Tangerine Dream
From Virgin to Qantum Years - Coventry Cathedral 2022
63,42 zł
| AUTOR | Tangerine Dream |
| PRODUCENT | Kscope |
| NUMER | 588 |
| ROK WYDANIA | 2025 |
| MEDIA | 2CD |
| OPAKOWANIE | DIGIPACK 6-STRON +książeczka |
| Kod produktu | 008533 |
| POPULARNOŚĆ | Popularność 5 |
Lista utworów
Opis
Co z tego że Tangerine Dream minie zaraz 58 lat? Co z tego że Edgar Froese zmarł 10 lat temu? Co z tego że żaden z innych filarów różnych "klasycznych" składów TD od dekad już nie jest w grupie? Zespół wymienił się osobowo całkowicie i stał się maszynką do zarabiania, za którą stoi obrotna druga żona Edgara. Projekt (bo już nie godzi się tego nazwać grupą) regularnie wydaje zarówno nowe nagrania, jak i odgrzewane na sto sposobów stare kompozycje, oraz udziela koncertów. Tutaj mamy do czynienia z nagraniami z występu w katedrze Coventry 20 marca 2022. Zespół ... wróć, nazwa Tangerine Dream powróciła w to miejsce po 47 latach, od legendarnego koncertu z 1975, gdzie trzy długowłose skupione postaci kręciły w ciemnościach gałami analogów - chociaż efekt tego grania opublikowany po latach choćby na In Search Of Hades to jednak - umówmy się - kiepskie świergoty bez pomysłu, trochę jak Oszillator Planet Concert z 1971 - szanujemy ale nie włączamy często. Pamiętajmy że DVD TD Coventry 1975 zawiera fałszywie podłożoną muzykę z Ricochet! Wracając do recenzowanego wydawnictwa, zawartość tej dwupłytówki to z kilkoma wyjątkami oczywiście Virginowe starocie od Phaedra po White Eagle, ale też jest kolejna odsłona Sessions.
No to po kolei: Na początek CD1 leci wspaniały klasyk Stratosfear, w bardzo bliskim oryginałowi z 1976 brawurowym wykonaniu. Potem Betrayal z Sorcerera, a potem szczególnie mi bliskie dwa sekwencyjne rozmarzone małe poematy z Risky Business, znamy wszyscy dobrze te nuty, więc już zamiast recenzować Wam poszczególne utwory wzniosę się na nieco wyższy widok całości. Kawałki są odgrywane dość wiernie, publiczność rozpoznaje je szybko owacją, ale też pojawiają się interesujące naleciałości, melodie, wątki, pytajniki dorzucone przez współczesny skład TD. I z jakiegoś powodu budzą moje uznanie, nie irytują jak w 1994 nieszczęsne tangentyzacje Edgara. Wybrzmiewa nawet - jako ukłon do wydarzenia w tym samym miejscu sprzed 47 lat - ta cudownie melancholijna introdukcja do Ricochet part 1 z 1975, a potem mamy współczesną wersję tego starego poematu... CD2 rozpoczyna majestatyczna ballada z czasów Johannesa Schmoellinga White Eagle; przyznam że mam dużą słabość do okresu TD gdy właśnie on był "tym trzecim", cenię jego subtelne melodie, biegłość wykonawczą płynącą z klasycznego wyksztalcenia muzycznego i doświadczenia w pracy w studio. Wersja tutaj jest poniekąd lżejsza, bardziej zwiewna od tej z 1982. Potem ikona, ołtarz, czyli Phaedra. Odważna, świeża współczesna reinterpretacja w miejsce zabytkowej analogowej szacownej klasyki, która tutaj brzmi właściwie jak coś z Blue Years, jest w tym raczej amerykańska przestrzenność pustkowi oddana wspaniale na Blue Dawn niż oniryczna psychodelia oryginału. Czy to lepiej? Nie wiem, na pewno inaczej. Jestem świeżo po lekturze wszystich dysków Phaedra 50th Anniversary więc głowę mam pełną tamtych dawnych brzmień z 1973, ale przyznam że tutejsza druga część z synkopowanymi rytmami na granicy drum'n'bass oraz IDM naprawdę mi się podoba! Dalej jest Kiev Mission z płyty Exit, dla mnie utwór o tyle ważny że to pierwszy utwór TD jaki usłyszałem w życiu. Tutaj nie ma tego otwierającego huku gongu, ale za to nadal jest to ruskie ględzenie znane z oryginału z 1981, może bardziej spogłosowane i rozmyte. Potem oczywiście jest to cudownie chwytliwe melo (i uśmiech Schmoellinga zza mgły dziesięcioleci) z drugiej części utworu, tutaj ładnie podlane sosem elektrycznej gitary. Jest i mój ukochany Tangram, mam niezwykłą słabość do tej suity, tutaj aż fizycznie żałuję że nie byłem na tym koncercie, tak cudnie perlą się te sekwencje nad morzem o wschodzie słońca.. Potem mamy kolejny ukłon w stronę łysiejących / siwiejących (wybierzcie sobie) fanów TD czyli Cloudburst Flight z 1979. Oryginalnie gitarowo-rockowy kawałek tutaj kąpie się w syntetycznych oparach, ale znowu szacunek dla Thorstena i kumpli - ta wersja jest lepsza od oryginału! Wspaniale się tego słucha. Dobra, wreszcie na stół wjeżdżają wyczekiwane konfiturki czyli improwizowane Sessions. Posłuchajmy, bo tu brzmi serce nowego Tangerine Dream. Oto 36 minut premierowego materiału które - przyznam - najbardziej mnie w tym wydawnictwie interesują. I jest to wartościowa muzyka. Zespół porusza się rzecz jasna w ryzach ambientowo-sekwencyjnych, gdzie wszak powiedziano już tak wiele, ale w tej spokojnej improwizacji znać doświadczenie i zadowolenie z grania. Pozwalam się prowadzić przez niespieszne rozległe dźwiękowe labirynty, gitara zbiera się do lotu niczym ociężałe ptaki o świcie, ale raz poczuwszy pod skrzydłami czułe ramię powietrza, sunie ufnie przez przestrzeń jak stado żurawi o zachodzie słońca. I tak to tworzę Wam te rzewne wątpliwe metafory, z którymi się zgodzicie bądź nie, ale wierzajcie, muzyka jest przednia. Początek to ukłon w stronę TD połowy lat 70tych, te potężne melotronowe fletyzacje zlane gitarowym jękiem. Czekamy strzygąc uszami aż zapulsuje pierwszy "sikłencer", i w istocie wkrótce wykwita niespiesznie niczym lekko wybiłe wśród paproci źródło. Na tym żyznym rdzeniu rosną zaraz wilgotne mchy padów oraz leniwa gitara lekko wołająca do Edgara "pamiętasz jak razem pływaliśmy na scenie w USA w 1977?". Gdzieś w połowie utworu nr8 wzmaga się tłusty analogowy basowy sekwencer, na to nanizuje się znowu niespieszna rozlana gitara. Bardzo dobre! Jest ta muzyka zgrabnym miksem starego Tangerine Dream z lat 70tych oraz nowego, autorskiego stylu nowych muzyków w składzie. W żadnym razie nie jest to zachowawcze kopiowanie jak szereg wykonawców których nazwy tu litościwie zmilczę, ani na szczęście żadne dziwne eksperymenty, tylko idealnie dobrany balans, równowaga, spokojny własny kierunek. Brawo brawo! Jedna refleksja nachodzi mnie tutaj w to półpijane letnie parne popołudnie - i też gdy byłem na ich koncercie w Gdańsku w sierpniu 2021 - jak współcześni muzycy projektu Tangerine Dream czują się musząc wiecznie w jakimś stopniu odgrywać nie swoje starocie? Niby fajnie jest być częścią legendy, ale jednak - serio? Naprawdę? Przecież każdy muzyk chce grać swoje. Może dlatego prawdziwą moc czuć w tych wspaniałych Sessions, dla samych tych 36 minut już warto kupić to wydawnictwo.
M.Ż.
Inni klienci wybrali
Podobne albumy
Generator
Krótka 22
05-080 Izabelin
info@generator.pl
Towar w magazynie
Wysyłamy do 1 dni
Dostawa w do punktu odbioru już od 12zł.
Przesyłkę dostarcza Poczta Polska lub Inpost.
Możliwy odbiór osobisty poza siedzibą sprzedawcy.