Napisz do nas
   


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

czwartek 29 czerwca
poniedziałek 3 lipca

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2346 wydawnictw w ofercie
1739 dostępnych natychmiast
33070 próbek utworów
2084 recenzji płyt
21356 zrealizowanych zamówień
4304 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Popularność 4

(126 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Vangelis | L'apocalypse des Animaux (remaster)

    Vangelis | L'apocalypse des Animaux (remaster)

    Nowość
    L'Apocalypse Des Animaux zawiera utwory które znalazły się w 6 odcinkowym serialu dokumentalnym (każdy odcinek około 50 minutowy) zrealizowanym przez

    Frederic'a Rossif'a

    w koprodukcji telewizji włoskiej RAI i francuskiej Tele Hachette. Film miał być jakby manifestem przeciwko dziesiątkowaniu świata zwierząt i pewnej nostalgii za utraconymi czasami gdy inaczej traktowano faunę i florę. Całą serię wydano na kasetach VHS w jednym boksie w 1990 roku we Włoszech, Belgii i Francji przez Editions Montparnasse. Są oczywiście bootlegi DVD, zgrywki właśnie z tego wydawnictwa.
    Sporo muzyki wykorzystanej w L'Apocalypse Des Animaux

    Rossif

    zamieszczał później powtórnie w innych swoich dokumentach (m.in Morandi, Georges Braque, L'Opera Sauvage). Co ważne, wtedy jeszcze

    Vangelis

    nie praktykował tworzenia muzyki do obrazu a potem nagrywania jej na nowo (nie zawsze to samo) na album.

    Vangelis

    nie bawił się wtedy w edytowanie muzyki ale po prostu proponował ileś tam kawałków aby realizatorzy dobrali sobie je do odpowiednich partii filmu. Kiedy dokument pokazuje zwierzęta w ich naturalnych zachowaniach muzyka jest wykorzystywana niezbyt intensywnie służy jako podkład do komentarza. Kiedy zwierzęta oglądamy w zoo, parkach, lub laboratoriach podczas naukowych badań nie ma muzyki a słyszymy lektora lub naukowców objaśniających ich metody i obserwacje. Narrator nie pojawia się w polu widzenia zawsze głos pochodzi z offu.

    Vangelis

    twierdzi że praca nad jednym epizodem zabierała około jednego dnia i każdy odcinek otrzymywał świeżą porcję muzyki. Generique pojawiał się na rozpoczęcie i zakończenie każdego epizodu. Tylko kilka fragmentów powtórzono przy różnych epizodach. Np. radosną melodię graną na keyboardach i flecie, która zwykle towarzyszyła zabawom zwierząt, eksperymentalny fortepian plus perkusja, temat także użyty w filmie o Georges Braque, tajemniczo egzotyczny wolny temat zwykle wykorzystywany przy podwodnych zdjęciach, trochę głupawy temat w stylu disco (też w Morandi ) używający zestawu perkusyjnego na tle pierwszej generacji fortepianów elektrycznych. Dziwne ale żaden z tych powtarzanych tematów nie pojawił się na krążku (odsyłam do bootlega -

    VANGELIS

    - L'APOCALYPSE DES ANIMAUX - OUTTAKES). Vangelis wybrał 6 utworów mających zupełnie inne brzmienie niż pozostała muzyka w serii. Różniły się choćby wykorzystaniem trąbki czy gitary. Na każdy z kawałków przypada do pięciu utworów odrzuconych w tym sporo naprawdę dobrych, co warto dodać z epizodu 2,3 i 4 nie trafiło na album nic! (Tu polecam bootleg

    VANGELIS

    - L'APOCALYPSE DES ANIMAUX 30 ANS 1973-2003). Biorąc pod uwagę całą muzykę zawartą na ścieżce dźwiękowej można ją podzielić na 4 kategorie: melodyjną, marzycielsko-nostalgiczną, zabawną, egzotyczno eksperymentalną. Co znalazło się z tego na krążku? Apocalypse des animaux - generique typowy dla dzisiejszej muzyki spod znaku world music rytm wybijany na egzotycznych instrumentach perkusyjnych przerywają wstawki fortepianu i piękne, przypominające wirowanie kosmosu wstawki wokalne, znakomite intro budujące niesamowity klimat to w miarę dynamiczna, pogodnie brzmiąca a zarazem niesamowicie przyciągająca uwagę perełka której wadą jest jej króciuteńki czas. Może nieźle zmylić słuchacza nastawiającego się na tego typu muzykę na reszcie płyty.
    La petite fille de la mer odkrywa przed nami oparte na gitarze akustycznej i ksylofonie, bardzo ulotne, delikatne, słodkie brzmienie kojące zszargane nerwy. W tle delikatna poświata z mellotronu, zawiera coś jak punkt szczytowy gdy opiera się tylko na wysokich dźwiękach ale gitara znowu powraca i melodia powtarza się. Eteryczne, minimalistyczne dźwięki tworzą niesamowicie melancholijny klimat. W serialu obrazował on w ostatnim odcinku zdjęcia delfinów i ośmiornic.
    Le singe bleu - ambientowo minimalistyczny dźwięk to tło dla niezwykłej urody partia trąbki. Piękna aranżacja w delikatnie bluesowo jazzowej manierze. Nie przypominam sobie drugiego takiego wykorzystania tego instrumentu w utworze

    Vangelisa

    . Klawiszowe zaś dźwięki w tle, podtrzymują półsenną atmosferę. Le Singe Bleu wzięto z pierwszego epizodu, gdzie towarzyszy ona obrazowi zwinnych ruchów małpki skaczącej z drzewa na drzewo by w końcu zakołysać się na horyzoncie.
    La mort du loup to wzruszający kawałek oparto na mellotronie imitującym gitarę akustyczną z pogłosem na tle której słychać naturalne brzmienie gitary. Zgodnie z tytułem brzmi przejmująco, niczym pieśń żałobna. Ten naładowany smutkiem, poruszający utwór niezwykle sugestywnie przedstawia śmierć zwierzęcia. Pochodzi z piątego odcinka serii, towarzyszy obrazom wilków zastrzelonych w śniegach i na sawannie.
    L'Ours Musicien, ta miniaturka w filmie trwa 4 minuty, towarzyszy historii dwóch niedźwiadków polarnych porzuconych przez matkę, szperającą w chacie ekipy filmowej. Mamy tu basowe, niskie, buczące dźwięki kojarzące się rzeczywiście z wizją misia i delikatne mellotronowe akordy symbolizujące że to jeszcze maluchy. To swoisty kontrast wobec wcześniejszej impresji, muzyczny żarcik gdzie co chwilę owa melodia zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
    Creation du monde. Tej epickiej kompozycji nie powstydziłby się żaden z tuzów ambientu. Czarująco piękny, zbudowany bardzo prostymi, minimalistycznymi środkami. Najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz to zapowiedź późniejszych malowideł

    Vangelisa

    w spokojnym, nastrojowym stylu. Doniosłość tego fragmentu ma także odzwierciedlenie w serialu. Wieńczący serię epizod rozpoczyna się wraz z dźwiękami Creation Du Monde i towarzyszy zwolnionym obrazom wielkich ptaków przelatujących nad morzem. Utwór pojawia się ponownie na koniec, podczas pojawienia się napisów końcowych obrazowanych dotąd przez Generique, jako swoiste filozoficzne podsumowanie.
    Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek - La mer recommencee, płynny ambientowy temat, jeden ton otoczony falami dźwięków przypominającymi wygłuszone talerze i inne instrumenty perkusyjne. W serialu rewitalizacja morza po wycieku ropy i innych zanieczyszczeniach ekosystemu morza zostało ubrane właśnie w dźwięki La Mer Recommencee.
    Brak tu zdominowanych przez syntezatory utworów, muzyka była stworzona przy użyciu relatywnie prostych środków a zarazem słychać tu w detalach wielki kunszt

    Vangelisa

    jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych niepowtarzalnymi barwami i swobodę, łatwość znamionującą geniusza w tworzeniu tychże. Jakże to innowacyny album! Pamiętajmy jedną rzecz: ta muzyka powstała w 1970 roku! I co tu znajdujemy? Prototypy struktur ambientowych, wyznaczniki późniejszego ruchu minimalistycznego, muzyki world, new age, elektroniki. Porywająca muzyczna tapeta która może spokojnie funkcjonować bez obrazu tworząc wizje roztaczane przed słuchającymi w umyśle, wzbudza podziw jaki geniusz mógł stworzyć coś tak eterycznego i zaawansowanego.
    Zaskakują najbardziej statyczne drony, jak żywo przypominające ambient tonowe pasaże na mellotronie, gdzie nic się nie zmienia. Muzyka ta nie opisuje realiów przyrody ale raczej stara się oddać jej filozoficzny aspekt. Niezwykle piękne uchwycony: lekko zadumany, relaksujący czasami charakter tej muzyki powoduje że do dziś brzmi niesamowicie świeżo i aż dziw bierze że ta muzyka powstała w epoce gdy elektronika jaką znamy i lubimy dopiero zaczynała raczkować! Przepiękny dźwiękowy gobelin do dziś mimo upływu lat wciąż mogący konkurować z dowolną płytą . Jak na tamte czasy porażająca praca. Ponadczasowe arcydzieło.

    Dariusz Długołęcki



    Ksylofonowy akompaniament, na tle którego przebijają klawiszowe plamy dźwiękowe, otwiera tę płytę - po dynamicznej, pogodnie brzmiącej introdukcji następuje jeden z najpiękniejszych fragmentów w całym dorobku

    Vangelisa

    : impresja La petite fille de la mer. Eteryczne wibrafonowe dźwięki opowiadają być może historię o zapomnianej, omszałej pozytywce wyłowionej przez samotne, zaciekawione dziecko z morza namalowanego przez Turnera lub Ślewińskiego. Melancholijny, zbudowany na przeciwwadze minorowych i durowych akordów temat co pewien czas milknie, muzyka staje się bardziej tajemnicza i zamyślona… Kolejny utwór, Le singe bleu, to przede wszystkim wspaniała partia trąbki, która śmiało mogłaby ozdobić kontemplacyjną płytę autorstwa

    Milesa Davisa

    - klawiszowe dźwięki miękko skradają się w tle, rozpraszając lub podtrzymując półsenną pieśń świtu lub wczesnego wieczoru intonowaną przez zadumaną trąbkę. La mort du loup zgodnie z sugestią tytułu brzmi przejmująco - cała kompozycja wyłania się z odrętwiałych, zziebniętych akordów, które przeszyte są zmartwioną melodią. Kontrast wobec tej impresji stanowi muzyczny żarcik, jakim jest L'ours musicien - rzeczywiście, słuchając tej miniaturki zaaranżowanej głównie na niskie, buczące dźwięki, którym towarzyszy "ociężała", jakby spowolniona ścieżka rytmiczna wygrywana na talerzach, trudno nie wyobrazić sobie muzykującego krnąbrnego niedźwiadka, irytującego się, iż co chwilę jego piosenka zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
    Kolejny utwór to najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz Creation du monde. Jest to zapowiedź takich późniejszych malowideł

    Vangelisa

    w stylu ambient, jak Himalaya, Summit bądź In London (sygnowane:

    Vangelis & Neuronium

    ). Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek La mer recommencée - główny temat rozpuszcza się w klawiszowych falach, przetaczających się pod niebem lekko zamglonych instrumentów, równomiernie obmywających topniejące brzegi. Brak tu zdominowanych przez najrozmaitsze syntezatory utworów - z drugiej strony, słychać tu już w najmniejszym detalu wielki kunszt

    Vangelisa

    jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych najadekwatniejszymi barwami.

    Igor Wróblewski



    ...Apokalipsa zwierząt... to już 30 lat jak

    Vangelis

    wydał tę, jedną z pierwszych swoich płyt. Niejako początki bogatej później dyskografii. Muzyka wbrew tytułowi nie jest wcale aż tak ,"apokaliptyczna" ale i nie wesoła. Zmusza raczej do zastanowienia dokąd zmierza współczesny człowiek ze swoim stosunkiem do świata natury. Płyta nieco krótka jak na możliwości wielkiego greka ale od początku do końca słucha się jej z przyjemnością.

    Mariusz

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    50,16 zł
  • Katod | Fusion64

    Katod | Fusion64

    Super cena

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    19,93 zł
  • Rolf Trostel | Inselmusik

    Rolf Trostel | Inselmusik

    Rolf Trostel, mimo iż nie należy do pierwszej ligi berlińskiej elektroniki, jak najbardziej wart jest przypomnienia. Album Inselmusik ukazał się oryginalnie w 1981 roku, gdy rządził popularny wówczas electro pop i new romantic. Ów debiut Rolfa Trostela okazał się być dosyć mocno konserwatywny jeżeli chodzi o berlińską estetykę. Cztery długie kompozycje nie odbiegają specjalnie od kanonów gatunku, jednocześnie brzmią dosyć minimalistycznie. Trostel testował wówczas możliwości syntezatora PPG, co przełożyło się na dosyć oszczędnie brzmiącą całość. Poza elektronicznymi teksturami artysta wzbogacił całość brzmieniem fletu i garściami dźwiękowych efektów, które uzupełniały statyczną przestrzeń. Jego muzyka stanowi pewien pomost między krautrockową awangardą a czystą elektroniką. Na ten fakt wpłynął udział gitarzysty Güntera Schickata, związanego właśnie z krautrockową sceną. Ten album to ważny fragment historii niemieckiej elektroniki.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    65,12 zł
  • Vangelis | El Greco (ltd 1000)

    Vangelis | El Greco (ltd 1000)

    Dostępność: Ostatnie sztuki | nośnik:


    599,00 zł
  • Fryderyk Jona | Init Mind

    Fryderyk Jona | Init Mind

    Fryderyk Jona, młody wilczek niemieckiej elektroniki, bez kompleksów sięga do źródeł gatunku. Na wydaną w 2015 roku płytę Init Mind uwagę powinni zwrócić wielbiciele Klausa Schulze. To tylko dwa nagrania, ale każde z nich trwa ponad 20 minut. Wypływają one wprost z tych charakterystycznych medytacji a'la Schulze. Jednak w przeciwieństwie do nobliwego weterana, Fryderyk Jona prezentuje pełniejszą paletę brzmień. Nie stara się być tak monochromatyczny jak Schulze. Jego muzyka kołysze się niemal w tej charakterystycznej melodyce, ale Fryderyk Jona gra pełniej, z większą swadą. Te dwie części Init Mind przechodzą od uspokojonych, delikatnych faktur po niemal barokowo brzmiące, sekwencyjne suity. Ich fosforyzująca siła przyciągania, niemal pochłania przestrzeń wokół tworząc wielobarwne, arabeskowe mozaiki. Bardzo dobry album niby podobne to granie, ale mimo wszystko Fryderyk Jona stara się na tej wydeptanej drodze znaleźć coś innego.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    50,21 zł
  • Airsculpture | Vanishing Point v.1

    Airsculpture | Vanishing Point v.1

    Airsculpture nie boją się nawiązywać do berlińskich wzorców. Jednak na albumie Vanishing Point nie imitują muzyki Tangerine Dream i Klausa Schulze. Oczywiście klasyczne, elektroniczne wzorce są jak najbardziej słyszalne, jednak im dalej w głąb, tym muzyka staje się bardziej tajemnicza i niesamowita. Już zamglona okładka, stanowi pewien trop na drodze do rozszyfrowania tych dźwięków. Tuż poza transowymi sekwencjami, Airsculpture kreują zupełnie inny świat. Owa przestrzeń ma niemal widmową poświatę, jest statyczna struktura niespiesznie się rozwija z minuty na minutę. Ów ambient ma w sobie coś z magicznego doświadczenia, okazuje się bowiem furtką i wytrychem do równoległego świata. Tym samym płyta Vanishing Point może okazać się idealnie zbalansowanym dziełem. Chociaż jak dla mnie pierwiastek ambientalny, jest tu zdecydowanie mocniej odczuwalny. Ale to tylko dodaje tej muzyce tak pożądanej przestrzeni.

    R. M.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    51,69 zł
  • Jean Michel Jarre | Waiting for Cousteau

    Jean Michel Jarre | Waiting for Cousteau

    Super cena
    Szum morskich fal rozbijających się o skaliste brzegi... oto początek jednej ze znakomitszych płyt Jean Michela Jarre'a. Już sam początek sugeruje nam niesamowitą podróż od piaszczystej plaży po morskie głębiny. Rozwydrzone fale w powolnym wyciszeniu zmieniają się w roztańczoną i wesołą, zagraną z niemałym rozmachem kompozycję Calypso, momentami przypominającą dokonania muzyków tworzących w stylu "plażowego disco". Utwór przypominał mi słodziutkie kawałeczki grupy Cusco, ale Jarre uczynił go i tak bardzo oryginalnym.
    Po nieco długawym tańczeniu na plaży przenosimy się na statek odkrywców morskich głębin (mowa o Calypso Part 2) by móc podziwiać bezmiar oceanu w towarzystwie stada delfinów. Utwór trochę nawiązujący do wczesnej twórczości kompozytora. Jak zwykle idealnie brzmiąca perkusja (oczywiście syntetyczna), która u Jarre'a zawsze była znakomita. Fin de siede to podtytuł trzeciej i zarazem ostatniej części suity Calypso. Kompozycja nieznacznie się różniąca od wcześniejszych, ale jej atmosfera przesiąknięta smutkiem i powagą sprawia, że słuchając jej słuchamy jakby wołania o pomoc dla wolno niszczonego podwodnego świata. W tym miejscu dobiega końca, najpierw roztańczona a później dość smutna, suita Calypso, według mnie jedna z lepszych kompozycji Jarre'a.
    Następuje wyciszenie muzyki, które niesie pełnię niesamowitych brzmień a przede wszystkim wrażeń. Ta zadumana i pełna tajemniczości muzyka jest wspaniałą opowieścią o krainie podwodnego królestwa, gdzie ludzkość jeszcze wszystkiego nie zniszczyła. En attendant Cousteau ukazała mi Jarre'a od zupełnie innej strony, wcześniej zupełnie mi nie znanej. Ta muzyka przypomina chwilami znakomite dzieła Briana Eno i wielu innych minimalistów, ale jej niepowtarzalny urok czyni ją jedną z najwybitniejszych tego gatunku. Przez całe 47 minut trwania utworu, nawet przez minutę nie zawiało mi nudą. Gdy słuchałem jej po raz pierwszy, od razu skojarzyła mi się z niedocenioną Rendez - Vous, a dokładnie z prologiem, czyli First Rendez - Vous. Album En attendant Cousteau polecam wszystkim tym, którzy są wolni od nałogowego wsłuchiwania się w dyskotekowe, komercyjne kawałki i którym twórcza oryginalność jest najwyżej docenianą cechą artysty.

    Wojciech Suchan



    Przez dwadzieścia twórczych lat Jean - Michel Jarre zmieniał swój styl: od delikatnych i pięknych suit (Oxygene, Equinoxe, Magnetic Fields), poprzez Zoolok, Rendez Vous, aż do muzyki niemal dyskotekowej (Revolution, Chronologie). Powyższe dwie płyty nie bardzo mnie poruszyły, były nijakie i dość komercyjne (jedynie utwory Industrial Revolution, czy Chronologie i były dobre).
    Jednak w roku 1990 nastąpiło miłe zaskoczenie - płyta Waiting For Cousteau. Przy pierwszym kontakcie z płytą, widząc okładkę czujemy, że w tę muzykę trzeba się wsłuchać. Pierwsze trzy utwory są miłe dla ucha i wprowadzają w atmosferę całości. Zaraz potem 47 minut muzyki dosłownie mnie zatykającej. Przenosi mnie w inny świat - świat podwodnych wizji i podróży. Za chwilę "odleciałem". A to wszystko za sprawą pomysłowości Jarre'a - 47 minut jednego utworu! I to w epoce komercji i trzyminutowych kawałków! Kompozycja tytułowa, mimo że tak piękna i pobudzająca wyobraźnię, jest w swej konstrukcji i formie bardzo prosta. Składa się z zaledwie kilku zamglonych planów dźwiękowych i cichych "skarg" fortepianu - momentami przypomina twórczość Briana Eno. Na sam koniec kompozycji został wprowadzony efekt szmeru strumyka. Następuje powolne wyciszenie... Utwór wymaga odpowiednich warunków przy przesłuchiwaniu. Ja sam słucham go w nocy, wygodnie w łóżku, gdy nie przeszkadzają hałasy. Działa wtedy dość sugestywnie. Co prawda, utwór może niektórych razić swą monotonią - ja jednak myślę, że w monotonii tkwi jego siła.
    Słuchając współczesnych kompozycji Jarre'a cieszę się, że pozostała ta piękna muzyka sprzed 5 lat.

    Tomasz Wyrwał

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    34,71 zł
  • Yarek | Berlin Ratusz

    Yarek | Berlin Ratusz

    Yarek rozwija skrzydła na zachodnim rynku. Płyta Berlin Ratusz z zapisem świetnego koncertu z Berlina, to doskonała wizytówka polskiego artysty. W tych 10 kompozycjach, Yarek pokazuje się jako niezwykle progresywny artysta. Estetyka "berlin school" wydawała się dla niego za ciasna. Album zyskał motoryczną, rytmiczną moc której bliżej do estetyki techno i trance. Być może i miejsce koncertu tego wymagało, bo Berlin to kolebka awangardowego techno. Poza tym rytmicznym żywiołem, Yarek ze swadą sampluje mocne, rockowe gitary odpowiednio doładowując nimi swoją muzykę. Kapitalnie to wszystko uzupełnia głos Łukasza Kołakowskiego. Jego wokale utrzymane są w bliskowschodnim, arabskim klimacie, z resztą jedna z kompozycji o wymownym tytule Minaret, sama wiele tłumaczy. Czyżby to kolejny ukłon w stronę Berlina, miasta kosmopolitycznego w którym nie brakuje muzułmańskich imigrantów? Ta płyta zrywa z wizerunkiem Yarka jako kontynuatora szkoły berlińskiej, a ukazuje go po prostu jako poszukującego artystę.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CDr


    46,23 zł
  • Kraftwerk | Tour de France (japan)

    Kraftwerk | Tour de France (japan)

    Ta płyta brzmi przede wszystkim świeżo i pomysłowo - a jeszcze ważniejsze jest, iż brzmi ona tak, jak gdyby grupa

    Kraftwerk

    nigdy nie usunęła się w cień by ustąpić miejsca młodszym kolegom z ich komputerami i programatorami. Tour de France - Soundtracks to po prostu album, którego duch logicznie wynika z kierunku obranego przez grupę lata temu, a jednocześnie nie sposób powiedzieć, słuchając tych nagrań, ile ów duch już liczy sobie lat... Grupa zachowała tak charakterystyczne dla swego stylu elementy jak ascetyczne partie wokalne na pograniczu melorecytacji, budowane często na atrakcyjnie brzmiącym muzycznie kojarzeniu splotów słów, takie jak mechaniczne rytmy, takie jak chwytliwe syntezatorowe riffy oscylujące najchętniej wokół pewnych ulubionych skal. Jednocześnie zaś w każdym utworze słychać, iż muzycy

    Kraftwerk

    są po prostu ekspertami w dziedzinie nowoczesnej elektroniki, aranżacje są przestrzenne i niemal eteryczne, tworzone bez najmniejszego trudu, przy czym aż chce się stwierdzić, że członkowie

    Kraftwerk

    nie tyle uważnie śledzili rozwój elektroniki na przestrzeni ostatnich lat, ile wręcz, iż nadal trzymają oni pałeczkę lidera wyznaczającego odważnie kierunki twórcom muzyki elektronicznej, a nie "postarzają" na siłę nowych brzmień chcąc siebie na siłę odmłodzić!
    Otwierającą album suitą muzycy

    Kraftwerk

    mogą śmiało wjechać na swych rowerach prosto na teren kompilacji typu Café del Mar i wnieść w nie więcej świeżego powiewu, niż goszczący tam młodzi artyści - motyw przewijający się przez tę suitę równie dobrze zresztą mógłby być ozdobą jakiejś płyty wyimprowizowanej przez

    Pete Namlooka

    do spółki z jakimś pomysłowym, pochodzącym z najmłodszego pokolenia DJ-em. Do tego wszystkiego dodać jeszcze trzeba: nie do wiary, ale przy tym wszystkim słychać, że to stara, dobra Elektrownia, nie szukająca interesujących rozwiązań, tylko znajdująca je bez wysiłku ad hoc… Atmosfera przepełniająca takie piosenki jak Vitamin, Aerodynamik czy La forme może przywołać na myśl wspomnienie takich choćby płyt, jak Attention GusGus - przy czym propozycje

    Kraftwerk

    zabrzmią nawet bardziej tajemniczo i w pełniejszy sposób niż wczesne impresje islandzkiej grupy. Faktura utworów jest niejednokrotnie ciekawie zagęszczona, po części zagospodarowana przez tak charakterystyczne dla grupy niemuzyczne efekty dźwiękowe - jednocześnie zaś warto wspomnieć, iż cała muzyka stworzona została przy pomocy skromnych środków. Rytmy proponowane przez Elektrownię i tak porywają, chociaż nie ociekają aż od najrozmaitszych odmian scratchingu bądź jakichkolwiek bardzo nowoczesnych wtrętów - muzycy

    Kraftwerk

    delektują się dorzucanymi od czasu do czasu tu i ówdzie ornamentami i przyozdabiają nimi swą muzykę z godną pozazdroszczenia fantazją.
    Miłą niespodzianką jest utwór finałowy - atrakcyjnie "odświeżona" kompozycja Tour de France ze słynnego singla wydanego między płytami Computerwelt i Electric Cafe: nie jest to ani nachalnie dyskotekowy remiks dawnego nagrania, ani oryginalna wersja sprzed lat, dorzucona tu w niezmienionej edycji przez sentyment. Dobrze może posłużyć jako analogia przykład nagrań

    Mike Oldfielda

    Tubular Bells z lat 1973 i 2003: to muzyka jednocześnie stara i nowa, tli się tu dawny duch, a aranżacja nie jest na tyle nowoczesna, by rozkojarzać, lecz na tyle świeża, by dyskretnie wprowadzić dawniejszą muzykę na scenę wzniesioną po (sporym nieraz...) upływie czasu.
    Jest to niewątpliwie album, który zaintryguje oddanych fanów Elektrowni i pozwoli im się przekonać, że mistrzowie z Düsseldorfu są w znakomitej kondycji, a jednocześnie przekona do

    Kraftwerk

    młode pokolenie, które na starszych płytach niewiele mogło znaleźć do siebie - najlepsze w tym wszystkim jest to, że słychać, iż nie jest to ze strony

    Kraftwerk

    efekt zimnej kalkulacji, tylko uwielbienia dobrej, nośnej, prawdziwej muzyki elektronicznej: pełnej duszy niejako na przekór swej programowej mechaniczności.

    Igor Wróblewski



    "Gdzie są wszyscy? Co, już w środku? Dobra, idę. Czekaj, masz bilety? Ja mam? A tak... To jeszcze popcorn i colę. Wchodzimy, siadamy. Światło gasić. Zaczynaj Pan ten film". Zapraszam Was na film o jednej z najważniejszych imprez sportowych XX wieku, na film o Wyścigu Dookoła Francji. I co z tego, że nikt jeszcze tego filmu nie nakręcił! Scieżkę dzwiękową już mamy. Zadbał o to

    Kraftwerk

    . Nie ma sensu biadolić, że na tę płytę czekaliśmy 12 lat, że jest pierwszym całkowicie nowym longplayem Elektrowni od 17 lat. Niemniej, kiedy wziąłem tę płytkę po raz pierwszy do rąk, czułem wzruszenie.

    Kraftwerk

    mnie zaskoczył, w pierwszej kolejności powrotem do tematu, rozgrzebanego, a nieskończonego, dwie dekady wcześniej. Miłe było też to, że to wciąż ten sam, dobry,

    Kraftwerk

    , że Panowie nie poszli w stronę jakiegoś "bum bum umcyk umcyk". Słowem, że muzyka wytrzymała długie rozstanie. Jako się już rzekło, płyta stanowi swoistą ścieżkę dźwiękową (muzyczną) do filmu kolarskiego, choć może bliższe byłoby określenie ilustrację do pracowitego dnia kolarza podczas wyścigu. Zaczyna się długą suitą (Prologue, Tour de France Etape 1 & 2 & 3, Chrono), która ma oddać wysiłek kolarzy i monotonię wyścigu. I jeśli tak spojrzymy na początek płyty, wydaje się nam usprawiedliwiona jego nadmierna długość. To jest programowa płyta. Smakołyki zaczynają się chwilę dalej: Vitamin - Polfa powinna wykorzystywać ten utwór w reklamach (A B C D Vitamin). Poza zabawną w sumie treścią, utwór w warstwie muzycznej to stary dobry technopop,

    Kraftwerk

    w każdym celu, rytmiczny, dobrze brzmiący. Po spokojnym poprzedniku zaskakuje, kto wie czy nie najlepszy punkt płyty, czyli Aerodynamik wraz z Titanium - utwór szybszy, z ostrzejszym basem i warstwą rytmiczną. Perfection Mechanic - pozwolę sobie na mały cytacik. EKG spodobał mi się już z powodu nazwy. Ale co

    Kraftwerk

    wymyślił pod tą nazwą? - tego się nie domyśliłem. I znów jak za najlepszych czasów: połamany rytm, wyraźny motyw i bijące serce jako deser. La Forme i zaraz potem zbliżony Regenaration to kawałek, przez który miałem zepsutą (ale tylko troszeczkę) przyjemnośc podziwiania

    Kraftwerk

    na żywo. Dlaczego? Bo nie grali La Forme! Napisałbym protest, gdybym wiedział gdzie. Utwór w 200% kraftwerkowy, technopop bliski ideałowi, śmiało mógłby się znaleźć na Die Mensch Maschine - a to już wielki komplement. I na koniec deserek, doczekała się dwudziestowieczna i dwudziestoletnia wersja Tour de France debiutu na longplay. I bardzo jej z tą dojrzałością do twarzy. Dobrze, że Panowie umieścili też tę starą wersję. Od niej w końcu się zaczęło... Cała płyta jednym słowem - 55 minut 59 sek. 100%

    Kraftwerku

    . Miło także, że ukazały się dwa single, z utworem tytułowym i Areodynamik. "Co, już koniec filmu? Chcecie, to sobie idźcie. Ja zostaję na jeszcze jeden seans" Prologue czas zacząć. "Panie, dawaj pan ten film!"

    ...



    ...zatem

    Kraftwerk

    powrócił...
    Po długim dość milczeniu niemieckie trio triumfalnie powraca na scenę el-muzyki a ściśle mówiąc na arenę elektronicznego techno. Nota bene zespół zaliczany jest do czołowych prekursorów tego właśnie gatunku. Tytuł wskazuje na kontynuację dawnego tematu znanego także z singli, czyli Tour de France. Jest to złudne bo zaskakuje nowymi suitami, które przywołują w pamięci ,"stary, dobry

    Kraftwerk

    , w jeszcze ciekawszych czasach...
    Sympatyczny jest także język francuski jako kolejny popis wokalny trójki muzyków. Album pięćdziesięcio paro minutowy nie nuży fanów Elektrowni, a tym bardziej nie rozczarowuje i nie poraża nieoczekiwaną zmianą formy muzycznej jak to często sie zdarza u największych z kręgu muzyki el. Polecam ją zatem z czystym sumieniem każdemu kto zna całą dyskografię

    Kraftwerku

    albo przynajmniej od Man Machine czy Radioactivity.
    I jeszcze jedna ciekawostka: kilka utworów nosi tytuły: Witaminy, Elektrokardiogram czy też Regeneracja. Może to zapowiedż kolejnego albumu o tematyce związanej z medycyną? Dostałem ten album w prezencie jako miłą niespodziankę... i faktycznie milszej niespodzianki wyobrazić sobie nie mogłem, chyba, że już w przyszłym roku znów się ukaże kolejny , nowy album

    Kraftwerku

    . A korzystając z okazji dziękuję SStokrotce za płytę i Jej to właśnie dedykuję tę recenzję.

    Koniczynek

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    94,97 zł
  • Peter Mergener | Creatures 2020

    Peter Mergener | Creatures 2020

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CDr


    115,57 zł