Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Muzyka polska

(109 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Konrad Kucz | Railroad paths

    Konrad Kucz | Railroad paths

    Bestseller Super cena
    Jedna z najbardziej szanowanych osobistości w polskiej elektronice, przypomina o sobie nowym albumem. Railroad Paths można odbierać jako podkład muzyczny do długiej jazdy pociągiem. A stacjami na tej trasie są długie kompozycje ujawniające fascynacje

    Kucza

    artystami Szkoły Berlińskiej (

    Schulze

    ,

    Tangerine Dream

    ), jak i syntetycznym brzmieniem

    Kraftwerk

    .

    Kucz

    buduje utwory osnute wokół sekwencerowych pulsacji jak i w końcówce albumu odwołuje się do electro-popu. Daje do blisko godzinę niezwykle hipnotycznej i urokliwej muzyki, w sam raz na dalekie wojaże.

    Robert Moczydłowski



    Zawiodą się Ci którzy spodziewali się nowego materiału spod rąk

    Konrada Kucza

    . Railroad Paths bowiem to zmodyfikowane Tracks, które miały premierę na Festiwalu Ambient 2005 w Gorlicach. O Konradzie - Konrad: Od samego początku tj. od 1987r. kiedy faktycznie zacząłem na poważnie zajmować się komponowaniem, ambicją moją było znaleźć swoją artystyczną odrębność. Już wówczas reagowałem na zalewający media chłam muzyczny, wtórny i snobistyczny. Uznałem że każda z inspirujących mnie postaci muzyki elektronicznej tkwiła pośrednio bądź bezpośrednio w dziełach swoich klasyków.

    Schulze

    w Wagnerze, Ligetim, Orfie,

    Vangelis

    - folk grecki,

    Oldfield

    - szkocki itp. Do dziś uważam folklor za moje główne źródło inspiracji. Dlatego uwielbiam Kilara, Szymanowskiego, Chopina i młodsze pokolenie współczesnych kompozytorów; Szymański, Mykietyn. Obecnie główną inspiracją muzyczną jest estoński kompozytor muzyki współczesnej Arvo Part, który łączy muzykę średniowiecza ze współczesną. Kocham nadal

    Briana Eno

    . Ze współczesnych

    Roysskop

    . Nadal namiętnie słucham zespołów rocka progresywnego z przełomu lat 60/70. W życiu prywatnym uprawiam sztukę.
    Rozwijając to co Konrad podaje: owe sporo muzyki dla TV to m.in. dla WOT-u do programu "Wierze Wątpię, Szukam", PR1 i 2 TVP - cykl programów Znaki - "Być księdzem dzisiaj", "Wstyd", "Genetyka", "Apokalipsa", "Czy religia jest sprawą prywatną?", CANAL+ jingle, MINIMAX, oprawy muzycznie filmów dokumentalnych, sztuk teatralnych ("Bezprizorni", "Złodziejki Chleba" Natalii Korynckiej – Gruz) a także muzyka filmowa (serial Codzienna 2/3). Najbardziej poza środowiskiem kojarzony jest z formacją

    Futro

    powstałą w 1999 roku przy współudziale Wojciecha Appela i Katarzyny "Noviki" Nowickiej (ich jedyna płyta była nominowana do europejskiej nagrody MTV AWARDS i krajowych FRYDERYKÓW). Od lat stara się promować elektroniczną formę sztuki muzycznej, którą określa jako minimal ambient. Ambient z domieszką nowoczesnych wpływów to rzeczywiście jego ukochane dziecko o czym dobitnie świadczy cykl Vita Contemplativa często odnoszący się do bardzo surowych, ascetycznych brzmień. Ale w błędzie są ci którzy sądzą, że

    Kucz

    schował się w tej szufladce gdyż nie potrafi tworzyć nic innego. Otóż elektronika opiera się w dużej mierze na tym co już było (np. NBS) a to dla

    Kucza

    , artysty wciąż poszukującego, jako wtórne jest nie do przyjęcia - "Interesuje mnie oryginalność, o którą dzisiaj coraz trudniej (wszak wszystko już wymyślono). Moja muzyka ewoluowała przez różne etapy inspiracji od muzyki gregoriańskiej po Polski transowy folk." Ale czasami przełamuje swój wewnętrzny opór i wtedy znać jego klasę i kunszt bowiem ten chociażby album stworzony jako swoisty odprysk od głównego nurtu działalności elektryzuje formą i treścią.
    Sam artysta o niej mówi: "Tracks to właściwie taka odskocznia, margines, taki kaprys wbrew moim wewnętrznym przekonaniom. Taka podświadoma potrzeba. Obecność na scenie klubowej spowodowała że miałem dość udawania że jestem przedstawicielem jedynie nowoczesnego nurtu w muzyce czyli clubbingu. Swego czasu odbyłem taką rozmowę z

    Polarisem

    na temat jego płyty Moo'n'Sequences. Wyraziłem dezaprobatę wobec drogi jaką obrał, czyli podążanie dawno odkrytymi ścieżkami. Ale oto nagle moja obecność na forum wymogła podświadomie potrzebę skomponowania czegoś tylko dla forumowiczów, czegoś co nie będzie zbyt wytężać ich gustów a jedynie spełnię ich oczekiwania (mowa o liście dyskusyjnej moo). Nie wiem czy mi się to udało, ale okazało się że też się świetnie bawiłem. W sumie te 18 lat temu sam zaczynałem od takiej muzyki. Wykorzystałem na płycie wszystkie brzęczące urządzenia, głównie radziecką ELEKTRONIKĘ EM25 i KORGI MS 10 i 20. Ale jest tam także CASIO PT25, MICROKORG VOCODER, oryginalny sekwencer KORGa a także fenomenalny włoski SIEL OPERA 6 dający piękne ciepłe brzmienia. Sporo natrudziłem się wgrywając wiecznie psujący się włoski ELKA CONCORDE 602 którego używał na swych pierwszych płytach

    J.M.Jarre

    ."
    A skąd pomysł na Railroad Paths?

    Kucz

    odpowiada: "Historia tej płyty przedstawia się następująco. Ziemowit Poniatowski zadzwonił do mnie z propozycją wydania Tracks oficjalnie. Zastrzegł jednak, że nie odpowiada mu forma krótkich nagrań. Zaproponował aby ten materiał posklejać i rozbudować. Tak też zrobiłem. A nie jest to prosty zabieg. Nie co dzień ma się okazję być wydanym oficjalnie a nie w formie CD'ra... Tracks zresztą sprzedał się zaledwie w kilku egzemplarzach. Niewielu tą płytę zna. Z tego też powodu uznałem ją jako coś nie do końca skończonego. Poprawiłem jakoś i dodałem projekty które grałem na Elektronicznym Woodstocku".
    Path 1 już prezentuje walory tej muzyki. Delikatne minimalistyczne "plumkanie" splecione z brzmieniem analogu kojarzącym się z Ricochet part 2 grupy

    Tangerine Dream

    z tym że owa fujarkowa imitacja jest dużo bardziej soczysta i wspaniale buduje nostalgiczno zadumany nastrój. Ta pojedyncza barwa snuje się leniwie czarując słuchacza aż do pojawienia się okrążających słuchacza brzmień przypominających wirowanie dźwięku gdzie od 4.45 przechodzimy ku zaskoczeniu w świat kreowany w tzw. okresie japońskim przez

    Kitaro

    ! Nieziemskie ozdobniki, charakterystyczny zwokoderowany chórek, lejący się dźwięk to składniki idealnie wpasowujące się w stylistykę Japończyka. Ta bardzo wciągająca kosmiczna sekwencja ma niepowtarzalną hipnotyzującą pełną rozmachu naturę gdzie stonowane rozmazy dźwięków zniewalają odbiorcę. Jeśli ktoś chciałby muzyką opisać nirwanę - niech sięgnie po tę kompozycję. Jedynie zakończenie bardziej przypomina psychodeliczne odnośniki do szkoły berlińskiej. Path 2. Minimalistyczno mistycznie rozpoczęta powoli przechodzi w taki rodzaj "berlina" jaki osobiście lubię. Sam nie wiem czy to tylko zasługa instrumentów wykorzystanych w tym nagraniu? Na pewno nie.

    Kucz

    po prostu wie jak je inteligentnie wykorzystać aby wskrzesić ducha lat świetności znakomicie imitując charakter muzyki elektronicznej z lat 70-tych. Nie trzeba sięgać po np.

    Redshift

    by nacieszyć "starą nową" muzyką NBS.
    Path 3. Świstający dźwięk wprowadza nas w sekwencję ozdobioną tak, że rzeczywiście pasuje do tytułu płyty przypominając ruch lokomocyjny, pędzącej trakcji parowej. Oszczędna, prawie ascetyczna forma ale wciągająca oprawa i wpadamy w wpleciony w niego Track 05 Najbardziej dynamiczny i żywy, podparty sekcją rytmiczną wpada w ucho ( najbardziej pamiętam z występu w Kruszwicy 2005) i zaskakuje długą sekwencją zabawy vocoderem. Zdecydowanie najbardziej sekwenserowy utwór.
    Path 5 unosi nas na głębię obszarów wyobraźni. Jeśli lubisz jak dźwięk zniewala cię, powoduje że wyciszasz się i relaksujesz wpadając w trans, czujesz jak muzyka powoduje na ciele gęsią skórkę, wchłania Ciebie w swój wykreowany świat to wzorcowy przykład jak to uczynić.
    Tytułowe kolejowe ścieżki wiodą nasz umysł w zróżnicowane światy fantazji czarując swym pięknem każdego kto potrafi docenić estetykę tej muzyki. Ta próba wskrzeszenia analogowych brzmień (artysta wykorzystał wszystkie dostępne mu takie instrumenty), swoisty sentymentalny powrót do dawnych inspiracji eksploduje niesamowitym potencjałem jaki w sobie ona kumuluje. Swoboda z jaką generuje taką muzyczną podróż, to jak smacznie miksuje wszelkie związane z tym nurtem ingrediencje poraża.

    Dariusz Długołecki



    Pogodny arpeggiowy motyw otwierający płytę przyciszonym głosem może skojarzyć się - być może to sugestia tytułu Railroad Paths - z introdukcją do Europa Endlos z Trans Europa Express grupy

    Kraftwerk

    . Wkrótce na elektronicznych meandrach kładzie się głos prowadzącego instrumentu, a nastrój dość szybko przechodzi w nieco bardziej ponury i deszczowy. Zza okien pociągu Słuchacz przygląda się pociemniałemu krajobrazowi, w którym często widać znajome kształty (wypunktowywane melodyjnym ostinatem), innym razem wszystko rozpływa się w abstrakcyjny obraz (podkreślony amuzycznymi pulsacjami w szóstej minucie impresji). Z drugą częścią suity przyspieszamy tempo podróży, jednocześnie pogoda wydaje się pogarszać, jest jeszcze ciemniej, a w poruszającym finale utworu czekamy na zapomnianym skrzyżowaniu torów na zmianę, która nieuchronnie musi nadejść - póki co jednak, towarzyszy nam szara, osowiała pieśń "melotronowych chórów", robiąca podobnie duże wrażenie jak Silent Sorrow in Empty Boats

    Genesis

    . Spodziewana zmiana nadciąga wraz z żelazistym ostinatem trzeciej impresji, w które wpleciona zostaje oddalona, atrakcyjna elektroniczna "koloratura" w wysokim rejestrze. Jeszcze przed czwartą minutą na scenę wkracza ścieżka perkusyjna, a w oddalonych elektronicznych wirach dochodzi do kilku przeładunków i przerejestrowań akordowych tonacji. W podróży zaczyna nam ponadto towarzyszyć vocoderowa melorecytacja. "Tor 4" to najdłuższa impresja w zestawie, jednocześnie zaś swoistego rodzaju zwrotny punkt tego koncepcyjnego albumu: w trakcie trwania utworu rozpoznamy atrakcyjną polifoniczną sekwencję z poprzedniej impresji, tym razem jednak docieramy do niej z innej strony i przy innej pogodzie... Finałowy utwór najwięcej ma wspólnego z początkami "Szkoły Berlińskiej", przynosząc fantastycznie oniryczne pejzaże, bazujące na nieregularnych akordach, mające w nastroju coś z Mysterious Semblance at the Strand of Nightmares

    Tangerine Dream

    . Pod koniec kompozycji wprowadzi nas w trans ścieżka rytmiczna utkana z przetworzonego stukotu kół pociągowych, a ostatnie dwie minuty zwiastują koniec podróży w deszczu i odważniejsze promienie słońca. Wieńczące album Robotic Missions to idealny utwór do wykrojenia na promujący całość singel: krótka, rytmiczna impresja przepełniona perkusyjnymi poświstami i warkotami, vocoderową partią wokalną, stereofonicznym fazowaniem metalicznych sekwencji - wreszcie, pojawia się tu najbardziej z całego albumu wpadająca w ucho konstelacja melodyczna, bardzo miła dla ucha fanów wspominanej na początku

    Kraftwerk

    . Znakomita płyta, po medytacyjnej i wyciszonej Vita Contemplativa Litania ukazanie zorientowanego na rytmiczne sekwencyjne struktury oblicza

    Konrada Kucza

    .

    Igor Wróblewski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł
  • Yarek | Noc na zamku

    Yarek | Noc na zamku

    Bestseller Super cena

    Pod ksywką Yarek, ukrywa się pochodzący ze Szczecina Jarosław Degórski. Album Noc Na Zamku to miks nagrań studyjnych i koncertowych. Te drugie zarejestrowane zostały podczas Olsztyńskiego Lata Artysycznego, które odbywało się na tamtejszym zamku. W fakturze muzycznej Yarek śmiało nawiązuje do Szkoły Berlińskiej w duchu Tangerine Dream. Nie brak też odniesień do ambientu wypromowanego przez wytwórnię Fax. Echa Wolframa Spyry, Pino i Wildjamina są dość czytelne. Yarek nieźle też buduje klimat science-fiction, w ostatnim utworze na płycie Misja Na Marsa. Udany album godzący elektroniczną tradycje z nowoczesnym ambientem. Ta "noc" brzmi intrygująco i może nieźle zamieszać w głowach. Niby nic tu odkrywczego, ale sprawne połączenie kilku patentów dało efekt co najmniej intrygujący.

    R. M.



    To swoista reedycja tytułu, który Jarek Degórski własnym sumptem wydał w zeszłym roku, a którą żegna się z el-sceną odchodząc w stronę muzyki spod znaku techno/trance. Nie wiem na ile na tą decyzję miały wpływ wydarzenia po Elektronicznym Woodstocku 2008, jak dla mnie niesmaczne, ale znając Jarka charakter nie rzuca słów na wiatr. Czwarta odsłona wydawnictwa Generator jak przy poprzednich płytach powala mnie stroną graficzną. Tutaj ukłon w stronę Michała Karcza, który dba o wizualną część tej serii od pozycji numer 1.
    Od strony muzycznej - punktem wyjścia dla tej płyty jest występ podczas OLA w 2007 roku, który Jarek dał na zaproszenie Andymiana - Andrzeja Mierzyńskiego. Dwa pierwsze kawałki to znakomite berlińskie klimaty - La Orkestra sięga po stylistykę trance'ową a drażni mnie w niej jak i na Ambient II nadużywanie sampli językowych, które mocno już Degórski eksploatował na poprzednich krążkach. Niepotrzebnie - Yarek jest do nich zbyt przywiązany nie omieszkał nawet znowu wykorzystać tekstu mówionego przez Cate Blanchett w Lord Of The Rings (The world is changing. I feel it in water...etc) co już zrobił na płycie Global... Degórski prezentuje bardzo interesujący set w charakterystycznym dla siebie przestrzennym sekwenserowaniu z pogłosem niesamowicie brzmiący zwłaszcza na słuchawkach, grając jak zwykle elektronikę twardą, bez zabawy w subtelności. Na koniec pojawia się mój ulubiony Degór, który pierwotnie otwierał pierwszą odsłonę projektu Contemporary Electronic Soundscapes (wkrótce trzecia część) czyli Misja na Marsa - przearanżowana straciła trochę swój lwi pazur pierwowzoru - pewno mam takie odczucie przyzwyczajony do starej wersji. Ogólnie muzyczne pożegnanie z el nurtem jak najbardziej godne polecenia.

    Dariusz Długołęcki



    Krótka zapowiedź - przedstawienie artysty i tytułu jego dzieła - po czym natychmiast wpływają na scenę pierwsze syntezatorowe światła, mżące mandarynkowo-brunatną poświatą. Pierwsza część suity to fantastyczne sekwencjonowanie w stylu kojarzącym się nieco z Redshift, głównie za sprawą atrakcyjnych półtonowych poślizgów i jaskrawej barwy sekwencera. Mrok oparty jest na transowej sekwencji, przeplatanej elektronicznie generowanymi szumami, poświstami i niepokojąco przyspieszonymi oddechami. Podobnie jak w poprzednim utworze, wszystkie plany dźwiękowe są atrakcyjnie zagospodarowane, przykuwa też uwagę stereofoniczna przestrzenność impresji. La Orkestra to lekkie przyspieszenie tempa i pojawienie się na scenie beatów - w ogólnym zarysie panująca tu atmosfera kojarzy się z obiema częściami Xangadix Pino i Wildjamina, nadal jednak więcej tutaj sekwencyjnego ducha aniżeli wypraw w stronę zdeklarowanego acidu czy trance'u. Głosowe sample, przywołujące na myśl Kiew Mission Tangerine Dream, atrakcyjnie wtapiają się w tło i na swój sposób również narzucają utworowi tempo. Właśnie te głosy pełnią rolę pomostu między La Orkestra a kolejną impresją, Ambient 2. Proponowany pod tym tytułem "ambient" ma naprawdę sporo wspólnego z winylowym frankfurckim ambientem sprzed piętnastu lat... Bardzo atrakcyjnie pożenione zostało sekwencyjne fazowanie w lekko opóźnionym tempie z bezbeatowym abstrakcyjnym podkładem w duchu muzycznego science-fiction. Live to przede wszystkim hipnotyzująca sekcja rytmiczna, zmysłowe ostinato o średnim tempie oraz cała paleta pobocznych efektów dźwiękowych - być może odkrywamy właśnie, iż piwnice tajemniczego zamku prowadzą do tajnego, zapomnianego przez wszystkich kosmodromu? W każdym razie sporo tutaj zardzewiałej zagadkowości, przekornie balansującej między zgłębianiem przeszłości a futuryzmem... Ambient to kolejne miłe zaserwowanie typowo berlińskich patentów, brzmiących tu jednak zdumiewająco świeżo i po prostu natychmiast wpadających w ucho. Berlin już samym tytułem sugeruje, w jakim kierunku wybieramy się z naszymi wizualizacjami i muzycznymi skojarzeniami - a jednak jak na ironię nie jest to wcale najbardziej "berliński" utwór w całym zestawie, Yarek zaprasza do zwiedzenia eksplorowanej raczej przez (pochodzącego z Kassel) Wolframa Spyry aniżeli Klausa Schulze lub Tangerine Dream strony Berlina. Finałowa Misja na Marsa to dość długa sekwencyjna impresja, w której nie zabrakło miejsca ani dla pompujących ostinat, ani dla raczej ambientalnych klimatów, ani dla odpowiedniej porcji mroku i niepewności tego, co odsłoni kolejny odcinek trasy... 50 minut Nocy na zamku robi naprawdę duże wrażenie.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł
  • Tomasz Zawadziński | Sounds Like Pictures

    Tomasz Zawadziński | Sounds Like Pictures

    Bestseller Super cena

    Kolejny krajowy artysta odświeżający ducha klasycznej elektroniki. Sounds Like Pictures to album, po który śmiało mogą sięgnąć fani Tangerine Dream czy Klausa Schulze. Zawadziński w pięciu dość długich kompozycjach, sięga po sprawdzone patenty. Sekwencerowe pulsacje, zgrabne melodie, solówki na analogowych syntezatorach i klubowe bity w kończącym album Running Through The Rhytm. Po kosmicznych krajobrazach kreowanych w większej części płyty to spore zaskoczenie. Brzmi niczym reanimowana wersja elektro popu z lat 80. Może to trop którym artysta podąży na kolejnym albumie? Póki co mamy ponad godzinną, udaną płytę gdzie klasyczna elektronika nie jest jedynie wspomnieniem z przeszłości, ale wciąż żyje własnym życiem.

    R. M.



    Już przy pierwszym przesłuchaniu płyty Tomasza Zawadzińskiego faktycznie trudno nie zgodzić się, iż jego muzyka brzmi niczym obrazy - impresje artysty są wyjątkowo "wizualizacjogenne" i na dodatek silnie zakorzenione w nowatorskiej, nie bojącej się nowych eksploracji odmianie berlińskiego sekwencjonowania. Tak na przykład pierwsza połowa tytułowego utworu przynosi wysycenia z miejsca kojarzące się z niepokojącymi, bezprecedensowymi pustyniami dźwięku w rodzaju Ultima Thule Part 2 Tangerine Dream, podczas gdy druga część przenosi Słuchacza do rytmicznej krainy pulsujących, często zmieniających rejestr sekwencji, onirycznych arpeggiowych obłoków oraz fantastycznie intuicyjnie otwartego improwizowania. Impulses of Abyss urzeka przede wszystkim metaliczną, flangerową atmosferą, w której to rozpuszczają się, to znów tężeją zagadkowe sekwencje. Tło jak zwykle zagospodarowane jest przez kojarzące się z pradawnymi "Różowymi Latami" Tangerine Dream akordowymi plamami niczym rodem ze snu Salavdora Dalí. Lekkie zwolnienie tempa przy jednoczesnym wprowadzeniu na scenę bardziej chropawych, metalicznych i przesterowanych dźwięków ma miejsce w Walk towards Sequencer. Ten 19-minutowy utwór przynosi równocześnie chwilę zamyślonego uspokojenia na pierwszym planie, jak i większego napięcia w "podskórnej strefie". Krótka impresja Swamps of Reverb to zarazem jeden z najatrakcyjniejszych momentów albumu, znów bardzo sugestywna obrazowo porcja tym razem raczej ambientu niż elektroniki sekwencyjnej, przywiewająca garść brzmień o barwie podobnej tym przewijającym się przez kompozycję Lore Paula Nagle. Finałowe Running thru the Rhythm to udana próba połączenia wpływów typowej elektroniki sekwencyjnej i plastyczności bardzo wczesnego Tangerine Dream z elementami IDM i wyrafinowanego trance'u bazującego na subtelnym, za to urozmaiconym programmingu. W taki sposób u zwieńczenia albumu spotykają się tradycja i nowoczesność: miejmy nadzieję, iż po to, aby zawiązać atrakcyjny punkt wyjścia do kolejnych audioposzukiwań Tomasza Zawadzińskiego, których efekt oby niedługo można było usłyszeć na kolejnej, podobnie interesującej płycie...

    I. W.


    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł
  • Marek Biliński | Fire

    Marek Biliński | Fire

    Super cena

    Pierwsze trzy utwory Szalony koń (nadaje się na powerplay), Czad i Ostrze ognia to mocny dynamiczny rock elektroniczny, z pogranicza punku i progresywnego rocka - są powrotem Bilińskiego do korzeni jeszcze sprzed solowego Ogrodu Króla Świtu. Świetnie nadają się do głośnego słuchania podczas jazdy samochodem. Uwagę przykuwają gitarowe riffy i błyskotliwe solówki na Minimoogu Vayager i na VL1, oraz niesamowicie ukręcony głos Marka w Czadzie. Dramatyczny utwór Kwiaty krwi jest pełen pasji i głębi. Dzieli płytę na dwie części.
    Od Strumienia iskier wchodzimy w melodykę. Jeszcze w Wielkich łowach w środkowej części na chwilę pobrzmiewają progresywne zwroty, ale zmierzamy do lżejszego grania. Błyski kolorów I to romantyczny fortepian zawieszony w przestrzeni, może stać się hitem. Gdzie rodzą się gwiazdy to z kolei lekki, wirtuozowski utwór z szybką perkusją i finezyjnymi sekwencjami na Voyagerze i VL. Błyski kolorów II mieni się teraz innymi barwami, ponieważ Marek Biliński napisał do niego nowy temat na głos z chórem, przez co utwór zyskał nową aurę.

    z materiałów producenta

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,31 zł
  • Aquavoice | Cold

    Aquavoice | Cold

    Bestseller Super cena

    Lodowate przestrzenie, śnieg, chmury, pęknięta tafla jeziora na okładkowym zdjęciu. Ukrywający się pod nazwą Aquavoice, Tadeusz Łuczejko stara się wywołać w głowie słuchacza, obrazy niekończącej się zimy. I przez blisko 70 minut trwania tego albumu, to się udaje. Artysta nie silił się zbytnio na wydumane tytuły, owe "zimno" przedstawił tu w 13 odsłonach. Jest coś z ducha nagrań Biosphere, Briana Eno, ale Łuczejko sięga do inspiracji Tangerine Dream z okresu takich albumów jak Rubycon czy Ricochet. Owe wtręty rodem ze Szkoły Berlińskiej, nieco ocieplają lodowatą atmosferę tej płyty. W sumie to znakomita podróż dla wyobraźni odbiorcy, ta muzyka sama kreuje obrazy i prowokuje do wyświetlania ich w głowie.




    Za projektem Aquavoice ukrywa się Tadeusz Łuczejko - realizator dźwięku, plastyk, twórca muzyki elektronicznej. Już pod koniec lat 70. zaliczył start w zespole Pracownia Trójwymiarowych Marzeń. Koncertował m.in. z Tomaszem Stańko, Markiem Hołoniewskim czy Józefem Skrzekiem. Od 2003 roku organizuje i nadzoruje festiwal Ambient w Gorlicach.
    Album Cold to siódma pozycja w jego dorobku. Łuczejko próbuje zespolić tu brzmienia ambientowe z klasyczną elektroniką. Uderza spokój i chłód muzyki, niczym w nagraniach Biosphere. Z czasem w tych zimowych pejzażach pojawiają się cieplejsze dźwięki. Te niby orientalne wstawki każą myśleć o odniesieniach do berlińskich klasyków w rodzaju Tangerine Dream (szczególnie albumu Ricochet). W sumie to udana symbioza, Łuczejko świetnie zinterpretował oba bliskie sobie nurty. Trudno oczekiwać odkrywania nowych terytoriów, ale ta wybitnie kontemplacyjna i ilustracyjna muzyka przynosi całkiem miłe chwile.




    Za dużo neofolku płynie ostatnio przez moje uszy - zaczynam przez to być antypatyczny, socjopatyczny, i gderliwy. Na powrót nienawidzę ludzi, ich otępienia umysłowego i syndromu stadnego, a z drugiej strony skrajnego debilizmu potęgowanego dodatkowo roszczeniową postawą wobec każdego najmniejszego aspektu egzystencji na tym świecie. Na szczęście po ratunek nie trzeba sięgać zbyt daleko - dzięki nieodżałowanemu Generatorowi, o swoim istnieniu przypomina światu projekt Aquavoice, którego główną siłą sprawczą jest pan Tadeusz Łuczejko, artysta-działacz wielu talentów, a także popularyzator muzyki elektronicznej w klasycznym jej obliczu. Projekt nie kryje się ze swoimi motywatorami - wystarczy przeczytać we wkładce komu składane są dzięki za pośrednie przebudzenie Aquavoice do życia twórczego - jednakże zamiast doszukiwać się w Cold ech elektroniki z lat dawnych, proponuję skupić się na jej niezwykle giętkim, wieloetapowym, chirurgicznie zaaplikowanym przekazie.
    Nie ma najmniejszych wątpliwości, że Aquavoice nie zatrzymał się w miejscu, i od czasu Electronic Music zdążył upłynąć odpowiednio długi czas potrzebny do rozwinięcia umiejętności, zgrania się, nabrania odpowiednich zachowań, czy też ostrzenia zmysłów estetycznych. Niezwykle miło jest obserwować postęp jaki dokonuje artysta nie tylko w merytorycznej sferze swojej muzyki, ale ogólnego oddziaływania siłą swojego talentu na słuchacza. Cold oferuje spacer wśród snów, niepokojów, lęków, wspomnień, ideałów, marzeń o przyszłości, w zasadzie gdzie tylko chcecie. Cold dzieje się wszędzie tam, gdzie nie ma przyziemnego tu-i-teraz, wysyłając słuchacza po gazetę sprzed dwudziestu kilku lat, lub wywołujac omamy typu o.o.b.e. Owszem, kto zechce usłyszy tu i Tangerine Dream (z różnych okresów), i Kraftwerk, a może nawet Biosphere; ale tak naprawdę liczy się niecodzienna elektroniczna estetyka zaaranżowana w kalejdoskopowy ciąg tematyczny kolejnych instalacji drogi przez wyobraźnię. Napawa pozytywną chęcią na więcej, warto.




    Nowa propozycja Łuczejki wydana przez Generator.pl jako Gen CD 002 zachęca do nabycia klimatyczną okładką. A treściowo? To wzorcowa postać ambientu, którą można używać jako wskazania jak powinna brzmieć płyta tego gatunku. Dla mnie osobiście to najciekawszy Aquavoice dystansujący jak dotąd dla mnie najciekawszy album Water Music. Jest tu wiele znakomitych rzeczy. Zwróciłbym uwagę na Cold 5, staromodne solówki w Cold 6 czy oniryczne 10 no i fenomenalne Cold 13. Tak naprawdę Cold jest warm - ciepłe pastele miło relaksują. Polecam.

    Dariusz Długołęcki



    Niespiesznie formują się spokojne elektroniczne obłoki, z czasem dochodzi garść porządkujących rytmicznie całość odgłosów ni to natury, ni to elektronicznej cywilizacji... Tak zaczyna się ta niezwykła płyta. Z czasem wykluwają się dodatkowe tony, zawsze precyzyjnie dobrane, świadczące o nieprzeciętnym wyczuciu nastroju. Spacerujemy przez las, zagłębiamy się coraz bardziej w zieloną głuszę; dźwięki są z jednej strony niewątpliwie elektronicznie generowane, a z drugiej - tak bliskie naturze i tak z nią zgrane... Do końca trzeciej impresji Aquavoice prowadzi nas przez oniryczne pejzaże w takt swego miarowo przepływającego baśniowego ambientu pożenionego z ambitną, naprawdę sugestywną wizualizacyjnie muzyką relaksacyjną; na wysokości czwartego utworu pojawia się powolne, majestatyczne ostinato, do którego lgną melancholijne fortepianowe akordy oraz frapujące syntezatorowe wyiskrzenia - jeśli nadal to ambient, to w takim znaczeniu tego słowa, w jakim twórcą ambientu jest Klaus Schulze w utworze Blanche. Dziwaczna, mroczna, zgrzytliwa miniatura piąta zaburza spokój, ale w finale przynosi garść bardzo miękkich, orzeźwiających akordów w durowej tonacji, przepuszczonych przez podobnie surrealizujące filtry jak w Baby I'm Electric Sylvie Marks. Do końca płyty towarzyszyć będzie nam fortepianowo-subtelnie elektroniczny nastrój zadumy, nienachalnie a pomysłowo wzbogacony raz po raz powracającymi przekształconymi dźwiękami natury oraz pobocznymi tonami powiększającymi przestrzeń muzycznego przeżycia. Można się tutaj oczywiście dosłuchać wpływów Harolda Budda, Briana Eno, Tetsu Inoue (zwłaszcza znakomity utwór 12!) a także być może Michaela Stearnsa czy nawet (tego najbardziej kontemplacyjnego) Kitaro, ale Aquavoice podaje wszystko w wyjątkowo świeży, oryginalny i - najważniejsze - przekonujący sposób. Cold to jedyny w swoim rodzaju relaksujący, ale jednocześnie przecież mrowiąco niepokojący ambient z wykorzystaniem toniki zaawansowanej elektroniki nie aż tak abstrakcyjnej - płyta wysoce godna polecenia.

    I. W.


    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł
  • Konrad Kucz | Vita contemplativa - litania

    Konrad Kucz | Vita contemplativa - litania

    Bestseller Super cena

    Konrad Kucz to postać nietuzinkowa na rynku polskiej elektroniki. Niegdyś członek grupy Futro, teraz udziela się w projekcie Nemezis. To jednak nie przeszkadza mu w realizacji własnych muzycznych wizji. Trwająca blisko godzinę płyta Litania, to pełne ukrytych znaczeń dzieło, odnoszące się do muzyki sakralnej. Za pomocą elektroniki, Kucz maluje nieskończenie piękne, majestatyczne przestrzenie. Sampluje chóry benedyktynów z Tyńca, co i raz zerkając w kierunku chrześcijańskiej muzyki liturgicznej. Przy tym stara się wywołać atmosferę powagi i skupienia. To coś na kształt muzycznej modlitwy, w której Kucz stara się oddać stan ducha, pogrążonego w żarliwej wręcz modlitewnej ekstazie. W ten sposób niczym estoński mistyk muzyki poważnej, Arvo Pärt, sam Kucz zgłębia meandry duchowości przynosząc istne ukojenie na niespokojne czasy. Warto!




    Cudowna płyta mili Państwo! Konrad Kucz nie tylko powraca w wielkim stylu, popełniając najlepszy zbiór dźwięków własnego chowu jaki miałem okazję słyszeć, ale także stanowi debiut wydawniczy Generatora, dotychczas doskonałego dystrybutora klasycznej maści elektroniki i nie tylko. Nie będę wnikał która i czego jest to część - to nie ma znaczenia w konfrontacji umysłu z muzyką piękną, poważną, a jednocześnie nie hermetyczną, odizolowaną od rzeczywistości. Konrad Kucz to stara szkoła syntezatorów, ta która winna kojarzyć się z Schulze, Froese, itd. Latamy zatem wgłąb duszy i umysłu, pozwalamy przenikać się falami kosmicznych ambientów, a pięknu i podniosłości przyspieszać krążenie krwi. Ale, ale - nie tak do końca. Kucz nikogo nie stara się imitować, nie wysyła w kosmos żadnych rakiet, lecz umieszcza swoją muzykę wraz z jej obrazotwórczą energią w pustym kościele, w którym roznoszą się kantaty kleryków biorących udział w nabożeństwach wewnętrznych, nie dla ludu. Panuje zatem niezwykłe skupienie, pokora, a jednocześnie wytężona praca membrany chłonącej jak gąbka przekaz wizualno-myślowo-dźwiękowy niczym katolicki rytuał z udziałem halcjonu. To pewnie siła sugestii, ale jest w tej muzyce coś niezwykle kojarzącego się z modlitwą, z przenoszeniem umysłu i serca w w inną przestrzeń, gdzie Stwórca przemawia do duszy nie korzystając ze słów. Niezwykły jest koloryt zgromadzonych tu nagrań, chociaż ich nazewnictwo i numeracja mogą sugerować jednostajność i monotonię. Klasyczność środków nie stoi także w sprzeczności z atrakcyjnością albumu, który brzmi świeżo i w pewien szalony sposób oryginalnie, niecodziennie, na nowo czarując urokami keyboardu bez liter i cyfr. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby taka właśnie muzyka rozbrzmiewała w kościołach podczas nabożeństw - więcej jest w niej dialogu z absolutem niż w trakcie jakiejkolwiek mszy. Gorąco zachęcam wszystkich ateistów.




    Podniosłe, przydymione akordy wypełniają całą ledwo oświetloną przestrzeń: majestatyczna elektroniczna zaduma to nastrój, w który Konrad Kucz umiejętnie wprowadza Słuchacza już pierwszymi dźwiękami swej niezwykłej, zamyślonej, wręcz intymnej płyty. Piękne alternacje patetycznych, ale nie przesadzonych akordów, zaaranżowane na elektroniczne organy oraz chóry nie pozostawiają wątpliwości, iż dzieło Kucza to poruszające, sekwencyjne Stabat Mater na miarę XXI wieku. Gdyby chcieć jakoś przybliżyć tę muzykę stylistycznie, można by pokusić się o stwierdzenie: Henryk Mikołaj Górecki spotyka Wolframa Spyrę z płyty Meditationen - ale to tylko niedoskonałe przybliżenie. Zgadza się jednak, iż formalnie Vita Contemplativa Litania to bardziej przyczynek to nowoczesnej muzyki symfonicznej, podczas gdy od aranżacyjnej strony płytą niniejszą Kucz pokazuje, jak świeżo można instrumentować większe formy muzyczne, nie wymyślając przy tym na pozór niczego nowatorskiego. Cała suita porusza, zatrważa, przejmuje - ale i dodaje nadziei, optymizmu. Tak czy inaczej - nie brak tutaj miejsca dla dużych i ważnych emocji. Jeśli - podkreślmy to jeszcze raz - całość nie jest przerysowana, przesadzona, udało się artyście osiągnąć naprawdę wiele. Miłośnicy wytrawnego sekwencjonowania naprawdę również nie będą zawiedzeni - zwróćmy uwagę choćby na wspaniałą (tylko, że trochę za krótką) Litanię 8...

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    24,00 zł
  • Sampler Tangram 1

    Sampler Tangram 1

    Bestseller Super cena
    Wydany nakładem X-Serwis składak o wymownym tytule Tangram 1, sumuje dokonania polskiej sceny muzyki elektronicznej z połowy lat '90. Ten czas nie był dobry dla gatunku zapoczątkowanego przez Klausa Schulze i Tangerine Dream. Panosząca się wówczas muzyka techno, skutecznie torpedowała zabiegi twórców korzystających z doświadczeń wspomnianych klasyków. Ci jednak nie złożyli broni, pokazali co mają w zanadrzu. Wśród tych najważniejszych można takie uznane w tym światku nazwiska jak: Artur Lasoń, Kyanis, Władysław "Gudonis" Komendarek, Korneliusz Matauszek, Piotr Paciorkowski. Większość z nich balansuje między sekwencyjną elektroniką, rockiem i popem. Ich inspiracją jest twórczość Tangerine Dream, Klausa Schulze, Jean Michel Jarre'a czy Isao Tomity. Muzyka daleka od ówczesnej gorączki rave, jaka panowała w połowie lat '90. Wyżej wspomniani jak i cała reszta, korzysta z tych szlachetnych wzorców, jakie kształtowały muzykę elektroniczną. Rzecz warta posłuchania i poznania, bo w końcu to namacalny raport kondycji tej sceny z tamtych lat. Jednakże ten album ma wybitnie wspominkowy charakter, mimo tego można śmiało go sobie zapodawać.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    9,99 zł
  • Moogazyn

    Moogazyn

    Bestseller Super cena

    Płyta wydana z okazji 10-lecia Klubu Miłośników Muzyki Elektronicznej i Medytacyjnej. Piękna nazwa klubu wywołuje refleksje nad zawartością tej płyty. Muzykę medytacyjna niewątpliwie reprezentują: Cosmogony, Dwie kobiety - fantazja, J.K. 150, Der Drachenberg - Probe 1. Wielka szkoda, że ten ostatni jest niefortunnie wyciszony. Pozostałość ma być muzyką elektroniczną. Czy aby jest? Chyba niektórzy zapomnieli, że termin "muzyka elektroniczna" już ma niewiele wspólnego z wykonywaniem na instrumentach elektronicznych. Jeśli mylę się to disco-polo (tfuj!) to też el-muzyka. Na takie warczenie jak Warczyk potrzeba Szczęśliwego Nowego Worku aby wysłać Brzegiem Styksu na Isle. Piszland pachnie bardzo późnym Tangeine Dream, a Random Realities wczesnym. Na tej płycie wszystkiego jest po trochu, od Jarre'a do..., chciałoby się napisać Schnitzlera - niestety nie mamy tak znakomitej plejady el-muzyków. Na koniec jest Znak Wysłuchania. Artur, może jakiś nowy tytuł. Proponuję "Znak przebudzenia". Podsumowując, płyta udana, warta posiadania przez każdego polskiego fana, a już na pewno przez bywalców podupadającego, niestety, KMMEiM.


    Turecky

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    9,99 zł
  • Mikołaj Hertel | Polskie Jesienie

    Mikołaj Hertel | Polskie Jesienie

    Bestseller Super cena
    Kiedy usłyszałem w radiu o nowej płycie Mikołaja Hertla Polskie jesienie, pomyślałem sobie: "Może być nieciekawie. Od Ezoterica minęło niewiele czasu. Czy nowy krążek nie okaże się po prostu nudny?". Moje obawy w pewnym stopniu rozwiała pobieżna prezentacja w trójkowym Top TLENIE. Jednak dopiero wysłuchanie całości, pozwoliło jako tako ułożyć myśli. Dlaczego tylko jako tako? O tym niżej.
    Wymieniona w tytule płyta wywołała we mnie niestety mieszane uczucia. Z jednej strony jest to nadal ten Mikołaj Hertel, jakiego lubię. Z drugiej strony odnoszę wrażenie, że w twórczości tego artysty coś cicho zgrzytnęło. Zawartość krążka jest sprawnie i przemyślnie skonstruowana. W ramach własnych "jesiennych" kompozycji, są ujęte ciekawe (i okraszone instrumentarium charakterystycznym dla artysty) transkrypcje kilku znanych dzieł polskich kompozytorów z dość szerokiego przedziału czasu (zaczyna się od Pożegnania ojczyzny - Ogińskiego, kończy na Pamiętasz była jesień - Kaszyckiego). I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że utwory autorstwa Mikołaja Hertla wydają się nieco odcinać, od pozostałych, niesionym przesłaniem. Niby wszystkie odwołują się do jesieni i nostalgii (w pozytywnym znaczeniu), ale gdzieś jednak unosi się niejaki "zgrzyt", trochę trudna do określenia nierównowaga pomiędzy poszczególnymi częściami. Tym samym obraz muzyki zawartej na płytce staje się trochę mało zrozumiały, a intencje artysty są ledwie zauważalne (własne kompozycje miały spełniać rolę klamry, spinającej całość; jest wręcz odwrotnie). Trudno powiedzieć co byłoby lepsze. Zrezygnowanie z transkrypcji, czy z osobistych dodatków? W jednym i drugim przypadku płyta by wiele straciła, ale też by wiele zyskała. Byłaby po prostu inna, może nawet lepsza. Powstaje pytanie czy był sens produkowania takiego wydawnictwa. Tak, ale pomysł wydaje się niedopracowany. Dobrze, że to co trafia do rąk słuchaczy, nie zniechęca dodatkowo swoją długością (41 minut). Jaka jest więc moja konkluzja? Prawdę mówiąc ogarnęło mnie małe rozczarowanie. Podejrzewam, choć mogę się mylić, że Mikołaja Hertla opanowała jesienna atmosfera. Zaistniała niepohamowana chęć tworzenia i została zaspokojona, ale efekt w takim przypadku jest przeważnie inny od zamierzonego. Nostalgia podsuwa pomysły, które są po prostu ... smutne, choć w swej istocie piękne. Dlatego też jeśli ktoś chce się zasmucić niech słucha, reszcie odradzam.

    El-Skwarka


    Mikołaj Hertel to jeden z moich szczególnie ulubionych polskich muzyków. Nazywany czesto ,,polskim Kitaro,, - nie bez przyczyny, bo komponuje naprawdę utwory warte wysłuchania. Łagodne frazy, do tego równa linia melodyczna przy zachowanym delikatnym rytmie wprawia w refleksyjny nastrój i zapewnia niepowtarzalny klimat. W czasach, w których często dominuje agresywny i ciężki rock e-l muzyka pana Mikołaja jest jak balsam dla zagonionego i nie majacego dużo dla siebie czasu człowieka XXI wieku. Może kompozytor zaskoczy nas jeszcze wizją wiosny lub lata choć te jesienie brzmią na tyle ciepło, że jesień w moim domu w wykonaniu pana Hertla może trwać cały rok. Niecierpliwie czekam na nowe, równie dobre propozycje, nowe albumy, słuchaczy zaś zapraszam do tego subtelnego świata, który należy do Hertla ale przecież znamy go wszyscy. Jedyny kłopot byłby jedynie w przypadku próby wydania albumu BEST OF MIKOŁAJ HERTEL...., bowiem jak można wybrać diament pośród tylu brylantów?

    Mariusz

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    9,99 zł