Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Najpopularniejsze

(136 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Klaus Schulze | Live at Klangart

    Klaus Schulze | Live at Klangart

    Bestseller
    Oto jeden z bezdyskusyjnie najbardziej udanych koncertów mistrza elektroniki (nie tylko) sekwencyjnej. Poszczególne utwory, choć naturalnie różniące się aranżacyjnie, technicznie i nastrojowo od klasycznych sekwencyjnych poematów wypełniających albumy X, Moondawn albo Timewind, rozwijane zostają w jedyny w swoim rodzaju sposób, wydają się być bardzo "subtelnie podelektronizowane", eteryczne, ale niosące zawsze jednak odpowiedni groove, nowoczesne, ale nie podminowane już samplową nerwowością Royal Festival Hall. Do woli możemy tutaj podziwiać piękne wiolonczelowe impresje Wolfganga Tiepolda a także maestrię Klausa Schulze w tworzeniu podmokłych, rtęciowo mieniących się "soundscapes". Utwór I Loop You Schwindelig przynosi, zgodnie z sugestią tytułu, transowo-repetytywnie potraktowany motyw znany z płyt reaktywowanego Ash Ra Tempel Friendship oraz Gin Rose - mimo swoich ponad 25 minut utwór nie nuży, a jedynie wciąga Słuchacza w promieniującą, pulsującą mantrę chłodnych, mollowych harmonii podminowanych niesamowitym swingiem! Ozdobą niniejszej reedycji są dwa dodatkowe utwory! Short Romance znany z dziesiątego krążka Contemporary Works, a także nigdzie wcześniej nie publikowany OS 9.07, podobnie jak reszta koncertowego programu z Osnabruck wzruszający konstelacjami deszczowych, przygasłych akordów, oddalonymi, lekko "podetnizowanymi" partiami wokalnymi, tętniącym ostinatem oraz garścią tak typowo schulzeańskich barw wirujących w kalejdoskopie jeszcze raz innego tonalnego kontekstu. Koniecznie.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    62,97 zł
  • Piotr Gepert | Anunnaki

    Piotr Gepert | Anunnaki

    Bestseller Super cena
    Po Adamie Bowniku i Vandersonie, na scenę polskiej klasycznej el-muzyki w jej berlińskiej odsłonie wkroczył kolejny ambitny kompozytor, mający spore szanse zdobyć grono wiernych fanów. Piotr Gepert i jego debiut w stajni Generator.pl przynosi blisko godzinę melodyjnej, rytmicznej elektroniki z mocno sekwencyjnym piętnem. Tytuł płyty, nawiązujący do mitologii starożytnych bóstw z doliny Eufratu i Tygrysu, sugeruje mocno kontemplacyjny i uduchowiony charakter wydawnictwa. I rzeczywiście kolejne utwory budują spójny przekaz, pozwalający Słuchaczowi przenieść się w zupełnie inny wymiar, daleko poza wygodny fotel domowego zacisza. Niebanalne kompozycje, kunsztowne aranżacje, ciekawe rozwiązania brzmieniowe i przede wszystkim panowanie nad tkanką muzyczną są wystarczającym powodem, aby śledzić dalsze propozycje Piotra Geperta. Miejmy nadzieję, że ujawni się on wkrótce podczas koncertów promujących ten bardzo udany krążek. Fani gatunku powinni być zachwyceni!

    P. R.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł
  • Klaus Schulze | ...Live...

    Klaus Schulze | ...Live...

    Bestseller
    Kompozycja Bellistique to wlaściwie "wzorcowy utwor" Schulzego z tego okresu. Ruchliwe arpeggio sekwencerow zmienia rejestr i glebokosc tonu, a na tle snuje sie chlodna melodia, w rozmaity sposob modulowana i "napinana" na siatce tetniacego wciaz w tle ostinata. W melodii tej przewijaja sie raz po raz drobne motywy zapozyczone z wczesniejszych kompozycji, szczegolnie wpada w ucho cytat z kompozycji Friedrich Nietzsche z albumu X. Utwor toczy sie naprzód do momentu, w ktorym rytm zostaje zlamany i wszystkie brzmienia rozpuszczaja sie w elektroakustyczna impresje przypominajaca nieco, jak brzmialy najdawniejsze kompozycje Schulzego.
    Drugi utwor pierwszej plyty to kompletna, 51-minutowa wersja suity Sense (na analogowym wydaniu albumu sluchacze mogli cieszyc sie trwajacym "zaledwie" 31 minut wycinkiem). Oto wyborne podsumowanie pomyslow, ktore zdominowaly plyty Moondawn i Body Love. Ostinato nadajace ton calej kompozycji kojarzy sie z pulsujacym rytmem utworow Floating i P:T:O:, a wypelniajaca pierwsza strone plyty Moondawn muzyka przypomni sie uważnemu słuchaczowi jeszcze i w tym momencie trwania Sense, gdy melodia snuta przez sekwencer zacznie "kipiec" i wibrować, stapiając sie w niesamowitą, dudniacą calość wraz z huczeniem perkusji Haralda Grosskopfa.
    Utwory wypelniające drugą płyte albumu sa nieco bardziej nietypowe. Przez introdukcję Heart przewijają się odległe echa utworu Heinrich von Kleist, po czym następuje hipnotyczny, rytmiczny pasaz zapowiadajacy brzmienia, jakimi Schulze w towarzystwie Pete Namlooka (i niekiedy Billa Laswella) raczyć będzie słuchaczy po kilkunastu latach w cyklu The Dark Side Of The Moog. Tytułowe serce bije coraz prędzej, pociągając za sobą alternacje zimnych akordów, aż do 30 minuty, w której muzyka umilknie.
    W finałowej kompozycji Dymagic wystepuje gościnnie Arthur Brown, na płycie Dune recytujacy i śpiewajacy podniosłe wersy suity Shadows Of Ignorance. Ten głos w pełni rekompensuje na ...live... brak wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. Opowieść Browna zaczyna się od leniwie przeciąganych zdań wplatających się w "skradające się", kosmiczne dźwięki syntezatorów. Nastepnie głos przybiera na sile i brzmi już jak w "refrenie" Shadows Of Ignorance", po czym przeradza sie w skargę szalonego śpiewaka operowego. Tempo utworu przyśpiesza według tego wzoru, co w kompozycji Heart. Gdy galopujący rytm osiąga swoje maksimum, Brown wydaje przeciagły krzyk i w tym momencie cały utwór runie znienacka w stojący, mętny akord, w którym rozpłyną się jeszcze ostatnie, ciche zdania utworu. W plebiscycie Jerzego Kordowicza na najlepszą elektroniczną płytę wszechczasów drogę do ścisłej czołówki zagrodzili Klausowi Schulze czlonkowie grupy Tangerine Dream (z albumami Poland i Ricochet) oraz Jean Michel Jarre (ze swą plytą Oxygene, nie wiedzieć czemu uchodzącą powszechnie za jego debiut). Najwyżej odnotowany tytuł Schulzego na tej liscie to wlasnie ...live..., wyśmienity album zawierający nagrania z występów artysty w latach 1976 i 1979.
    Osobiście zgadzam sie w pełni z sugestią, którą można wysnuć na podstawie wyników notowania: ...live... to najlepszy album Klausa Schulze. Sam artysta wahał się podobno przed wydaniem tego albumu, twierdząc, iż jakość zarejestrowanego materiału nie odpowiada jego oczekiwaniom; pozostaje tylko cieszyć się, że berliński muzyk ostatecznie wydał tę pozycję. Album ten to doskonały przekrój przez tworczość Klausa Schulze w fazie od Picture Music po Dune - równie dobrze nie brzmiałaby chyba żadna składanka fragmentow nagrań studyjnych z poprzednich płyt. Jest to dzieło najwyższej próby, a jakość dźwięku, wbrew zastrzeżeniom autora, jest doprawdy wiecej niż znośna. ...live... jest absolutnie obowiązkową pozycją w zbiorach każdego miłośnika muzyki elektronicznej.
    Słuchacze zasmuceni, że na reedycji albumu Dune starczyło miejsca tylko dla kontynuacji (jak wynika z wchodzącego z wyciszenia brzmienia zaawansowanego już rytmicznie i melodycznie epizodu) koncertowej impresji „Le Mans“, mogą się teraz ucieszyć: jako bonus do albumu ...live... ukazał się utwór Le Mans Au Premier, czyli ponad 17-minutowa introdukcja do wspomnianego tematu. Znajdziemy tutaj wszystkie charakterystyczne dla dynamicznych impresji koncertowych KS w roku 1979 elementy: na początku wyłania się chmurna, bezlistna, odrętwiała konstelacja akordów, z niej wykwitają pierwsze elementy porządkujące całość rytmicznie, w końcu zaś wkracza na scenę charakterystyczny uparty rytm podszyty metalicznym basem syntezatora, na który nanizane zostają prześlizgujące się kaskady dźwięków snute przez KS z typową dlań improwizacyjną swobodą). Brakuje tylko charakterystycznego głosu Arthura Browna, który by poprowadził Słuchacza w surrealistyczno-symbolistyczne rejony Shadows of Ignorance, Time Actor albo Child of Dawn; w zamian za to mamy tutaj sporą dawkę kosmiczno-analogowej pulsacji o tajemniczym charakterze, znakomite uzupełnienie zestawu nagrań dokumentującego okres Dune.

    I. W.



    Z pośród płyt przełomu lat 70-80 płyta ...Live... a szczególnie suita Sense to dla el-rocka przekroczenie rubikonu. Gdy słucham dokonań Kistenmachera, Schonwaldera czy też Broekhiusa nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ich nagrania bez znajomości tej płyty wyglądałby inaczej (czytaj bardziej ubogo) lub wcale by ich nie było. Ten już bardzo stary album stał się inspiracją dla młodszych kompozytorów dzięki wielkiej wewnętrznej sile. Klarowność zagranej tu muzyki do dziś mnie porusza, inspiruje i zachwyca.
    Otwierająca pierwszy album kompozycja Bellistique to dość dynamiczna ale i melancho-lijna opowieść raczej bez happy-endu, niejednoznaczna, z końcówką pełną kontrastów. W podobny sposób kończyły się 13 lat później polskie koncerty. Najdłuższa, 51-minutowa suita Sense ma delikatny początek gdzie szum morza miesza się z syntetycznymi wybuchami i niepostrzeżenie przechodzi do rozpędzonej, zmodulowanej, powtarzającej się frazy. Za pomocą pętli z 4-5 dźwięków okraszonej super precyzyjną perkusją Grosskopfa udało się Klausowi stworzyć klasyczny wzorzec do dziś powielany i lubiany. Surowe, oszczędne solówki nie tłumią tła i praktycznie każdy nowy dźwięk jest natychmiast słyszalny i ... konsumowany przez spragnione muzycznych wrażeń uszy. Po blisko 25-minutach następuje pozorne załamanie rytmu i chwilowy chaos - jak gdyby instrumenty wyrwały się z pod kontroli albo muzycy chcieli zakończyć, ale właśnie teraz okazuje się być podana esencja-deser dla smakoszy i dla tego właśnie lubię tę muzykę.
    Kiedy emocje dobiegają końca pozostaje pytanie: dlaczego ten utwór trwa tylko 51 minut? Najlepszą recenzją suity Sense jest określenie: piękno w prostocie. Trochę gorzej sprawa ma się z drugim krążkiem tego wydawnictwa. Fatalna jakość zapisu daje efekt w postaci pogłosu z beczki i kładzie obie kompozycje (szczególnie czwartą, Dymagic). Nie pomogła obecność Arthura Browna jako wokalisty i wartość tych nagrań można najlepiej określić jako historyczną (bez potrzeby badań archeologicznych). Podsumowując: jeżeli nie znasz płyty ...LIVE... nie znasz alfabetu el -muzyki.

    Damian Koczkodon




    Płyty albumu ...Live... nie mają sobie równych w twórczości Klausa Schulze. Może jedynie Timewind. Wiatr czasu odcisnął się piętnem w koncertach Klausa lat siedemdziesiątych. Bardzo dobrze! Podobnie jak Timewind wciągają słuchacza w świat rozległych przestrzeni innych światów. Jeden z utworów (Sense) trwa 51 minut i nie mogę powiedzieć aby mimo jednostajnego ostinato nudził. Wręcz przeciwnie! Ten kawałek to solidna "działka" narkotycznego transu. Muzykę trudno opisać. Powiem krótko: słucham tego albumu i słucham i nie mogę się nasłuchać. Wielka szkoda, że Schulze tak daleko odszedł od swego stylu muzyki. Ufam, że gdy wróci do łask Jego Big Moog, to razem z całym dobrodziejstwem jakie z niego wydobył.

    Jerzy Strzeja

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    67,08 zł
  • Konrad Kucz | Air

    Konrad Kucz | Air

    Bestseller Super cena
    Konrad Kucz swego czasu zarzekał się, że trudno mu będzie wrócić do szkoły berlińskiej jako gatunku mocno już wyeksploatowanego formalnie, brzmieniowo i ideologicznie. Wrócił. Nie jest to jednak płyta jakich setki, czy nawet tysiące, co roku opuszczających domowe studia twórców, którzy zestawiając ze sobą byle sekwencję, prosty rytm i partię solową mają nadzieję trafić do panteonu gatunku. Żeby tak się stało potrzeba talentu (co oczywiste), ale także ciężkiej pracy i cierpliwości. Te cechy w stosownym czasie nadają artyście rozpoznawalności, charakterystycznego brzmienia, które przyciąga słuchaczy i cieszy krytyków. Kucz przez lata spędzone przy klawiaturach i sekwencerach wypracował swój niepowtarzalny styl, który najnowszą płytą wydaną pod auspicjami labelu Generator.pl, utwierdza go na pozycji jednego z czołowych kompozytorów i wykonawców klasycznej muzyki elektronicznej naszych czasów. Płyta pełna przestrzeni, wyczuwalnego wszechobecnego powietrza (stąd tytuł), patetycznych mellotronów w różnych kombinacjach brzmieniowych i oczywiście analogowych tłustych sekwencji, kunsztownie modulowanych filtrami. Muzyka wybitnie ilustracyjna, skłaniająca do wieczornej refleksji, najlepiej w domowym zaciszu z perspektywy wygodnego fotela. Polska muzyka elektroniczna wzbogaciła się o kolejny eksportowy album, który zadowoli każdego melomana.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł
  • Przemysław Rudź | Hypnotized

    Przemysław Rudź | Hypnotized

    Bestseller Super cena
    Przemysław Rudź stworzył album, który niejako został zainfekowany przez obrazy Macieja Świeszczewskiego, legendarnego profesora ASP. Muzyka Rudzia wydaje się tu być ich przełożonym na dźwięki, aneksem. To co uderza wprost to kontrasty, śmiałe poszukiwania formalne i sam wymiar owego muzycznego świata. Artysta na szczęście nie brnie w monotonne sekwencyjne pętle, ale stara się na wszelakie sposoby ożywić swoje utwory i nadać im pewną dramaturgię. Rudź kapitalnie przemieszcza się pomiędzy sekwencyjnymi teksturami, nie brakuje tu wycieczek w kierunku rocka progresywnego. Jednakże te rockowe wtręty, chłodzi w delikatnej ambientalnej przestrzeni. Ta trwająca ponad godzinę płyta, jawi się idealnym podkładem dźwiękowym pod nieco szalone obrazy Świeszczewskiego. Futurystyczne brzmienia mieszają się tradycyjnym podejściem, tworząc na tej bazie nową i fascynującą hybrydę. W ten oto sposób otrzymaliśmy materiał który przy każdej odsłonie ujawnia swoją iście "hipnotyczną siłę".

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    29,99 zł
  • Redshift | Life to Come

    Redshift | Life to Come

    Bestseller
    Mark Shreeve może uchodzić już za klasyka muzyki elektronicznej na rodzimym rynku brytyjskim. Już w latach 80 dał się poznać jako autor tekstów dla Samanthy Fox. Na szczęście na płycie Life To Come dowodzonej przez siebie formacji Redshift, nie serwuje nam tego typu "niespodzianek". To czystej wody elektronika sekwencyjna. Jednak po odpaleniu płyty, słychać że Shreeve nie stara się rozjaśniać swoich kompozycji. Raczej ciągnie w drugą stronę, jego bloki muzyczne są tak skonstruowane, iż kumulują w sobie jakieś mroczne, atawistyczne siły. Coś na kształt tego jakby Lustmord próbował swoich sił w "szkole berlińskiej". Te utwory przybierają kształt skąpanych w ciemnościach figur, perespektywa postrzegania zostaje tu niemal całkowicie zaburzona. Shreeve nie waha się serwować tu uderzeń bliskich dronowym pomrukom, które nabierają psychoaktywnej siły i ciągną w dół. Gęste tła wzmagają tylko poczucie osaczenia. Ponadto Shreeve pozwala swoim maszynom "wygrać się". Nie tarmosi i nie temperuje ich brzmienia, raczej pomaga im się uwolnić z tych pęt. Otrzymujemy pełen niezwykłych tekstur album, który porywa swą ciemną, majestatyczną energią.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,58 zł
  • Tangerine Dream | Official Bootleg Series v.1

    Tangerine Dream | Official Bootleg Series v.1

    Bestseller
    Gdzie szukać dzikiego i nieokiełznanego oblicza Tangerine Dream? Poza pierszymi studyjnymi albumami, już chyba tylko na ich koncertowych bootlegach z tego okresu. Dosyć specyficzne to wydawnictwa, nagrywane nielegalnie, często kiepskiej jakości. Jednak tym co decyduje o ich niezwykłości jest historyczna wartość i niepowtarzalna atmosfera. Obydwa aspekty są cechą pierwszego z planowanych boxów opatrzonego tytułem Official Bootleg V. 1. Tangerine Dream bodajże w swoim najlepszym składzie: Edgar Froese, Christopher Franke i Peter Baumann. Na całość składają się aż cztery dyski, dwa z nich przynoszą zapis niesławnego koncertu jaki odbył się katedrze we francuskim Reims w 1974 roku. Dosyć eksperymentalny set, Tangerine Dream byli jeszcze wpół drogi między chaotyczną awangardą a sekwencyjnymi teksturami. Dźwięk nie zawsze jest czysty, czasem się rwie bądź zanika. Ale sama muzyka i atmosfera była doskonała. Jednakże z racji ogromnego ścisku publika częstokroć załatwiała swoje potrzeby fizjologiczne wewnątrz świątyni. Wybuchł skandal, katedrę trzeba było ponownie wyświęcać a grupa stała się celem ataku dostojników z Watykanu. Dwa kolejne dyski przynoszą koncert z października 1976 roku z Mannheim położonego w Zachodnich Niemczech. Muzyka nie jest już taka surowa i dzika, zdecydowanie bardziej przystępniejsza i poukładana. Prawdziwe i esencjonalne dziełko wprost z elektronicznego undergroundu. Tangerine Dream rozpoczynają swój lot w muzyczny kosmos. Mimo tego te improwizowane sety nadal posiadają tę specyficzną dozę szaleństwa i tchną prawdziwą pasją odkrywania nowych, nieznanych lądów.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 4CD


    141,31 zł
  • Katod | 7Cats

    Katod | 7Cats

    Bestseller Super cena

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    19,93 zł
  • Tangerine Dream | Ricochet (LP)

    Tangerine Dream | Ricochet (LP)

    Bestseller
    To nowy rozdział w muzycznym rozwoju Tangerine Dream, którego granice kończyły się w połowie lat 80 - tych albumami złożonymi z krótkich, kilkuminutowych utworów a zarazem znakomite preludium do innego blockbustera - Stratosfear. Prawdziwa ściana mrocznych wibrujących sekwencji wymieszana z ciekawymi motywami muzycznymi - dla mnie to najciekawszy styl Tangerine Dream najbliższy mojemu sercu. Wszystkie te struktury są na najwyższym poziomie z prostej przyczyny: z kilometrów taśm Froese wybrał i skompilował najciekawsze fragmenty i bardzo przyłożył się do dopracowania wszystkich detali - stąd ta płyta jak dla mnie brzmi wciąż świeżo i niezwykle.
    Płytę wystylizowano na album live ale naprawdę to właściwie dopiero w studio dokonano rzeczywistej obróbki materiału stąd notatka że album jest nagrany podczas koncertów we Francji i Wlk. Brytanii. Już pierwsza część od początku poraża mnie swą melodyką i motywami które oszczędnie eksploatowane dają niesamowity efekt. Nie ma tu ani jednego przypadkowego dźwięku, płyta jest znakomicie przemyślana i dopracowana - poszczególne elementy tworzą niesamowity nastrój wpływający mocno na emocje (bynajmniej moje). Można ten utwór podzielić na trzy części. Pierwsza - wprowadzenie - liczne wstępy, gitara elektryczna, perkusja, spokojny ale jakiś taki doniosły nastrój, który zostaje zróżnicowany i od siódmej minuty zaczyna się zaś część druga: ekspozycja - jazda bez trzymanki na rollercoasterze albo gdzieś w przestrzeni kosmicznej w nadświetlnej. Wchłania słuchacza do swego świata nie pozwalając mu na oddech. To tak naprawdę pierwszy album gdzie na taką skalę pojawia się słynny Tangerinowski pulsujący rytm. Harmoniczny styl, melodia to porzucenie tego co prezentowano na mocno eksperymentalnych płytach z lat wcześniejszych. Zamknięcie: styl wprowadzenia, uspokojenie muzycznego pejzażu.
    Drugą część otwiera przepiękne fortepianowe intro, do którego po chwili dołącza flet. Bardzo subtelna melodia stopniowo wyciszana z delikatnym brzmieniem syntezatora w tle - w końcu flet samotnie kończy tę część i gwałtownie przechodzimy to wspaniałych dźwięków elektronicznego instrumentarium - swoisty majstersztyk manipulacji odczuciami słuchacza. Kolejne pojawiające się ozdobniki, wprowadzane są dla spotęgowania nastroju i powtarzają się jako podkład. Mamy tu połączenie polifonii, rytmu i melodii w niespotykanym dotąd u Tangerine Dream sposobie. Zresztą po prostu najlepiej puścić sobie 2 część i wysłuchać. Muzyczne ornamentacje plus melodyjność tej płyty tworzą jak dla mnie niesamowity niedościgniony klimat. A na okładce jedno z ciekawszych zdjęć autorstwa Moniki Froese.

    Dariusz Długołęcki



    ...od tego albumu rozpoczęła się moja przygoda z muzyką EL i trwa po dziś dzień, mimo że upłyneło 28 lat często wracam do jej dźwięków, tej płyty po prostu nie wypada nie znać jeśli się interesuje el muzyką, raz usłyszawszy chce się jej ciągle słuchać, gorąco polecam!!!...

    PPL



    Jeden z 3 absolutnych nr 1 mojego życia. Ricochet to chyba najważniejszy wyznacznik elektroniki na lata siedemdziesiąte, oczywiście poza dokonaniami Klausa Schulze. To ile na tym albumie utrwalonych jest pomysłów tria Tangerine Dream to absolutny rekord w el-muzyce. Nic dziwnego, że swego czasu album ten gościł na 1 miejscu listy przebojów el-muzyki w Pr. 3 PR.
    Utwór pierwszy rozpoczyna się jakby marszem żałobnym z fenomenalną partią gitary Froese. Od połowy, aż do końca Ricochet Part One to już majstersztyk w dziedzinie nakładania sekwenci. Dzieje się tu czasami tak wiele, że słuchacz czuje się jakby pędził w otchłań bez końca. Ale koniec następuje w pięknym i smutnym stulu. Część drugą rozpoczyna piano - także fenomenalne [ten wyraz powinien być kojarzony z tą płytą]. Coś jakby z epoki romantycznej. Piano przechodzi w sekwencję, sekwencja w solo itd... Nie posłuchasz, nie zrozumiesz. To co jeszcze wyróżnia tę pozycje to barwy brzmień. Ilu twórców muzyki [nie tylko el] nie potrafi oderwać się brzmieniowo od Ricochet. Bo i po co. Brzmienia są doskonałe i rewelacyjnie dopasowane. I pomyśleć, że jest to jedynie montaż z trasy koncertowej z roku 1974...
    Album to dowód na to, że improwizacja jest doskonałym narzędziem przy tworzeniu i graniu elektroniki, szczególnie tej berlińskiej. Szkoda tylko, że niektórzy artyści nie mają takich zdolności do jej wykorzystywania jak ten pamiętny skład Tangerine Dream.

    Wojciech Suchan



    Tangerine Dream to zespół, który wciąż zaskakuje nowymi pomysłami - od przeszło 30 lat na muzycznej arenie. Ewolucja jaką przechodzi muzyka tego (najczęściej) tria z Niemiec, zachwyca, zmusza do refleksji i pobudza a niejednokrotnie zniewala i pociąga za sobą całe rzesze fanów. RICOCHET to według mnie jeden z bardziej udanych albumów Tangerine Dream - dzisiaj już 28 letnie dzieło to skrócony zapis z ponad 90 godzin (!) muzyki zapisanej w studiu po koncertach we Francji. Edgar Froese i jego koledzy z jednego w zasadzie tematu uczynili majstersztyk. Płyta wcale nie nudzi, jest ciekawa melodycznie od samego początku do końca. Muzycy do maksimum chyba wykorzystali możliwości ówczesnych syntezatorów analogowych... i na pewno im się to udało. Jedyną wadą albumu jest to, że jest za krótki... ale na szczęście są inne płyty Tangerine Dream, można też włączyć "repeat" w odtwarzaczu CD. Na podsumowanie ciekawostka dla starszych słuchaczy i fanów Tangerine Dream: czy ktoś rozpoznał ongiś w Dzienniku TV podczas prezentacji pogody podkład muzyczny, którym jest właśnie główny motyw muzyczny ,Ricochet?
    Mandarynkowe sny niech wracają do Was - mili słuchacze ... nawet rykoszetem...

    Mariusz


    ...to modlitwa - nie muzyka ....

    ???



    13 lat temu koleżanka pożyczyła mi kasetę magnetofonową, twierdząc że jest tam fajna muzyka, gdy ją przesłuchałem byłem oczarowany, to był Ricochet. W ten sposób zaczęła się moja przydoda z Tangerine Dream. Obecnie mam 30 lat i nadal Mandarynki są moim najlepszym zespołem. Pozdrawiam wszystkich fanów i tych którzy dopiero zaczynają zagłębiać się w mandarynkowe światy.

    Łukasz 1976.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    72,32 zł
  • Przemysław Rudź, Mikołaj Hertel | At the Horizon's Edge

    Przemysław Rudź, Mikołaj Hertel | At the Horizon's Edge

    Bestseller Super cena
    Po bardzo udanych kolaboracjach z Władysławem Komendarkiem, Krzysztofem Dudą i Józefem Skrzekiem, przyszła pora na kolejny artystyczny międzykopokoleniowy most. Siedem pięknych kompozycji dla wrażliwych słuchaczy z każdego zakątka globu. Owiany legendą Mikołaj Hertel otworzył czeluście swojej nie wydanej dotąd elektronicznej spuścizny i udostępnił je do opracowania Przemysławowi Rudziowi. Ta twórczo piorunująca mieszanka zaowocowała nowoczesnym w brzmieniu, a klasycznym w wyrazie połączeniem romantycznej melodyki Hertla z progresywnym zacięciem, motoryką i pełnymi polotu partiami solowymi Rudzia. Utwory zostały mocno przearanżowane w stosunku do ich pierwotnej postaci, aby nadać im jeszcze wyraźniejsze piętno obu artystów. Płyta Na krawędzi horyzontu dowodzi, że polska szkoła muzyki elektronicznej ma jeszcze bardzo wiele do powiedzenia. Płytę kończy krótka impresja przypominająca niedawno zmarłego Edgara Froese, założyciela grupy Tangerine Dream, a cały album jest dedykowany jego pamięci.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    35,00 zł