Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Reactive

(13 albumów)
12 Następna strona Ostatnia strona
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Tangerine Dream | Official Bootleg Series v.2

    Tangerine Dream | Official Bootleg Series v.2

    Tangerine Dream to już historia, zatem warto pokopać w ich bootlegach bowiem z czasem okazują się one "esencją" brzmienia tej grupy. Wraz ze świetlnymi spektaklami, w parze szła znakomita muzyka. Seria Official Bootleg Series świetnie wprowadza nas w ten świat, oferując przy okazji unikalne zapisy z koncertów. Druga część przynosi aż cztery płyty i rejestracje z dwóch występów. Pierwsze dwie to rejestracje z Paryża, dokonane 6 marca 1978 roku. Jedne z niewielu dokonane w unikalnym składzie: Edgar Froese, Chris Franke i Steve Joliffe, na perkusji zagrał Klaus Krieger. Grupa bliższa jest rockowej formule jaka zdominowała dosyć kontrowersyjny album Cyclone. Okazuje się jednak iż w koncertowej, bardziej improwizowanej i otwartej formule wypadają zdecydowanie lepiej. Kolejne dwie płyty z tego wydawnictwa to zapis z Berlina Wschodniego, dokładniej z 31 stycznia 1980 roku. To kolejny niezwykle twórczy kolektyw: Edgar Froese, Chris Franke i Jochannes Schmoelling. To właśnie dołączenie do składu Schmoellinga sprawiło, iż Tangerine Dream złapali "drugi oddech". Nieco lżejsza formuła przełożyła się na bardziej popowe brzmienie, ale też i skłonność do uzupełniania ich poszukującymi dźwiękami. Takie płyty z tego okresu jak: Tangram czy Exit to przecież żelazny kanon grupy. Na owym koncertowym secie przebijają się fragmenty znane ze wspomnianej wyżej płyty Tangram, uzupełnione improwizatorskimi wycieczkami. Fragmenty z tych właśnie koncertów wypełniły takie późniejsze płyty jak: Quichotte (1980) i Pergamon (1986). Znakomite, elektroniczne granie, podszyte koncertową energią transmitowaną wprost do publiczności.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 4CD


    141,32 zł
  • Tangerine Dream | Official Bootleg Series v.1

    Tangerine Dream | Official Bootleg Series v.1

    Bestseller
    Gdzie szukać dzikiego i nieokiełznanego oblicza Tangerine Dream? Poza pierszymi studyjnymi albumami, już chyba tylko na ich koncertowych bootlegach z tego okresu. Dosyć specyficzne to wydawnictwa, nagrywane nielegalnie, często kiepskiej jakości. Jednak tym co decyduje o ich niezwykłości jest historyczna wartość i niepowtarzalna atmosfera. Obydwa aspekty są cechą pierwszego z planowanych boxów opatrzonego tytułem Official Bootleg V. 1. Tangerine Dream bodajże w swoim najlepszym składzie: Edgar Froese, Christopher Franke i Peter Baumann. Na całość składają się aż cztery dyski, dwa z nich przynoszą zapis niesławnego koncertu jaki odbył się katedrze we francuskim Reims w 1974 roku. Dosyć eksperymentalny set, Tangerine Dream byli jeszcze wpół drogi między chaotyczną awangardą a sekwencyjnymi teksturami. Dźwięk nie zawsze jest czysty, czasem się rwie bądź zanika. Ale sama muzyka i atmosfera była doskonała. Jednakże z racji ogromnego ścisku publika częstokroć załatwiała swoje potrzeby fizjologiczne wewnątrz świątyni. Wybuchł skandal, katedrę trzeba było ponownie wyświęcać a grupa stała się celem ataku dostojników z Watykanu. Dwa kolejne dyski przynoszą koncert z października 1976 roku z Mannheim położonego w Zachodnich Niemczech. Muzyka nie jest już taka surowa i dzika, zdecydowanie bardziej przystępniejsza i poukładana. Prawdziwe i esencjonalne dziełko wprost z elektronicznego undergroundu. Tangerine Dream rozpoczynają swój lot w muzyczny kosmos. Mimo tego te improwizowane sety nadal posiadają tę specyficzną dozę szaleństwa i tchną prawdziwą pasją odkrywania nowych, nieznanych lądów.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 4CD


    141,31 zł
  • Tangerine Dream | Bootleg Box v.1

    Tangerine Dream | Bootleg Box v.1

    Bestseller

    Zdecydowanie obowiązkowa jazda dla wszystkich fanów Tangerine Dream. Okres, a właściwie skład zespołu z największej świetności czyli Peter Baumann, Edgar Froese, Chris Franke. Jak na bootleg przystało jakość nagrań jest mówiąc oględnie słaba (wyróżnia się na plus zestaw 2), ale wszak nie o to chodzi tak naprawdę - te płyty to unikalne nagrania niepublikowanych koncertów i każda z nich to rarytas w zbiorach fonoamatorów.
    Set 1 to Tangerine Dream jakie znamy z pierwszych płyt - zestaw świstów, zgrzytów i niekończących się sampli - psychodeliczne odgłosy alternatywnych stanów świadomości.
    Set 2 z zapowiedzią legendarnego dj-a John'a Peel'a , który bardzo pomógł Tangerine Dream w zaistnieniu w eterze i przysporzeniu im fanów na Wyspach Brytyjskich. Podobne brzmienie do zestawu 1 ale już bardziej uładzone.I nagle w 3 części przechodzą mnie osobiście ciarki - pojawia się charakterystyczne , pulsujące, zapętlone brzmienie mandarynek, po którym zawsze można było potem ich rozpoznać. Nie kryję, że ten set najbardziej mi przypadł do gustu.
    Zestaw 3 - zaskoczenie - początek i... ależ to dźwięki z Ricochet! W zmienionej formie, z wieloma ozdobnikami dużo dłuższa (ponad 50 minut) wariacja materiału, który posłużył do nagrania jednej z najlepszych płyt w historii gatunku.Tak, to właśnie występ w Croydon Fairfield Halls w pażdzierniku '75 i koncert z Francji zostały wykorzystane na albumie Ricochet!
    Show z Hiszpanii (set 4) - gdyby Edgar Froese miał dojście do lepszej jakości materiału pewno mielibyśmy z tego kolejny "Live in..." czego pojawia się u Tangerine Dream ostatnio dużo - cóż odcinanie kuponów od sławy... bo niestety im dalej w las, czytaj lata '90 i teraz, tym bardziej goni w piętkę... ale to tylko dygresyjka - set 4 poprawny, miło posłuchać jak szaleje publiczność.
    Set 5 z Berlińskiej Filharmonii to głównie zabawa mellotronem - ciekawy.
    Zżerany ciekawością na pewno kupię vol. 2 - zestaw 1 gorąco polecam!
    Darek Długołęcki



    Zestaw nagrań koncertowych z lat 1974-76 to pozycja,którą gorąco polecam.To lata świetności zespołu a zarazem czas kiedy rock elektroniczny coraz bardziej torował sobie drogę. Muzyka przypadnie do gustu starym "wyjadaczom", ale także powinna spodobać się młodszym słuchaczom.Tego trzeba po prostu posłuchać.

    WIESIEK

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 7CD


    171,07 zł
  • Tangerine Dream | Tyger

    Tangerine Dream | Tyger


    Niektórzy uważają, że wokalne popisy Jocelyn Smith z wysoce melodyjną naturą kompozycji składających się na Tyger to kolejny etap staczania się w komercję przez Tangerine Dream. Uważam że to wielce krzywdząca opinia abstrahując już dyskusyjny fakt, że komercja nie może być sztuką. Tak jak nie przepadam za innymi płytami tej grupy z wokalem tak teksty preromantyka Blake'a i świetny głos J.B. Smith plus ładne, niebanalne melodie (też macie skojarzenia z Laurie Anderson?) wyróżniają na tej płycie i tytułowy Tyger a zwłaszcza London. Lepiej by się chyba stało gdyby ta kompozycja znalazła się jako klamra spinająca tą płytę na jej końcu. Jak dla mnie Alchemy Of The Heart, Smile, 21st Century Common Man wytracają moc tych utworów. Co oczywiście nie znaczy że są złe wprost przeciwnie to bardzo dobre kawałki o zmiennych, ciekawych klimatach. Zresztą pierwotnie na LP nie było kompozycji ostatniej i płyta zawierała tylko jeden utwór bez wokaliz (Alchemy Of My Heart).

    Dariusz Długołęcki


    Otwierający płytę utwór tytułowy jest bodajże najwiekszym zaskoczeniem: miękkie akordy spowijają kojącą melodię intonowaną przez wokalistkę Jocelyn B. Smith. Głos Smith w tym nagraniu skojarzyć się może z głosem Nikki "B" Bentley śpiewającej w pojedynczych piosenkach Mike'a Oldfielda z płyt Earth Moving oraz Heaven's Open - ma surowe piękno i siłę, co daje się usłyszeć mimo ogólnej delikatności utworu. W drugim utworze - London - także nie zabrakło partii wokalnych, ale trudno nazwać ten utwór konwencjonalną piosenką. O ile poprzednia impresja to po prostu przyczynek Tangerine Dream do (dobrego) popu, o tyle London jest już wielowątkową suitą o dużej sile wyrazu, trudną do gatunkowego zaszufladkowania. Na dobrą sprawę można sobie wyobrazić ten utwór bez większych przeróbek na którejkolwiek wcześniejszej płycie Tangerine Dream: gdyby zaś linię melodyczną wiedzioną przez Smith zastąpić partią gitary albo syntezatora (że o melotronie już nie wspomnę), impresja ta mogłaby być jedną z największych ozdób dowolnego albumu z okresu 1975-1978! Główny motyw zbudowany jest na niebywale atrakcyjnym, nośnym klawiszowym riffie, z którym świetnie splata się głos narratorki Smith, tutaj pokazującej całą gamę środków wyrazu. Epizody zawierające ścieżki wokalne ukazują słuchaczowi mroczny, zamglony, otulony zimowymi oparami Londyn ze wszystkimi swymi zakamarkami, podczas gdy następujące pomiędzy zwrotkami sekwencje instrumentalne rozładowują napięcie i dodają kompozycji nieco dziennego światła.
    Chciałoby się powiedzieć już, że London jest najlepszym utworem na Tyger… ale potem rozbrzmiewa najprawdziwszy klejnot, 12-minutowa instrumentalna impresja “Alchemy Of The Heart”. Nastrój tego utworu jest podobny co w przypadku pięknej, frapującej kompozycji Canyon Voices z trudno dostępnego longplaya Canyon Dreams, a wiele sekwencji kojarzyć się może też z muzyką barokową, zwłaszcza za sprawą kunsztownych fug, wyrafinowanych progresji oraz brzmień elektronicznych "klawesynów" i "obojów" prowadzących skomplikowaną melodię świadczącą o niesłabnącej inwencji muzyków Tangerine Dream. Chociaż poprzedniej kompozycji nie można nic ująć, chyba to właśnie Alchemy Of The Heart jest głównym powodem, dla którego koniecznie trzeba poznać lp. Tyger…
    Następny utwór na pewno najmniej zapada w pamięć przy pierwszym przesłuchaniu, ale kolejne spotkania z tą miniaturą pozwolą odnaleźć w niej coś fascynującego. Jest to kolejna piosenka, Smile, z matową melodią rozpościerającą się na nocnym, falującym tle spokojnych akordów.
    Finałowa impresja, podzielona na dwie części kompozycja 21st Century Common Man, nie zdobiła winylowej wersji albumu Tyger, a szkoda, bo to znów jeden z najciekawszych momentów całego wydawnictwa. W części pierwszej uwagę przykuwa migotliwe ostinato, nanizane na ruchliwą ścieżkę perkusyjną, melodycznie odsyłające do czasów Encore albo nawet Ricochet. Część druga zbudowana jest na wyrazistym, opływowym basowym riffie, którego brzmienie nie może nie skojarzyć się z muzyką King Crimson z okresu "kolorowej trylogii" (Discipline, Beat, Three Of A Perfect Pair). (Odwołanie do King Crimson może być w ogóle zamierzone, ponieważ tytuł kompozycji chyba siłą rzeczy kojarzy się z 21st Century Schizoid Man grupy Roberta Frippa.) Dodatkowa atrakcja finałowej impresji albumu to partia gitary o niespotykanym dotąd na płytach Tangerine Dream brzmieniu, bardziej rozchwiana i obła w kształcie.
    Nie należy zważać na opinie wielu krytyków, tylko zapoznać się z muzyką wypełniającą lp. Tyger, jako że pojawia się tu całkiem sporo elementów wnoszących coś nowego do twórczości berlińskiego projektu, natomiast elementy nawiązujące do wcześniejszych pozycji w dyskografii Tangerine Dream zalśniły tutaj nader silnym i wcale wdzięcznym blaskiem. Tak nawiasem mówiąc, uważam przede wszystkim, iż jest to bardziej udana płyta niż Cyclone (1978)…

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    55,76 zł
  • Tangerine Dream | Le Parc

    Tangerine Dream | Le Parc


    Nagrana w studio na przełomie stycznia i lutego 1985 roku w końcowej fazie obecności J. Schmoellinga (ostatni wspólny studyjny album - nie licząc Kyoto). Jest to zarazem pewien punkt zwrotny w historii Tangerine Dream mamy tu odejście od długich 20 minutowych suit w stronę kilkuminutowych melodii. Froese chciał stworzyć album inspirowany podróżami i przeżyciami zespołu i wybór padł na muzyczną opowieść o parkach i ogrodach, które odwiedzili.
    Najciekawsza płyta tematyczna Tangerine Dream.
    Myślę że jej siłą jest to, że mamy tu zbiór różnych brzmieniowo i dźwiękowo melodii mających odzwierciedlić, albo właściwie przełożyć na język muzyki odczucia jakie rodzą się na widok różnych znanych miejsc odpoczynku wśród zieleni. Na wstępie mamy piękną muzyczną historię o lasku bulońskim chyba moją ulubioną na tej płycie, potem energiczną, zdynamizowaną opowieść o wplecionym w industrialny moloch Central Parku w NY. Park Gaudiego w Barcelonie kojarzy się z podziwem dla przestrzeni i formy. Tiergarden - słychać ukojenie i spokój jaki towarzyszy pobytowi w tym miejscu - no i zapewnie nostalgię - wszak to Berlin. Zen Garden w Kyoto oddany jest w klimacie... zen właśnie czyli swoiste medytacyjne dźwięki i nastrój wyciszenia i wewnętrznego spokoju. Kolejne amerykańskie miasto moloch czyli LA i kolejny park którego nastrój najlepiej recenzuje wstęp - odgłos przelatującego samolotu pasażerskiego - jest głośno, szybko, dynamicznie. Londyński Hyde Park rozpoczyna się udziwnionymi dźwiękami - no cóż znany jest głownie jako miejsce nieskrępowanych tyrad na nieraz absurdalne tematy, potem już jest sugestywne przedstawienie jego charakteru - nie jest to wyciszony ogródek ale też nie hałaśliwe miejsce a'la parki amerykańskie. Nowoczesność słychać też w opowieści z Sydney ale nie jest ona aż tak akcentowana jak w parkach USA. Finałowy Yellowstone to dowód na to że Ameryka ma jeszcze dzikie, nie zdominowane przez wpływ cywilizacji olbrzymie tereny - ten temat wyraźnie oddaje choćby przez wokalizę (uwaga! To Claire Torry znana z Great Gig In The Sky na Dark Side Of The Moon!) obraz olbrzymiej przepięknej przestrzeni.
    Trio Froese, Franke, Schmoelling wypuszczało po kilka płyt rocznie - można je sobie raczej podarować - ale zawsze zdarzała się jedna perełka . Rok 1985 przyniósł właśnie tę znakomitą płytę.

    Dariusz Długołęcki



    Pierwszy park… Matowe elektroniczne echa wzdychające wspak rozpoczynają utwór zbudowany na posuwistym, gęstym rytmie, który co jakiś czas przeszyty zostaje ciągnącą się syntezatorową wstegą. Na tle wyrafinowanego akompaniamentu pojawiają się kształtne pasaże akordów i dwudźwięków, składających się na atrakcyjną melodię przywołującą ducha płyty Exit. Gdy akordy zataczają kolejne kółko, w tle przewijają się rozimprowizowane westchnienia syntezatorowych tonów w wysokim rejestrze oraz rozkładające się nieregularnymi stukotami perkusyjne ornamenty.
    Drugi park… Melodia osnuta zostaje wokół bardzo chwytliwego tematu, aranżacja jest wręcz barokowo rozpisana na rozmaite elektroniczne głosy, dodatkowym zaś atutem jest wyjątkowo żywa ścieżka perkusyjna. Ten park kipi życiem, obok rozkwitających jak na przyspieszonym filmie klombów i drzew podziwiać może słuchacz przemarsz kolonii mrówek, uwijające się pszczoły, niestrudzenie konstruujące fraktalowe sieci pająki…
    Trzeci park… Skaliste obramowanie parku, wypunktowywane masywnym, szklistym akompaniamentem perkusyjnym nadciągającym w nieregularnych akcentach, przeczesywane jest syntezatorowymi reflektorami, kreślącymi pogodne świetliste smugi ukazujące rosłe sekwoje w coraz to innych odcieniach.
    Czwarty park… Zamyślone fortepianowe dźwięki przechadzają się słoneczną jesienią po rozległych trawnikach i zostawiają na nich różnokolorowe liście. Jest to najspokojniejszy, najbardziej kojący harmonicznie fragment całej płyty.
    Piąty park… Dźwięki oddają się medytacji w kontemplacyjnym orientalnym ogrodzie zawieszonym w pustej, rozgwieżdżonej przestrzeni. Oddalony żeński głos intonuje wokalizę, kreślącą w ciemnym powietrzu kształty trzcin, płaskich kamieni i wyliniałych w popołudniowym słońcu pagod. Syntezatory szkicują kontury czerwonych i złotych karpii, przepływających majestatycznie przez niezliczone sadzawki. Gdzieś w oddali przycupnęło wygięte w półksiężyc drzewko, w innym kącie zawieszonego w mżącej gwiazdami pustce niesamowitego ogrodu widnieje ocieniony żirowy pagórek tchnący zadumą i spokojem.
    Szósty park… Najbardziej "przebojowo" brzmiąca opowieść z całej płyty zbudowana jest z dwóch tematów, nanizanych na dynamiczną ścieżkę perkusyjną. Pierwszy temat to pogodny, niemal triumfalny motyw wyrazistego pierwszoplanowego syntezatora - drugi temat podsunięty zostaje przez migotliwe, lekko przymglone sekwencery tętniące znakomitym ostinatem odsyłającym wspomnienia słuchacza do mandarynkowych snów z drugiej połowy lat siedemdziesiątych.
    Siódmy park… Po przestrzeniach wyjątkowo kolorowego parku buszuje gromada dzieci zaciekawionych konsystencją kasztanów, fakturą pni, kolorami opadłych liści. Ta muzyczna opowieść jest napisana miękkimi, pogodnymi, niemal wesołymi i beztroskimi dźwiękami, sama nie jest jednak infantylna ani banalna: grupie Tangerine Dream udało się po prostu zaproponować nader sympatyczną i lekką melodię ubraną w pomysłową i przestrzenną aranżację.
    Ósmy park… Pod wieczornym niebem słuchacz przechadza się, by w opustoszałym grudniowym parku znaleźć choć jedną ławkę, której nie przykryłaby gruba, nieforemna czapa iskrzącego się śniegu. Latarnie mżą sinawym światłem niskich syntezatorowych tonów składających się na główną melodię, nieco poszarzałą, stęsknioną, przybladłą, migoczącą tonem zimowej melancholii. Warto wsłuchać się w nieco rozpłynięte, ołowiane tło, dopełniające wizualnie sugestywnego wrażenia.
    Ostatni park… W tym gigantycznym ogrodzie wszystko wydaje się być skonstruowane w skali większej, niż zwiedzający słuchacz się spodziewał: podziwiamy ogromne liście i grube liany powiewające za podmuchem ciepłego wiatru, bezkresne trawniki, klosze olbrzymich latarń królujące dumnie na wysokości dachów wieżowców. Kiedy słuchacz przejdzie już połowę parku siedmiomilowymi krokami powolnego rytmu, wsłuchany w splecioną z fortepianowym motywem chwytliwą żeńską wokalizę, rozpostrze się przed jego oczami niesamowita rzeczna panorama przecinana nowoczesnymi mostami zdającymi się rozpływać w niesamowitych wieczornych chmurach. W tej majestatycznej impresji udało się zawrzeć niebywale dużo przestrzeni…

    I. W.



    To pierwsza płyta w moim życiu, którą wysłuchałem i nagrałem w całości na monofonicznym szpulowym magnetofonie. Było to jesienią 1985r.w programie III Polskiego Radia. Co prawda rok wcześniej usłyszałem kilka nagrań Tangerine Dream, ale od tej płyty poważnie zainteresowałem się muzyką zespołu. Chciałem koniecznie poznać wcześniejsze ich płyty. Po blisko 10 latach kupiłem płytę kompaktową LE PARC, była to pierwsza moja płyta kompaktowa. Płyty słucha się z przyjemnością chociaż odbiega klimatem od płyt wcześniejszych, głównie tych drugiej połowy lat 70.

    ...



    Płyta niesamowita, bardzo klimatyczna. Też od niej zaczynałem swoją edukację Tangerine Dream, kiedy to pare dobrych lat tamu J. Kordowicz odtworzył w Trójce niemal całą.

    ...

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    55,76 zł
  • Tangerine Dream | Pergamon

    Tangerine Dream | Pergamon


    Ten materiał znalazł się najpierw bez tytułu na LP zawierającym dwie suity Quichotte Part 1 i 2 - wydany przez wschodnoniemiecką Amigę - a kiedy jej prawa do niego wygasły w 1986 nowa wersja zaistniała w wytworni Virgin na cd jako Pergamon. Szczerze mówiąc ten winyl kurzy się gdzieś u mnie w piwnicy jaki i inne winyle i nie pamiętam (może ktoś podpowie?) czy te dwie pozycje czymś się różnią - wyczytałem że niby remiksowano tę na cd. Bardzo ciekawa pozycja w dorobku Tangerine Dream z przyczyn także pozamuzycznych - materiał to wycinek z koncertu w Pałacu Republiki w NRD-owskiej części Berlina, tutaj odbywały się zjazdy partii i różne agitki - w tym miejscu pierwszy raz komunistyczny rząd zezwolił na koncert zespołu ze zgniłego moralnie Zachodu. Po drugie to debiut koncertowy Schmoelling'a w Tangerine Dream (31.01.1980). Froese zwierzał się w wywiadzie, że nie chciał z tego robić politycznego wydarzenia a jedynie dać ludziom dobry koncert. Przebieg przydziału biletów kojarzy się mocno z koncertem w Pekinie JMJ - większość biletów otrzymali partyjni bonzowie i ich świty z rodzinami - reszta biletów dla zwykłych ludzi rozeszła się w pięć minut...
    Najbardziej cenię sobie część pierwszą - fortepianowe intro to jedna z piękniejszych solówek Tangerine Dream - zagrał ją Schmoelling wyśmienicie, wprowadza element błogiej zadumy... potem już odważniej, z towarzyszeniem sampli by znowu się wyciszyć - bardzo piękny fragment. Potem już dochodzą do głosu syntezatory i płynie typowo berlińskie brzmienie, trudno tu coś wyróżnić, całość jest na równie dobrym poziomie.Jak dla mnie trochę odstaje część druga której większość sprawia wrażenie trochę przynudnawej albo inaczej - nie za wiele wnoszącej do gatunku.

    Dariusz Długołęcki




    Płytę otwiera wyrazisty motyw fortepianowy zbudowany na intrygującej sekwencji poczerniałych akordów. Krótka parafraza o wyrafinowanej kolorystyce prowadzi do chwytliwego, optymistycznego wątku, który zdobi pierwszą część suity Tangram, pojawiając się mniej więcej w jej połowie. Don Kichot odkłada na bok swoje zakurzone rycerskie księgi, by z dumną mina samemu przywdziać zbroję i hełm, po czym dosiąść wyschniętego, zrezygowanego konia jawiącego mu się jako najprzedniejszy rumak. Bohaterowi opowieści Quichotte przy jego wyjeździe w świat towarzyszy słońce i bezchmurne niebo. Krzywe płoty obejść ciągną się fortepianowymi motywami, ścieżka wybrukowana jest motoryczną syntezatorową sekwencją. Stopniowo nadciągają pierwsze chmury, rozsmarowywane kwaśnymi plamami instrumentów klawiszowych na tle mętniejącego nieba. Sceneria nabiera posiwiałych, przyciemnionych kolorów niczym z obrazów Rembrandta. Sekwencery mżą mollowymi promieniami, gęstnieje linia basu, utwór wpada w coraz bardziej dynamiczne rozkołysanie. Między 11. a 12. minutą dociera do uszu Don Kichota terkot wiatraków, z którymi przyjdzie mu stoczyć bitwę na śmierć i życie. Niepomny na ostrzeżenia swojego towarzysza dosiadającego markotnego osła, Don Kichot rusza do boju w takt wspaniałych arpeggiowych sekwencji wygasających echem upartych mollowych akordów, padających ciężkimi kroplami trochę podobnie jak w tle utworu Cloudburst Flight (Force Majeure, 1978). Walka jest nierówna - szerokie ramiona wiatraków obojętnie wymierzają ciosy coraz bardziej strudzonemu bohaterowi, który w końcu pada jak bez życia, wzniecając tumany oszołomionego pyłu...
    Pośród tej zwolnionej, osowiałej pylnej zawiei rodzi się druga część utworu; unoszące się coraz wyżej kłęby elektroakustycznego, amuzycznego kurzu prowadzą wkrótce słuchacza do pogodniejszego pasażu. Niestrudzony Don Kichot zażył wspaniały balsam na gojenie wszelkich ran i gotów jest, by przeżywać dalsze przygody w Mandarynkowym Świecie. Napotkana grupa życzliwych bohaterowi ludzi pozoruje kolejne walki, w których Don Kichotowi przyjdzie okryć się chwałą. Syntezator intonuje dynamiczny, prężny, akordowy motyw, w takt którego pobłyskuje chwacko miska golibrody, nie będąca przecież żadną miską, tylko wspaniałym hełmem Mambryna: Edgar Froese szarpie struny lekko przesterowanej gitary i rozpoczyna się długa, triumfalna, nieco gniewna solowa partia improwizowana, opowiadająca kolejne zdania o Don Kichocie na tle upartej, żywej rytmicznie sekwencji. Utwór dobiegnie końca właśnie w tym euforycznym nastroju, zmierzając do zbudowanej z eleganckiej sekwencji durowych akordów podniosłej konkluzji... Krótki szum oklasków.. Apoteoza obłędu bohatera muzycznej opowieści, czy podziw dla rychłego otrząśnięcia się z szaleństwa?... Tak czy inaczej, teraz ajlepiej włączyć płytę jeszcze raz od początku...

    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    55,76 zł
  • Tangerine Dream | Electronic Meditation

    Tangerine Dream | Electronic Meditation


    Jeśli utwór Genesis potraktować jako muzyczną ilustrację narodzin stylu Tangerine Dream, zaprezentuje się on nader ekstrawagancko i interesująco. Słuchacze, którzy postanowili siegnąć po tę płytę znając dokonania Tangerine Dream z okresu współpracy z wytwórnią Virgin (a zwłaszcza te jeszcze późniejsze…), mogą czuć się zaskoczeni i zaniepokojeni konstelacjami atonalnych akordów, upiornymi wiolonczelowymi mirażami i zadymionymi, posępnymi improwizacjami organowo-gitarowymi… Na materiale wypełniającym debiutancką płytę udało się już członkom Tangerine Dream odcisnąć własne piętno, ale raczej jest to piętno niestrudzonych eksperymentatorów i ekscentrycznych poszukiwaczy Nastroju, niż muzyków dążących konsekwentnie do przedstawienia własnej, niepowtarzalnej wizji muzyki elektronicznej. Lepiej: ta muzyka jest niewątpliwie niepowtarzalna, ale ze względu na aurę niesamowitości i spontaniczności, nie zaś ze względu na fakt, że nikt nie próbował wcześniej bądź później eksperymentować z podobnym wynikiem na polu budzącej się coraz śmielej do życia muzyki elektronicznej…
    Utworom brak stałego rytmu - pasaże perkusyjne pojawiają się znienacka, prowadząc oszołomionego słuchacza przez kolejne labirynty i zostawiając go tam, pełnego niepewności, wsłuchującego się w dwuznaczne, niesamowicie brzmiące kolejne wątki dźwiękowe. Jest na tej płycie tylko kilka fragmentów zbudowanych na wyrazistych figurach rytmicznych - a te zdecydowanie więcej mają wspólengo z awangardowymi odmianami muzyki rockowej aniżeli z (szeroko nawet rozumianą) muzyką tworzoną przy pomocy aparatury elektronicznej. Te wyraziste, kipiące energią fragmenty to perkusyjno-gitarowe, zgrzytliwe, frapująco hałaśliwe motywy z utworów Journey Through A Burning Brain i Cold Smoke, świadczące o sporej fascynacji wśród muzyków Tangerine Dream twórczością takich zapewne artystów jak Pink Floyd, Emerson, Lake & Palmer bądź Robert Wyatt z okresu The End Of An Ear. O ile grupa Kraftwerk koncentrowała się w podobnym czasie na intrygujących kolażach dźwiękowych najchętniej generowanych z przedmiotów ściśle niemuzycznego użytku, o tyle muzycy Tangerine Dream potrafią przy wykorzystaniu dość tradycyjnego instrumentarium poszerzać skale muzyczne i środki ekspresji w niewiarygodny sposób, w niebywałym stopniu.
    Słuchacz przemieszcza się wraz z płynącą zdumiewającym strumieniem muzyką Tangerine Dream przez zakątki Kosmosu, spogląda na otoczenie oczami embrionu, przygląda się światu zdeformowanemu przez przesterowane solaryzacje i pretensjonalne negatywy… Brzmienia organów są fascynująco rozkołysane i płynące, barwa gitary jest wspaniale chropawa i przydymiona, a perkusja odzywa się niespodziewaną ilością to zagniewanych, to przytłaczających, to podniosłych, to groteskowych głosów… Spotkanie trójki wybitnych muzyków nie zaowocowało syntezą elementów typowych dla zainicjowanej później pierwotnej solowej działalności Klausa Schulze ani dla wczesnej twórczości Cluster - wprost przeciwnie, Electronic Meditation stanowi nową jakość i jest płytą nie do powtórzenia. Pierwsze przesłuchanie tej płyty musi wywołać ogromne wrażenie - kolejne przygody z tą płytą mogą to wrażenie pogłębić, wysubtelnić i spotęgować…
    Na pewno jest to album, który dopiero przy którymś spotkaniu odsłoni większy rąbek swej tajemnicy, zmyślnie ukrytej za ścianami odważnie zestawainych dźwięków… a w całości nie pozwoli się chyba odkryć nigdy…

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    57,45 zł
  • Tangerine Dream | Alpha Centauri (deluxe)

    Tangerine Dream | Alpha Centauri (deluxe)


    Flażoletowy, minorowy, rozsypany trójdźwięk otwiera tę płytę i jeszcze kilkakrotnie przewinie się przez kompozycję Sunrise In The Third System. W tej krótkiej impresji odsłania się przed słuchaczem zimna otchłań z widniejącym gdzieś w oddali wypolerowanym, osowiałym guzikiem jako słońcem… Ściany organowych dźwięków mogą skojarzyć się z transowymi kompozycjami Pink Floyd; na frapujące tło składają się niemuzyczne brzmienia, przemieszczające się szumiącymi falami by przykryć wyłaniający się raz po raz powracający gitarowy trójdźwięk.
    Następny utwór rozgrywa się symultanicznie na dwóch zupełnie różnych planach: jeden z nich to nostalgiczna, zaśnieżona, powolna, organowa melodia o tęsknym brzmieniu - drugi plan to kipiący, eksplozywny podkład perkusyjny, stereofonicznie wibrujący, huczący i przyćmiewający w ostatnich chwilach utworu całą resztę dźwięków. Oba plany wydają się nie do końca współgrać, ale rezultat zderzenia tych dwóch dźwiękowych światów jest niesamowity... Idea przyświecająca muzykom tworzącym suitę Fly Collision... była taka, by przeciwstawić sobie ścieżki dźwiękowe nagrane niezależnie, w oddzielnych pomieszczeniach, ale połączone wspólnym "nerwem", wspólną emocją towarzyszącą instrumentalistom konstruującym swe kosmiczne improwizacje. Wrażenie pogłębiają fletowe tryle, które na tle hipnotycznej skargi organów i szalejącej perkusji raz wydają się melancholijne, raz pogodne, raz złośliwem raz przekorne - potrafią albo ukoić słuchacza, albo rozbudzić w nim niewytłumaczalny lęk...
    Najbardziej zagadkowy i najtrudniejszy do zgłębienia jest jednak główny poemat, ponad 22-minutowa kompozycja dająca tytuł całej płycie. Prowokacyjnie dysonansująca polifonia fletowo-syntezatorowa otwiera całą suitę, prowadząc słuchacza przez zwęglone labirynty, jakie mógł by namalować HR Giger. Następnie dociera się do pasażu, w którym główny plan wypełnia mistyczna recytacja, topiąca się w natłoku gniewnie wzbierających brzmień instrumentów - po czym rozpoczyna się fascynująca koda, zdominowana przez niezwykle brzmiący chór. Czy to chór teutońskich rycerzy wjeżdżających w sinej mgle na zamarznięte jezioro, by stoczyć bój z wojskiem Aleksandra Newskiego? Czy to chór przybyszy z Kosmosu, spoglądających na Ziemię przez niezrozumiale dla nas funkcjonujące filtry niepokojących urządzeń obserwacyjnych? A może to chór istot z zaświatów, śpiewający swą pełną grozy i tęsknoty pieśń o brzasku, tuż przed zakończeniem trapiącego snu?...
    Ta płyta zawiera już mniej elementów nasyconych typowo rockową ekspresją niż Electronic Meditation, z drugiej strony nie dominują tu jeszcze pierwiastki statycznej melancholii rozsiane w przestrzeni albumu Zeit. Album ten brzmi w największym stopniu niepowtarzalnie i tak świeżo i uniwersalnie, jak by czas dlań się zatrzymał - a przecież ten zbiór nagrań awangardowych nawet jak na dzisiejsze standardy muzyczno-atmosferycznych rozwiązań powstał już 33 lata temu...

    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    55,42 zł
  • Tangerine Dream | Underwater Sunlight

    Tangerine Dream | Underwater Sunlight

    Odejście Johannesa Schmoelinga, było dość sporą utratą krwi dla Tangerine Dream. Gdy Froese poszukiwał jego następcy, wybór padł na klasycznie wykształconego muzyka z Austrii, Paula Haslingera. Ten pianista dał się poznać na Underwater Sunlight z jak najlepszej strony. Mimo iż materiał był już złożony do kupy, Haslinger jednak tu zgrał. To niezwykle delikatna i nastrojowa płyta. Właśnie kapitalne, subtelne melodie wygrywane na fortepianie, są niczym krople deszczu uderzające o tafle wody. Mimo iż to cały czas elektronika, wszystko na tym albumie brzmi jakby bardziej akustycznie, bez tej całej mechanicznej otoczki. Aż trudno uwierzyć iż tercetowi udało się wykreować tak intymny i odrealniony klimat. A ostatni Undrwater Twilight to finał godny prawdziwych mistrzów. Później jakby wena twórcza się nieco ulotniła i zachwytów nad kolejnymi albumami grupy było sporo mniej.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    55,76 zł
  • Tangerine Dream | Atem - deluxe

    Tangerine Dream | Atem - deluxe


    Jeżeli Tangerine Dream myślą o podreperowaniu nadszarpniętego wizerunku, jaki się ciągnie za nimi przez ostatnie lata, to wznowienia pierwszych płyt to strzał w dziesiątkę. Wydany oryginalnie w 1973r album Atem pokazuje zespół jako bezkompromisowych eksperymentatorów nie bojących się igrać z formą. Albumy wcześniejsze takie jak: Electronic Meditation, Zeit czy Alpha Centauri zawierały muzykę tworzoną intuicyjnie. I w sumie pokazały światu siłę ludzkiej wyobraźni ukrytej w nieskrępowanej niczym improwizacji. Album Atem lokuje się jeszcze po tej awangardowej stronie, chociaż muzyka Tangerine Dream nie jest już tak chaotyczna i dzika. Już otwierający całość utwór tytułowy, może posłużyć jako jedną z pierwszych elektronicznych form jakie grupa rozwinęła później. Rytualnie bijące bębny i nieco ciemne tonacje syntezatorów, tworzą iście apokaliptyczny klimat. Mimo iż Edgar Froese, Chris Franke i Peter Bauman nieco wypolerowali swoje brzmienie, nadal trudno uznać dźwięki z Atem za miłe dla ucha. Mimo to album odniósł całkiem spory sukces. Jego wielkim orędownikiem był słynny brytyjski, radiowy DJ, John Peel. Sam nieustannie przez całe swoje życie śledził nowe trendy, a muzyka z Atem zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Dla ekipy Froese'go to pierwszy krok do porzucenia chaotycznych, improwizowanych form i skierowania się ku muzyce bardziej sformalizowanej brzmieniowo. Kamieniem milowym okazała się wydana w 1974r płyta Phaedra zwiastująca narodziny elektroniki sekwencyjnej. Album Atem wyposażony jest w dodatkowy dysk. Tu zespół udostępnił wcześniej niepublikowany materiał koncertowy. Zarejestrowany 29 listopada 1973r w Deutchlandhalle w Berlinie. Ten 40-minutowy set pokazuje zespół jako niestrudzonych improwizatorów, którzy na scenie nadal trzymają się formuły grania intuicyjnego. To dosyć kostropaty brzmieniowo materiał pokazujący, iż ówczesny koncertowy Tangerine Dream wcale nie stępił pazura i nadal pozostawał w awangardzie ówczesnego rocka.

    R. M.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 2CD


    65,50 zł
12 Następna strona Ostatnia strona