Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

OBNIŻKA - promocje cenowe

(68 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Mike Oldfield | Hergest Ridge (remaster 2012)

    Mike Oldfield | Hergest Ridge (remaster 2012)

    Super cena

    Hergest Ridge jest znakomitym albumem, który wymaga jednak kilku uważnych przesłuchań, by mógł zostać doceniony - podczas gdy materiał wypełniający Tubular Bells miał od pierwszego przesłuchania większą siłę rażenia. Muzyczny krajobraz odmalowany przez Oldfielda - z wyjątkiem kilku niedługich epizodów - tchnie spokojem i atmosferą zadumy. Muzyka rodzi się na tle stojącego akordu, ciągnącego za sobą niekończące się nici babiego lata. Powoli wykluwają się kolejne durowe dźwięki, zataczające coraz śmielsze kręgi, podrywające się do lotu, przebijające się coraz intensywniejszymi tonami. Z tych drobnych motywów uformuje się w końcu jeden z przewodnich riffów, czyli gitarowe ostinato, na tle którego rozpościerają się wiosenne plamy nostalgicznych akordów. Pierwszy plan należy właściwie nie do gitary, tylko do trąbki, która ma tu jednak całkiem wyjątkowe brzmienie - nie jest to czyste, selektywne brzmienie trąbki barokowej, na pewno nie jest to surowy, rozimprowizowany głos trąbki jazzowej; przywiędnięte, nostalgiczne dźwięki tego instrumentu wprowadzają słuchacza w lekko oniryczną, przymgloną atmosferę. Zastanawiam się, dlaczego remix kompozycji Hergest Ridge zdobiący wydawnictwo Boxed (1976) oraz remasterowaną edycję albumu wydaną stosunkowo niedawno pozbawiony jest w większości partii tego przewodniego głosu (Hergest Ridge jest w porównaniu z Tubular Bells i Ommadawn w ogóle najbardziej chyba przeistoczoną aranżacyjnie i ścieżkowo suitą wydaną w obrębie Boxed).
    Plany dźwiękowe zasnuwają się ultramarynowymi chmurami, blaszana trawa gnie się pod naciskiem ołowianego nieba. Dochodzi do napiętej, wzbierającej sekwencji, z której wypłynie głosem górskiego strumienia nowy wątek: frapujący dialog melancholijnej gitary i tęsknego oboju. Ten motyw jest jednym z najbardziej udanych epizodów w całej dyskografii Oldfielda. Malowane impresjonistycznymi kreskami kłosy i źdźbła wysokich traw rozchylają się niczym kurtyna, ukazując dopiero co opuszczoną przez postacie z obrazów prerafaelitów łąkę, falującą w przepływie promieni ostrego słońca i cieni przesuwających się wciąż po niebie napęczniałych chmur.
    Pojawiają się kolejne instrumenty, w końcu napięcie zostaje rozładowane głośnymi tonami dzwonów, po czym na znienacka opustoszałej scenie pozostaje tylko riff gitary basowej (i akurat ten fragment brzmi na remasterowanej edycji płyty oraz na albumie Boxed ciekawiej, plastyczniej, ponieważ przyozdobiony zostaje wirującymi wodnymi zmarszczkami oddalonego fortepianu, którego filigranowe dźwięki zwielokrotnione zostają echem). Riff transponowany zostaje o pięć tonów na prawo w nową tonację, po czym rozpoczyna się niezwykły, tchnący świeżym, mroźnym górskim powietrzem kojący fragment finałowy pierwszej części. Rozpływające się organy intonują niestandardowe akordy, gitara ciągnie swoją orzeźwiającą pieśń, a pod koniec dołącza się zamglona partia chóru akcentowana uderzeniami zardzewiałych dzwonów. W tym fragmencie wyraźnie słychać wpływ Deliusa, od razu przypomina się nastrój jego symfonicznego poematu The Song of the High Hills.
    Drugą część otwiera smutny dialog gitary i organów, z którego wkrótce wyłania się słoneczny, spokojny motyw z nieco schowaną w tle wokalizą żeńską, utrzymaną w podobnym nastroju co wokalizy przesuwające się przez plan Tubular Bells i Ommadawn. Z tego epizodu wybije się nagle organowe nerwowe ostinato, na tle którego improwizujący flet przypomni motyw snuty przez obój i gitarę w części pierwszej. Dwa głośne akordy przesterowanej gitary odsłonią nagle zupełnie nowy widok: zupełnie znienacka pośród tej kojącej, ukazującej zamyśloną naturę muzyki, rozkwitnie szaleńczo ekspresywny rockowy motyw, zaaranżowany na kilka ujadających elektrycznych gitar, przemierzających w szybkim tempie dźwiękowy plan, rozbudowujących kolejne mięsiste riffy, pozostawiające po sobie zapach czarnego pieprzu i wysuszonego mchu. Riffy przechodzą w siebie nawzajem, transponowane zostają w inne tonacje, w końcu najważniejszy staje się riff, który słyszeliśmy już w dwóch krótkich fragmentach poprzedniej płyty, tu zostaje przypomniany w nowej, pełniejszej, rzężącej aranżacji. Na tym tle Mike Oldfield wygrywa zgiełkliwe solówki z wykorzystaniem podciąganych strun - ten fragment robi niesamowite wrażenie i nie wiadomo kiedy cała sekwencja znienacka się kończy, pozostawiając zdumionego tym ładunkiem emocji słuchacza z finałowymi dźwiękami spokojnego, powtórzonego tu motywu akustycznego z żeńską wokalizą.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD

    25,66 zł
    19,99 zł
  • Nattefrost | Live in Germany

    Nattefrost | Live in Germany


    Live In Germany to materiał będący zbitką z dwóch imprez jakie odbyły się w Niemczech. Pierwsze cztery kompozycje pochodzą z 31 maja 2008r, z imprezy "Ambient Experience" z Rex Theater w Wuppertal. Reszta materiału (utwory od 5 do 14) z festiwalu "Electronic Circus" z 12 września 2009r z Bielefeld. Nattefrost wspomagał Phil Molto. Ale nie jest to żadna nowa postać, a sam Robert Schroeder. Zagrał na gitarze w utworach Kopenhaachen i Perfectly Connected. Nattefrost łączy pulsujące, elektroniczne sekwencje, z rockową zadziornością (za sprawą Schroedera), jak i ambientem. Tu zbliża się nieco do innego, skandynawskiego klasyka z Norwegii, Biosphere. Nasyca swoją muzykę nieco tym podskórnym zimnem, jak i mrokiem nocy polarnych. Podobną strategię brzmieniową obrał inny weteran, Erik Wollo. Kiedy muzyka schodzi na lżejsze tory, pobrzmiewają echa Tangerine Dream czy nawet popowe inklinacje będące ukłonem w kierunku Jarre'a. w każdym bądź razie Live In Germany, to świetna porcja sekwencyjno- ambientowej elektroniki. Myślę, iż o Nattefrost jeszcze nie raz będzie głośno.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD

    69,45 zł
    39,99 zł
  • Gert Emmens | Nearest Faraway Place vol.3

    Gert Emmens | Nearest Faraway Place vol.3


    Tytuł do tej serii, Gert Emmens zaczerpnął od jednego ze swoich ulubionych grup, The Beach Boys. Jednak muzyka nie ma nic wspólnego z lekkimi przebojami "chłopców z plaży". Do kapitalna dawka elektroniki sekwencyjnej, ambientu i rocka progresywnego nawiązującego klimatem do klasycznych nagrań Pink Floyd. Dosyć spora grupa artystów pomaga Emmensowi na tym albumie. Jan Dietrich wycina solówki na gitarze niczym David Gilmour z najlepszych lat. Są i panie Cara i Tessa Asenjo-Fernades i Laila Quariashi. Ta ostatnia ma zapewne dług wdzięczności wobec Holendra, bo ten dosyć sporo pomógł jej przy debiutanckim albumie Peregrination, jej projektu Cadenced Heaven. Gert Emmens idealnie znajduje balans między syntetyczną elektroniką, a rockowym pazurem. Choć tu monumentalne formy art rocka, znajdują swoje ujście przy nie mniej rozbuchanych, elektronicznych suitach. To jednocześnie śmiałe zerknięcie w przeszłość, choćby w najlepsze czasy Tangerine Dream, kiedy nagrywali wielowątkowe kompozycje, a nie instrumentalne piosenki. Tak więc Emmens pokazuje się jako kontynuator tychże tradycji, a zachowując ich ducha sam stoi na straży klasycznej elektroniki sekwencyjnej, nie bojąc się jednocześnie śmiałych wypadów na art rockowe podwórko.

    R. M.




    Pierwsza część albumu Gerta Emmensa Nearest Faraway Place vol.3 zaczyna się ambientowo-minorowymi pejzażami. Motoryczne, perkusyjne bity i ewolujące wokół nich sekwencerowe tło wprowadza słuchacza w ekscytujący wymiar muzyczny, który jest magicznym mostem do penetrowania fantastycznych miejsc i pięknych krajobrazów. Gert Emmens niczym malarz używa różnej palety barw i cieni do podkreślenia stanu emocji. Muzyka w tej części zaczarowała mnie ciepłymi barwami syntezatorów analogowych - wiele tu pozytywnych emocji niesie w sobie ta wyjątkowa muzyka. W części 16 Emmens wprowadza partie gitary elektrycznej - muzyka dostaje pazura. Widać, że kawałek ten ma wiele wspólnego z charakterystycznymi elementami rocka progresywnego - to znak, że Emmens zaczyna penetrować coraz częściej rejony bardziej progresywnej muzyki.
    Część 17 zaczyna się od soczystych analogowych brzmień podobnych do tych z albumu "Fale marzeń" z roku 2004. Ambientowe szumy i mroczne klimaty odchodzą. Ale po chwili muzyka nabiera rozmachu dzięki potężnej parti sekwencera, która miło łechce ucho wrażliwego słuchacza - partia ta interesujaco okraszona jest również ciepłym solem syntezatora, zresztą barwa jest bardzo charakterystyczna dla Emmensa - jest to swego radzaju muzyczna wizytówka artysty. Dźwiękowe obrazy przenoszą słuchacza w inną rzeczywistość, w świat pozytywnych emocji, pełen marzeń, tęsknot i nostalgicznych uniesień - to wszystko słychać w każdej nucie tego wyjątkowego kompozytora. Kolejna część tej opowieści to wyjątkowy kawałek. Muzyka okraszona jest dźwiękami otaczającego nas środowiska - odgłosy spacerujących ludzi gdzieś w nieznanym nam miasteczku, w oddali słychać warkot pędzących samochodów - cywilizacyjny zgiełk jak na dłoni a w końcowej fazie cudowne brzmienie bicia dzwonu - skojarzenia do High Hopes Pink Floyd - natychmiastowe.
    Gert Emmens niczym reżyser filmowy pokazuje nam na swój intymny muzyczny sposób naszą ziemską egzystencje. Przepiękna melodia, delikatne nuty, podobne do tych jakie znamy ze wspaniałych albumów Vangelisa - wprowadzają nas w tajemniczy i zarazem specyficzny relaksacyjny trans. W części 19 na samym początku mamy natchnione akordy: muzyka jest wzniosła a momentami nawet przesadnie pompatyczna ale zarazem bardzo uduchowiona - silnie oddziałuje na wyobraźnię. Ten podniosły fragment zanika - po chwili następuje przebudzenie w postaci świdrującego sekwencerowego sola, wszystko mieni się w kwiecistych i kipiących od przeróżnych analogowych brzmień - partiach solach klawiszowych.
    Muzyka w sposób progresywny zaczyna ewoluować w basowych pulsacjach rytmicznych po czym powolnie wszystkie te magiczne cudnej urody harmonie i dźwięki zanikają w ambientowych ciemnościach. Całość kończy utwór Conclusion, który został umieszczony na albumie Cadenced Heaven. Jest to stonowana muzyka, poruszająca do łez wrażliwego odbiorce. Kolejny ciekawy album Emmensa, który serdecznie polecam miłośnikom el-muzyki.

    Mariusz Wójcik

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD

    69,45 zł
    39,99 zł
  • Alio Die | Music Infinity Meets Virtues

    Alio Die | Music Infinity Meets Virtues


    Stefano Musso (Alio Die) to uznany i ważny artysta związany ze sceną ambient. Zaczynał tworzyć w 1989r, a jego muzyczne CV zawiera współpracę z tak wybitnymi artystami tej sceny jak: Vidna Obmana, Robert Rich czy Mathias Grassow. Najnowszy album to zapis koncertu jaki odbył się 23 maja 2009r, w kościele św. Szymona i Judy w czeskiej Pradze. Alio Die używa tu zarówno elektroniki, loopów jak i żywych instrumentów. Dźwięki cytry, fletów wspomaga nagraniami terenowymi zrealizowanymi w technice field recording. Wspomaga go Edorado Caputo grający min. na grzechotkach i dzwonkach. Powstała dość osobliwa, dźwiękowa przestrzeń. Alio Die jakby chciał pokazać symbiozę elektroniki i bardziej naturalnego, wręcz ekologicznego podejścia do dźwięku. Ten koncert to swoiste medytacje, gdzie owe cyfrowo-akustyczne pejzaże, stapiają się z atmosferą wnętrza kościoła. A przy tym tworzą istne, dźwiękowe misterium. Fascynujące i niezwykłe, ta nieodgadniona przestrzeń rozkwita bowiem we wnętrzu odbiorcy, a nie świątyni. I tu łączy się z nim oferując mu prawdziwą, duchową podróż.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD

    52,68 zł
    39,00 zł
  • E-live 2009

    E-live 2009


    Holenderski wydawca, Groove Unlimited działa nie tylko na polu wydawniczym, ale i organizacyjnym. Od 1998r organizuje w rodzimym kraju festiwal E-Live. To świetna okazja by posłuchać niebanalnych brzmień i zorientować się co aktualnie dzieje się w elektronice. Każdego roku zapraszani są różni artyści z kręgu szeroko pojętej elektroniki i ambientu. A występowali min: Vidna Obmana, Biosphere, Erik Wollo, Detlef Keller i Mario Schonwalder, Bernd Kistenmacher, Gert Emmers, Steve Roach czy Pyramid Peak. Same znakomitości. Powyższa kompilacja podsumowuje występy tych, którzy pojawili się w roku 2009. Tylko cztery nagrania i czterech wykonawców, ale nie ma co narzekać. Stephen Whitlan, Bernd Pollard & Hashtronaut i Faralley to esencjonalny przykład "berlin school", gdzie sekwencery nieustannie pulsują niczym światła na pulpicie sterowniczym. Ostatni z artystów, Wolfram Der Spyra, uderza nieco w ambientowy ton. Przywołuje tym samym echa dokonań znanych z niemieckiej tłoczni, Fax. Powyższe brzmienia, świetnie się uzupełniają tworząc dźwiękowy raport z tej edycji festiwalu.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD

    69,45 zł
    49,00 zł
  • Steve Roach | Afterlight

    Steve Roach | Afterlight


    Tylko jeden utwór i aż ponad 70 minut muzyki. Ostatnimi płytami Steve Roach pokazuje się niemal jak impresjonistyczny malarz. Jego dźwiękowe widma znakomicie odpowiadają tej gałęzi sztuki. Okładkowe zdjęcie chmur i przebijającego się przez nie światła, odpowiadają nastrojowi tej płyty. To wykreowane obrazy nieskończonej przestrzeni. Steve Roach z zapałem tworzy kontemplacyjne dźwięki, które są tu niczym widma. Trudno znaleźć ich początek i koniec, raczej zdają się po prostu trwać. Tym samym tak jak inne płyty np. Immersion: Four, ta tworzy z nimi spójną całość. To ambient bliski strategii Briana Eno, jak swoistemu dźwiękowemu minimalizmowi. Melodie, owszem pojawiają się, ale tak jak mgła ich obecność jest chwilowa i potem zostają tylko wspomnieniem. Bardzo udany album, gdzie muzyka integruje się w sposób naturalny z otoczeniem i tam otwiera nowe kanały percepcji. Do nocnego, wyciszonego słuchania na maksymalnej głośności, a efekt murowany!

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD

    81,80 zł
    69,00 zł
  • Pete Namlook, Move D | Dawning of a New Decade

    Pete Namlook, Move D | Dawning of a New Decade


    Dziewiętnasta (a ściślej rzecz ujmując, już dwudziesta druga) płyta przygotowana wspólnie przez Davida Moufanga i Pete Namlooka (tradycyjnie zarejestrowana na żywo w heidelberskim studiu tego pierwszego) ma stanowić początek "nowej dekady". Okazuje się, iż brzmienia istotnie nowe dla duetu Move D & Namlook, nie tyle stanowią absolutny przełom w elektronice, ile odważniej niż dotąd odwołują się do wizjonerskich pomysłów... sprzed paru dekad, mianowicie do muzyki Tangerine Dream! O tym przynajmniej wydaje się świadczyć introdukcja do albumu, Polar Melt, przynosząca w sferze aranżacyjnej urokliwe akordy, rozsypujące się promienistymi wiązkami swych tonów składowych w sposób jednoznacznie kojarzący się ze suitami Tangerine Dream i Edgara Froesego początku lat osiemdziesiątych (np. Convention of the 24, Horizon, Pinnacles). Tło oraz ogólny nastrój pozostają natomiast czysto ambientalne - wydaje mi się, iż tą kompozycją Dave i Pete zarówno przekonają swych wiernych fanów, jak i pozyskają sobie odpowiednie grono zainteresowanych słuchaczy na co dzień gustujących w tradycyjnej elektronice berlińskiej... Black Sun to na pierwszy rzut ucha typowy IDM spod znaku Moufanga i Namlooka, niemniej jednak mamy tutaj świeże pomysły na efekty brzmieniowe w tle, wyjątkowo prężnie brzmiący elektroniczny riff prowadzący, a także dziwacznie i frapujące brzmiące solo, przypominające jakością barwy przetworzoną wiolonczelę. Główne ambientalne danie czeka Słuchacza oczywiście na końcu krążka pod postacią ponad półgodzinnego Change Prevails. To nie tylko najdłuższy, ale również, zgodnie z sugestią tytułu całego albumu, najbardziej nietypowy fragment - coś w rodzaju psychedelicznej, kosmicznej, a przy tym fantastycznie "bluesowej", spowolnionej jam-session snutej na skraju naszego układu słonecznego. Płytę poleciłbym chętnie (ze względu na genialną atmosferę Polar Melt) także fanom "tradycyjnej" elektroniki, natomiast "Faxheadom", których odstraszyły w międzyczasie dwucyfrowe numery tomów kolejnych przygód Moufanga i Namlooka (niektórzy narzekali, iż płyt z cyklu Move D vs. Namlook jest powoli już po prostu za dużo jak na to, by wszystkie mogły być interesujące), mówię: "Nie wyłamywać się, słuchać nadal, ponieważ zdecydowanie jest czego..."

    I. W.

    Dostępność: Ostatnie sztuki | nośnik: 1CD + 1DTS CD

    136,70 zł
    99,99 zł
  • E-day 2009

    E-day 2009

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD

    69,45 zł
    49,99 zł
  • Radioactive - Music of Kraftwerk

    Radioactive - Music of Kraftwerk

    Pionierzy z Karftwerk mieli szczęście do wielu interpretacji swoich nagrań. Kompilacja Radiocative - Music Of Kraftwerk, to kolejna próba zmierzenia się z ich twórczością. Trzeba przyznać że całkiem udana, większość tych przeróbek jest dziełem artystów z Japonii. Widać kochają oni Krawterk tak samo jak naszego Chopina. Ich wersje nie różnią się specjalnie od oryginałów. Zachowali warstwę melodyczną, tak więc z miejsca można rozpoznać tytuł nagrania. Ich wersje są nieco bardziej rozrywkowe, wręcz na granicy kabaretu i przegięcia. Jedynie chyba techno weteran Takkyu Ishino w swojej wersji It's More Fun To Compute, podszedł do sprawy nieco poważniej bo wysmażył iście radykalne minimal techno. Nie zabrakło niezawodnego Uwe Schmidta znanego jako Senor Coconut. Jego interpretacje w estetyce bossanowy, calypso, cha cha, brzmią rewelacyjnie, ale to wszytko mieliśmy już na albumie El Baile Aleman. Pozostali artyści tacy jak Hikashu, Teruo Nakamo, Dhiva czy Kimataka Matsumae na swój sposób przerabiają nobliwych klasyków. Jajcarsko, tanecznie i ze sporym dystansem do samych siebie. Kupujecie to?

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD

    56,49 zł
    39,99 zł
  • Steve Roach, Vidna Obmana | Spirit Dome, Live Archive

    Steve Roach, Vidna Obmana | Spirit Dome, Live Archive

    Steve Roach i Dirk Serries nagrywali album Spirit Dome w zupełnie niecodziennych okolicznościach i czasie. Ich studiem był pokój 314, w jednym z hoteli w Filadelfii. A rejestracji dokonywali 24 maja 2002r około godziny 1 w nocy. Czemu taki czas i miejsce? Jak wspominali ta spontaniczna sesja, była wynikiem wrażeń jakie kreowały wspomnienia z podróży po wielkich metropoliach. Obaj zorientowani bardziej na celebracje dźwięków bliskim etno i wywodzącym się wprost ze środowiska naturalnego, byli przytłoczeni atmosferą wielkomiejskich molochów. Mroczne tekstury, lejące się w oddali ciemne tła, bardzo bliskie są atmosferze muzyki dark ambient. Wyposażeni w elektronikę oraz akustyczne instrumenty (flet, gitara), dokonują istnej rewizji urbanistycznej przestrzeni. Same naturalne brzmienia fletu i gitary, są umiejętnie przetworzone. Powstało 74 minuty muzyki, ciemnej i niepokojącej, która jawi się odreagowaną traumą cywilizacyjnego gąszcza wielkich miast.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD

    81,80 zł
    69,00 zł