Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Strefa niskich cen

(206 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Tangerine Dream | Stratosfear

    Tangerine Dream | Stratosfear

    Super cena

    Oprócz dobrze znanego instrumentarium muzycy zaskoczyli użyciem na tej studyjnej płycie całej gamy instrumentów akustycznych. Wykorzystano też komputerowo generowane sekwencje perkusyjne. Przygotowywaniu płyty w lecie 1976 roku w Audios Studio w Berlinie towarzyszył cały ciąg przykrych wydarzeń - a to kłopoty z nowym syntezatorem Baumanna a to zepsucie multi traków, systemu Dolby w studiu nagraniowym, zaginięcie taśmy matki, tajemnicze zmazanie skończonych nagrań, spalenie konsoli miksującej. Dochodziło też do tarć wewnątrz grupy na temat jakie nagrania wybrać na płytę.
    Pomimo ze cała ta płyta to klasyczne analogowe rozwinięte sekwencje to wyraźnie słychać już obranie przez zespół komercyjnego kierunku rozwoju ich muzyki. Doszły do głosu bardziej uporządkowane struktury muzyczne i wyeliminowano psychodeliczny VCS3 dając słuchaczom łatwiejszy w odbiorze materiał. Porzucili symfoniczno-progresywną ścieżkę dla czystych melodyjnych linii. Tytułowy Stratosfear - utwór nagrany w tonacji E minor rozpoczynają dźwiękiz 12 strunowej gitary - piękny, senny, rozmarzony wstęp przechodzi w hipnotyzujący pulsujący rytm - nasączona mellotronem melodia wspaniale koresponduje z delikatnymi pasażami z keyboardów, główny motyw na moogi i mellotron przewija się przez całą kompozycję by wyciszyć się i oddać pola przez ostatnie dwie minuty gitarze z delikatnym dialogiem z syntezatorami - dodajmy znakomity! The Big Sleep in Search of Hades - otwierająca i zamykająca część przypomina barokową sonatę opartą na dialogu klawikordu i mellotronowego fletu i zbudowana jest na zasadzie główny temat, interludium, powtórka, zakończenie. Interludium przypomina czasy zabaw psychodelią ale mocno zaprawione nowym brzmieniem Tangerine Dream. Utwór krotki acz bardzo treściwy, spokojnie mógłby być rozwinięty w parunastominutową suitę. 3am at the Border nastrojowy utwór, swoista reminiscencja prac Cluster. Moog, mellotron, rytmy komputerowe i Fender Rhodes wspaniale współbrzmią na 3am. Ciekawe brzmienie daje też harmonijka - gdy Franke przyszedł z nią do studia myślano, że robi sobie żarty i dopiero gdy wysłuchano efekt końcowy reszta grupy przystała na pozostawienie jej na płycie. Ten utwór jest najbardziej kosmiczno-egzotyczny, na wpół tajemnicze brzmienie oddaje wspaniale dziwny niby to spokojny nastrój który wprowadza jakiś taki podskórny niepokój.
    I wreszcie Invisible Limits. Zaczyna się jak gdyby było przedłużeniem utworu poprzedniego, powtarzające się akordy jako motyw przewodni i dołączające kolejne dźwięki - nagle dzwon urywa tę część utworu, który zmienia oblicze i odchodzi w berlińskie pulsacje by znowu dokonać wolty - piękne solówki pianina i fletu. Na tej płycie nie ma słabej części. Są tylko doskonale lub świetne.

    Dariusz Długołęcki


    Na tym albumie wprost roi się od nowatorskich pomysłów, a jednocześnie wszystkie kompozycje zinstrumentowane są z takim pietyzmem i wyczuciem, że nie może tu być mowy o przeładowaniu tematycznym bądź o jakiejkolwiek niespójności brzmieniowej. Każdy z czterech prezentowanych tu poematów ma swoją niepowtarzalną poetykę i w każdym z nich kryje się zagadka. Stratosfear to najbardziej dynamiczny, nasycony wręcz rockową ekspresją utwór. W partiach gitary czai się duch Davida Gilmoura, choć oczywiście błyskotliwa solówka Froesego nie ma nic wspólnego z kopiowaniem pomysłów bądź rozwiązań brzmieniowych gitarzysty Pink Floyd. Bardzo chwytliwa jest melodia główna, nawinięta na kruche, wyjątkowo rozmigotane ostinato. Znakomicie udało się muzykom stopniować napięcie, wywołując u słuchacza niegasnące rumieńce przez całe 10 minut tego hipnotycznego utworu.
    Moim ulubionym utworem jest miniatura The Big Sleep In The Search Of Hades. Tutaj fletowa melodia wiodąca intrygująco schromatyzowany i dziwnie alternowany temat (mogący skojarzyć się z harmoniką Claude'a Debussy'ego) spotyka się z organowym motywem, by utopić się w gęstniejącej melotronowej plamie, z której w końcówce utworu wyłoni się odległy, niespieszny rytm, na którego tle instrumenty muzyków wyczarują niewidywane nigdy dotąd zjawy w barwie siarki, przejrzałych śliwek i gliny. Pod sam koniec rozpięta znów zostaje gitarowa pajęczyna, po której spaceruje promień fletowego światła. Fletowe brzmienia (generowane zapewne z melotronu) są ogólnie niezmiernie istotnym elementem składowym tej płyty. Melodie budowane na tych brzmieniach są niebywale świeże, przekornie balansują na granicy konkretnej melodii i dysonansu, wykonują karkołomne chromatyczne akrobacje. Najdłuższy utwór, wieńczący płytę Invisible Limits, zaczyna się również taką "impresjonistyczną" partią fletu, by przejść przez fazę roziskrzonego arpeggia i rozpłynąć się w odmętach fortepianowego oceanu. Równie niesamowity jak The Big Sleep... jest trzeci utwór: 3AM At The Border Of The Marsh From Okefenokee. Idealną wizualizacją towarzyszącą tej muzyce byłby niemrawo kwitnący świt nad taką okolicą, jaką ukazuje enigmatyczna okładka całego albumu. Surrealistyczny nastrój tego obrazka potęgują zniekształcone brzmienia... harmonijki ustnej, splatającej się z oddechami całej baterii instrumentów elektronicznych. Jeśli odbiorca dobrze wsłucha się w kompozycję, około siódmej minuty wyraźnie usłyszy, jak przez granicę między błękitem a czerwienią przemaszerowują... kosmiczne owce!!!...

    I. W.


    ...słuchajac Tangerine Dream nie można pominąć tego albumu, a jeszcze lepiej gdy posiadając go wraca się odnajdując coraz to nowe nastroje brzmień...posłuchać i znać należy obowiązkowo...

    PPL


    Lubię Stratosfear. Froese i spółka skorzystali na tej płycie z bogactwa brzmień akustycznych, szczególnie instrumentów dętych. Nie jest to zatem płyta całkowicie elektroniczna, ale słucha się tego z przyjemnością, brzmi inaczej niż wcześniejsze i późniejsze dokonania grupy. Po dwuczęściowych kompozycjach Rubycon i Ricochet Tangerine Dream obdarowali nas aż czterema długimi utworami. Stratosfear, pierwszy na płycie, zaczyna się nieśmałą gitarą, dalej uderza w rzewne tony, plany kolejno nabrzmiewają i gasną, powtarza się co jakiś czas ten chwytliwy motyw, a obrazu dźwiękowego dopełnia umiarkowany rytm. Ten utwór w zmienionej (na gorsze) wersji pojawił się 19 lat później na Tyranny Of Beauty. The Big Sleep... swoim tytułem sugeruje kontynuację fascynacji mitologią grecką, której wynikiem była Phaedra. Utwór znów zaczyna się motywem gitarowym z nałożoną ciekawą partią fletu. Potem pojawia się nastrój grozy i melancholii, okraszony hipnotycznymi sekwencjami tegoż fletu. Zakończenie podobne do początku - niefrasobliwa gitara. Trzeci utwór o długim tytule niesie kolejną, hipnotyczną partię fletu. Zamyka płytę Invisible Limits, jest tam i solo gitarowe Edgara Froese, i trochę szybszego rytmu, i finał na pianinie. Nieco rockowy utwór. Płyta nietypowa dla zespołu, a jednocześnie Mandarynkowa. Motywy z niej pobrzmiewają na koncertowym Encore, który klimatem stanowi echo Stratosfery.
    Muzycy po prostu na chwilę skoncentrowali się na instrumentach akustycznych, dając im dojść do głosu na płycie zawierającej mimo to (oczywiście} syntetyczne brzmienia. To chyba ciekawy mariaż.


    Michał Żelazowski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    34,14 zł
  • Mike Oldfield | Guitars

    Mike Oldfield | Guitars

    Super cena
    Płyta Guitars brzmi bardzo ciepło i kameralnie - może nawet trochę "powierzchownie" w porównaniu z niebywale przestrzennymi płytami The Songs Of Distant Earth czy Tubular Bells III (a nawet w porównaniu z wyciszoną, medytacyjną płytą Voyager zdominowaną raczej przez akustyczne instrumentarium), ale nie jest to na pewno wada tego albumu. Oldfield oddaje tym razem głos - jak tytuł sugeruje - wyłącznie swoim gitarom. Owocem sesji nagraniowej są między innymi krótkie etiudy (Muse, Embers, Enigmatism, From The Ashes), rozpisane na bardzo niewielką ilość ścieżek, co jest pewnym ewenementem w twórczości muzyka i kompozytora tak lubiącego zapełniać plan dźwiękowy niesamowitą ilością najrozmaiciej brzmiących głosów należących do najróżniejszych instrumentów. Właściwie tylko Muse brzmi jak typowa, klasyczna gitarowa miniatura - w pozostałych krótkich impresjach za nastrój odpowiedzialne są drobne dźwięki, idealnie zagospodarowujące przestrzeń utworu, bardzo sugestywnie zaaranżowane: znakomicie prezentują się zwłaszcza akwarelowe gitarowe odblaski na powierzchni zmętniałego stawu w Enigmatism, ale pełne uroku jest też żarzenie się gitarowych węgielków w kompozycji Embers.
    Oldfield nie byłby sobą, gdyby zapełnił całą płytę tylko krótkimi, utrzymanymi w jednolitym stylu etiudami. Już drugi utwór na płycie (Cochise) przepełniony jest energią zaczerpniętą niemalże wprost z płyt Led Zeppelin, a główna melodia to atrakcyjne sparafrazowanie tematu kompozycji Jewel In The Crown z albumu Tubular Bells III. Na szczególną uwagę zasługuje wykorzystanie tremola oraz umiejętne wyczarowanie odpowiednich do nastroju kompozycji pogłosów. Niezwykle drapieżne, kąśliwe brzmienie przesterowanych gitar stanowi także budulec utworów Out Of Sight i Out Of Mind - w tym drugim rewelacyjnie prezentuje się też swobodnie improwizowany akustyczny wstęp oraz podbity dynamiczny bas w głównej części. Oba utwory napędzane są typowo rockowymi riffami, które jednak wcale nie brzmią staroświecko ani blado. Jednym z najbardziej przejmujących (obok Cochise i kilku krótszych impresji) fragmentów płyty jest niewątpliwie B. Blues, w którym Oldfield rewelacyjnie stopniuje napięcie, przechodząc od zamyślonej introdukcji poprzez przeciągający się leniwie riff balansujący na granicy systemów dur-moll aż do brawurowej solówki z wykorzystaniem wysoko łkających, podciąganych strun.
    W towarzystwie tak udanych utworów troszeczkę może rozczarowują dwie pozostałe kompozycje - Summit Day z powolnie intonowanym pogodnym tematem, w którym w dialogu spotykają się dwie gitary oraz Four Winds ułożona z czterech krótkich, bardzo różnorodnych epizodów niestety oddzielonych pauzami, podczas gdy można było pomysłowo połączyć je interesującymi przejściami w spójniejszą całość. Oba utwory rozczarowują jednak tylko troszeczkę i tylko na początku - wystarczy wsłuchać się uważnie w to, co dzieje się na drugim planie, by stwierdzić z zadowoleniem, że gitary Oldfielda potrafią nadal porozumiewać się ze słuchaczami tak bogatym językiem, jak w odległych, ledwo słyszalnych a przecież bardzo istotnych zakątkach najlepszych utworów z płyt Tubular Bells II, Heaven's Open czy Amarok.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    32,50 zł
  • Vangelis | 1492 - Conquest of Paradise

    Vangelis | 1492 - Conquest of Paradise

    Super cena
    Podróż rozpoczyna się o brzasku - pierwsze kolory, wonie i kształty przebijają majacząco przez gęste, perspirujące zarośla zasnuwające brunatną mgłą cały pejzaż. Z takiej półtoraminutowej introdukcji wyłania się główny temat muzyczny z majestatycznym chórem w roli głównej. Brzmienie i melodyka sa wyjątkowo klarowne; słuchacz może mieć złudzenie własnego uczestniczenia w początku morskiej wyprawy. Temat zbudowany na alternacji akordów mollowych i durowych oddzielonych kwintą przeplatany jest bardziej słonecznym wątkiem skonstruowanym na samych durowych akordach, spod których wyłaniają się pospieszne brzmienia perkusyjne - ta muzyka brzmi na pewno odpowiednio patetycznie, ale w żadnym wypadku nie przytłaczająco… Kolejny utwór to jedna z najbardziej interesujących impresji - Monastery of La Rabida. Tutaj główna melodia wyłania się z zardzewiałej mgły przeciągających się dźwięków, spaceruje wzdłuż omszałych murów klasztornych, zagląda przez pobladłe witraże do ozłoconych świtem wnętrz. Idealną wizualizację do tej miniatury stanowiłyby morskie pejzaże Claude'a Lorraine'a albo zafascynowanego jego twórczością J. W. M. Turnera. Gdy pojawia się odległa, senna pieśń chóru, utwór nabiera trochę cieplejszej barwy, widać wyraźnie zielonkawo-miodowe zmarszczki na wzbierających falach morza, w oddali majaczy ocieniona seledynem baszta do której zmierzają galeony; nie wiadomo z tej odległości, czy baszta ma kształt walca czy prostopadłościanu, nie wiadomo, czy to przypadkiem nie jest jedynie fantom udający odległą budowlę…
    Krajobrazy ożywiają się, zapełniają się spieszącymi dokądś ludźmi, nabierają słonecznych barw wraz z pojawieniem się następnej impresji - stylizowanej na renesansową miniaturę City of Isabel. Melodia snuta na brzękliwym chordofonie oscyluje między pustą kwintą a niepewną skalą durową. Wkrótce muzyka ucichnie, by ustąpić miejsca wybrzmiewającym długim echem krokom następnego utworu, który okaże się chyba najbardziej poruszającym fragmentem albumu: Light & Shadow. Ta pełna przestrzeni, melancholijna a przy tym monumentalna kompozycja kojarzyć się może z utworami barokowymi, zwłaszcza za sprawą fantastycznych ornamentów klawesynowych, wplatających się w melodię na którą składają się akordy zmieniające się według wzoru wypracowanego przez takich kompozytorw jak Vivaldi, Telemann czy Corelli… Główna rola znów należy jednak do chóru, pobudzającego do życia pełen grozy i tęsknoty krajobraz. Słychać tu echa jednego z utworów, dla którego znalazło się miejsce na nieco wcześniejszej płycie Vangelisa (Direct), ale teraz motyw ten nabrał pełni barw i ogromnie zyskał na sile wyrazu…
    Gdy pieśń chóru oddali się, na planie pozostaną zmagające się ze sobą dwa wichry, w których role wcielają się hiszpańskie gitary. W gęstą, zachmurzoną, misternie uplecioną gitarową sieć wpadają rozmyte wodorosty, odmalowywane przez przeciągłe westchnienia oddalonych instrumentów klawiszowych. Pod sam koniec utworu powróci jak przez sen oddalona, nostalgiczna pieśń chóru, intonująca temat Light & Shadow. Następne obrazki mają bardzo zwiewną i oniryczna naturę; zarówno West Across The Ocean Sea" jak i Eternity brzmia bardzo krucho, dopasowując się nastrojem do najbardziej niedomówionych obrazów impresjonistycznych i akwarel pozostawiających swoją treść wyobraźni widza. Po krótkiej pauzie powróci żywiołowa, niezwykle energiczna muzyka: utwór Hispanola zdaje się wciągać słuchacza w wir niesamowitego, transowego obrzędu. Hiszpańskie gitary są tu wyjątkowo niespokojne i zadziorne, męska wokaliza natychmiast kojarzy się z niezwykłymi improwizacjami flamenco; chór intonuje schromatyzowane staccato na tle galopującego, pomysłowo "utykającego" rytmu.
    Zadumana, mantrowa, a przy tym podszyta napięciem i niepokojem impresja Moxica and the Horse to kolejny utwór: pół-śpiewający, pół-recytujący głos wydaje się odprawiać niezrozumiałe zaklęcia, a w tle rozmazuje się cała paleta intrygujących dźwięków o zaróno elektronicznym, jak i akustycznym rodowodzie. Z fortepianowych, przetaczających się, rozmigotanych fal wyłaniają się charakterystyczne dwudźwięki przeszklone barwą zachodzącego słońca: to przedostatni utwór, Twenty-Eighth Parallel. Podczas trwania tej impresji najdokładniej można przyjrzeć się oczami wyobraźni krużgankom i arkadowym pawilonom weneckich mostów i pałaców, topniejącym w odcieniach łososiowej czerwieni. Zanim ostatni raz przetoczy się fortepianowe glissando, zabrzmi tu jeszcze przetworzony, wysubtelniony temat Conquest of Paradise, wykonany tylko na sennych instrumentach klawiszowych.
    Ostatni utwór to najdłuższy fragment płyty - transowa, niespokojna konstrukcja, w której kłębią się drapieżnie wygasające tony, sugeruje nieskończoność podróży ku nowym lądom… Pinta, Nina i Santa-Maria dobijają do brzegów, które okazują się tylko rozmigotanym złudzeniem, odsłaniającym kolejne wodne pustynie, wabiące fatamorganą pozornie bliskich miast snujących się niczym dym na horyzoncie… Pod sam koniec utworu powróci groteskowy, krzykliwie pogodny temat Eternity, dobitnie podkreślający wymowę finałowej impresji…
    PS. Warto rozejrzeć się za singlem promującym niniejszą płytę - obok znanych już tematów Conquest of Paradise i Moxica and the Horse zamieszczono na singlu dwa nie mniej ciekawe utwory, których niestety brak na albumie.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,03 zł
  • Moogazyn

    Moogazyn

    Bestseller Super cena

    Płyta wydana z okazji 10-lecia Klubu Miłośników Muzyki Elektronicznej i Medytacyjnej. Piękna nazwa klubu wywołuje refleksje nad zawartością tej płyty. Muzykę medytacyjna niewątpliwie reprezentują: Cosmogony, Dwie kobiety - fantazja, J.K. 150, Der Drachenberg - Probe 1. Wielka szkoda, że ten ostatni jest niefortunnie wyciszony. Pozostałość ma być muzyką elektroniczną. Czy aby jest? Chyba niektórzy zapomnieli, że termin "muzyka elektroniczna" już ma niewiele wspólnego z wykonywaniem na instrumentach elektronicznych. Jeśli mylę się to disco-polo (tfuj!) to też el-muzyka. Na takie warczenie jak Warczyk potrzeba Szczęśliwego Nowego Worku aby wysłać Brzegiem Styksu na Isle. Piszland pachnie bardzo późnym Tangeine Dream, a Random Realities wczesnym. Na tej płycie wszystkiego jest po trochu, od Jarre'a do..., chciałoby się napisać Schnitzlera - niestety nie mamy tak znakomitej plejady el-muzyków. Na koniec jest Znak Wysłuchania. Artur, może jakiś nowy tytuł. Proponuję "Znak przebudzenia". Podsumowując, płyta udana, warta posiadania przez każdego polskiego fana, a już na pewno przez bywalców podupadającego, niestety, KMMEiM.


    Turecky

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    9,99 zł
  • Tangerine Dream | Atlantic Walls

    Tangerine Dream | Atlantic Walls

    Super cena

    Kolejny kompilacyjny album Tangerine Dream, który to skierowany jest do tych chcących oszczędzić wydawanie gotówki na więcej płyt. Materiał zebrany na Atlantic Walls podsumowuje lata 1988-1998. A więc mamy nagrania z takich albumów jak: Optical Race, Lilly On The Beach, Merlose, Rockoon, Turn Of The Tides, Tyranny Of The Beauty i Timesquare (Dream Mixes vol. 2). Z tym iż tu uwypuklono utwory z albumów Merlose i Tyranny Of The Beauty. Jest jeszcze bliźniacza kompilacja Atlantic Bridges i tam przeważa materiał z Optical Race i Lilly On The Beach. Ten okres był dosyć kontrowersyjny w karierze grupy. Odejście Christophera Franke (który zabrał też na odchodne większość sprzętu), odbiło się zarówno na brzmieniu grupy, jak i jakości materiału. Muzyka zaczęła dryfować w kierunku popu, a zespół nastawiał się na brzmienia bardziej akceptowane w USA. Do tego dojście Jerome Froese'go przez wielu traktowane było jako kpina. Jak się okazało syn lidera stał się postacią napędową grupy. Zyskała na tym muzyka, która zaczęła brzmieć niezwykle nowocześnie. Młody Froese dostrzegał muzykę techno, jej pęd ku futurystycznym dźwiękom. Grupa miała nadążać za światem i sama zaczęła eksperymentować na tych polach, jednocześnie zachowując swoją tożsamość. To też album podsumowujący 10-letni wkład Zlatko Pericy. Ten gitarzysta to nie tylko koncertowy dodatek, ale i w studiu okazał się znakomitym kolorystą. Ci zatem którzy chcą poznać ów okres, ten album będzie solidnym przewodnikiem i zapewne taka jest jego rola.

    R. M.


    Płyta wytwórni TDI to druga część "atlantyckiej" serii. Tak jak poprzednia - złożona jest z utworów, których kompozytorami byli: Edgar Froese, Paul Haslinger, Jerome Froese. Muzyka pochodzi z tych samych płyt. CD zawiera też 12 utworów co daje 72 minuty muzyki. Dla mnie jest to muzyka uspokajająca, czasem ... wesoła? Chociaż wolę "twórczość" trochę wcześniejszą , to chwila "oddechu" też jest potrzebna. Polecam, szczególnie młodszemu gronu fanów.

    Andrzej Jaworek

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    30,10 zł
  • Vangelis | Chariots of Fire

    Vangelis | Chariots of Fire

    Super cena
    Rydwany Ognia (1981) napisane przezy

    Colina Wellanda

    i wyreżyserowane przez

    Hugha Hudsona

    oparto na prawdziwych wydarzeniach; przygotowaniach brytyjskich biegaczy do letniej olimpiady w 1924 roku. Pierwotnie filmowcy zdecydowali, że muzyka będzie odniesieniem do epoki w której dział się film i wykorzysta się melodie z lat dwudziestych . Ale reżyser

    Hugh Hudson

    chciał móc pracować nad muzyką z 'żywym' kompozytorem . W 1980 roku współpracował przy kręceniu reklamówki samochodu Fiat Strada z niejakim

    Vangelisem

    , który zaaranżował tam na nowo jako melodię fragment Wesela Figara

    Rossiniego

    .

    Hudsonowi

    podobały się też utwory z płyty Opera Sauvage, które chciał nawet wykorzystać w filmie. Ściągnięcie

    Vangelisa

    do realizacji filmu w jego wczesnym stadium było bardzo znaczące.

    Vangelis

    będący zarówno kompozytorem, aranżerem i wykonawcą mógł zastąpić całą orkiestrę swymi keyboardami a zarazem błyskawicznie zmieniać, adaptować swoją muzykę aby uzupełniała się z nastrojami filmu. Na wczesnym etapie muzyka

    Vangelisa

    była używana jako robocze tracki do chwili kiedy film miał być montowany. Wymogi muzyki filmowej słychać choćby przy ilustracji treningów Abrahama. Kiedy syntezatorowe zawijasy towarzyszą jako wspaniały akompaniament krokom Harolda, nagle zostają wyciszone i oddalone na drugi plan by można słyszeć dialogi.
    Producent David Puttnam nie przykładał do niej aż takiego znaczenia, lecz kiedy nowy, pulsujący temat Titles połączono z obrazem biegaczy na plaży nic nie mogło zaprzeczyć nastrojowi który został stworzony. Twórcy obrazu oniemieli kiedy

    Vangelis

    przedstawił kolejne melodie towarzyszące tej historii.

    David Puttnam

    stwierdził potem: gdyby wyodrębnić pojedyńczy bardzo ważny element rzutujący na wartość tego filmu to byłaby to muzyka. Scenarzysta filmu Colin Weland zaś dodaje: w 40 procentach do sukcesu filmu przyczyniła się muzyka.... Przypomnę tylko, że film był nominowany do 7 Oskarów a otrzymał 4 statuetki w tym dla najlepszego filmu i najlepszej muzyki. Nikt poza

    Vangelisem

    ze świata el muzyki nie otrzymał tej nagrody do dziś... Na pewno zainteresowanie tym filmem głównie podtrzymuje muzyka

    Vangelisa

    ! Chariots of Fire jako film bez niej byłby tylko dziełem dzięki niej zyskuje inny metafizyczny, poruszający serce wymiar arcydzieła.

    Vangelis

    doskonale uchwycił w swych kompozycjach nadzieje i marzenia ówczesnej generacji młodzieży. Ta muzyka wyraża człowieczeństwo w jego wzorcowym znaczeniu i te wszystkie szlachetne cechy, które dziś są tak niemodne - odwagę, poddawanie się zasadom fair play, wiarę w czyste współzawodnictwo, determinację. Ścieżka dźwiękowa znakomicie uwypukla wizję prostych, nostalgicznie pojmowanych czasów , kiedy kilku młodych ludzi używało życia i biegało dla chwały czystości sportu.
    Kiedy ten soundtrack ukazał się był unikatem. Rzadkie i ekstrawagancje było używanie muzyki syntezatorowej w filmach. Pojawiały się keyboardy głównie w filmach ciążących ku SF .

    Vangelis

    przetarł muzyce elektronicznej drogę do kariery w X muzie. Muzyka ta zdobyła sobie aplauz ze względu na proste, ładne melodie i sposób w jaki

    Vangelis

    używał syntezatorów do orkiestracji które dawały poczucie że to nie jeden człowiek wygrywa te kompozycje ale cała orkiestra symfoniczna. Otwierający płytę Titles, to niezapomniany standard, który stał się jedną z najpopularniejszych melodii wszechczasów na miarę tytułowych tematów ze Stars Wars czy Różowej Pantery. Nadal robi niesamowite wrażenie. Pulsujący dźwięk syntezatora, na tle którego pojawia się czyste, na swój sposób szlachetne brzmienie wygenerowanego tzw. francuskiego rogu nagle wspartego ścianą dźwięków z fortepianu i instrumentów perkusyjnych. Przypływy i odpływy syntezatorowego podkładu i w końcu porażająco piękna solówka na fortepianie plus orkiestracje. Ten utwór wzbudza emocje do dziś - prawie pompatyczny, ale nie kiczowaty, bardzo wzniosły , określający znakomicie opowieść filmu, czyli sport jako ideę czystej, nieskalanej złem rywalizacji. Znakomicie uchwycił wszystkie emocje towarzyszące filmowi, wzmagając je a nawet tworząc obywającą się bez obrazu wspaniałą symfoniczno elektroniczną fantazję. Temat tytułowy można też rozpatrywać jako opowieść o sprincie w zwolnionym tempie. Początek to napięte mięśnie w blokach, eksplozja muzyki to start, fale syntezatora to ciężki oddech a melodia fortepianu to czysty fizyczny wysiłek towarzyszący dystansowi biegu, który w końcówce jest wielokrotnie powtórzony z wyraźnym zejściem w dół - to meta i wytracanie pędu ciała.
    Five Circles mistyczny, tajemniczy utwór gdzie powolne wietrzne pasaże syntezatorowe kierują nas ku kontemplacji . Five Circles sugeruje spokój wewnętrzny połączony z duchowością. Powolny nastrojowy temat, zgrupowany w na dwóch nutach, wyraża osobowość Abrahama, tak jak ten był cichy i metodyczny w przygotowaniach do wyścigu tak i utwór jest ascetyczny w wyrazie, mający w sobie coś z pieśni kościelnych, przez co bardzo piękny .
    Abraham's Theme - stonowany i w formie i wyrazie - minimalizm oddaje naturę i osobowość Abrahama. Dźwięk dzwonków brzmi prawie smutno ale bliżej mu do wyciszenia towarzyszącego refleksji uzyskanej głownie dzięki brzmieniom Fender Rhodesa. Eric's Theme - Pełen gracji - przejrzysta intensywność brzmienia pulsujących dźwięków basu, bębnów i cymbałek. Ten splendor i przepych kompozycji odzwierciedlają charakter Erica. Brzmienie jest lżejsze i odnosi się do muzyki szkockiej z odrobiną religijności określający ducha charakteru biegającego dla boskiej przyjemności. Muzyka jest wysmakowanie zaaranżowana i jest jednym z najlepszych przykładów jak

    Vangelis

    kreuje duże orkiestrowe brzmienie przez kombinację syntezatorów z akustyką instrumentów perkusyjnych. Mamy więc olbrzymie crescendo, ulegające modulacji , które w końcu zastępuje kolejne potężne crescendo.
    100 Meters - Znowu w zwolnionym jakby tempie mamy całą gamę dźwięków brzmiących niczym kosmiczne misterium - jakby zadawano pytanie dla kogo biegam? Brzmi prawie jak wycinek Beaubourg. Abstrakcyjna muzyka uchwyciła wysiłek biegaczy i ich przygotowania do wyścigu jak i pełnię chwały igrzysk. Utwór przechodzi płynnie w chorałową orkiestrację Jerusalem w jej tradycyjnym brzmieniu odpowiadając jakby na pytanie ze 100 Meters. Utwór ten miał wielkie znaczenie dla historii Harrego Abrahamsa w filmie dlatego to powód że ta kompozycja znalazła się na soundtracku . Jest to hymn anglikański skomponowany przez

    Sir Charles'a Huberta Parry

    (1848-1918) wykorzystujący jako tekst poemat

    Williama Blake'a

    , The New Jerusalem, gdzie w tekście pojawia się rydwan ognia użyty do zatytułowania filmu. Utwór uzyskał jedynie delikatny, nienarzucający się syntezatorowy podkład.
    Strona B wersji winylowej a w wersji cd utwór ostatni to epicka ponad 20 minutowa suita, majestatyczne zwieńczenie krążka. Eteryczny, delikatny utwór z momentami pełnymi mocy prawie hymnowymi rytmami - pełna gracji i majestatu kombinacja echa z fortepianu i keyboardów. Fortepianowe palcówki z poszumem syntezatorowych wiatrów przygotowują słuchacza do kolejnych przywołań elementów z wcześniejszych utworów. To swoista keyboardowa symfonia z manipulowanym rytmem, dziwnymi syntezatorowymi brzmieniami w podkładzie przechodząca w żywsze, szybsze tempo - z marszu przechodzimy w bieg by znowu zwolnić i zadumać się. Efekty echa, wiatru, spadających lopów dają wrażenie obcowania z kruchym, ulotnym przywołaniem czegoś z przeszłości - czegoś co już nie wróci.
    Chariots of Fire to znak firmowy symfonicznej muzyki elektronicznej i muzyki filmowej wykorzystującej el. Swoista ikona stylu

    Vangelisa

    zaowocowała doskonałym mariażem muzyki i obrazu. Uchwycił heroizm, wspaniałość i fizyczny ból biegów . Zawieszony pomiędzy pracą orkiestrową a elektronicznym nastrojem stał się arcydziełem temperowanym przez psychologiczne tematy filmu. Jakie by nie były opinie ta ścieżka dźwiękowa katapultowała

    Vangelisa

    na szczyty popularności i od tej pory był często zapraszany jako kompozytor do zilustrowania kolejnych filmów. Co ważne, głównie wartościowych (Zaginiony, Blade Runner) lub do takiej rangi aspirujących, które okazały się dopiero na ekranie artystyczną porażką (Aleksander). Ta muzyka brzmi naprawdę magicznie i marzycielsko. Sposób kreowania nastrojowych melodii to głęboki wyraz jego talentu .

    Dariusz Długołęcki

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    25,66 zł