Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Warner Music

(18 albumów)
12 Następna strona Ostatnia strona
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Vangelis | Blade Runner (LP)

    Vangelis | Blade Runner (LP)

    Vangelis ponownie mnie zaskoczył, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Kolejne jego płyty zawsze mnie zachwycały i przynosiły moc niesamowitych wrażeń (wspomnę tu The City). Tak też jest i tym razem. Ta płyta jest jednak wyjątkowa i to nie tylko z powodu nawiązań do wspaniałego filmu Ridleya Scotta. Takiej dawki nastroju, klimatu i zwykłego piękna w vangelisowskim sosie muzycznym nie słyszałem od dawna. Wynika stąd wniosek, iż Vangelis jest jak dobre wino - im starsze, tym lepsze.
    Ścieżki dźwiękowe mają to do siebie, że muzyka na nich zawarta powinna stanowić składową część filmu. W przypadku Łowcy androidów Vangelis poszedł dalej: jego muzyka i film Scotta stanowią pewnego rodzaju amalgamat. To połączenie sprawia, że nie można słuchać muzyki nie myśląc o filmie i nie oglądać filmu nie ulegając urokowi kompozycji Vangelisa. A uroku jak już wspomniałem, muzyka to posiada wyjątkowo dużo. W zestawie nagrań znajdują się trzy utwory, które znane są już z wcześniejszej płyty Vangelisa Themes, a mianowicie Memories of Green (ten kawałek kompozytor opublikował już w 1980r. - See You Later), Love Theme, i Blade Runner. Jako, że te utwory są już znane skupią się na pozostałych nagraniach. Najbardziej niesamowite wrażenie sprawia (moim skromnym zdaniem) utwór Blade Runner Blues - najpełniej oddający klimat filmu; wprost trudno oprzeć się nastrojowi tej najdłuższej na płycie kompozycji, co ciekawe stworzonej bardzo prostymi środkami. Rachel's Song to kolejna perełka na tym soundtracku - nostalgiczna wokaliza Many Hopkin uzupełniona o typowo vangelisowskie dźwięki (fortepian "udający" spadające krople deszczu). Wait for Me to równie piękny utwór, choć już może nie tak nastrojowy. Tales of the future to przede wszystkim popis wokalny starego kompana Vangelisa, Demisa Roussosa - faceta, który zawsze kojarzył mi się z łzawymi utworami o miłości (jestem chyba niesprawiedliwy - są przecież jeszcze nagrania Aphrodites Child). Opowieści przyszłości brzmią dzięki niesamowitemu głosowi Roussosa jak apokaliptyczna wizja. W trzy utwory Main Titles, Blues Response i Tears in Rain zostały umiejętnie wplecione dialogi bohaterów filmu. To bardzo dobry pomysł i wart naśladowania. Całość wizerunku muzycznego Blade Runnera dopełnia "tandetna piosenka barowa" (to moje określenie) One more kiss, dear - mimo swej oczywistej banalności nie drażni zmysłu słuchu (to chyba kwestia przyzwyczajenia). Ta płyta to przykład ciągłej ewolucji muzycznej Vangelisa. Mimo tego ewoluowania nadal jest wierny korzeniom swych fascynacji muzycznych i nie ulega wpływom wszelakich mód i tak powszechnej obecnie komercji, która zabija prawdziwą muzykę (nie tylko elektroniczną).

    Marcin Pirek


    Rok 1982 przyniósł Vangelisowi szczyt sławy i długo oczekiwane uznanie jako kompozytora muzyki filmowej. Jego ścieżka dźwiękowa do Chariots Of Fire przez 15 tygodni utrzymywała się na pierwszych miejscach amerykańskich list przebojów, aby w końcu zdobyć Oskara. W tym wspaniałym dla siebie okresie w Londynie Vangelis przygotowuje muzykę do innego wielkiego przeboju kasowego - Blade Runnera, opowieści science fiction wyreżyserowanej przez Ridleya Scotta, w której główne role zagrali: Harrison Ford i Rutger Hauer. W tej doborowej stawce Vangelis wcale nie okazał się słabszy. Stworzył wspaniałą muzykę, która mimo upływu wielu lat wcale się nie zestarzała, o czym przekonałem się niedawno. Szkoda tylko że przyszło nam na to czekać aż tak długo. Ale nie jest to do końca prawdą bowiem w tym samym 1982 roku ukazała się wersja orkiestrowa tej muzyki. Przygotował ją Jack Eliott specjalnie dla New American Orchestra, którą sam poprowadził. Niestety przez lata byliśmy skazani na słuchanie tej wersji, z małym wyjątkiem bowiem trzy kompozycje z filmu w oryginalnej wersji ukazały się na płycie Themes (Polydor, 1989). Teraz kiedy po latach mogę posłuchać obu wersji ta pierwsza wydaje mi się śmieszna i staromodna. Przypomina mi nieco poczynania orkiestry Zbigniewa Górnego, prezentującego w latach 70-tych i 80-tych światowe hit w polskiej telewizji. Ale wówczas czasami nie można było inaczej. Dlaczego tak samo stało się u amerykanów, prawdopodobnie na zawsze pozostanie ich słodką tajemnicą. Bogate, orkiestrowe aranże Patricka Williamsa, Eddiego Karama czy Angela Morley są bardzo pięknie i zapewne wspaniałe... ale mają się nijak do tematyki i przesłania całego filmu. Dopiero słuchając oryginalanej muzyki odkrywamy geniusz Vangelisa.
    Przejawia się on w tworzeniu wspaniałego klimatu ogromnego miasta, jego ulic, knajp, mrocznych wnętrz domów. Wcześniej ilekroć oglądałem film moja uwaga skupiona była głównie na sugestywnych obrazach wykreowanych przez Scotta. Muzyka była tłem, na które zawsze zwracałem uwagę, ale nigdy nie była ona dominująca. Teraz kiedy mamy płytę, jest sama muzyka i ona jedynie oddziaływuje na wyobraźnię. I to działa.
    Pewnie niewielu kinomanów lubiących często powracać do tego filmu odkryłoby, że w jednej ze scen śpiewa niegdyś wielka gwiazda festiwalu w Sopocie, sam Demis Roussos. Wcześniej Roussos wspólnie z Vangelisem i grupa emigrantów z Grecji przez kilka lat tworzyli zespół Aphrodites Child. Na ścieżce dźwiękowej Blade Runnera Roussos wykonał wspaniały, prawie arabski wokal w mrocznym utworze Tales Of The Future. I pewnie ja także bym się nie zorientował gdybym nie usłyszał samej muzyki. To nie jedyna perełka, którą odkryłem podczas słuchania oryginalnych utworów Vangelisa. Podczas realizacji orkiestrowych wersji pominięto jeszcze pięć innych kompozycji: Blush Response, Wait For Me, Rachel's Song, Damask Rose i finałowy Tears In Rain. Wcale się nie zdziwiłem, że było ich tak wiele bowiem muzyka Vangelisa w odróżnieniu od tego co się powszechnie uważa, jest pełna elektronicznych brzmień i efektów czysto studyjnych, praktycznie nie do odtworzenia przez orkiestrę. Jedyny wyjątek stanowi One More Kiss, Dear - knajpian blues, w którym poza głosem wokalisty i barwą dźwięku w filmie symulującą radio, nie różni się niczym od swej orkiestrowej kopii. Cała reszta muzyki to czysta elektronika ożywiona magicznym tchnieniem genialnego Greka.
    Spośród nowoopublikowanych utworów na uwagę zasługuje dynamicznie rozwijający się Blush Response z nagranymi na początku głosami aktorów, mroczny Damask Rose przedłużenie Tales Of The Future oraz deszczowy Tears In Rain, podobnie jak poprzednie zawierające głosy Forda i umierającego w scenie finałowej Hauera.
    Co ciekawe całą tę elektroniczną otoczkę wytworzoną dla potrzeb Blade Runnera - szumy, głosy i ambientalne dźwięki docierające z zakamarków żyjącego miasta po latach Vangelis przypomniał podczas nagrywania The City (Dawn, Morning Papers, Procession). Jednak płyta ta nie jest w stanie dorównać autorskiej wersji soundtracku Blade Runner.
    Michał Zioło

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    88,67 zł
  • Gandalf | To Another Horizon

    Gandalf | To Another Horizon

    Gandalf na płycie To Another Planet ukazuje Ziemie jako planetę "straconą". Jej nieustanna dewastacja, ekstremalna eksploatacja jej zasobów naturalnych i w efekcie zatrucie środowiska, które zmienia ją w istne cmentarzysko. W tej ponurej wizji jest jednak iskra nadziei, w postaci próby zdobycia "nowego terytorium", stąd tytuł który niejako kieruje wzrok ku temu innemu horyzontowi. Wraz z tymi ponurymi wizjami, Gandalfowi wyszła spod rąk nie mniej jątrząca muzyka. To Another Horizon to istny miraż form, elektronika, ambient, folkowa zwiewność eteryczne wokale i podskórna tęsknota za tym "nowym światem". To zarazem też igranie kontrastami, mamy bowiem i przejmujące Requiem For Planet, jak i utrzymane w barwach typowego new age Cosmic Balnace, który przybiera niemal barkowe formy. Mimo iż album został nagrany w 1982 roku, jakoś nic nie stracił ze swej aktualności.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    58,24 zł
  • Mike Oldfield | Studio Albums 1992-2003

    Mike Oldfield | Studio Albums 1992-2003

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 8CD


    125,89 zł
  • Vangelis | The Collection

    Vangelis | The Collection

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 2CD


    88,67 zł
  • Mike Oldfield | Millenium Bell - Live in Berlin

    Mike Oldfield | Millenium Bell - Live in Berlin

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 1DVD


    82,10 zł
  • Vangelis | Blade Runner

    Vangelis | Blade Runner

    Vangelis ponownie mnie zaskoczył, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Kolejne jego płyty zawsze mnie zachwycały i przynosiły moc niesamowitych wrażeń (wspomnę tu The City). Tak też jest i tym razem. Ta płyta jest jednak wyjątkowa i to nie tylko z powodu nawiązań do wspaniałego filmu Ridleya Scotta. Takiej dawki nastroju, klimatu i zwykłego piękna w vangelisowskim sosie muzycznym nie słyszałem od dawna. Wynika stąd wniosek, iż Vangelis jest jak dobre wino - im starsze, tym lepsze.
    Ścieżki dźwiękowe mają to do siebie, że muzyka na nich zawarta powinna stanowić składową część filmu. W przypadku Łowcy androidów Vangelis poszedł dalej: jego muzyka i film Scotta stanowią pewnego rodzaju amalgamat. To połączenie sprawia, że nie można słuchać muzyki nie myśląc o filmie i nie oglądać filmu nie ulegając urokowi kompozycji Vangelisa. A uroku jak już wspomniałem, muzyka to posiada wyjątkowo dużo. W zestawie nagrań znajdują się trzy utwory, które znane są już z wcześniejszej płyty Vangelisa Themes, a mianowicie Memories of Green (ten kawałek kompozytor opublikował już w 1980r. - See You Later), Love Theme, i Blade Runner. Jako, że te utwory są już znane skupią się na pozostałych nagraniach. Najbardziej niesamowite wrażenie sprawia (moim skromnym zdaniem) utwór Blade Runner Blues - najpełniej oddający klimat filmu; wprost trudno oprzeć się nastrojowi tej najdłuższej na płycie kompozycji, co ciekawe stworzonej bardzo prostymi środkami. Rachel's Song to kolejna perełka na tym soundtracku - nostalgiczna wokaliza Many Hopkin uzupełniona o typowo vangelisowskie dźwięki (fortepian "udający" spadające krople deszczu). Wait for Me to równie piękny utwór, choć już może nie tak nastrojowy. Tales of the future to przede wszystkim popis wokalny starego kompana Vangelisa, Demisa Roussosa - faceta, który zawsze kojarzył mi się z łzawymi utworami o miłości (jestem chyba niesprawiedliwy - są przecież jeszcze nagrania Aphrodites Child). Opowieści przyszłości brzmią dzięki niesamowitemu głosowi Roussosa jak apokaliptyczna wizja. W trzy utwory Main Titles, Blues Response i Tears in Rain zostały umiejętnie wplecione dialogi bohaterów filmu. To bardzo dobry pomysł i wart naśladowania. Całość wizerunku muzycznego Blade Runnera dopełnia "tandetna piosenka barowa" (to moje określenie) One more kiss, dear - mimo swej oczywistej banalności nie drażni zmysłu słuchu (to chyba kwestia przyzwyczajenia). Ta płyta to przykład ciągłej ewolucji muzycznej Vangelisa. Mimo tego ewoluowania nadal jest wierny korzeniom swych fascynacji muzycznych i nie ulega wpływom wszelakich mód i tak powszechnej obecnie komercji, która zabija prawdziwą muzykę (nie tylko elektroniczną).

    Marcin Pirek


    Rok 1982 przyniósł Vangelisowi szczyt sławy i długo oczekiwane uznanie jako kompozytora muzyki filmowej. Jego ścieżka dźwiękowa do Chariots Of Fire przez 15 tygodni utrzymywała się na pierwszych miejscach amerykańskich list przebojów, aby w końcu zdobyć Oskara. W tym wspaniałym dla siebie okresie w Londynie Vangelis przygotowuje muzykę do innego wielkiego przeboju kasowego - Blade Runnera, opowieści science fiction wyreżyserowanej przez Ridleya Scotta, w której główne role zagrali: Harrison Ford i Rutger Hauer. W tej doborowej stawce Vangelis wcale nie okazał się słabszy. Stworzył wspaniałą muzykę, która mimo upływu wielu lat wcale się nie zestarzała, o czym przekonałem się niedawno. Szkoda tylko że przyszło nam na to czekać aż tak długo. Ale nie jest to do końca prawdą bowiem w tym samym 1982 roku ukazała się wersja orkiestrowa tej muzyki. Przygotował ją Jack Eliott specjalnie dla New American Orchestra, którą sam poprowadził. Niestety przez lata byliśmy skazani na słuchanie tej wersji, z małym wyjątkiem bowiem trzy kompozycje z filmu w oryginalnej wersji ukazały się na płycie Themes (Polydor, 1989). Teraz kiedy po latach mogę posłuchać obu wersji ta pierwsza wydaje mi się śmieszna i staromodna. Przypomina mi nieco poczynania orkiestry Zbigniewa Górnego, prezentującego w latach 70-tych i 80-tych światowe hit w polskiej telewizji. Ale wówczas czasami nie można było inaczej. Dlaczego tak samo stało się u amerykanów, prawdopodobnie na zawsze pozostanie ich słodką tajemnicą. Bogate, orkiestrowe aranże Patricka Williamsa, Eddiego Karama czy Angela Morley są bardzo pięknie i zapewne wspaniałe... ale mają się nijak do tematyki i przesłania całego filmu. Dopiero słuchając oryginalanej muzyki odkrywamy geniusz Vangelisa.
    Przejawia się on w tworzeniu wspaniałego klimatu ogromnego miasta, jego ulic, knajp, mrocznych wnętrz domów. Wcześniej ilekroć oglądałem film moja uwaga skupiona była głównie na sugestywnych obrazach wykreowanych przez Scotta. Muzyka była tłem, na które zawsze zwracałem uwagę, ale nigdy nie była ona dominująca. Teraz kiedy mamy płytę, jest sama muzyka i ona jedynie oddziaływuje na wyobraźnię. I to działa.
    Pewnie niewielu kinomanów lubiących często powracać do tego filmu odkryłoby, że w jednej ze scen śpiewa niegdyś wielka gwiazda festiwalu w Sopocie, sam Demis Roussos. Wcześniej Roussos wspólnie z Vangelisem i grupa emigrantów z Grecji przez kilka lat tworzyli zespół Aphrodites Child. Na ścieżce dźwiękowej Blade Runnera Roussos wykonał wspaniały, prawie arabski wokal w mrocznym utworze Tales Of The Future. I pewnie ja także bym się nie zorientował gdybym nie usłyszał samej muzyki. To nie jedyna perełka, którą odkryłem podczas słuchania oryginalnych utworów Vangelisa. Podczas realizacji orkiestrowych wersji pominięto jeszcze pięć innych kompozycji: Blush Response, Wait For Me, Rachel's Song, Damask Rose i finałowy Tears In Rain. Wcale się nie zdziwiłem, że było ich tak wiele bowiem muzyka Vangelisa w odróżnieniu od tego co się powszechnie uważa, jest pełna elektronicznych brzmień i efektów czysto studyjnych, praktycznie nie do odtworzenia przez orkiestrę. Jedyny wyjątek stanowi One More Kiss, Dear - knajpian blues, w którym poza głosem wokalisty i barwą dźwięku w filmie symulującą radio, nie różni się niczym od swej orkiestrowej kopii. Cała reszta muzyki to czysta elektronika ożywiona magicznym tchnieniem genialnego Greka.
    Spośród nowoopublikowanych utworów na uwagę zasługuje dynamicznie rozwijający się Blush Response z nagranymi na początku głosami aktorów, mroczny Damask Rose przedłużenie Tales Of The Future oraz deszczowy Tears In Rain, podobnie jak poprzednie zawierające głosy Forda i umierającego w scenie finałowej Hauera.
    Co ciekawe całą tę elektroniczną otoczkę wytworzoną dla potrzeb Blade Runnera - szumy, głosy i ambientalne dźwięki docierające z zakamarków żyjącego miasta po latach Vangelis przypomniał podczas nagrywania The City (Dawn, Morning Papers, Procession). Jednak płyta ta nie jest w stanie dorównać autorskiej wersji soundtracku Blade Runner.
    Michał Zioło

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    36,95 zł
  • Mike Oldfield | Songs of Distant Earth

    Mike Oldfield | Songs of Distant Earth

    Super cena

    Tak naprawdę The Songs of Distant Earth to swoista kolaboracja z legandarną postacią świata SF Arthurem C. Clarke. Oldfield zauroczony jego książką z 1957 roku pod tym tytułem chciał stworzyć opartą na niej muzyczną wizję. Pojechał do pisarza i podarował mu Tubular Bells II. Clarke zachwycony tą muzyką uznał że może dać wolną rękę Oldfieldowi w interpretacji tekstu i nie wtrącał się w proces twórczy muzyka. Oldfield wykorzystał carte blanche potraktował książkę luźno, jako bazę do swych wizji. Stąd zupełnie odmienny, nielinearny ciąg muzycznej narracji niż w np. War Of The Worlds Jeff'a Wayne'a. Oldfield układa ją w luźno dobrane tematy, wynikające z doznań wyniesionych z lektury książki a nie będących jej streszczeniem. A te zostały dodatkowo rozwinięte o kwestie wizualne. Krążek jest innowacyjny gdyż płytę wydano w technologii CD-ROM i zawiera idee Oldfielda przeniesione na ekran w specjalnej technologii graficznej, prezentującej rendederowaną podróż po mieście przyszłości olbrzymim statkiem kosmicznym. Warto dodać, że video klip do Let There Be Light reżyserował Howard Greenhalgh znany z niesamowitej techniki montażu zdjęć filmowych z grafikami komputerowymi. Niestety graficzne impresje dostępne jest tylko dla posiadaczy MAC-ów. Oba projekty, graficzny i muzyczny były tworzone jednocześnie pod nadzorem Oldfielda, który uważał że uzyskał brzmienia w najbardziej wizualnym wymiarze w dotychczasowej twórczości. Oldfield przyznawał ze jest fanem komputerów i gier na PC, stad na krążku znalazła się też nieskomplikowana gra.
    Oldfield odrzucił tradycyjne dal siebie klimaty czym zaskoczył przyzwyczajonych do kombinacji folka i art rocka fanów. Duży nacisk położył głównie na atmosferę wytworzoną keyboardami i zaśpiewami charakterystycznymi dla... new age! Ten melanż miał na celu wydobycie nastroju jaki powinien towarzyszyć skojarzeniom z tematyką SF, która nie powinna brzmieć zbyt ziemsko. Stapia więc elementy muzyczne z całego świata ze swymi własnymi idiomatycznymi brzmieniami i stylami. Album koncepcyjny jest u Oldfielda nowością: sam twierdził że np. Tubular Bells jest tylko samokontynuującą się muzyczną suitą a nie albumem z konceptem. Forma miała służyć stworzeniu eposu o micie połączenia natury, technologii, nauki w jedność.
    W aranżacjach i stylu nacisk położono na dźwięki i syntetyczne sample połączone płynnie z plemiennymi śpiewami i muzyką dance . Nuży jednak podstawowy mankament tej muzyki, liczne wariacje tych samych tematów, czyli autocytowanie (choćby Let There Be Light powtarzany w Oceanii czy Ascension). Każdy utwór jest doskonały technicznie. Zarzut też to bardzo stereotypowa odmiana new age z syntetycznie brzmiącą sekcją rytmiczną. Najciekawsze są solówki gitarowe, partie syntezatorowe i muzyka world przefiltrowana przez elektronikę w stylu Enigmy (wiele w tej płycie mocno zbliżonych do Cretu utworów np. Hibernaculum). Zwraca moją uwagę także bardzo bogata paleta sampli, którą można by obdarzyć jeszcze kilka płyt. Utwory są łatwe w odbiorze i bardzo melodyjne. Relaksacyjna jakość tej płyty sprawia słuchaczowi dużą przyjemność. Biorąc pod uwagę konotacje z New Age wydaje się być bardziej intensywna, dynamiczna i różnorodna niż typowe NA . Zamiast gitary, która gdy się pojawia jest bardzo subtelna, mamy przewagę wokalnych harmonii a keyboardy generalnie używane są do prowadzenia podkładów niż jako instrumenty wiodące.
    Moje ulubione kawałki to Let there be light gdzie Oldfield miesza swój standard brzmienia gitary z unikalnym obrazowaniem widoku kosmosu. Czytelna, piękna w swej prostocie solówka otoczona ciekawą aranżacją złożoną z sampli głosów i delikatnej syntezatorowej poświaty. Mocne oparcie uzyskuje w rytmie wybijanym na instrumentach perkusyjnych. Melodia wsparta zostaje przez zmieniające się głosy - wysoki męski, chór i niewinny dziecięcy . Wyjaśnia się też pochodzenie tytułu. Słychać wpleciony głos Billa Andersa czytającego na pokładzie Apollo 8 z księgi Genesis "i bóg rzekł niech się stanie światłość"...
    Banalnymi środkami Oldfield uzyskuje niebanalny klimat. Supernova wytraca prędkość poprzedniego utworu oddając się pięknym spowolnionym pasażom, ciekawe potraktowanie smyczków, przy końcu nabiera mocy, pojawiają się generowane elektronicznie piękne zaśpiewy by eksplodować w Magellanie niczym... supernova. Syntezatory najwięcej zaś do pokazania mają według mnie w zjawiskowej melodii The Shining Ones, kruchej i subtelnej kompozycji.

    Dariusz Długołęcki


    Człowiek często pragnie skierować się ku krainom łagodności.O tym przypomina nam właśnie ta płyta. Polecam ten album.

    Jacek Żeromski

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    27,30 zł
  • Vangelis | Voices

    Vangelis | Voices

    Bestseller
    Tą piękną i urozmaiconą płyta

    Vangelis

    udowadnia, iż ma jeszcze sporo do powiedzenia nie tylko w wypracowanej przez siebie formule, ale także w projektach nietypowch, bardziej eksperymentalnych, wykorzystujących jako kolejny istrument również ludzki głos. Głosów mamy – jak już sugeruje tytuł – na Voices bardzo dużo, począwszy od optymistycznych, podniosłych chórów, wykorzystywanych przez greckiego artystę już parokrotnie wcześniej, kończąc zaś na niemalże intymnych wypowiedziach wplecionych w łagodną, oniryczną muzykę. Tytułowy utwór cechuje podobny nastrój podniosłości, przygody i optymizmu, co hymn Conquest of Paradise – podobnie stopniowane tu jest napięcie, podobne nieco są aranżacja i sposób rozwijania kompozycji. Echoes to "ambientalna", malarsko sugestywna, pełna przestrzeni i sennej fantazji parafraza tematów Voices. Kolejny utwór to prawdziwy klejnot: niezwykła, nocna ballada utrzymana w nastroju obrazów prerafaelitów Come to me w wykonaniu

    Caroline Lavelle

    . Głos Lavelle łączy w niepowtarzalny sposób coś z brzmienia

    Enyi

    i coś z narracyjnej zagadkowości

    Laurie Anderson

    . Po krótkim P.S. otrzymujemy kolejny zaskakujący utwór, kolejne intymne zwierzenie – spacer po onirycznej kwiecistej łące ze Stiną Nordenstam, ukazującej nam świat widziany oczami dziecka z innej planety. Druga część albumu jest za sprawą wszystkich perełek ze strony pierwszej bardziej stonowana i konwencjonalna, ale nadal mnóstwo tutaj piękna, zadumy i symbolistyczno-impresjonistycznych harmonii. Szczególnie interesujące jest nostalgiczne Still, My Heart: smutne, skromne, przywołujące nastrój La petite fille de la mer z albumu L’apocalypse des animaux, oraz freskowe, mirażowe Messages z powracającymi zamglonymi partiami chóru. Kolejny znakomity album

    Vangelisa

    .

    Igor Wróblewski



    Rzadko kiedy jakiemuś twórcy muzyki elektronicznej, który na swojej płycie zamieszcza piosenki, udaje się mnie do nich przekonać. "Staruszkowi"

    Vangelisowi

    to się udało. Po wysłuchaniu Voices radykalnie zmieniłem pogląd na pewną sprawę. Do niedawna śpiew i co bardziej wyraziste słowa w el-muzyce działały na mnie jak płachta na byka. Jednak na tej płycie śpiew dosłownie mnie zaczarował, zwłaszcza w utworze Come to Me. Nie znam

    Caroline Lavelle

    , która użyczyła w nim głosu, ale już ją lubię!
    Po wysłuchaniu Come to Me myślałem, że już nic nie jest w stanie mnie "dobić", oczywiście aż do momentu, gdy usłyszałem Ask the Mountains. "Siedziałem wmurowany jakieś dwie minuty , aż oranżada polała mi się na buty". Panią, która uczyniła ze mnie niewolnika jej głosu (czy to do końca jej głos?) jest

    Stine Nordenstam

    - ją już kocham!
    Utwór tytułowy przypomina budową i brzmieniem muzykę z płyty 1492 - Conquest of Paradise. Rozmach tego utworu - cały

    Vangelis

    !
    Echoes. Doprawdy nie wiem po co ludziom narkotyki, skoro mamy coś takiego. Kompletny odjazd! Trudno po wysłuchaniu Echoes powrócić na ziemię. Ciekawą sprawą na tej płycie jest także śpiew

    Poula Younga

    w utworze Lossing Sleep. Przepraszam za "wybitną niechronologię", oraz pominięcie niektórych kompozycji, co w żadnej mierze nie umniejsza ich wspaniałości. Moim zamierzeniem było jednak w tym konkretnym przypadku zwrócenie uwagi na piosenki. Wszystkie zawarte na płycie utwory są naprawdę godne uwagi i utrzymane w podobnym klimacie. Mam nadzieję, że moja recenzja zachęci wszystkich do nabycia tej płyty. Zresztą, który z fanów el-muzyki odmówiłby sobie zakupu takiego wydawnictwa. To już 34 płyta genialnego kompozytora. Ludzie przecież to

    Vangelis

    .
    P.S. Na pochwałę zasługuje także graficzna strona płyty. Okładka naprawdę do mnie przemawia. Delikatna pofałdowana powierzchnia wody - wewnętrzny spokój, ukojenie, spójność - wszystko co dobre. Woda to czystość.
    Gorąco polecam. Na tym kończę, gdyż najlepiej ocenić płytę po jej wysłuchaniu.

    Kacper Olejnik



    Coś dla koneserów
    Wielbiciele

    Vangelisa

    powinni być zadowoleni z jego nowej płyty. Styl, który określiłbym mianem monumentalnego, jest znany wielu fanom el-muzyki. Wszystkie kompozycje umieszczone na krążku są utrzymane w spokojnej tonacji, wyjątek stanowi pierwszy utwór, wręcz "porażający" ewentualnego słuchacza swoim nastrojem. Mimo swej odmienności nie sprawia wrażenia "doklejki". Staje się raczej ozdobą krążka. Głosy towarzyszące większości kompozycji nie zmieniają el-muzycznego charakteru płyty. Nie uświadczymy tutaj lekkich piosenek ale prawdziwe pieśni, które tworzą swoisty niezapomniany nastrój. Cóż można napisać na zakończenie? Tej płyty słucha się z przyjemnością, choć momentami można popaść w nostalgię. Ale czyż tak nie miało być?

    El-Skwarka



    Kiedy wychodzi nowa płyta

    Vangelisa

    , można się spodziewać sporej dawki ciekawej i dobrej muzyki. Tym razem kompozytor także nie zawiódł swoich fanów, proponując muzykę w stylu ciepłych pastelowych kompozycji

    Kitaro

    , ale czy do końca? Chyba nie,

    Vangelis

    przedstawił akurat taką muzykę w takich kolorach, mając na uwadze poprzednią płytę Conquest of Paradise. Trzeba przyznać, że niektóre utwory Voices są utrzymane w konwencji poprzedniej płyty, ale nie do końca. Każdy kompozytor wydając nową muzykę, w jakimś stopniu próbuje nawiązac w niej do swoich poprzednich dokonań. Ale on idzie dalej do przodu, poszukując nowych rozwiązań w nowych utworach. Tytułowy utwór to kolejny popis znakomitej współpracy

    Vangelisa

    z chórem. Tak jak w przypadku tytułowego Conquest... i tutaj połączone syntezatory z chórem dają temu utworowi pełen dynamizm i wielobarwne odcienie nastroju. Później jednak kompozytor umieszcza ten sam utwór jakby w podwodnej przestrzeni. Po nieco surowszych dźwiękach przychodzi czas na ciepłe dźwięki harfy i delikatny głos

    Caroline Lavelle

    .
    Dźwięki harfy kojarzą się nam z podwodnymi krajobrazami, a głos Caroline, to jakby głos syreny, która próbuje zauroczyć marynarza swoim śpiewem, przez co utwór pozostaje w klimatach Echoes. Już tak na zakończenie w utworze P.S. kompozytor oddala się od głównego wątku, który był utrzymany w poprzednich utworach.
    Kolejna kompozycja Ask the... przypomina mi muzykę

    A. Badalamenti

    do filmu Twin Peaks. Ile razy słucham akurat tego utworu, od razu przypomina mi się ten film, ta muzyka, ten kompozytor. W kompozycji Prelude bardzo wyraźnie słychać powrót do Conquest..., przez co ten utwór wydaje się takim wspaniałym.

    Paul Young

    i Losing Sleep to kolejny utwór, w nim

    Young

    pokazał pokazał klasę nie gorszą od Come to Me czy Ask the Mountains. Kompozycja Messages to na wskroś etniczny utwór, ma swój koloryt. A już na zakończenie płyty kompozytor umieścił Dream in an Open Place. Przy tym utworze pokusiłbym się o porównanie do płyty The City i utworu Dawn, te dwie kompozycje łączą łagodne dźwięki trąbki i fortepianu, co może oznaczać, że Dream in... to coś więcej niż tylko przypomnienie tematu z poprzedniej płyty i coś więcej niż tylko zakończenie Voices.
    Moje podsumowanie.
    Po nieco dłuższej przerwie,

    Vangelis

    wydał swoją kolejną z rzędu płytę. Po przesłuchaniu pierwszy raz, był kolejny raz, itd. Muzyka ta przypadła mi do serca, gdyż utwory zawarte są w klimatach, w których lubię przebywać, w ciepłych, pastelowych, w których także tworzy

    Kitaro

    . Zatem pytanie: czy Voices ma odzwierciedlenie w muzyce

    Kitaro

    ? Z jednej strony tak z drugiej nie, ale to już indywidualna sprawa i gust słuchacza. Miłego słuchania.

    Michał K.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    49,00 zł
  • Mike Oldfield | Tubular Bells 3

    Mike Oldfield | Tubular Bells 3

    Super cena
    Kiedy po raz pierwszy usłyszałem pierwszy miks The Source Of Secrets, zwiastujący nadejście płyty Tubular Bells III, umieszczony na retrospektywnej płycie XXV - The Essential, miałem mieszane uczucia. Z jednej strony zaostrzył się apetyt na nową płytę jednego z ulubionych artystów, z drugiej zaś ogarnął mnie lęk, czy Oldfield przypadkiem nie zechce wydać płyty bliźniaczo podobnej do Tubular Bells II, tyle, że w wersji zdecydowanie utanecznionej... W okresie oczekiwania na album zastanawiałem się, jaki byłby właściwie sens tworzenia po raz kolejny suity odwołującej się w mało zawoalowany sposób do słynnej debiutanckiej płyty brytyjskiego artysty (tymczasem w późniejszym wywiadzie sam Oldfield, dumny ze swej nowatorskiej płytym podkreślał, jakim nonsensem byłoby "mechaniczne" dopisywanie trzeciej w oczywisty sposób brzmiący części do cyklu Tubular Bells...). W końcu nadszedł pewien sierpniowy dzień 1998 roku i doczekałem się "podejrzanej" płyty...
    Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Oldfield zażartował sobie z podkpiwających z niego krytyków, twierdzących już przy okazji udanego przecież skądinąd albumu Tubular Bells II, iż "wielki niegdyś artysta gryzie bezradnie swój własny ogon"; tytuł płyty po dziś dzień jest dla mnie dowodem na specyficzne poczucie humoru Mike'a Oldfielda, ponieważ doprawdy trudno znaleźć na tej płycie choćby pięć minut muzyki kojarzącej się jednoznacznie z jakąkolwiek odsłoną cyklu Tubular Bells. Początek płyty skutecznie usypia czujność: z introdukcji przepełnionej hukiem wzbierającego morza wyłania się bardzo charakterystycznie skonstruowana fortepianowa sekwencja, podobnie jak na Tubular Bells II do złudzenia przypominająca motyw otwierający pierwszą płytę Oldfielda. W tym momencie każdy sceptycznie nastawiony miłośnik muzyki zastanawia się zapewne: "i do czego to doprowadzi - i w jakim celu? Przecież ten człowiek nie ma wstydu". Nic bardziej mylnego! Obrobiony w bardzo nowoczesny (ale nie nachalny) sposób (typowy może raczej dla takich wykonawców jak Aphex Twin niż sam Oldfield) główny temat rozpływa się pod koniec energicznej solówki gitarowej w niemuzyczne brzmienia introdukcji i prowadzi do przestrzennego, króciutkiego pasażu The Watchful Eye, który z kolei płynnie przechodzi w jeden z najpiękniejszych utworów Oldfielda: Jewel In The Crown. W tym momencie słuchacz może już być pewny, iż Oldfield wolał przy okazji tej sesji nagraniowej zdecydować się na głębię brzmienia i tajemniczy nastrój, niż na epatowanie swoją brawurową techniką albo proponowanie utworów złożonych z tysiąca ścieżek. Na tle transowego rytmu wyłaniają się chłodne żeńskie wokalizy oraz sterylne ozdobniki gitarowe - to wszystko zaś stanowi znakomity podkład do emocjonalnej solówki gitarowej, opartej na "przewidywalnej" skali, ale zagranej w taki sposób, jak słyszało się ostatnim razem chyba naprawdę aż w 1978 roku przy okazji płyty Incantations! Wizualizacje same odsłaniają się przed słuchaczem, rozsiewając na posępnym brunatnym tle pojedyncze tęskne błyski odległych świateł. Muzyka zwija się, kurczy w bolesnej konstelacji, w której spada napięcie - i nieoczekiwanie rozbrzmiewa riff zagrany w sposób podobny, jak w pewnym charakterystycznym fragmencie debiutanckiej płyty: unisono rozbrzmiewają tu gitary akustyczne i elektryczne. Gdy dochodzi sekcja rytmiczna, utwór przeobraża się w jeden z najbardziej dynamicznych, typowo rockowych utworów Oldfielda - ale więcej tu jednak przestrzeni i prawdziwej radości tworzenia, niż w podobnie agresywnych utworach z młodszej o niespełna rok płyty Guitars! Ten utwór, zatytułowany Outcast, kończy się wzmocnieniem głośności i rykiem spadającej w wibrującą przepaść pokracznej istoty tu odzywa się echo człowieka z Piltdown, pomrukującego groteskowo na pierwszej części Tubular Bells i wywrzaskującego swe niezwykłe groźby w Altered State z części drugiej.
    Następna impresja to ukłon w stronę epizodu pt. Fast Walz z płyty Amarok oraz hołd dla hiszpańskich mistrzów gitary: Serpent Dream. Oldfield z niebywałą lekkością i finezją gra pełen najrozmaitszych ozdobników pasaż balansujący na granicy systemów dur i moll, a z tła wyłaniają się przeciągające, omdlewające dźwięki pełne niepokoju i zagadkowości. Pół-elektroniczny pasaż w stylu flamenco od razu otwiera przed słuchaczem psute, mroczne korytarze, w których długim echem wybrzmiewają kroki kobiet jawiących się tylko jako podłużne smużki czerwonawego dymu i jako westchnienia wznoszące się turbulencyjnie ku pustym sklepieniom seledynowych kosmodromów. Choć sam pomysł zestawienia nowoczesnego brzmienia z hiszpańskim popisem gitarowym nie jest nowy (vide Innuendo Queen, ale też przecież Fast Walz (1990) i Taurus III (1983) samego Oldfielda), tutaj brzmi tak świeżo, że to wprost nie do wiary! W The Inner Child pojawia się melancholijna żeńska wokaliza w stylu trochę podobnym jak Red Dawn z Tubular Bells II (być może inspiracją dla obu epizodów był przejmujący fragment Bachianas Brasileiras no.5 Heitora Villi-Lobosa). Man In The Rain to odpowiedź Oldfielda na własny hit sprzed lat, Moonlight Shadow, ze znakomitym popisem gitarowym, dowcipnie sentymentalną aranżacją i świeżym powiewem wokalnym wniesionym przez Heather Burnett. The Top Of The Morning to bezprecedensowe zdarzenie w dyskografii Oldfielda: brawurowa kompozycja o niebywale atrakcyjnej linii melodycznej, zaaranżowana na fortepiany z dyskretnym towarzyszeniem podkładu perkusyjnego (generowanego elektronicznie) i ludowych instrumentów irlandzkich. To bez wątpienia jeden z największych atutów Tubular Bells III, wytyczający nowe ścieżki Oldfieldowi występującemu w roli nie-gitarzysty. Moonwatch to tęskna instrumentalna pieśń zbudowana na typowo irlandzkich skalach, ciekawie urozmaicana przetaczającymi się turkusowymi arpeggiami ilustrujacymi przetaczanie się spienionych fal. Następnie zaś powraca temat Secrets, frapująco łączący sentymentalny moytw fortepianowy z riffem towarzyszącym Mistrzowi Ceremonii zapowiadającemu kolejne instrumenty na Tubular Bells zaaranżowanym na chłodny, iście "berliński" sekwencer - ten utwór doprowadza słuchacza do finalnej impresji, rewelacyjnej Far Above The Clouds, w której gitara Oldfielda osiąga podobnie przejmujące i mistyczne rejestry jak w słynnej solówce opatrzonej nieoficjalnie tytułem Tortura narodzin z płyty Ommadawn (1975). Właśnie w tym fragmencie po raz pierwszy i ostatni zarazem odzywają się tytułowe dzwony rurowe: majestatyczne, wyniosłe, chłodne i zupełnie surrealistycznie brzmiące po serii tak świeżych i nowatorskich utworów składających się na pierwsze dziesięć utworów płyty.
    Ten album świadczy o niegasnącej wyobraźni malarsko-muzycznej Oldfielda i o jego niezwykłych umiejętnościach na polu wyczarowywania niezwykłych, silnie oddziaływujących na słuchacza nastrojów. Po przygodzie z Tubular Bells III trochę zaskakiwać może nieśmiałość młodszych płyt (Guitars, The Millenium Bell) i ich kameralne brzmienie..
    . PS. Podobno w pierwotnej wersji suita Tubular Bells III trwała znacznie dłużej (być może musiałaby ukazać się jako podwójny album) i zawierała więcej elementów w stylu house oraz trance - być może szkoda, że album nie trafił na rynek w tej wersji, ale sam Oldfield stwierdził w wywiadzie, iż osobiście uznał tę wersję za nazbyt statyczną i nudną, dlatego też dokonał zdecydowanych cięć, skrótów i p

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    32,50 zł
  • Mike Oldfield | Tubular Bells 2

    Mike Oldfield | Tubular Bells 2

    Super cena

    Pogodna, durowa figura fortepianowa otwiera cały album słonecznym akcentem, ale po chwili instrumentalne niebo zostaje zasnute chropawymi chmurami i na pierwszy plan wysuwa się charakterystyczny motyw utrzymany w wysokich fortepianowych rejestrach, podszyty dźwięcznymi szelestami jesiennych liści dzwonków i gitary basowej, do złudzenia przypominający introdukcję legendarnego debiutanckiego utworu. Gitara kładzie na tym tle swoje miękkie, dwudźwiękowe akcenty, skądś pojawia się też żeński chórek. Ścieżka rytmiczna jest znacznie bardziej wyrazista niż na debiutanckiej płycie, szczególnie zwrócić należy uwagę na głęboki, fantazyjny puls basu. Motyw podlega kolejnym parafrazom, dopóki nie wykluje się z niego pogodna trawestacja tematu, który otwiera całą płytę. W chwilę potem zamarkowany zostaje wyrazista ścieżka perkusji i basowego syntezatora, w tle zaś rozpluskują się chaotycznie wirujące płatki śniegu oscylujące fraktalowo wokół tematu introdukcji. Na takim tle rozwija się pełna schromatyzowanych ekstrawagancji popisowa solówka gitarowa, chyba jeszcze misterniejsza niż w analogicznym miejscu pierwszej części Tubular Bells. Podobnie jak w pierwszej części, solo gitarowe rozpłynie się w warkotliwym pomruku masywnych ścian ciężkich, basowych dźwięków, na tle których rozbłysną jeszcze krótkie wejścia gitary, podlegające progresji w coraz wyższą tonację. Kolejny pasaż przywróci atmosferę relaksu i uspokojenia, kojąc barwami, które wydadzą się w porównaniu z pierwszymi Tubular Bells może nawet nazbyt pastelowe i łagodne…
    Dalszy ciąg utworu jest, wedle tej specyficznej metody, z jednej strony "oczywisty" (aranżacyjne aluzje są przeprowadzone z żelazną konsekwencją), z drugiej zaś niezwykle świeży i zaskakujący (wątki melodyczne czasami oddalają się niespodziewanie od pierwowzorów, tylko uważny słuchacz dostrzeże w poszczególnych epizodach konkretne nawiązania do pierwszej części cyklu). Tak więc ucieszy słuchacza polifoniczny dialog rozwibrowanych gitar na tle basu przypominającego mroczny akompaniament One of these Days Pink Floyd (Blue Saloon), unisono gitar akustycznych, klasycznych i elektrycznych prowadzące bardzo oldfieldowski riff (Sunjammer), rozległy pejzaż irlandzki obserwowany z lotu ptaka, o którym opowiadają zwłaszcza instrumenty akustyczne pod przewodnictwem mandoliny i banjo (The Great Plain oraz Sunset Door), wreszcie – oparta na soczystych riffach prawdziwie rockowa kompozycja z powrzaskiwaniami "człowieka z Piltdown" (Altered State).
    Melodie czasami brzmią tak, jakby poprzestawiano w nich w sprytny sposób podstawowe klocki, czasami tak, jakby odtwarzane były wspak, czasem zaś zupełnie nowe rozwiązanie harmoniczno-melodyczne lepiej przywołuje ducha oryginału, niż uczyniłaby to wierna replika danego motywu. Zamyślony, mollowy wstęp do części drugiej oryginalnej suity Tubular Bells, trwający na tamtej płycie zaledwie minutę, tutaj rozwinięty zostaje w całą kompozycję pt. Weightless, obfitującą w chwytliwe partie gitary, przewijające się na lekko podorientalizowanym tle wydzielającym zapach cytrusowych drzew. Fragment, w którym odzywają się zaspane dzwony jakiejś zardzewiałej wieży kościelnej niczym z zachmurzonego pejzażu Corota, na Tubular Bells II rozbudowany zostaje w piękną akustyczną impresję z żeńską wokalizą, stylizowaną na przejmujący fragment Bachianas Brasileiras no. 5 Heitora Villi-Lobosa. Pozostałe innowacje raczej transponują to, co mollowe i ponure na pierwszej płycie, w pogodne i żartobliwe. Pełen grozy fragment, w którym ścieżka "przemawiających" kotłów i timpani splata się na złowróżbnie narastającym tle z pieśnią szkockich dud dublowanych przez łkające gitary, staje się na Tubular Belssa II kompozycją Tattoo, która zgodnie z tytułem (chodzi oczywiście o mniej znane tłumaczenie angielskiego słowa) jest podniosłym, pogodnym hymnem rozpisanym na dudy i charakterystycznie grzechoczące bębny. Nostalgiczna, ponura impresja gitarowo-organowa z części pierwszej zamienia się w Maya Gold – miniaturę oscylującą wokół błogo rozmarzonych, ciepłych tonacji. Wreszcie, niesamowita trawestacja ravelowskiego Bolera, czyli wejścia kolejnych instrumentów zapowiadanych przez Mistrza Ceremonii na tle monotonnego, zagadkowego pochodu basowego, tutaj staje się błyskotliwą wariacją nowoczesnej ery: brzmi raczej jak komponowana przez komputerowego entuzjastę niekończąca się sekwencja MIDI… Surrealistycznego klimatu dopełnia finałowa miniatura; w oryginalnej suicie Tubular Bells była to parafraza tańca ludowego Sailor’s Hornpipe, w finale Tubular Bells II zaś słyszymy rozpędzającą się melodyjkę rodem z westernu, pełną zawodzeń rzępolących skrzypiec oraz wzorków wyszywanych w ekspresowym tempie przez banjo.
    Prawdopodobnie właśnie to z lekka odrealnione poczucie humoru Oldfielda sprawia, iż Tubular Bells II jest tak znakomitą płytą. Najważniejsze w pierwowzorze tej suity były w końcu elementy składające się na nierozwiązywalną zagadkę, wszystko, co zamglone i nie dające się przetłumaczyć na prosty język konwencjonalnego przeżycia muzycznego. Tutaj nie mniej zaskoczeń i zdumień czeka na słuchacza – chociaż nie są to już najczęściej zaskoczenia natury czysto harmonicznej, tylko aranżacyjnej; chociaż nie są to już zdumienia wywrotowe, tylko przewrotne…

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    32,50 zł
12 Następna strona Ostatnia strona