Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

1CD + 1DTS CD

(6 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Pete Namlook, Move D | Dawning of a New Decade

    Pete Namlook, Move D | Dawning of a New Decade


    Dziewiętnasta (a ściślej rzecz ujmując, już dwudziesta druga) płyta przygotowana wspólnie przez Davida Moufanga i Pete Namlooka (tradycyjnie zarejestrowana na żywo w heidelberskim studiu tego pierwszego) ma stanowić początek "nowej dekady". Okazuje się, iż brzmienia istotnie nowe dla duetu Move D & Namlook, nie tyle stanowią absolutny przełom w elektronice, ile odważniej niż dotąd odwołują się do wizjonerskich pomysłów... sprzed paru dekad, mianowicie do muzyki Tangerine Dream! O tym przynajmniej wydaje się świadczyć introdukcja do albumu, Polar Melt, przynosząca w sferze aranżacyjnej urokliwe akordy, rozsypujące się promienistymi wiązkami swych tonów składowych w sposób jednoznacznie kojarzący się ze suitami Tangerine Dream i Edgara Froesego początku lat osiemdziesiątych (np. Convention of the 24, Horizon, Pinnacles). Tło oraz ogólny nastrój pozostają natomiast czysto ambientalne - wydaje mi się, iż tą kompozycją Dave i Pete zarówno przekonają swych wiernych fanów, jak i pozyskają sobie odpowiednie grono zainteresowanych słuchaczy na co dzień gustujących w tradycyjnej elektronice berlińskiej... Black Sun to na pierwszy rzut ucha typowy IDM spod znaku Moufanga i Namlooka, niemniej jednak mamy tutaj świeże pomysły na efekty brzmieniowe w tle, wyjątkowo prężnie brzmiący elektroniczny riff prowadzący, a także dziwacznie i frapujące brzmiące solo, przypominające jakością barwy przetworzoną wiolonczelę. Główne ambientalne danie czeka Słuchacza oczywiście na końcu krążka pod postacią ponad półgodzinnego Change Prevails. To nie tylko najdłuższy, ale również, zgodnie z sugestią tytułu całego albumu, najbardziej nietypowy fragment - coś w rodzaju psychedelicznej, kosmicznej, a przy tym fantastycznie "bluesowej", spowolnionej jam-session snutej na skraju naszego układu słonecznego. Płytę poleciłbym chętnie (ze względu na genialną atmosferę Polar Melt) także fanom "tradycyjnej" elektroniki, natomiast "Faxheadom", których odstraszyły w międzyczasie dwucyfrowe numery tomów kolejnych przygód Moufanga i Namlooka (niektórzy narzekali, iż płyt z cyklu Move D vs. Namlook jest powoli już po prostu za dużo jak na to, by wszystkie mogły być interesujące), mówię: "Nie wyłamywać się, słuchać nadal, ponieważ zdecydowanie jest czego..."

    I. W.

    Dostępność: Ostatnie sztuki | nośnik: 1CD + 1DTS CD

    136,70 zł
    99,99 zł
  • Pete Namlook, Move D. | Traveling the Silk Route

    Pete Namlook, Move D. | Traveling the Silk Route


    Płyta nagraną w reSource studio Davida Moufanga w Heidelbergu poprzez bogate, inwencyjne łączenie elementów muzycznych różnych kultur odzwierciedlać "jedwabny szlak" jako znak rozwoju wielkich cywilizacji i podstawę pod fundamenty nowoczesnego świata. Pojawia się więc jazz, ambient, innowacyjne perkusacje i orientalizmy oddające ducha jedwabnego szlaku jako synonimu dla handlowej i kulturalnej wymiany pomiedzy różnymi cywilizacjami. Muzyka ma portretować kupców, pielgrzymów, mnichów, nomadów i osadników wędrujących z Chin ku morzu śródziemnemu. Pierwsza część Travelling the Silk Route przynosi dalekowschodnie instrumentarium w cyfrowej, syntezatorowej oprawie. Rytm przypominający podróżujący pociąg trwa przez większość płyty. Dochodzi jazzujący wibrafon i trąbka na tle indyjskich instrumentów...Całość słucha się bardzo dobrze i szczerze to wydawnictwo polecam.

    Dariusz Długołęcki



    Doczekaliśmy się już aż szesnastego tomu przygód Namlooka i Move D (a licząc ze względu na personel, a nie pseudonimy, to już dziewiętnastego, jako że Moufang i Namlook przygotowali też przecież trzy albumy w serii Koolfang). Od razu uprzedzę sceptyków, którzy narzekali (zresztą też nie do końca słusznie) na brak innowacyjności na trylogii Raumland: tak, zdecydowanie opłaca się kupić ten album! Move D i Namlook jeszcze raz przekraczają stylistyczne bariery i proponują zupełnie nowe rozwiązania, momentami naprawdę trudno dosłuchać się ulubionych barw obu artystów. Posuwiste, skomplikowane rytmy raczej dalekie są od typowego dla "Dave-and-Pete-show" IDM-u, raczej ocierają się o wysublimowany trip-hop. Drugi utwór przynosi znakomitą partię trąbki, z miejsca kojarzącą się z muzyką Toshinori Kondo, atmosferyczne mroczne tło również prędzej skojarzyć się może z muzyką takich artystów jak Bill Laswell czy DJ Krush aniżeli akurat duet Namlook / Moufang (z drugiej strony jednak można się tutaj doszukać pewnych analogii do Koolfang, przy czym tutaj atmosfera eksperymentu zastąpiła żartobliwo-swobodny nastrój). Trzeci utwór, podobnie jak finał płyty, skojarzyć może się dla odmiany z wczesną muzyką Vangelisa (np. L'apocalypse des Animaux) ze względu na eteryczne, jazzujące wibrafony oraz podmokły, bagnisty nastrój rodzącego się świtu. W zasadzie znów jedynie prześlizgujące się przez dalszy plan specyficzne efekty dźwiękowe mogą przywieść na myśl inne nagrania Move D i Namlooka, pozostałe elementy stanowią zdecydowanie nową jakość. Pozostaje czekać na siedemnaste/dwudzieste spotkanie obu muzyków i prawdopodobnie kolejny raz się zdziwić... Polecam gorąco (niemniej ze świadomością, iż miłośnicy przede wszystkim sekwencyjnej elektroniki będą tu ziewać albo wybrzydzać...)

    I. W.

    Dostępność: Ostatnie sztuki | nośnik: 1CD + 1DTS CD

    136,70 zł
    99,99 zł
  • Pete Namlook | Subconscious Worlds

    Pete Namlook | Subconscious Worlds


    Opening the Gate. Spokojny minimalizm oparty na brzmieniu przypominającym ksylofon z techno tłem ale w delikatnej oprawie. Fajna rzecz trochę zamordowana przez rozwlekłość i wstawienie elektro ale Namlook próbuje ją ratować choćby gitarą basową. Living the Dream bardzo ciekawie przechodzi od dark ambientu w stronę mrocznego techno. Subconscious Worlds soniczna wędrówka w zakamarki ludzkiej psychiki czyli eksperymentalne eskapady. Canned Love. Spokojny technobit w zestawieniu z kobiecym nastrojowym ale zmodulowanym głosem opowiadającym coś po francusku (bardzo słabo słychać odpowiadajacego jej mężczyznę). A wszystko to unurzane w kosmicznych padach. Jak dla mnie ciekawe -więc polecam.

    Dariusz Długołęcki




    Tytułem Namlook opatrzona jest seria eksperymentalnych, tworzonych na żywo projektów frankfurckiego artysty. Ostatni faktycznie koncertowy album w tej serii to Namlook XIII - License To Chill; późniejsze płyty to po prostu eksperymenty tonalne kreowane w namlookowskim Klanglabor. W tej późniejszej fazie Namlook przedstawił dwie płyty w stylu oscylującym między muzyką do filmów SF, nowoczesnym breakbeatem oraz dźwiękowym eksperymentem (Solarized i Free Your Mind), trzy części projektu bazującego na syntezie granularnej (New Organic Life) oraz dwie nie mniej awangardowe płyty z serii Music For Urban Meditation. Płyta Subconscious Worlds stanowi pomysłowe podsumowanie wszystkich tych stylów. Muzyczna podróż zaczyna się impresją Opening the Gate, ocierającą się o styl serii Koolfang za sprawą jazzujących harmonii, chill-outowych wtrętów oraz swobodnych, swingujących, tak charakterystycznych dla Namlooka solówek gitarowych. Drugi utwór to pogrążanie się w mrocznym świecie podświadomych wizji i impulsów: mamy tutaj przede wszystkim coś z atmosfery obu części Syn, niepokojące akcenty rytmiczne brzmiące na wygenerowane z nieśmiertelnej "kosmicznej walizki" Synthi AKS, a w finale popisowy koncert na replikujące się w nieskończoność spusty migawki aparatu fotograficznego. Utwór tytułowy, zarazem najdłuższy na płycie, to przede wszystkim gęste chmury upartego, matowego dymu, który snuje się tak w oddali, jak i na bliższych planach, raz po raz dając złudzenie przygotowywania miejsca mającej nadejść niepokojącej melodii - niezwykle wciągająca porcja dark ambientu w dobrym, starym stylu. Finał płyty to nieco harmonicznego uspokojenia, ale na nie mniej frapująco odrętwiałym, hipnotyzującym tle jak w utworze poprzednim. Niby nie ma tutaj zupełnie nowych, zaskakujących elementów - ale jednak zaskakujące okazuje się już połączenie takich a nie innych elementów mniej czy bardziej typowych dla serii Namlook, a do tego mamy tutaj jednak nowe pomysły aranżacyjne oraz dowód niewyczerpanej inwencji melodyczno-nastrojowej. Ciekawe, co artysta wykombinuje na następnej płycie - zwłaszcza, że coś wygląda na to, iż wbrew wcześniejszym zapowiedziom ukaże się jednak następna, jedenasta już, część legendarnego cyklu The Dark Side Of The Moog przygotowywanego z Klausem Schulze! Nie uprzedzajmy jednak faktów, tylko ucieszmy się, że tyle już na niniejszej płycie miejsca do zanurzenia się w czarne, szeleszcząco-bulgotliwe tonie...

    I. W.

    Dostępność: Ostatnie sztuki | nośnik: 1CD + 1DTS CD

    136,70 zł
    99,99 zł
  • Pete Namlook, Move D. | Raumland Sphare

    Pete Namlook, Move D. | Raumland Sphare


    Sphare I ma charakterystyczne namlookowski sztafaż i ciekawe granie na pierwszym planie, bardzo wyciszone, subtelne jak chociażby stosowanie pojedynczych fortepianowych akordów i dziwacznych wokaliz. Part II stawia na rytmiczne, zapętlone granie. III przynosi kosmiczne odgłosy plus nieharmoniczne granie i stonowane tło. Choć wydaje się to monotonne ta część Raumlandów jakoś najbardziej mi pasuje. Czyli bez rewelacji ale ok.

    Dariusz Długołęcki




    Finał trylogii Raumland to trzy długie utwory zabarwione w charakterystyczne dla duetu Move D / Namlook sposób. Jest to niewątpliwie najbardziej abstrakcyjna, najwięcej od Słuchacza wymagająca część najnowszego albumu: w porównaniu z poprzednimi płytami praktycznie brak tutaj wyrazistych wątków melodycznych, chwytliwych sekwencji akordowych, postawiono za to w tym większym stopniu na walory brzmieniowe. Podkreślę jednak jeszcze raz, że jest to przede wszystkim trudny album. To już ostatecznie piętnasta płyta w cyklu Move D / Namlook, a w ogóle osiemnasta płyta będąca owocem wspólnych sesji Namlooka i Moufanga. Wydaje się, że więcej tutaj rutyny aniżeli zapału poszukiwania - a o ile poprzednie części Raumland przynosiły jeszcze w miarę konkretnie zarysowane kształty muzyczne, o tyle tutaj mamy do czynienia raczej z godzinnym scherzem, całkowicie otwartą, intuicyjną zabawą dźwiękami, której finału nie mogą przewidzieć nawet sami muzycy; z drugiej zaś strony, jak na taki swobodny żart zdecydowanie za mało tutaj znowu improwizacyjnego i przede wszystkim formalnego luzu... Wszechobecnym elementem jest tutaj uporządkowany, typowy dla IDM-u a la Move D / Namlook rytm, podobnie jak obsesyjnie powtarzane i nieznacznie modyfikowane filtrami kombinacje akordowe. Sphaere 1 zaczyna się w gęstwinie bardzo obiecująco brzmiących tonów, ale z czasem i tutaj napięcie pomału siada, podczas gdy pozostałe dwie części już tylko od czasu do czasu podsuwają Słuchaczowi naprawdę intrygujące motywy do dopowiedzenia wsłuchaną wyobraźnią ciągu dalszego. Mogę zrozumieć, dlaczego na forum dyskusyjnym na stronie 2350.org posypały się głosy, że "pora już chyba kończyć Dave-and-Pete-Show, jeśli chcemy jeszcze coś mieć z FAXu"; mogę zrozumieć, a jednak nie do końca mogę się zgodzić, jako że nawet ten tak dziwaczny i średnio angażujący album ma w sobie jakiś pierwiastek tajemniczości i oryginalności. Z jednej strony trudno się koncentrować na zjawiających się tu trochę jakby od niechcenia motywach przez cały czas, z drugiej strony nie sposób ot tak sobie przewinąć dłużących się sekwencji - i to nie tylko podczas pierwszego przesłuchania, kiedy czeka się na jakieś rozwiązanie podsuwanych dość mętnych motywów! Być może niebagatelną rolę gra tutaj moje przywiązanie do muzyki Namlooka i fakt, że posiadam całą dyskografię artysty (z maxi-singlami włącznie), ale naprawdę wydaje mi się, że w tej muzyce po dziś dzień coś drzemie, trzeba tylko umieć znaleźć odpowiedni do niej klucz, wczuć się w odpowiedni nastrój. W samym środku nocy, kiedy żadne czynniki audiowizualne nie odwracają uwagi, słuchanie tego na pozór bardzo spokojnego, obojętnego albumu staje się znienacka przeżyciem zupełnie innej jakości - trzeba tylko pamiętać o tym, by postarać się łowić rzeczywiście każdy najmniejszy ton... (No dobrze, ale tak swoją drogą czekam oczywiście nadal z utęsknieniem na płyty takie jak Elektro III, The Fires of Ork III albo Miles Apart II...)

    I. W.

    Dostępność: Ostatnie sztuki | nośnik: 1CD + 1DTS CD

    136,70 zł
    89,00 zł
  • Pete Namlook | Music for Urban Meditation 2

    Pete Namlook | Music for Urban Meditation 2


    W nieskończoność podtrzymywane akordy, które dawno przekroczyły barierę dur/moll, nigdy nie wygasające dźwięki opancerzone niezliczonymi elektronicznymi filtrami, spokój uchwycony w przekroju poniewierającej się na placu budowy betonowej rury lub na skrawku ociekającej świeżym asfaltem jezdni... Tak można by próbować wprowadzać słuchacza w nastrój tej nietypowej płyty. To fascynujące, ile treści można zawrzeć w podskórnej sferze każdej proponowanej tu kompozycji, na pozór odstręczającej swą upiorną minimalistycznością i niebywałą statycznością. Stojące syntetyczne akordy doznają nieustannego mrowienia, na ich powierzchni można zaobserwować nieustannie dokonujące się zmiany. Rodowód parujących tu brzmień jest naturalnie miejski, cywilizacyjny, rezultatem jest jednak jedyne w swoim rodzaju emergentne, organiczne zjawisko. W pełni można docenić tę płytę traktując ją jako ścieżkę dźwiękową do fascynującej lektury lub jako soundtrack do zapadania w sen, niemniej jednak to właśnie świadomy, wytężony kontakt z tą muzyką - najlepiej po ciemku, przez słuchawki - pozwoli Słuchaczowi rozsmakować się tymi dźwiękowymi wysączeniami do woli. Trudno wybrać najlepszy utwór z tego zestawu, ale nie tylko dlatego, że wszystkie impresje są do siebie - programowo - bardzo podobne, lecz przede wszystkim dlatego, iż każdy z nich dopiero w szerszym kontekście, czyli w towarzystwie pozostałych, nabiera pełni barw. Niemuzyczne grzechoty, poszumy i pogłosy w fascynujący sposób balansują na granicy melodyczności, podczas gdy spiętrzone ścieżki akordowe jeszcze tylko "ostatkiem sił" podpadają pod definicję "wątku muzycznego". Dajmy się ponieść tej brunatnej, wydzielającej stalowo-asfaltową woń muzyce i rozsmakujmy się w poezji milknących świateł ulicznych, odgrodzonych żółto-czarnymi szlabanami zakamarków, pustych parkingów i łopat wiatraków klimatyzacyjnych...

    I. W.




    Ponury, mroczny ambient połączony z industrialnymi odgłosami. Pesymistyczny ton dark ambientu jest niekoniecznie moim ulubionym ale trzeba przyznać że da się słuchać.

    Dariusz Długołęcki

    Dostępność: Ostatnie sztuki | nośnik: 1CD + 1DTS CD

    136,70 zł
    89,00 zł
  • Pete Namlook, Bill Laswell | Outland 5

    Pete Namlook, Bill Laswell | Outland 5


    Po cichu czekałem na kontynuację serii Outland, a z drugiej strony obawiałem się możliwego rezultatu kolejnego spotkania Pete Namlooka i Billa Laswella: ostatecznie czwarty tom cyklu więcej miał wspólnego z elpopem aniżeli z duszną, schizofreniczną kombinacją ambientu i ethno, zatem można było spodziewać się pewnego spłycenia zapoczątkowanych relatywnie dawno temu (suitą From the Earth to the Ceiling) nastrojów. Na szczęście płyta Outland 5 okazała się prawdziwym majstersztykiem. Ma ona nie tylko niewiele wspólnego ze swoją balansującą na granicy elpopu i "ambitnej elektroniki" poprzedniczką; ma ona przede wszystkim względnie niewiele wspólnego z jakąkolwiek płytą zaproponowaną w tej serii! Praktycznie brak tutaj hipnotyzującego, oscylującego wokół jednego tonu basu Laswella, brak tutaj również "typowego ethno", brak wreszcie charakterystycznych, dość czystych linii melodycznych! Tym razem Namlook i Laswell penetrują zupełnie nieznane - albo przynajmniej zapomniane - tereny. Nigdy nie spodziewałbym się, iż piąta płyta w serii Outland przyniesie nastroje podobne tym, które przepełniały niezapomnianą, fenomenalną płytę Psychonavigation! Dokładnie tak się jednak stało: mamy tutaj przede wszystkim eksplozję atrakcyjnych, wysublimowanych, nastrojowo sugestywnych brzmień, które imponują i cieszą mimo tego, iż dość daleko im do tworzywa konwencjonalnych, wpadających w ucho ścieżek melodycznych. Na Outland 5 otrzymujemy nieporównywalnie więcej "czystej atmosfery" aniżeli melodii, co – zważywszy słabsze miejsca płyt Outland 4 i Psychonavigation 4 - już samo w sobie jest dużym plusem. Bas Laswella gra tu niespodziewanie wiele ról, ocierając się o pinkfloydowskie klimaty w introdukcji albumu lub proponując zadumane pasaże w drugim utworze. Właśnie we wspominanym drugim utworze otrzymamy (i tylko tutaj!) relatywnie znajomo brzmiące basowe ostinato napędzające utwór, warto jednak wspomnieć, iż podkład ten więcej ma wspólnego z pamiętnym UFO and Psychic Revelations in the Last Days (Psychonavigation) aniżeli z młodszymi utworami duetu Namlook / Laswell. Poza wspomnianymi elementami nawiązującymi do mrocznych początków serii Psychonavigation: nowość, nowość i jeszcze raz nowość. Znakomicie, iż artyści nie zawahali się przedstawić aż tak chropowate rytmiczne struktury i aż tak atonalne wysączenia w tle. Świetnie, iż trzeba kilku przesłuchań, by doszukać się konwencjonalnie pojętych "wątków melodycznych". Wspaniale, że tyle tutaj pustynnej suchości i atonalności przy całkowitym, niezachowawczym zagospodarowaniu dźwiękowej przestrzeni. Oby tak dalej!

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD + 1DTS CD


    136,70 zł