancką fugę robiącą duże wrażenie. Utwór ma niesamowicie eteryczną atmosferę i nietrudno o niezwykłe wizualizacje - obrazy same wyłaniają się z kolejnych dźwięków, wznoszą się najpierw pionowo, a potem za sprawą niewytłumaczonego zjawiska turbulencji rozpływają się w najrozmaitszych, nieprzewidzianych kierunkach; słuchacz może więc w takt utworu zwiedzać rozmaite zakątki kosmosu, ale też zaglądać do powiększonej mikroskopowo kropli wody, przechadzać się po nieskończonych korytarzach wyludnionego instytutu immunologii albo podziwiać zamglone leśne polany spowite opalizującymi pajęczynami...
    Najważniejszy utwór to tytułowa suita, trwająca ponad 21 minut. Funkcję klamry pełnią tu maszynowo-mechaniczne odgłosy, odizolowane od muzyki, sugerujące być może swą mantrową, upartą konstrukcją, iż jednak, wbrew drugiej zasadzie termodynamiki, możliwe jest skonstruowanie perpetuum mobile… Pierwsza część suity brzmi bardzo natarczywie, dochodzi tu do kolizji agresywnie dysonansujących wątków, odkształcanych tonalnie, potęgowanych rozmaitymi efektami. Na tle hipnotycznego, mrocznego rytmu melodie zapuszczające się w durowe skale brzmią szyderczo i prowokująco, po chwili wszystko rozpuszcza się w zdeformowanej lawie, a kolejne wykwitające motywy nawiązują do zupełnie innych tonacji i skal… To dobra muzyczna ilustracja procesu rozszczepiania jąder atomowych...
    Druga część na tle nieustającego rytmu przechodzi płynnie w trzecią. Na przestrzeni tych epizodów pojawi się interesujące ostinato, na tle którego powoli wypłynie zaśnieżona, ponura melodia, mżąca sinym syntezatorowym światłem… W finałowej części główny wątek podejmą organy i trzeba przyznać, że ta alternacja melancholijnych akordów tak właśnie zaaranżowana, spleciona z tętniącym wciąż w tle upartym rytmem, robi naprawdę duże wrażenie… Harmoniczne dźwięki ustąpią jednak ostatecznie miejsca chaosowi, na pierwszym planie pojawiać się będzie coraz więcej zakłóceń i atonalnych brzmień, aż ucichnie rytm, sekwencer i wszystkie drobne, melodyjne motywy - pozostanie tylko nieustępliwy, mechaniczny warkot, który otworzył tę suitę...
    PS. Na analogowym wydaniu płyty zabrakło utworów Ucieczka z tropiku i Dom w Dolinie Mgieł. W wersji CD słuchacz może cieszyć się nie tylko tymi utworami, ale ponadto ich nagranymi w 1997 roku nowymi opracowaniami.

    Igor Wróblewski



    Sukces komercyjny albumu Ogród króla Świtu zaskoczył

    Bilińskiego

    i zmobilizował do intensywnej pracy. Niesiony falą inwencji począł pisać kolejne utwory. Manager artysty, Piotr Nagłowski wpadł na pomysł wydania singla, który miał być zapowiedzią drugiego longplaya. Znalazły się na nim dwa utwory: Ucieczka z tropiku i Dom w dolinie mgieł. Oba stały się wielkimi przebojami. W ówczesnych czasach miernikiem popularności była niezwykle opiniotwórcza Lista Przebojów programu III PR Marka Niedźwieckiego. W czasach stanu wojennego skupiała rzesze radiosłuchaczy przy odbiornikach. Do dzisiaj audycja otoczona jest kultem, niestety podszytym głównie nostalgią... Dom w dolinie mgieł pojawił się w 83 notowaniu (listopad 1983) i na 12 tygodni pobytu w TOP 40 doszedł do 20 pozycji co jak na utwór instrumentalny było znakomitym wynikiem. Jednak apogeum popularności, taką, że zaczęto go rozpoznawać na ulicy, zdobył

    Biliński

    dzięki teledyskowi Ucieczki z tropiku promowanemu w 1984 roku. Młodzi realizatorzy z Telewizji Szczecin (S. Falkiewicz, G. Lickiewicz i M. Oziewicz) zaproponowali

    Bilińskiemu

    nagranie nowoczesnego teledysku. W owych czasach królowały statyczne pokazy śpiewających grajków. W ciągu jednego dnia zdjęciowego nagrali z Bilińskim kilka scenek a następnie dołączyli do tego świetnie zsynchronizowane z muzyką sceny kraks samochodowych, eksplozji śmigłowców, wybuchów zaczerpnięte m.in. z Blues Brothers i filmów o Jamesie Bondzie, agencie 007. Dynamiczny teledysk opowiada historię mężczyzny (

    Biliński

    ) który za pomocą joysticka i klawiszy w tajemniczej maszynie powoduje te wszystkie kolizje by na końcu przewrotnie sam stać się ofiarą. Video zdobyło olbrzymią popularność stając się klipem roku 1984. Na Liście Przebojów "Trójki" utwór dociera w kwietniu 1984 do 11 pozycji. Te wydarzenia dały

    Bilińskiemu

    dodatkowe bodźce do szybszego zrealizowania kolejnej płyty. Artysta wyznaczył sobie jako cel nagranie muzyki ambitniejszej niż na poprzedniej płycie. Krążek nagrywany był już z nowym sekwencerem Roland CSQ600 oraz z perkusją Roland TR808 a partie basowe zrobiono na Rolandzie SH101. Stylistycznie wydana przez Polton płyta miała być ukłonem w stronę szkoły niemieckiej:

    Klausa Schulze

    i

    Tangerine Dream

    ( zwróćmy uwagę choćby na okładkę gdzie na eksponowanym miejscu pojawia się mandarynka). Płyta utwierdza popularność

    Bilińskiego

    . Był wtedy w plebiscytach na najpopularniejszego instrumentalistę przez pięć pod rząd kolejnych lat (1981-85) na pierwszym miejscu. W tym czasie zainteresowały się nim film i teatr. Romans z muzyką ilustracyjną rozpoczyna od dogrania muzyki do baletu zrealizowanego przez ośrodek warszawski TVP pt. Mały Książę i filmów Krewa oraz polsko czeskiej koprodukcji dla młodzieży List Gończy (1985). Przypisuje się mu też autorstwo muzyki do kultowego programu edukacyjnego Przybysze z Matplanety powstałego w 1984 a emitowanego w latach 1987-90 gdzie rolę Pi w grała Dagmara Bilińska. Jego muzykę adoptowano też do potrzeb programów popularnonaukowych Sonda i Spectrum do którego na czołówkę wykorzystano motyw z Po Drugiej Stronie Świata. Nadchodzi tymczasem rok 1986 i

    Biliński

    nagrywa płytę Wolne loty gdzie pojawia się technologia cyfrowa w postaci Yamahy DX7 z MIDI, Yamaha RX 11, z którego automatyczna perkusja zdominowała całe wydawnictwo, pogłos Yamaha REV-7, sekwencer wielośladowy Yamaha QX1. Dzięki nowemu instrumentarium zaczęła się łatwość tworzenia rytmów i pragnienie wykorzystania możliwości nowych urządzeń, które nadawały się do tworzenia muzyki bardziej popowej. Poszczególne utwory inspirowane były barwami DX7, który zafascynował go możliwościami kształtowania dźwięku. Płyta ta dość mocno różni się brzmieniowo od swych poprzedniczek. Wtedy też realizuje projekt muzyczny do najpopularniejszego filmu z jego dźwiękami czyli Przyjaciel Wesołego Diabła, w reżyserii Jerzego Łukaszewicza (1986), którego kontynuację Bliskie Spotkania z Wesołym Diabłem (1987), ilustruje już zagranicą. Wyjazd na rządowy kontrakt jako wykładowcy do Akademii Muzycznej w Kuwejcie spowodowany był kuszącą ofertą finansową.

    Biliński

    chciał się usamodzielnić, kupić nowe instrumenty, zebrać pieniądze na własną pracownię twórczą. Okres ten zapoczątkował dość długie milczenia artysty przerwane tylko składanką przebojów przewrotnie zatytułowaną Ucieczka do Tropiku (1987). W Kuwejcie pisze fantazję symfoniczną Twarze Pustyni gdzie starał się zawrzeć wszystko to, czego nauczył się w kręgu kultury arabskiej i które stały się później podwaliną pod Dziecko Słońca. Twarze Pustyni miały uświetnić obchody 30-lecia niepodległości Kuwejtu, lecz agresja Iraku uniemożliwiła realizację tego przedsięwzięcia. Dopiero po wojnie w Zatoce Perskiej Twarze Pustyni wraz z diaporamą artysty fotografika Jacka Woźniaka, reprezentowały Kuwejt na Światowej Wystawie EXPO'92 w Sewilli w Hiszpanii. Gdy Irak zaatakował Kuwejt

    Biliński

    z rodziną akurat byli na wakacjach w Polsce. W Kuwejcie został cały sprzęt, który udało się odzyskać dzięki pracownikom polskiej ambasady. Po tej wojnie powrócił do Kuwejtu gdzie zastał splądrowane mieszkanie, postanowił więc zabrać pamiątki i wracać do kraju tym bardziej, że w Polsce akurat nastąpiła zmiana ustroju. Niestety pierwsze hausty wolności przyniosły też bezprawie czyli piractwo, które okradało go z tantiem. Pierwszą firmą , która po powrocie zaczęła go legalnie wydawać, był prywatny Digiton a wkrótce pojawiły się też duże koncerny fonograficzne.

    Biliński

    powoli odzyskiwał należne mu miejsce. W 1990 roku przyobleka dźwiękami dokument "Z Filmoteki Polskiej" a rok później baśń Kondratiuka "Ene...due...like...fake" oraz umuzycznia słynny teleturniej "Koło Fortuny". Fanów oczekujących nowego materiału zaskakuje pod pseudonimem

    MaBi

    wydając składankę syntezatorowych coverów (1993). I wreszcie w 1994 roku wydaje nowy album Dziecko Słońca. Milczenie spowodowane było zarówno walką z piractwem jak i długim procesem odzyskania praw do wszystkich swoich płyt (zakończone w 1994), które od tej pory zaczął sam wydawać pod szyldem BiMa Biliński Production, w formie kompaktowych reedycji. Płytę Dziecko Słońca nagrał już przy użyciu komputera kupionego w Polsce, Macintosh'a Classic. Część jej realizował jeszcze w Kuwejcie na QX1, potem przetransponował to na komputer, a reszta płyty powstała już na Macintoshu. Wtedy też zaczął pracować na programie Digital Performer i od tego czasu jest to główny program, jakiego używa w studiu. Płyta owocuje tym, że w plebiscycie czytelników branżowego pisma "Muzyk"

    Biliński

    został uznany najlepszym kompozytorem i najlepszym wirtuozem syntezatorów roku. Dziecko Słońca usłyszała Ewa Wycichowska, szefowa Polskiego Teatru Tańca. Zainspirowana tą muzyką stworzyła spektakl baletowy pod tym samym tytułem, którego premiera odbyła się na scenie Teatru Wielkiego w Poznaniu pod koniec 1995.

    Biliński

    znowu jest na topie - nagrywa m.in. recital dla TVP 2 pt. "Muzyczne Opowiadania", tworzy muzykę dla Gali Wręczenia Nagród Polskiego Przemysłu Fonograficznego - "Fryderyk '96" i "Fryderyk '97" i wydaje swoje płyty na rynek amerykański poprzez "The Minden Pictures Collection", często gości w audycjach radiowych i telewizyjnych. Rok 1998 przynosi kolejną składankę Marek Biliński The Best of jak i wydawnictwo Refleksje I-IV. Płyta ta powstała na zamówienie. Na premierze baletu Dziecko Słońca pojawiła się Agnieszka Duczmal. Spodobała się jej ta muzyka i zamówiła u niego utwór na koncert z okazji 30-lecia swojej pracy artystycznej i jej poznańskiej Orkiestry Kameralnej AMADEUS. Premiera miała miejsce w Filharmonii Narodowej w Warszawie, a poszczególne części (Toscania, Loara, Bolero, Sevilla) noszą nazwy miejsc gdzie koncertowała orkiestra Agnieszki Duczmal. Refleksje to utwór akustyczny na orkiestrę kameralną z dużą baterią instrumentów perkusyjnych bez użycia instrumentów elektronicznych.

    Biliński

    ma też w swej karierze realizacje na potrzeby teatru : Romeo i Julia w Zamościu, Hamlet w Warszawie, Kreacja w Szczecinie ale szczególnie dumny jest z płockiego przedstawienia sztuki Brat Naszego Boga, Karola Wojtyły w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego gdzie muzykę napisał wspólnie ze znanym kompozytorem Wojciechem Trzcińskim. Od kilku lat pracuje nad najnowszym albumem. Mozolna praca powoduje że ma to być płyta mozaikowa gdyż przez ten okres różne style miały na niego wpływ. Niewykluczone, że wyjdzie też jej druga wersja zrealizowana przy udziale całego towarzyszącego

    Bilińskiemu

    podczas koncertów zespołu.

    Biliński

    twierdzi, ze nigdy nie zabiegał o możliwości koncertowania, obcy mu jest marketing po prostu korzystał z zaproszeń, które były do niego wystosowane. Rzeczywiście ma na swym koncie i bardzo kameralne i bardzo medialne przedstawienia. Początki to wielkie plenerowe koncerty w oprawie światła i laserów na Wałach Chrobrego z okazji 750 lecia Szczecina (1993) i na Wiankach pod Wawelem w Krakowie (1994), które oglądało łącznie blisko 50.000 widzów. Kolejne to Międzynarodowy Zjazd miłośników Garbusa w Dobrym Mieście (1995,1996) Euro - Eko Meeting w Złotowie, gdzie artysta wystąpił w międzynarodowym składzie na niezwykłym multimedialnym koncercie - Początek Światła, który został uznany za jedno z najciekawszych wydarzeń artystycznych roku i wyemitowany w TVP 1, Dni Przemyśla, Dni Rzeszowa, na sopockim Molo, na dziedzińcu Zamku Książat Pomorskich w Szczecinie, w Teatrze Stanisławowskim w Łazienkach (1996), Teatr Polski w Warszawie, czysto elektroniczny festiwal ZEF w Piszu (1997), Plac Zamkowy w Warszawie (1998), Lotnisko w Bemowie W.O.Ś.P. Jurka Owsiaka, 70 lecie PLL LOT, sopockie molo, Zlot Elektronicznych Fanatyków -Pisz (1999) koncert transmitowany na żywo w TVP 1 pt. Gniezno - 2000 - Dźwięk - Ogień - Światło – Kolor uświetniający odbywający się tam Zjazd Pięciu Prezydentów państw europejskich gdzie specjalnie na ten koncert sprowadzono największe bębny w Europie (2000), koncert z okazji Dni Michała w Żaganiu, zakończenie Światowych Igrzysk Polonijnych w Sopocie (2001) Dni Sosnowca (2002), w Gdańsku na Starym Mieście na wyspie Ołowianka przy brzegu Motławy koncert multimedialny Noc Świętojańska uświetniony przez tancerzy na łodziach, Koncert Pod Gwiazdami na Starym Mieście w Toruniu, dla telewizji HBO — AXN, ostatni ZEF , gdzie także prowadził warsztaty muzyczne (2003), Symfonia Trzebnicka na terenie Klasztoru Sióstr Boromeuszek w Trzebnicy, Dni Bogatyni, sopockie molo, Ricochet Gathering W Jeleniej Górze, warszawski klub Dekada (2004), pod Ratuszem w Bielsko Białej, klub Czaszkajara we Wrześni, uroczysty koncert pod patronatem Prezydenta m.st. Warszawy z okazji otwarcia wystawy "Warszawa Przyszłości" w centrum miasta na płycie głównej Pałacu Kultury i Nauki z wizualizacjami na ekranach ledowych, projekcjami laserowymi oraz pokazem sztucznych ogni, Dni instrumentów klawiszowych w Poznaniu (2005), klub Sothis w Radomiu i warszawskim klubie On-Off (2006). Jego koncerty zaskakują odchodzeniem od tradycyjnej elektroniki i prezentowaniem starych nagrań choćby w saksofonowych wersjach. Od dłuższego czasu Biliński występuje na stałe na koncertach z basistą Wojciechem Pilichowskim, gitarzystą Krzysztofem Misiakiem i perkusistą Tomaszem Łosowskim. Tu anegdota. Tomasz jest synem Sławomira Łosowskiego, syntezatorowego twórcy przebojów grupy Kombi. Po rozpadzie tej formacji zaległ w twórczy niebyt tworząc jedynie z synem płytę Nowe Narodziny (1994) mającą na celu promocję syna, utalentowanego bębniarza.

    Biliński

    po występie Tomasza na ZEF-ie zaczepił go wypytując o ojca. Porachunki z bliźniakami eksponuje automat perkusyjny sprzężony z dźwiękiem przypominającym rapowy scratching. Radosny, wesoły rytm wprowadza nas w żywe wibracje. Artysta wplata to rozliczne improwizacje stawiając jednak głównie na melodię i harmonię. Sen mistrza Alberta jest dość zaskakujący. Zwiewny, stonowany przypomina smutną przypowieść o samotności. Głównie słychać dźwięk przypominający dmuchanie we fletnie pana oraz kilka barw jak żywo przypominających

    Vangelisa

    . Ale pojawia się też promyk pogodności. Jakby dźwięk klawesynu nagle przyspiesza utwór nadając mu prawie groteskowej formy ale i właśnie owej radości. Pęd zostaje wytracony i znów pływamy w nostalgicznych nastrojach, które

    Biliński

    fenomenalnie potrafi budować. Po drugiej stronie światła.

    Biliński

    nie lubi stwierdzenia, że jest drugim Jarre’m z tym, że chodzi tu tak naprawdę o pewne zjawisko a nie muzykę czyli wydobycie podobnie jak to było u

    Jean Michela Jarre'a

    el-gatunku z getta ku masowemu odbiorcy. Z tym, że istnieje jeden utwór który brzmi jak żywo wzięty z sesji Oxygene. Właśnie ten. Te ślizgające się świergoty fotonów przemykających miedzy kanałami w kosmiczną przestrzeń, ten zapętlony podkład znakomicie imitują czasy świetności Francuza. Piękna solówka prowadząca niebanalną melodię przez większość kompozycji dopełnia całości. Tytułowy kawałek jest najbardziej artystowski w swym wyrazie. Pierwsza część ponad dwudziesto minutowej suity otwierają imitacje dźwięków rotora śmigłowca, zmian ciśnień w rurach, dziwnych kwaczących dźwięków by wpleść w końcu automat perkusyjny zespolony z improwizowaną solówką wskazującą na eksperymentalny charakter utworu.

    Biliński

    szaleje w zwariowanych kakafoniach po klawiaturze wystawiając nas na próbę wytrzymałości. Tworzy się coraz więcej dysonansu, struktury przyjmują nieokreślone kształty by w powodzi dźwięków wykrystalizować spokojniejszy trzon części drugiej, która rytmem przeradza się w marszową pieśń z ładną, subtelną barwą syntezatora na przedzie. Część trzecia wykorzystuje masywne, podniosłe brzmienie organ świetnie korelujące z drobnymi, cichymi wstawkami keyboardów. Dom w dolinie mgieł to klasyk polskiej el muzyki. Najczęściej coverowany utwór tego wykonawcy, gdzie w majestatyczny sposób zbudowano klimat tego evergreena. Ucieczka z tropiku zaś dzięki teledyskowi to najbardziej rozpoznawalny utwór

    Bilińskiego

    , wpadający w ucho i ciekawie zaaranżowany. Co tu dużo pisać. Klasyka, która się nie starzeje mimo upływu eonów lat w technice.

    Dariusz Długołęcki

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,31 zł
  • Vangelis | Mythodea: a 2001 Mars Odyssey

    Vangelis | Mythodea: a 2001 Mars Odyssey

    Super cena
    Vangelis często w swoich poczynaniach bliski był klasycznym formom. Nawet soundtracki takie jak chociażby Chariots Of Fire miały ten symfoniczny posmak. Mythodea to potężna symfonia chóralna, której prapremiera odbyła się 13 lipca 1993r w teatrze Heroda Attyki w Atenach. Vangelis napisał do tego dzieła nie tylko muzykę ale i słowa, odnosząc się w nich do historii starożytnej Grecji. Jak wspominał w wywiadzie dla magazynu KLEM "Utwór ten został skomponowany w godzinę. Nie używam technologii w sposób konwencjonalny. Nie używam komputerów". Jednak owa premiera to już zamierzchła historia, w 2001r Vangelis raz jeszcze zaprezentował swoje dzieło. Przy okazji owe wystawienie związane było z misją NASA na Marsa w celu poszukiwania śladów form życia. Cała impreza odbyła się 28 czerwca 2001r, otoczeniem była świątynia Zeusa Olimpijskiego w Atenach. Budżet był gigantyczny, opiewał na kwotę 7 milionów dolarów. Pieniądze te były podzielone między firmę Sony a greckim rządem, który wykorzystał je na promocję Grecji w świecie. W samym spektaklu udział wzięło 224 artystów, w tym sam Vangelis, 75-cio osobowa London Metropolitan Orchestra, 120-sto osobowy chór Opery Narodowej. Poza nimi główne role grały dwie śpiewaczki operowe: Kathleen Bitwa i Jessey Norman (soprany). Słuchając tego ponad godzinnego dzieła, można stwierdzić, iż rola elektroniki była tu marginalna. Orkiestra Symfoniczna oraz chór, skutecznie torpedują poczynania Vangelisa. Całości bliżej zdecydowanie do operowych form rodem z muzyki klasycznej i nawet kosmiczny, marsjański wątek tego jej nie pozbawia. Oczywiście nie brak mega pompy i bombastyczności tych brzmień, przez co Mythodea brzmi potężnie. Wydaje się jednak iż jedynie wielbiciele klasyki będą mieli pociechę z tej muzyki, fani elektroniki bez takich skłonności śmiało mogą sobie darować tę płytę.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,30 zł
  • Mike Oldfield | Tubular Bells 2

    Mike Oldfield | Tubular Bells 2

    Super cena

    Pogodna, durowa figura fortepianowa otwiera cały album słonecznym akcentem, ale po chwili instrumentalne niebo zostaje zasnute chropawymi chmurami i na pierwszy plan wysuwa się charakterystyczny motyw utrzymany w wysokich fortepianowych rejestrach, podszyty dźwięcznymi szelestami jesiennych liści dzwonków i gitary basowej, do złudzenia przypominający introdukcję legendarnego debiutanckiego utworu. Gitara kładzie na tym tle swoje miękkie, dwudźwiękowe akcenty, skądś pojawia się też żeński chórek. Ścieżka rytmiczna jest znacznie bardziej wyrazista niż na debiutanckiej płycie, szczególnie zwrócić należy uwagę na głęboki, fantazyjny puls basu. Motyw podlega kolejnym parafrazom, dopóki nie wykluje się z niego pogodna trawestacja tematu, który otwiera całą płytę. W chwilę potem zamarkowany zostaje wyrazista ścieżka perkusji i basowego syntezatora, w tle zaś rozpluskują się chaotycznie wirujące płatki śniegu oscylujące fraktalowo wokół tematu introdukcji. Na takim tle rozwija się pełna schromatyzowanych ekstrawagancji popisowa solówka gitarowa, chyba jeszcze misterniejsza niż w analogicznym miejscu pierwszej części Tubular Bells. Podobnie jak w pierwszej części, solo gitarowe rozpłynie się w warkotliwym pomruku masywnych ścian ciężkich, basowych dźwięków, na tle których rozbłysną jeszcze krótkie wejścia gitary, podlegające progresji w coraz wyższą tonację. Kolejny pasaż przywróci atmosferę relaksu i uspokojenia, kojąc barwami, które wydadzą się w porównaniu z pierwszymi Tubular Bells może nawet nazbyt pastelowe i łagodne…
    Dalszy ciąg utworu jest, wedle tej specyficznej metody, z jednej strony "oczywisty" (aranżacyjne aluzje są przeprowadzone z żelazną konsekwencją), z drugiej zaś niezwykle świeży i zaskakujący (wątki melodyczne czasami oddalają się niespodziewanie od pierwowzorów, tylko uważny słuchacz dostrzeże w poszczególnych epizodach konkretne nawiązania do pierwszej części cyklu). Tak więc ucieszy słuchacza polifoniczny dialog rozwibrowanych gitar na tle basu przypominającego mroczny akompaniament One of these Days Pink Floyd (Blue Saloon), unisono gitar akustycznych, klasycznych i elektrycznych prowadzące bardzo oldfieldowski riff (Sunjammer), rozległy pejzaż irlandzki obserwowany z lotu ptaka, o którym opowiadają zwłaszcza instrumenty akustyczne pod przewodnictwem mandoliny i banjo (The Great Plain oraz Sunset Door), wreszcie – oparta na soczystych riffach prawdziwie rockowa kompozycja z powrzaskiwaniami "człowieka z Piltdown" (Altered State).
    Melodie czasami brzmią tak, jakby poprzestawiano w nich w sprytny sposób podstawowe klocki, czasami tak, jakby odtwarzane były wspak, czasem zaś zupełnie nowe rozwiązanie harmoniczno-melodyczne lepiej przywołuje ducha oryginału, niż uczyniłaby to wierna replika danego motywu. Zamyślony, mollowy wstęp do części drugiej oryginalnej suity Tubular Bells, trwający na tamtej płycie zaledwie minutę, tutaj rozwinięty zostaje w całą kompozycję pt. Weightless, obfitującą w chwytliwe partie gitary, przewijające się na lekko podorientalizowanym tle wydzielającym zapach cytrusowych drzew. Fragment, w którym odzywają się zaspane dzwony jakiejś zardzewiałej wieży kościelnej niczym z zachmurzonego pejzażu Corota, na Tubular Bells II rozbudowany zostaje w piękną akustyczną impresję z żeńską wokalizą, stylizowaną na przejmujący fragment Bachianas Brasileiras no. 5 Heitora Villi-Lobosa. Pozostałe innowacje raczej transponują to, co mollowe i ponure na pierwszej płycie, w pogodne i żartobliwe. Pełen grozy fragment, w którym ścieżka "przemawiających" kotłów i timpani splata się na złowróżbnie narastającym tle z pieśnią szkockich dud dublowanych przez łkające gitary, staje się na Tubular Belssa II kompozycją Tattoo, która zgodnie z tytułem (chodzi oczywiście o mniej znane tłumaczenie angielskiego słowa) jest podniosłym, pogodnym hymnem rozpisanym na dudy i charakterystycznie grzechoczące bębny. Nostalgiczna, ponura impresja gitarowo-organowa z części pierwszej zamienia się w Maya Gold – miniaturę oscylującą wokół błogo rozmarzonych, ciepłych tonacji. Wreszcie, niesamowita trawestacja ravelowskiego Bolera, czyli wejścia kolejnych instrumentów zapowiadanych przez Mistrza Ceremonii na tle monotonnego, zagadkowego pochodu basowego, tutaj staje się błyskotliwą wariacją nowoczesnej ery: brzmi raczej jak komponowana przez komputerowego entuzjastę niekończąca się sekwencja MIDI… Surrealistycznego klimatu dopełnia finałowa miniatura; w oryginalnej suicie Tubular Bells była to parafraza tańca ludowego Sailor’s Hornpipe, w finale Tubular Bells II zaś słyszymy rozpędzającą się melodyjkę rodem z westernu, pełną zawodzeń rzępolących skrzypiec oraz wzorków wyszywanych w ekspresowym tempie przez banjo.
    Prawdopodobnie właśnie to z lekka odrealnione poczucie humoru Oldfielda sprawia, iż Tubular Bells II jest tak znakomitą płytą. Najważniejsze w pierwowzorze tej suity były w końcu elementy składające się na nierozwiązywalną zagadkę, wszystko, co zamglone i nie dające się przetłumaczyć na prosty język konwencjonalnego przeżycia muzycznego. Tutaj nie mniej zaskoczeń i zdumień czeka na słuchacza – chociaż nie są to już najczęściej zaskoczenia natury czysto harmonicznej, tylko aranżacyjnej; chociaż nie są to już zdumienia wywrotowe, tylko przewrotne…

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    32,50 zł
  • Brian Eno | Here Come the Warm Jets

    Brian Eno | Here Come the Warm Jets

    Super cena
    Brian Eno zasłynął jako klawiszowiec formacji Roxy Music, jednak już na samym początku jego kariery dawało znać o sobie jego eksperymentalne zacięcie. Płyta Here Come The Warm Jets, jest jego właściwym solowym debiutem. Wydany w 1974r przynosi muzykę charakterystyczną dla tego okresu. Dominował wówczas rock progresywny w klimatach Yes czy Emerson, Lake & Palmer. Rozrywkową kontrą wobec niego był glam rock, ze swymi koturnowymi i wyściełanymi cekinami, kiczowatym cyrkiem. Grupy pokroju Slade, T. Rex czy ówczesne wcielenie Davida Bowie, były wtedy na szczycie. Brian Eno nieźle wpasował się w te granie, zaproponował muzykę zadziorną ale i urokliwą. Ten spokojniejszy ton jego ówczesnych piosenek, przyniosła zwłaszcza końcówka tego albumu. Otwierający całość Needles In The Camel's Eye atakuje wręcz punkową surowością brzmienia. Wokalnie brzmi nieco jak ówczesna kopia Briana Ferry, wokalisty Roxy Music. Ten album nie dość że należy do epoki lat '70, na swój sposób kojarzy się z tą formacją. Jednak dla Briana Eno był niezwykle ważny, bo pozwolił pewnie stanąć mu na nogach. I kto wie jak dalej by się potoczyły jego muzyczne losy, gdyby nie pamiętny wypadek samochodowy w styczniu 1975r. To narodziny estetyki ambient i wielka zasługa Eno jako speca od marketingu, by te dźwięki sprzedać światu.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    25,66 zł
  • Vangelis | Oceanic

    Vangelis | Oceanic

    Super cena

    Po cudownej płycie Voices przyszedł czas na Oceanic. Kupując tę drugą obawiałem się czy oby Vangelis nieco nie przesadził z tą nadproduktywnością. Dopiero co zachwycałem się "głosami", a tu już druga płyta? Pojawienie się jej było dla mnie sporym zaskoczeniem. Już pierwsze minuty tej muzyki przekonały mnie jednak, że moje obawy były nie słuszne. Oceanic to dzieło przemyślane i dopracowane. Tej płyty się nie słucha, ją się po prostu chłonie. Najnowsze dzieło Vangelisa to podróż po głębinach, podwodna muzyczna opowieść. Rozpoczyna Bon Voyage - krótki utwór stanowiący wprowadzenie, a może raczej zaproszenie do tej podróży. Po nim następuje Sirens Whispering i przez prawie osiem minut jesteśmy czarowani głosami syren (rzecz jasna nie alarmowych), ten kawałek to naprawdę coś. W Memories Of Blue pobrzmiewają dalekie echa utworu Memories Of Green z płyty See You Later - ciekawy utwór z pianinem w roli głównej. Najbardziej jednak zachwycił mnie Aquatic Dance, moim zdaniem prawdziwa, muzyczna rewelacja. To jeden z tych kawałków, którego słucha się bez przerwy, dopóki nie obrzydnie. Wtedy następuje dość długa przerwa, aż do momentu, gdy okładka na płycie przypadkiem wpada nam w oko i wszystko zaczyna się od nowa. Do przyjemniejszych kawałków na płycie należą Fields Of Coral, Song Of The Seas oraz Spanish Harbour z ciekawym hiszpańskim motywem.
    Mogłoby się wydawać, że twórca, który ma na swoim koncie tyle srebrnych krążków powinien się powoli "wypalać". Z Vangelisem jest zupełnie odwrotnie - "chłopak" dopiero się rozkręca! Zapas inwencji twórczej naprawdę do pozazdroszczenia. Podsumowując: Vangelisowi udało się stworzyć dzieło niesamowite, przemyślane, a co najważniejsze ciekawe. Ostatnie płyty dowodzą, że twórca ten jeszcze długo będzie nas czarował swoją muzyką, bez straty na jej jakości chociażby wydawał płyty co miesiąc....

    Kacper Olejnik


    Z muzyką Vangelisa obcuję już od kilkunastu lat. Kolejne płyty (baczność!) mistrza (spocznij!) potwierdzają, że jest on artystą poszukującym, lecz jednocześnie umiejętnie wykorzystującym swe dotychczasowe osiągnięcia. Dzięki takiemu podejściu, jego kolejne albumy niosą w sobie echa kompozycji z poprzednich płyt, będące jednakże tylko pretekstem do zaprezentowania czegoś nowego, do pokazania danego tematu w trochę innym ujęciu. Tak było w przypadku Voices i tak jest obecnie. Dzięki Oceanic pozostajemy w kręgu morskich podróży, przygód pod żaglami pełnomorskich jachtów zapoczątkowanych w Conquest of Paradise i Voices.
    Płyta zawiera ciepłą, bogato zaaranżowaną muzykę ilustracyjną w dużym stopniu pobudzającą wyobraźnię. Co prawda fani nastrojowego wokalu znanego z Loosing Sleep czy Ask the Mountains mogą czuć się trochę zawiedzeni, gdyż poza tajemniczymi, kuszącymi zawodzeniami syren Sirens' Whispering", głosu na płycie nie uświadczą. Jednakże atrakcje w postaci rytmicznego Spanish Harbor, porywających, koronkowych dźwięków sekwencera imitującego falowanie morskiej toni Fields of Coral oraz nostalgicznego brzmienia fortepianu z Dreams Of Surf czy Memories of Blue ani na chwilę nie pozwolą odpocząć rozbudzonej wyobraźni.
    Podsumowując - nic dodać, nic ująć. Kolejna płyta Vangelisa bardzo przypadła mi do gustu. Z pewnością będę po nią sięgał jeszcze wiele razy, do czego zachęcam również innych.

    PP

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,37 zł
  • Vangelis | Chariots of Fire

    Vangelis | Chariots of Fire

    Super cena
    Rydwany Ognia (1981) napisane przezy

    Colina Wellanda

    i wyreżyserowane przez

    Hugha Hudsona

    oparto na prawdziwych wydarzeniach; przygotowaniach brytyjskich biegaczy do letniej olimpiady w 1924 roku. Pierwotnie filmowcy zdecydowali, że muzyka będzie odniesieniem do epoki w której dział się film i wykorzysta się melodie z lat dwudziestych . Ale reżyser

    Hugh Hudson

    chciał móc pracować nad muzyką z 'żywym' kompozytorem . W 1980 roku współpracował przy kręceniu reklamówki samochodu Fiat Strada z niejakim

    Vangelisem

    , który zaaranżował tam na nowo jako melodię fragment Wesela Figara

    Rossiniego

    .

    Hudsonowi

    podobały się też utwory z płyty Opera Sauvage, które chciał nawet wykorzystać w filmie. Ściągnięcie

    Vangelisa

    do realizacji filmu w jego wczesnym stadium było bardzo znaczące.

    Vangelis

    będący zarówno kompozytorem, aranżerem i wykonawcą mógł zastąpić całą orkiestrę swymi keyboardami a zarazem błyskawicznie zmieniać, adaptować swoją muzykę aby uzupełniała się z nastrojami filmu. Na wczesnym etapie muzyka

    Vangelisa

    była używana jako robocze tracki do chwili kiedy film miał być montowany. Wymogi muzyki filmowej słychać choćby przy ilustracji treningów Abrahama. Kiedy syntezatorowe zawijasy towarzyszą jako wspaniały akompaniament krokom Harolda, nagle zostają wyciszone i oddalone na drugi plan by można słyszeć dialogi.
    Producent David Puttnam nie przykładał do niej aż takiego znaczenia, lecz kiedy nowy, pulsujący temat Titles połączono z obrazem biegaczy na plaży nic nie mogło zaprzeczyć nastrojowi który został stworzony. Twórcy obrazu oniemieli kiedy

    Vangelis

    przedstawił kolejne melodie towarzyszące tej historii.

    David Puttnam

    stwierdził potem: gdyby wyodrębnić pojedyńczy bardzo ważny element rzutujący na wartość tego filmu to byłaby to muzyka. Scenarzysta filmu Colin Weland zaś dodaje: w 40 procentach do sukcesu filmu przyczyniła się muzyka.... Przypomnę tylko, że film był nominowany do 7 Oskarów a otrzymał 4 statuetki w tym dla najlepszego filmu i najlepszej muzyki. Nikt poza

    Vangelisem

    ze świata el muzyki nie otrzymał tej nagrody do dziś... Na pewno zainteresowanie tym filmem głównie podtrzymuje muzyka

    Vangelisa

    ! Chariots of Fire jako film bez niej byłby tylko dziełem dzięki niej zyskuje inny metafizyczny, poruszający serce wymiar arcydzieła.

    Vangelis

    doskonale uchwycił w swych kompozycjach nadzieje i marzenia ówczesnej generacji młodzieży. Ta muzyka wyraża człowieczeństwo w jego wzorcowym znaczeniu i te wszystkie szlachetne cechy, które dziś są tak niemodne - odwagę, poddawanie się zasadom fair play, wiarę w czyste współzawodnictwo, determinację. Ścieżka dźwiękowa znakomicie uwypukla wizję prostych, nostalgicznie pojmowanych czasów , kiedy kilku młodych ludzi używało życia i biegało dla chwały czystości sportu.
    Kiedy ten soundtrack ukazał się był unikatem. Rzadkie i ekstrawagancje było używanie muzyki syntezatorowej w filmach. Pojawiały się keyboardy głównie w filmach ciążących ku SF .

    Vangelis

    przetarł muzyce elektronicznej drogę do kariery w X muzie. Muzyka ta zdobyła sobie aplauz ze względu na proste, ładne melodie i sposób w jaki

    Vangelis

    używał syntezatorów do orkiestracji które dawały poczucie że to nie jeden człowiek wygrywa te kompozycje ale cała orkiestra symfoniczna. Otwierający płytę Titles, to niezapomniany standard, który stał się jedną z najpopularniejszych melodii wszechczasów na miarę tytułowych tematów ze Stars Wars czy Różowej Pantery. Nadal robi niesamowite wrażenie. Pulsujący dźwięk syntezatora, na tle którego pojawia się czyste, na swój sposób szlachetne brzmienie wygenerowanego tzw. francuskiego rogu nagle wspartego ścianą dźwięków z fortepianu i instrumentów perkusyjnych. Przypływy i odpływy syntezatorowego podkładu i w końcu porażająco piękna solówka na fortepianie plus orkiestracje. Ten utwór wzbudza emocje do dziś - prawie pompatyczny, ale nie kiczowaty, bardzo wzniosły , określający znakomicie opowieść filmu, czyli sport jako ideę czystej, nieskalanej złem rywalizacji. Znakomicie uchwycił wszystkie emocje towarzyszące filmowi, wzmagając je a nawet tworząc obywającą się bez obrazu wspaniałą symfoniczno elektroniczną fantazję. Temat tytułowy można też rozpatrywać jako opowieść o sprincie w zwolnionym tempie. Początek to napięte mięśnie w blokach, eksplozja muzyki to start, fale syntezatora to ciężki oddech a melodia fortepianu to czysty fizyczny wysiłek towarzyszący dystansowi biegu, który w końcówce jest wielokrotnie powtórzony z wyraźnym zejściem w dół - to meta i wytracanie pędu ciała.
    Five Circles mistyczny, tajemniczy utwór gdzie powolne wietrzne pasaże syntezatorowe kierują nas ku kontemplacji . Five Circles sugeruje spokój wewnętrzny połączony z duchowością. Powolny nastrojowy temat, zgrupowany w na dwóch nutach, wyraża osobowość Abrahama, tak jak ten był cichy i metodyczny w przygotowaniach do wyścigu tak i utwór jest ascetyczny w wyrazie, mający w sobie coś z pieśni kościelnych, przez co bardzo piękny .
    Abraham's Theme - stonowany i w formie i wyrazie - minimalizm oddaje naturę i osobowość Abrahama. Dźwięk dzwonków brzmi prawie smutno ale bliżej mu do wyciszenia towarzyszącego refleksji uzyskanej głownie dzięki brzmieniom Fender Rhodesa. Eric's Theme - Pełen gracji - przejrzysta intensywność brzmienia pulsujących dźwięków basu, bębnów i cymbałek. Ten splendor i przepych kompozycji odzwierciedlają charakter Erica. Brzmienie jest lżejsze i odnosi się do muzyki szkockiej z odrobiną religijności określający ducha charakteru biegającego dla boskiej przyjemności. Muzyka jest wysmakowanie zaaranżowana i jest jednym z najlepszych przykładów jak

    Vangelis

    kreuje duże orkiestrowe brzmienie przez kombinację syntezatorów z akustyką instrumentów perkusyjnych. Mamy więc olbrzymie crescendo, ulegające modulacji , które w końcu zastępuje kolejne potężne crescendo.
    100 Meters - Znowu w zwolnionym jakby tempie mamy całą gamę dźwięków brzmiących niczym kosmiczne misterium - jakby zadawano pytanie dla kogo biegam? Brzmi prawie jak wycinek Beaubourg. Abstrakcyjna muzyka uchwyciła wysiłek biegaczy i ich przygotowania do wyścigu jak i pełnię chwały igrzysk. Utwór przechodzi płynnie w chorałową orkiestrację Jerusalem w jej tradycyjnym brzmieniu odpowiadając jakby na pytanie ze 100 Meters. Utwór ten miał wielkie znaczenie dla historii Harrego Abrahamsa w filmie dlatego to powód że ta kompozycja znalazła się na soundtracku . Jest to hymn anglikański skomponowany przez

    Sir Charles'a Huberta Parry

    (1848-1918) wykorzystujący jako tekst poemat

    Williama Blake'a

    , The New Jerusalem, gdzie w tekście pojawia się rydwan ognia użyty do zatytułowania filmu. Utwór uzyskał jedynie delikatny, nienarzucający się syntezatorowy podkład.
    Strona B wersji winylowej a w wersji cd utwór ostatni to epicka ponad 20 minutowa suita, majestatyczne zwieńczenie krążka. Eteryczny, delikatny utwór z momentami pełnymi mocy prawie hymnowymi rytmami - pełna gracji i majestatu kombinacja echa z fortepianu i keyboardów. Fortepianowe palcówki z poszumem syntezatorowych wiatrów przygotowują słuchacza do kolejnych przywołań elementów z wcześniejszych utworów. To swoista keyboardowa symfonia z manipulowanym rytmem, dziwnymi syntezatorowymi brzmieniami w podkładzie przechodząca w żywsze, szybsze tempo - z marszu przechodzimy w bieg by znowu zwolnić i zadumać się. Efekty echa, wiatru, spadających lopów dają wrażenie obcowania z kruchym, ulotnym przywołaniem czegoś z przeszłości - czegoś co już nie wróci.
    Chariots of Fire to znak firmowy symfonicznej muzyki elektronicznej i muzyki filmowej wykorzystującej el. Swoista ikona stylu

    Vangelisa

    zaowocowała doskonałym mariażem muzyki i obrazu. Uchwycił heroizm, wspaniałość i fizyczny ból biegów . Zawieszony pomiędzy pracą orkiestrową a elektronicznym nastrojem stał się arcydziełem temperowanym przez psychologiczne tematy filmu. Jakie by nie były opinie ta ścieżka dźwiękowa katapultowała

    Vangelisa

    na szczyty popularności i od tej pory był często zapraszany jako kompozytor do zilustrowania kolejnych filmów. Co ważne, głównie wartościowych (Zaginiony, Blade Runner) lub do takiej rangi aspirujących, które okazały się dopiero na ekranie artystyczną porażką (Aleksander). Ta muzyka brzmi naprawdę magicznie i marzycielsko. Sposób kreowania nastrojowych melodii to głęboki wyraz jego talentu .

    Dariusz Długołęcki

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    25,66 zł