Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Vangelis

(48 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Vangelis | Rosetta (2LP)

    Vangelis | Rosetta (2LP)

    Nowość Bestseller

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2LP


    127,15 zł
  • Vangelis | Earth (LP)

    Vangelis | Earth (LP)

    Słuchając dynamicznej scieżki rytmicznej i elektryzujących riffów introdukcji Come On można przypuszczać, iż słucha się nagrania Led Zeppelin (z okresu trzeciej płyty) albo T. Rex, ale na pewno nie Vangelisa! Utwór otwierający mocnym akcentem album Earth nie zaskoczy już jednak aż tak bardzo wszystkich tych, którzy zdążyli się już zapoznać choćby z płytą Phos sygnowaną: Socrates with Vangelis. Sporo na Earth elementów ocierających się o stylistykę Socratesa, niemniej jednak już od pierwszego przesłuchania niniejszy album wydaje się w porównaniu z Phos dużo dojrzalszy, ciekawszy, bardziej urozmaicony. Szczególnie interesująco brzmi utwór We were all uprooted, balansujący między free-jazzem a rockiem progresywnym - to byłby znakomity fragment ścieżki dźwiękowej do filmu A. Kurosawy Rashomon. Po tajemniczej, deszczowej impresji konstrukcyjnie i muzycznej już nie tak odległej od późniejszej muzyki Vangelisa słyszymy utwór, z którego wyłoniła się Bacchanale, otwierająca album Heaven & Hell. W kolejnych utworach znów fascynować będzie nas połączenie zachmurzonych gitar, grzechotliwych instrumentów perkusyjnych oraz najbardziej zdumiewających dodatków rodem z egzotycznego snu. Balladowe, wokalne fragmenty mają nawet coś z atmosfery A Pillow of Winds Pink Floyd (Meddle, 1971). Dla wszystkich miłośników dobrej, otwartej na eksperymenty i aranżacyjne poszukiwania muzyki, Earth jest pozycją obowiązkową, natomiast dla słuchaczy znających tylko najnowsze płyty Vangelisa będzie to na pewno duża niespodzianka, może w niektórych przypadkach zbyt duża, ale dobra muzyka pozostaje dobrą muzyką: na pewno warto poświęcić tej płycie uwagę.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    98,52 zł
  • Vangelis | Blade Runner (LP)

    Vangelis | Blade Runner (LP)

    Vangelis ponownie mnie zaskoczył, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Kolejne jego płyty zawsze mnie zachwycały i przynosiły moc niesamowitych wrażeń (wspomnę tu The City). Tak też jest i tym razem. Ta płyta jest jednak wyjątkowa i to nie tylko z powodu nawiązań do wspaniałego filmu Ridleya Scotta. Takiej dawki nastroju, klimatu i zwykłego piękna w vangelisowskim sosie muzycznym nie słyszałem od dawna. Wynika stąd wniosek, iż Vangelis jest jak dobre wino - im starsze, tym lepsze.
    Ścieżki dźwiękowe mają to do siebie, że muzyka na nich zawarta powinna stanowić składową część filmu. W przypadku Łowcy androidów Vangelis poszedł dalej: jego muzyka i film Scotta stanowią pewnego rodzaju amalgamat. To połączenie sprawia, że nie można słuchać muzyki nie myśląc o filmie i nie oglądać filmu nie ulegając urokowi kompozycji Vangelisa. A uroku jak już wspomniałem, muzyka to posiada wyjątkowo dużo. W zestawie nagrań znajdują się trzy utwory, które znane są już z wcześniejszej płyty Vangelisa Themes, a mianowicie Memories of Green (ten kawałek kompozytor opublikował już w 1980r. - See You Later), Love Theme, i Blade Runner. Jako, że te utwory są już znane skupią się na pozostałych nagraniach. Najbardziej niesamowite wrażenie sprawia (moim skromnym zdaniem) utwór Blade Runner Blues - najpełniej oddający klimat filmu; wprost trudno oprzeć się nastrojowi tej najdłuższej na płycie kompozycji, co ciekawe stworzonej bardzo prostymi środkami. Rachel's Song to kolejna perełka na tym soundtracku - nostalgiczna wokaliza Many Hopkin uzupełniona o typowo vangelisowskie dźwięki (fortepian "udający" spadające krople deszczu). Wait for Me to równie piękny utwór, choć już może nie tak nastrojowy. Tales of the future to przede wszystkim popis wokalny starego kompana Vangelisa, Demisa Roussosa - faceta, który zawsze kojarzył mi się z łzawymi utworami o miłości (jestem chyba niesprawiedliwy - są przecież jeszcze nagrania Aphrodites Child). Opowieści przyszłości brzmią dzięki niesamowitemu głosowi Roussosa jak apokaliptyczna wizja. W trzy utwory Main Titles, Blues Response i Tears in Rain zostały umiejętnie wplecione dialogi bohaterów filmu. To bardzo dobry pomysł i wart naśladowania. Całość wizerunku muzycznego Blade Runnera dopełnia "tandetna piosenka barowa" (to moje określenie) One more kiss, dear - mimo swej oczywistej banalności nie drażni zmysłu słuchu (to chyba kwestia przyzwyczajenia). Ta płyta to przykład ciągłej ewolucji muzycznej Vangelisa. Mimo tego ewoluowania nadal jest wierny korzeniom swych fascynacji muzycznych i nie ulega wpływom wszelakich mód i tak powszechnej obecnie komercji, która zabija prawdziwą muzykę (nie tylko elektroniczną).

    Marcin Pirek


    Rok 1982 przyniósł Vangelisowi szczyt sławy i długo oczekiwane uznanie jako kompozytora muzyki filmowej. Jego ścieżka dźwiękowa do Chariots Of Fire przez 15 tygodni utrzymywała się na pierwszych miejscach amerykańskich list przebojów, aby w końcu zdobyć Oskara. W tym wspaniałym dla siebie okresie w Londynie Vangelis przygotowuje muzykę do innego wielkiego przeboju kasowego - Blade Runnera, opowieści science fiction wyreżyserowanej przez Ridleya Scotta, w której główne role zagrali: Harrison Ford i Rutger Hauer. W tej doborowej stawce Vangelis wcale nie okazał się słabszy. Stworzył wspaniałą muzykę, która mimo upływu wielu lat wcale się nie zestarzała, o czym przekonałem się niedawno. Szkoda tylko że przyszło nam na to czekać aż tak długo. Ale nie jest to do końca prawdą bowiem w tym samym 1982 roku ukazała się wersja orkiestrowa tej muzyki. Przygotował ją Jack Eliott specjalnie dla New American Orchestra, którą sam poprowadził. Niestety przez lata byliśmy skazani na słuchanie tej wersji, z małym wyjątkiem bowiem trzy kompozycje z filmu w oryginalnej wersji ukazały się na płycie Themes (Polydor, 1989). Teraz kiedy po latach mogę posłuchać obu wersji ta pierwsza wydaje mi się śmieszna i staromodna. Przypomina mi nieco poczynania orkiestry Zbigniewa Górnego, prezentującego w latach 70-tych i 80-tych światowe hit w polskiej telewizji. Ale wówczas czasami nie można było inaczej. Dlaczego tak samo stało się u amerykanów, prawdopodobnie na zawsze pozostanie ich słodką tajemnicą. Bogate, orkiestrowe aranże Patricka Williamsa, Eddiego Karama czy Angela Morley są bardzo pięknie i zapewne wspaniałe... ale mają się nijak do tematyki i przesłania całego filmu. Dopiero słuchając oryginalanej muzyki odkrywamy geniusz Vangelisa.
    Przejawia się on w tworzeniu wspaniałego klimatu ogromnego miasta, jego ulic, knajp, mrocznych wnętrz domów. Wcześniej ilekroć oglądałem film moja uwaga skupiona była głównie na sugestywnych obrazach wykreowanych przez Scotta. Muzyka była tłem, na które zawsze zwracałem uwagę, ale nigdy nie była ona dominująca. Teraz kiedy mamy płytę, jest sama muzyka i ona jedynie oddziaływuje na wyobraźnię. I to działa.
    Pewnie niewielu kinomanów lubiących często powracać do tego filmu odkryłoby, że w jednej ze scen śpiewa niegdyś wielka gwiazda festiwalu w Sopocie, sam Demis Roussos. Wcześniej Roussos wspólnie z Vangelisem i grupa emigrantów z Grecji przez kilka lat tworzyli zespół Aphrodites Child. Na ścieżce dźwiękowej Blade Runnera Roussos wykonał wspaniały, prawie arabski wokal w mrocznym utworze Tales Of The Future. I pewnie ja także bym się nie zorientował gdybym nie usłyszał samej muzyki. To nie jedyna perełka, którą odkryłem podczas słuchania oryginalnych utworów Vangelisa. Podczas realizacji orkiestrowych wersji pominięto jeszcze pięć innych kompozycji: Blush Response, Wait For Me, Rachel's Song, Damask Rose i finałowy Tears In Rain. Wcale się nie zdziwiłem, że było ich tak wiele bowiem muzyka Vangelisa w odróżnieniu od tego co się powszechnie uważa, jest pełna elektronicznych brzmień i efektów czysto studyjnych, praktycznie nie do odtworzenia przez orkiestrę. Jedyny wyjątek stanowi One More Kiss, Dear - knajpian blues, w którym poza głosem wokalisty i barwą dźwięku w filmie symulującą radio, nie różni się niczym od swej orkiestrowej kopii. Cała reszta muzyki to czysta elektronika ożywiona magicznym tchnieniem genialnego Greka.
    Spośród nowoopublikowanych utworów na uwagę zasługuje dynamicznie rozwijający się Blush Response z nagranymi na początku głosami aktorów, mroczny Damask Rose przedłużenie Tales Of The Future oraz deszczowy Tears In Rain, podobnie jak poprzednie zawierające głosy Forda i umierającego w scenie finałowej Hauera.
    Co ciekawe całą tę elektroniczną otoczkę wytworzoną dla potrzeb Blade Runnera - szumy, głosy i ambientalne dźwięki docierające z zakamarków żyjącego miasta po latach Vangelis przypomniał podczas nagrywania The City (Dawn, Morning Papers, Procession). Jednak płyta ta nie jest w stanie dorównać autorskiej wersji soundtracku Blade Runner.
    Michał Zioło

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    82,10 zł
  • Vangelis | Amore (LP)

    Vangelis | Amore (LP)

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    53,86 zł
  • Vangelis | L'apocalypse des Animaux (LP remaster)

    Vangelis | L'apocalypse des Animaux (LP remaster)

    L'Apocalypse Des Animaux zawiera utwory które znalazły się w 6 odcinkowym serialu dokumentalnym (każdy odcinek około 50 minutowy) zrealizowanym przez

    Frederic'a Rossif'a

    w koprodukcji telewizji włoskiej RAI i francuskiej Tele Hachette. Film miał być jakby manifestem przeciwko dziesiątkowaniu świata zwierząt i pewnej nostalgii za utraconymi czasami gdy inaczej traktowano faunę i florę. Całą serię wydano na kasetach VHS w jednym boksie w 1990 roku we Włoszech, Belgii i Francji przez Editions Montparnasse. Są oczywiście bootlegi DVD, zgrywki właśnie z tego wydawnictwa.
    Sporo muzyki wykorzystanej w L'Apocalypse Des Animaux

    Rossif

    zamieszczał później powtórnie w innych swoich dokumentach (m.in Morandi, Georges Braque, L'Opera Sauvage). Co ważne, wtedy jeszcze

    Vangelis

    nie praktykował tworzenia muzyki do obrazu a potem nagrywania jej na nowo (nie zawsze to samo) na album.

    Vangelis

    nie bawił się wtedy w edytowanie muzyki ale po prostu proponował ileś tam kawałków aby realizatorzy dobrali sobie je do odpowiednich partii filmu. Kiedy dokument pokazuje zwierzęta w ich naturalnych zachowaniach muzyka jest wykorzystywana niezbyt intensywnie służy jako podkład do komentarza. Kiedy zwierzęta oglądamy w zoo, parkach, lub laboratoriach podczas naukowych badań nie ma muzyki a słyszymy lektora lub naukowców objaśniających ich metody i obserwacje. Narrator nie pojawia się w polu widzenia zawsze głos pochodzi z offu.

    Vangelis

    twierdzi że praca nad jednym epizodem zabierała około jednego dnia i każdy odcinek otrzymywał świeżą porcję muzyki. Generique pojawiał się na rozpoczęcie i zakończenie każdego epizodu. Tylko kilka fragmentów powtórzono przy różnych epizodach. Np. radosną melodię graną na keyboardach i flecie, która zwykle towarzyszyła zabawom zwierząt, eksperymentalny fortepian plus perkusja, temat także użyty w filmie o Georges Braque, tajemniczo egzotyczny wolny temat zwykle wykorzystywany przy podwodnych zdjęciach, trochę głupawy temat w stylu disco (też w Morandi ) używający zestawu perkusyjnego na tle pierwszej generacji fortepianów elektrycznych. Dziwne ale żaden z tych powtarzanych tematów nie pojawił się na krążku (odsyłam do bootlega -

    VANGELIS

    - L'APOCALYPSE DES ANIMAUX - OUTTAKES). Vangelis wybrał 6 utworów mających zupełnie inne brzmienie niż pozostała muzyka w serii. Różniły się choćby wykorzystaniem trąbki czy gitary. Na każdy z kawałków przypada do pięciu utworów odrzuconych w tym sporo naprawdę dobrych, co warto dodać z epizodu 2,3 i 4 nie trafiło na album nic! (Tu polecam bootleg

    VANGELIS

    - L'APOCALYPSE DES ANIMAUX 30 ANS 1973-2003). Biorąc pod uwagę całą muzykę zawartą na ścieżce dźwiękowej można ją podzielić na 4 kategorie: melodyjną, marzycielsko-nostalgiczną, zabawną, egzotyczno eksperymentalną. Co znalazło się z tego na krążku? Apocalypse des animaux - generique typowy dla dzisiejszej muzyki spod znaku world music rytm wybijany na egzotycznych instrumentach perkusyjnych przerywają wstawki fortepianu i piękne, przypominające wirowanie kosmosu wstawki wokalne, znakomite intro budujące niesamowity klimat to w miarę dynamiczna, pogodnie brzmiąca a zarazem niesamowicie przyciągająca uwagę perełka której wadą jest jej króciuteńki czas. Może nieźle zmylić słuchacza nastawiającego się na tego typu muzykę na reszcie płyty.
    La petite fille de la mer odkrywa przed nami oparte na gitarze akustycznej i ksylofonie, bardzo ulotne, delikatne, słodkie brzmienie kojące zszargane nerwy. W tle delikatna poświata z mellotronu, zawiera coś jak punkt szczytowy gdy opiera się tylko na wysokich dźwiękach ale gitara znowu powraca i melodia powtarza się. Eteryczne, minimalistyczne dźwięki tworzą niesamowicie melancholijny klimat. W serialu obrazował on w ostatnim odcinku zdjęcia delfinów i ośmiornic.
    Le singe bleu - ambientowo minimalistyczny dźwięk to tło dla niezwykłej urody partia trąbki. Piękna aranżacja w delikatnie bluesowo jazzowej manierze. Nie przypominam sobie drugiego takiego wykorzystania tego instrumentu w utworze

    Vangelisa

    . Klawiszowe zaś dźwięki w tle, podtrzymują półsenną atmosferę. Le Singe Bleu wzięto z pierwszego epizodu, gdzie towarzyszy ona obrazowi zwinnych ruchów małpki skaczącej z drzewa na drzewo by w końcu zakołysać się na horyzoncie.
    La mort du loup to wzruszający kawałek oparto na mellotronie imitującym gitarę akustyczną z pogłosem na tle której słychać naturalne brzmienie gitary. Zgodnie z tytułem brzmi przejmująco, niczym pieśń żałobna. Ten naładowany smutkiem, poruszający utwór niezwykle sugestywnie przedstawia śmierć zwierzęcia. Pochodzi z piątego odcinka serii, towarzyszy obrazom wilków zastrzelonych w śniegach i na sawannie.
    L'Ours Musicien, ta miniaturka w filmie trwa 4 minuty, towarzyszy historii dwóch niedźwiadków polarnych porzuconych przez matkę, szperającą w chacie ekipy filmowej. Mamy tu basowe, niskie, buczące dźwięki kojarzące się rzeczywiście z wizją misia i delikatne mellotronowe akordy symbolizujące że to jeszcze maluchy. To swoisty kontrast wobec wcześniejszej impresji, muzyczny żarcik gdzie co chwilę owa melodia zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
    Creation du monde. Tej epickiej kompozycji nie powstydziłby się żaden z tuzów ambientu. Czarująco piękny, zbudowany bardzo prostymi, minimalistycznymi środkami. Najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz to zapowiedź późniejszych malowideł

    Vangelisa

    w spokojnym, nastrojowym stylu. Doniosłość tego fragmentu ma także odzwierciedlenie w serialu. Wieńczący serię epizod rozpoczyna się wraz z dźwiękami Creation Du Monde i towarzyszy zwolnionym obrazom wielkich ptaków przelatujących nad morzem. Utwór pojawia się ponownie na koniec, podczas pojawienia się napisów końcowych obrazowanych dotąd przez Generique, jako swoiste filozoficzne podsumowanie.
    Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek - La mer recommencee, płynny ambientowy temat, jeden ton otoczony falami dźwięków przypominającymi wygłuszone talerze i inne instrumenty perkusyjne. W serialu rewitalizacja morza po wycieku ropy i innych zanieczyszczeniach ekosystemu morza zostało ubrane właśnie w dźwięki La Mer Recommencee.
    Brak tu zdominowanych przez syntezatory utworów, muzyka była stworzona przy użyciu relatywnie prostych środków a zarazem słychać tu w detalach wielki kunszt

    Vangelisa

    jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych niepowtarzalnymi barwami i swobodę, łatwość znamionującą geniusza w tworzeniu tychże. Jakże to innowacyny album! Pamiętajmy jedną rzecz: ta muzyka powstała w 1970 roku! I co tu znajdujemy? Prototypy struktur ambientowych, wyznaczniki późniejszego ruchu minimalistycznego, muzyki world, new age, elektroniki. Porywająca muzyczna tapeta która może spokojnie funkcjonować bez obrazu tworząc wizje roztaczane przed słuchającymi w umyśle, wzbudza podziw jaki geniusz mógł stworzyć coś tak eterycznego i zaawansowanego.
    Zaskakują najbardziej statyczne drony, jak żywo przypominające ambient tonowe pasaże na mellotronie, gdzie nic się nie zmienia. Muzyka ta nie opisuje realiów przyrody ale raczej stara się oddać jej filozoficzny aspekt. Niezwykle piękne uchwycony: lekko zadumany, relaksujący czasami charakter tej muzyki powoduje że do dziś brzmi niesamowicie świeżo i aż dziw bierze że ta muzyka powstała w epoce gdy elektronika jaką znamy i lubimy dopiero zaczynała raczkować! Przepiękny dźwiękowy gobelin do dziś mimo upływu lat wciąż mogący konkurować z dowolną płytą . Jak na tamte czasy porażająca praca. Ponadczasowe arcydzieło.

    Dariusz Długołęcki



    Ksylofonowy akompaniament, na tle którego przebijają klawiszowe plamy dźwiękowe, otwiera tę płytę - po dynamicznej, pogodnie brzmiącej introdukcji następuje jeden z najpiękniejszych fragmentów w całym dorobku

    Vangelisa

    : impresja La petite fille de la mer. Eteryczne wibrafonowe dźwięki opowiadają być może historię o zapomnianej, omszałej pozytywce wyłowionej przez samotne, zaciekawione dziecko z morza namalowanego przez Turnera lub Ślewińskiego. Melancholijny, zbudowany na przeciwwadze minorowych i durowych akordów temat co pewien czas milknie, muzyka staje się bardziej tajemnicza i zamyślona… Kolejny utwór, Le singe bleu, to przede wszystkim wspaniała partia trąbki, która śmiało mogłaby ozdobić kontemplacyjną płytę autorstwa

    Milesa Davisa

    - klawiszowe dźwięki miękko skradają się w tle, rozpraszając lub podtrzymując półsenną pieśń świtu lub wczesnego wieczoru intonowaną przez zadumaną trąbkę. La mort du loup zgodnie z sugestią tytułu brzmi przejmująco - cała kompozycja wyłania się z odrętwiałych, zziebniętych akordów, które przeszyte są zmartwioną melodią. Kontrast wobec tej impresji stanowi muzyczny żarcik, jakim jest L'ours musicien - rzeczywiście, słuchając tej miniaturki zaaranżowanej głównie na niskie, buczące dźwięki, którym towarzyszy "ociężała", jakby spowolniona ścieżka rytmiczna wygrywana na talerzach, trudno nie wyobrazić sobie muzykującego krnąbrnego niedźwiadka, irytującego się, iż co chwilę jego piosenka zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
    Kolejny utwór to najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz Creation du monde. Jest to zapowiedź takich późniejszych malowideł

    Vangelisa

    w stylu ambient, jak Himalaya, Summit bądź In London (sygnowane:

    Vangelis & Neuronium

    ). Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek La mer recommencée - główny temat rozpuszcza się w klawiszowych falach, przetaczających się pod niebem lekko zamglonych instrumentów, równomiernie obmywających topniejące brzegi. Brak tu zdominowanych przez najrozmaitsze syntezatory utworów - z drugiej strony, słychać tu już w najmniejszym detalu wielki kunszt

    Vangelisa

    jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych najadekwatniejszymi barwami.

    Igor Wróblewski



    ...Apokalipsa zwierząt... to już 30 lat jak

    Vangelis

    wydał tę, jedną z pierwszych swoich płyt. Niejako początki bogatej później dyskografii. Muzyka wbrew tytułowi nie jest wcale aż tak ,"apokaliptyczna" ale i nie wesoła. Zmusza raczej do zastanowienia dokąd zmierza współczesny człowiek ze swoim stosunkiem do świata natury. Płyta nieco krótka jak na możliwości wielkiego greka ale od początku do końca słucha się jej z przyjemnością.

    Mariusz

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    127,67 zł
  • Vangelis | Heaven and Hell (LP)

    Vangelis | Heaven and Hell (LP)

    Niemożliwe jest opisywanie tego co dzieje się na tym albumie muzycznie gdyż mamy tu taka miksturę dźwięków i nastrojów którą trudno tu oddać słowami i ubrać w przystępny opis. Zacznę od końca czyli tracklisty ze względów na opisy utworów z LP jakie będę stosował przybliżając tą płytę. Chodzi o to że wydania CD Heaven and Hell dzielą suity na:
    1. Heaven and Hell (part one) 21:58 (wliczając 4:58 So Long Ago, So Clear)
    2. Heaven and Hell (part two) 21:16
    ale niektóre analogi mają bardziej szczegółowy podział :
    1. Heaven and Hell, Part One 21:58
      • Bacchanale 4:40
      • Symphony to the Powers B 8:18
      • Movement 3 4:03
      • So Long Ago, So Clear 5:00
    2. Heaven and Hell, Part Two 21:16
      • Intestinal Bat 3:18
      • Needles and Bones 3:22
      • 12 O'Clock 8:48
      • Aries 2:05
      • A Way 3:45
    i tym podziałem się posłużę.

    Heaven and Hell rozpoczynał okres pracy w Nemo Studios i początek prawdziwej kariery międzynarodowej i był pierwszym albumem zrealizowanym dla RCA. Płyta została odnotowana na listach przebojów co zaowocowało niesamowitym ponoć koncertem w Royal Albert Hall. Wtedy gwiazdą wytworni był

    Rick Wakeman

    i pokłosie właśnie progresywnego rocka na tej płycie wyraźnie słychać.
    Część pierwsza zaczyna się od Bacchanale. Utwór rozpoczyna się od samotnego akordu keyboardów do którego dołącza po chwili współbrzmiący z nimi chór by eksplodować w końcu perkusją i całym kompleksem pasaży na syntezatorach, dźwiękami z Fender Rhodesa wybrzmiewających na tle mooga i chóralnych śpiewów przywodzących na myśl potępieńcze krzyki. To zdecydowanie Hell - nagle wszystko gwałtownie cichnie i syntezatory znowu powtarzają uporządkowaną strukturę, dołącza do nich chór i kolejne powtórzenie dzikiej jazdy naśladującej cierpienia potępionych poddawanych torturom. To chyba zdecydowanie najbardziej prog rockowa część płyty przypominająca

    ELP

    czy

    Wakemana

    . Muzyka atakuje słuchacza czymś w rodzaju imitacji wojny między dobrem a złem za pomocą dźwięków cichnących i wybuchających na nowo. Utwór ukazuje bardziej agresywną stronę muzyki

    Vangelisa

    .
    Symphony to the Powers B to centralna część pierwszej suity, rozpoczyna je emulowane intro na panino, przechodzący w kosmiczne brzmienia, tak charakterystyczne później dla

    Vangelisa

    , do których dołącza chór wyśpiewujący w rytmicznym, prawie pompatycznym nastroju łacińskie teksty przydające tej muzyce coś na kształt jakiegoś religijnego obrządku. Wtedy też na zasadzie kontrapunktu, dochodzi do konfrontacji męskiej i żeńskiej części chóru anielskich i demonicznych sił wspieranych brzmieniem fortepianu, trójkąta i orkiestry. Dźwiękowo także dochodzi do gwałtownych zmian - od pełnego brzmienia orkiestry wspartego talerzami do delikatnych bramień fortepianu i perkusyjnych przeszkadzajek. W tym utworze najczęściej dopatruje się inspiracji Carminą Burana,

    Karla Orffa

    . Frenetyczne tempo inspirowane pracami tego twórcy w To the Powers B podkreśla dodatkowo także klasyczna technika gry na fortepianie. Mamy tu sporo porywających orkiestracji i wstawek etnicznych z Grecji. Przez kilka minut fortepian i chór i orkiestra otaczają słuchacza z niezwykłą burzą dźwięków aby przejść do crescendo pod koniec tej części .
    Z tej kakafonii dźwięków wpadamy w stonowany Movement 3. Rozpoczyna się melancholijną partią fortepianu, syntezatora - po chwili otrzymujemy ferię głośniejszych dźwięków wspartych przez chór - radzę zwrócić uwagę na tę kompozycję, przede wszystkim na główne brzmienie, wszak to nic innego jak wyciszona, pierwocina tytułowego utworu z Chariots Of Fire! Po drugie ten przepiękny, najbardziej przypominający późniejsze dzieła el

    Vangelisa

    fragment ma swoją drugą historię związaną z bardzo popularnym serialem dokumentalnym z lat 70 -tych

    Carla Sagana

    Cosmos, gdzie ten utwór był tematem przewodnim.
    Wreszcie So Long Ago, So Clear, gdzie falset

    Jona Andersona

    słodki i relaksujący przynosi ukojenie po agresywnej muzyce części pierwszej. Delikatny, sentymentalny duet powstał w ciekawych okolicznościach. Ponoć

    Anderson

    chciał ściągnąć

    Vangelisa

    na keybordzistę do

    Yes

    .

    Vangelis

    odmówił przyłączenia się do tej legendy progresji ale za to Anderson wystąpił na tej płycie. Dostajemy tu delikatne brzmienia Rhodesa połączone z harmoniami śpiewu - pozytywne i romantyczne liryki tworzą gorzko słodki rezonans z interpretacją Andersona przepełnioną jakimś wewnętrznym smutkiem.
    Część II jest jeszcze bardziej mistyczna, rozpoczyna ją czysta improwizacja Intestinal Bat zbiór brzmień, dzwonków i harf tajemniczych i przyprawiających o dreszcze mrocznych dźwięków - kończy się to intro szokującym brzmieniem skrzypiec. Po tym dziwnym wprowadzeniu czas na Needles and Bones rytmiczny lecz wciąż tajemniczy fragment muzyki z słyszalnym wpływem greckiego folkloru z chórami, keyboardami i dzwoneczkami w stylu

    Oldfielda

    przypominający wyszukane pląsy .
    Nagle muzyka zmienia się i kolejny utwór 12 O'clock rozpoczyna melancholijna melodia której po chwili wtórują na wpół gregoriańskie chorały podparte wolnym tonem perkusji na tle których słychać najpierw jakby lament mężczyzny a następnie kobiety - czyściec? Nagle słyszymy rytm wybijany na bębnach który nabiera siły i splata się z dzikimi dźwiękami z syntezatora- mamy chwile ciszy przerywane przeraźliwymi dźwięki, przerywane nagłymi i krótkimi chaotycznymi eksplozjami muzyki znikającymi tak szybko jak się pojawiają wymieniających się z imitacją na keyboardy ludzkich głosów, nagła cisza i kolejne powtórzenie chorału z dźwiękiem dzwonu w tle - memento mori? - dochodzi współczesny chór, kory oddaje pierwszy plan - niezwykły glos

    Very Varoutis

    daje wyobrażenie jak brzmieć powinien anielski głos, jej wokaliza rośnie z minuty na minutę w siłę by w końcu zejść jakby na dalszy plan i oddać pola męskiemu chórowi. Niezwykła pełna emocji wokaliza współbrzmiąca wspaniale z prostą elegancją muzyki. Dla mnie najbardziej przepyszny fragment płyty, również wykorzystany w serialu Cosmos.
    Ale kiedy myślimy że wszystko już wybrzmiało przechodzimy do Aries pełnej eksplodujących orkiestracji. Ten pełen splendoru i mocy utwór konczy się gwałtownie i wpada w delikatną melodię A Way w spokojny, stonowany sposób zamykającą album co kontrastuje z jego początkiem. Delikatność tego utworu pozwala słuchaczowi ochłonąć po porcji muzyki jaką serwuje

    Vangelis

    . Kończy się niepostrzeżenie wyciszeniem.
    Mamy tu kreację szerokiej wariacji nastrojów i kontrastów co tłumaczyć należy tytułem - płyta koncepcyjna opowiadająca o przepaści między dobrem a złem.

    Vangelis

    uczynił to poprzez wysublimowaną i wyszukaną w każdej minucie tej płyty muzykę. Nie da się jednoznacznie zaszufladkować tej płyty: czasami symfoniczny, momentami etniczny mocno progresywny jest dziwnym i pięknym zarazem eksperymentem nigdy więcej przez

    Vangelisa

    nie powtórzonym a zarazem to podwalina pod kolejne arcydzieła oparte na chórze i harmoniach, które odnajdujemy w Opera Sauvage i Chariots Of Fire.

    Dariusz Długołęcki



    Heaven and Hell - czyli niebo i piekło. Faktycznie

    Vangelis

    ten album, który poniekąd należy już do historycznych dzieł z gatunku el-muzyki zaskakuje dwoistością formy. Ale z pewnością po raz kolejny jak na mistrza przystało nie rozczarowuje. Wręcz przeciwnie... tematy ,,piekielne,, są niespokojne, nieraz z lekka agresywne, pełne przerażenia i strachu a z kolei ,,niebiańskie,, wyciszone, uspokojone i kojące z fantastycznym utworem ,12 o'clock. Partie chóralne i wokal żeński wspaniale harmonizują z muzyką i podkreślają jeszcze bardziej atmosferę całej płyty. To jeden z albumów

    Vangelisa

    , do których często powracam, choć cenię sobie całą twórczość tego wybitnego greckiego kompozytora, który w pełni zasłużył na Oskara tylko dlaczego tylko za Rydwany Ognia? I dlaczego tylko Oskara? Polecam każdemu fanowi

    Vangelisa

    - to muzyka, którą można kupować "w ciemno" bez odsłuchu w sklepie a dopiero po rozpakowaniu w zaciszu własnego mieszkania, najlepiej wieczorem ze słuchawkami na uszach Piekło i niebo na ziemi zapewnione na kilkadziesiąt minut.

    Mariusz

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    92,96 zł
  • Vangelis | Earth (remaster)

    Vangelis | Earth (remaster)

    Słuchając dynamicznej scieżki rytmicznej i elektryzujących riffów introdukcji Come On można przypuszczać, iż słucha się nagrania Led Zeppelin (z okresu trzeciej płyty) albo T. Rex, ale na pewno nie Vangelisa! Utwór otwierający mocnym akcentem album Earth nie zaskoczy już jednak aż tak bardzo wszystkich tych, którzy zdążyli się już zapoznać choćby z płytą Phos sygnowaną: Socrates with Vangelis. Sporo na Earth elementów ocierających się o stylistykę Socratesa, niemniej jednak już od pierwszego przesłuchania niniejszy album wydaje się w porównaniu z Phos dużo dojrzalszy, ciekawszy, bardziej urozmaicony. Szczególnie interesująco brzmi utwór We were all uprooted, balansujący między free-jazzem a rockiem progresywnym - to byłby znakomity fragment ścieżki dźwiękowej do filmu A. Kurosawy Rashomon. Po tajemniczej, deszczowej impresji konstrukcyjnie i muzycznej już nie tak odległej od późniejszej muzyki Vangelisa słyszymy utwór, z którego wyłoniła się Bacchanale, otwierająca album Heaven & Hell. W kolejnych utworach znów fascynować będzie nas połączenie zachmurzonych gitar, grzechotliwych instrumentów perkusyjnych oraz najbardziej zdumiewających dodatków rodem z egzotycznego snu. Balladowe, wokalne fragmenty mają nawet coś z atmosfery A Pillow of Winds Pink Floyd (Meddle, 1971). Dla wszystkich miłośników dobrej, otwartej na eksperymenty i aranżacyjne poszukiwania muzyki, Earth jest pozycją obowiązkową, natomiast dla słuchaczy znających tylko najnowsze płyty Vangelisa będzie to na pewno duża niespodzianka, może w niektórych przypadkach zbyt duża, ale dobra muzyka pozostaje dobrą muzyką: na pewno warto poświęcić tej płycie uwagę.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    49,26 zł
  • Vangelis | Soil Festivities (remaster)

    Vangelis | Soil Festivities (remaster)

    Na tle ospałych dźwięków wieczornej letniej burzy zarysowują się kontury dżdżownic wypełzających o zmroku z wilgotnej ziemi. Fortepianowe, miękkie dźwięki zamarkowują zarówno padające na ziemię ciężkie krople deszczu, jak i miarowe ruchy małych stworzeń. Nastrój otwierająceg suitę epizodu kojarzyć się może z kompozycjami Erika Satie - muzyka, choć bardziej żywa, przesycona jest podobną atmosferą zagadkowości. Co jakiś czas wtoczy się w harmonijną fortepianową strukturę rozchwiany wielodźwięk syntezatora odzywającego się niskim pomrukiem - akurat zadrżały liście paproci podkopanej przez kolejną wypełzającą spod spulchnionej ziemi istotę, a może nadciągnęła skądś włochata, plamista gąsienica… Deszczowy wątek trwa przez kilkanaście minut, dopóki nie nastanie słoneczny świt, promieniejący pastelowymi barwami fortepianu nie porządkowanymi już przez żadne ostinato.
    Drugi utwór pokazuje słuchaczowi mikrokosmos jak przez mgłę - kompozycja ma nierealną, oniryczną atmosferę, snutą przez powłóczyste nitki oryginalnych, elektronicznych brzmień. W zwolnionym tempie przyglądamy się motylom, które lądują na chwiejących się kwiatach, wzbijając intensywnie pomarańczowy pył. Niekoniecznie jesteśmy teraz na wyspie Mainau - to raczej jakieś zapomniane, skryte przez mrok miejsce, które szczególnie upodobały sobie introwertyczne motyle nie mogące znieść obecności aparatu fotograficznego ani kamery: tylko dzięki osnutej na nietypowej skali, przydymionej muzyce Vangelisa słuchacz ma szansę przyjrzeć się, jak żyją te fantomowe stworzenia… Trzeci wątek zbudowany jest w sposób podobny jak kompozycje wypełniające awangardowe płyty artysty - Beaubourg (1978) i Invisible Connections (1985). O atrakcyjności utworu stanowią rozładowujące się i rozszczepiające atonalne brzmienia, wdzierające się w nieśmiało rodzącą się melodię, która natychmiast ulega postrzępieniu. Czwarty utwór to przede wszystkim mantrowy akompaniament zagadkowych akordów, zwiastujących nadejście czegoś niezwykłego. Podobny klimat udało się Vangelisowi wyczarować w utworze Ballad z płyty Spiral, ale tutaj atmosfera jest bardziej mroczna, a muzyka ma znacznie więcej niedopowiedzeń. Wibrujące, eteryczne tony wybrzmiewają pod ciężkim, zachmurzonym niebem, na które spogląda słuchacz oczami nocnych owadów. W przeciwieństwie do pozostałych kompozycji, wieńcząca cykl kompozycja przynosi mnóstwo światła i pogodnej zadumy. Brak tu właściwie powtarzanych, upartych sekwencji, drobnych motywów pracowicie znoszonych w jedno miejsce przez intrygujące słuchacza mrówki - finałowa impresja kojarzy się raczej z rozległymi, fortepianowymi pejzażami malowanymi przez Vangelisa na rozimprowizowanych, otwartych przestrzeniach płyt takich jak Chariots Of Fire (1981) czy Heaven And Hell (1974).
    Soil festivities z pewnością stanowi jedno z najwybitniejszych osiągnięć Vangelisa - choć zarazem jest jedną z najmniej docenionych jego płyt. Pod względem sugestywnej, malarskiej instrumentacji płyta ta zasługuje na wymienienie w ścisłej czołówce, mimo, że akurat w przypadku Vangelisa praktycznie każda płyta zaaranżowana jest z niezwykłym pietyzmem i ogromną wyobraźnią…

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    49,26 zł
  • Vangelis | Opera Sauvage (remaster)

    Vangelis | Opera Sauvage (remaster)

    Opera Sauvage to dokumentalna seria odkrywająca relacje między muzyką, człowiekiem i zwierzętami z całej kuli ziemskiej. Była to jedna z głównych realizacji dokumentalisty Frédérica Rossifa na w latach 1975-1979, z której materiału wystarczyło na 21 ponad 50 minutowych epizodów, nadawanych pierwotnie we francuskiej Antenne 2. Serial ten odkrywający egzotykę i specyfikę różnych regionów świata rozgrywał się m.in. w Peru, Kamerunie, Irlandii, Singapurze. Vangelis poznał Rossifa w Paryżu w 1970 i już rok później ich spotkanie zaowocowało wspólnym dziełem L'Apocalypse des animaux. Od tej pory zaczęła się ich długa i owocna współpraca wizjonera kamery i wizjonera syntezatorów. Vangelis obdarzył swoją muzyką wiele jego filmów i nie robił tego dla pieniędzy tylko bardziej z przyjaźni. Oficjalnie ukazały się z wspólnych kolaboracji do filmów przyrodniczych tylko trzy albumy - jedynie jako bootlegi dostępne są zaś Sauvage et Beau (1984) i swoiste kompilacje muzyki Vangelisa na Splendeur Sauvage (1986), Les animaux de Frederic Rossif (1989) i Beaute Sauvage (1989).
    Ale to nie wszystko! Razem zrealizowali też produkcje o malarzach Georges Mathieu (1971), Georges Braque (1974), Pablo Picasso (1981) i Morandi (1989), obraz o fotograf Gisele Freund Au pays des visages (1972), a także wyprodukowany specjalnie na 100 lecie instytutu Pasteura w Paryżu obraz Pasteur(1987). Zwieńczeniem ich wspólpracy była czteroczęściowa, De Nuremberg á Nuremberg (1989), historia nazizmu i jego upadku, której Rossif obłożnie chory zdołał wyreżyserować 2 części. Wszystkie te filmy zostały obdarzone dźwiękami z wyobraźni Vangelisa zresztą Rossif tworzył z dostarczanych mu materiałów swoiste archiwum i jeśli dla jakiegoś bieżącego projektu potrzebował jakieś dźwięki sięgał do szuflad i wyciągał jakieś stare kawałki Vangelisa. Przyjażń obu twórców przetrwała do 1990 roku gdy Rossif zmarł na raka. Płyta powstała oczywiście w londyńskim Nemos Studio, gdzie Vangelis nagrywał w okresie angielskim aż do 1987 roku. Na albumie znalazła się jedynie część muzyki przygotowanej do tego serialu. W każdym odcinku pojawiały się nowe dźwięki spod ręki mistrza wymieszane z muzyką etniczną wykorzystywaną także jako podkład muzyczny. Vangelis na oficjalny album wybrał tylko te, które uznał za wartościowe. I tak dla przykładu z odcinka poświęconego rodzinnej Grecji nie pojawił się ani jeden fragment.
    Niektóre elementy i brzmienia stworzone na tej płycie są preludium do tego co miało pojawić się na krążkach Antarctica czy Chariots Of Fire czyli romantyczne melodie z bogatymi, prawie pompatycznymi orkiestracjami. Otwierający album Hymne stał się dość popularnym motywem wykorzystywanym podczas... uroczystości ślubnych a to znowu za sprawą użycia go jako podkładu muzycznego pod reklamówkę popularnych w USA win marki Gallio. Utwór oparto na podniosłej melodii pełnej muzycznej elegancji: poruszającej i pełnej mocy ma w sobie siłę właśnie dostojnego hymnu.
    Po tych dumnych prawie patetycznych dźwiękach słuchamy Reve - bardzo wyciszoną opartą na delikatnej grze na syntezatorze melodię, mocno skoligaconą z brzmieniami Apokalipsy Zwierząt. Senno - marzycielskie przepiękne minimalistyczne pasaże kreują wizję relaksu ale z wyczuwalną nutką refleksji, zadumy, prawie smutku. Mam wrażenie że ta kompozycja unosi mnie gdzieś w pogodne słoneczne niebo, ma w sobie tyle miłego ciepła, że prawie namacalnie czuję jakby żar słonecznego poranka bijący z tej muzyki.
    L'enfant - prosta melodia, powtarzany motyw wokół którego osnuto ciekawą aranżację - jak w Bolero Ravela mamy wrażenie że dochodzą coraz to nowe instrumenty, delikatny, zwiewny kawałek jest kwintesencją stylu Vangelisa. Cała płyta jest właśnie tak zbudowana - na czarujących , prostych tematach, rozwiniętych w ciekawe, ładne kompozycje. Zdawałoby się że to banalne, proste melodie lecz tak brzmiące że ciarki chodzą po plecach. Z tym utworem jest związana zresztą pewna anegdota: nie oparto się jego urokowi i wykorzystano go w filmie Rok Niebezpiecznego Życia (1982) ale rok wcześniej pewien reżyser nalegał urzeczony jego czystym pięknem aby umieścić go w wyrażającej symbolicznie idee sportu scenie biegu na plaży - Vangelis wyperswadował to temu reżyserowi mówiąc, że może stworzyć bez problemu podobną kompozycję ale nową i przez to możemy podziwiać kunszt Vangelisa na evergreenie Titles z Rydwanów Ognia....
    Mouettes - kolejna stonowana kompozycja. Piskliwy dźwięk z syntezatora owinięty samplami kojarzy mi się z zachodem słońca, przemijaniem, ukojeniem które przynosi mrok nocy ale i z nostalgią za słońcem. Piękna rozmarzona kompozycja. Chromatique, przepiękny podkład na gitarze akustycznej przypominający dawne dzieła Vangelisa. Irlandie, oparta na irlandzkich brzmieniach w stylu Clannad pieśń oczywiście zrealizowana w charakterystycznym brzmieniu Vangelisa.
    Flamant rouses to prawie 12 minutowa suita składająca się jakby z 3 części: wolnej, galopującej i końcowej w prawie bluesowym stylu.Vangelis daje tu popis swych umiejętności improwizacyjnych - atoniczne dźwięki unurzane w niesamowitym brzmieniu syntezatorów dają świetny rezultat - brak tu piękna melodii poprzednich kompozycji, zbliża się w tym utworze do czegoś bardziej wyszukanego niż reszta albumu z asertywnymi liniami na syntezatory i jest w tej muzyce coś bardzo pociągającego, oblicze zmienia się w pięknym końcowym fragmencie ostatnich dwóch minut - powolny spokojny rytm i kolejny piękny rozmaz syntezatorowych solówek.
    Opera Sauvage pełną pięknych, nastrojowych melodii z cudownym brzmieniem orkiestracji można uznać za sztandarowy przykład jak Vangelis z prostego materiału tworzył arcydzieła. Znowu elektryczne pianino Fender Rhodes i charakterystyczne dla Vangelisa brzmienia z Yamahy CS-80 dały niesamowity rezultat. Ten tytuł nie ciśnie się na usta na hasło Vangelis - a niesłusznie bo to znakomity przykład miłej dla ucha melodyjnej elektroniki spod znaku tego wykonawcy.

    Dariusz Długołęcki

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    49,26 zł
  • Vangelis | Mask (remaster)

    Vangelis | Mask (remaster)

    Motyw otwierający ten album wybrzmiewa dalekim echem syntezatorowego riffu konstruującego kompozycję "Spiral" z płyty pod tym samym tytułem. Muzyka zmierza jednak w inne rejony niż tętniąca elektronicznym życiem, metalicznie połyskująca impresja z legendarnego albumu z 1977 roku: odzywa się chór, wiodący pieśń w której pobrzmiewa jednocześnie zaduma, tajemnica i groza. Syntezatorowe arpeggia mieszają się z orkiestrowymi brzmieniami wypełniającymi całą przestrzeń swymi rembrandtowskimi barwami, a pieśń chóru podlega kolejnym wariacjom. Ten utwór znakomicie pasowałby na młodszy o 8 lat album "1492", znacznie bardziej, niż choćby nagrany podczas tej samej sesji "Line Open" (wydany na stronie B singla "Conquest Of Paradise"), ale jednocześnie słychać tu wiele dźwięków wyczarowujących atmosferę typową dla płyt Vangelisa stworzonych w latach osiemdziesiątych. Motyw otwierający suitę "Mask" powróci w sparafrazowanej formie jako piąta część cyklu. Druga część to najspokojniejszy, najbardziej zamyślony a przy tym najpogodniejszy fragment albumu: pieśń chóru snuta na tle delikatnego, iskrzącego się akompaniamentu miekkich akordów od razu wywołuje skojarzenia z obserwowaniem nocnego, zadumanego nieba, obejmującego antyczne ruiny. Ten motyw z kolei zostanie jeszcze przywołany w finałowej części cyklu. Trzecia część suity to w pewnym sensie zapowiedź eksperymentów składających się na późniejszy album pt. "Invisible Connections" - zawołania chóru wtapiają się w ścianę dysonansujących akordów, nadciągających stanowczym krokiem z oddali i przetaczających się przez cały plan utworu. Głosy śpiewaków mogą skojarzyć się z atawistycznym hymnem Tangerine Dream "Wahn" z płyty "Atem", zwłaszcza za sprawą intrygującej skali i połączeń dźwięków budowanych na czterotonowym odstępie. Przy tym fragmencie słuchacz w pełni może podziwiać groźnego, złośliwie przypatrującego się smoka o dwu głowach, zdobiącego rewers okładki płyty… Szczególnie intrygująco brzmi część czwarta - główny plan należy do tenora opowiadającego swą wokalizą pół-fantastyczne opowieści o ukrytym złocie zapomnianych plemion. Poszczególne rozwiązania melodyczne zostają zaakcentowane przez chór, a muzyka toczy się hipnotycznie przed siebie w wariacyjny sposób, wykluwając się z frapującego, dość mrocznego ostinata wyczarowującego natychmiast atmosferę niezwykłego snu. Śmiało można polecić płytę "Mask" jako wprowadzenie w przebogatą, urozmaiconą twórczość Vangelisa - słychać tu typowe klawiszowe brzmienia, charakterystyczne zwroty melodyczne, wspaniałe chóralne polifonie, jednocześnie zaś słuchacz może cieszyć się dzięki niesamowicie malarskim aranżacjom atmosferą zagadki i niezwykłości. Album ten jest znakomitym pomostem między najbardziej elektronicznymi i najbardziej orkiestrowo-chóralnymi płytami greckiego kompozytora i multiinstrumentalisty.
    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    49,26 zł