Napisz do nas
   


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

czwartek27 kwietnia
czwartek 4 maja

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2346 wydawnictw w ofercie
1739 dostępnych natychmiast
33070 próbek utworów
2084 recenzji płyt
21356 zrealizowanych zamówień
4304 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

okres nagrania 1970-1979

(165 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Peter Baumann | Trans Harmonic Nights

    Peter Baumann | Trans Harmonic Nights

    Peter Baumann nie bał się wyzwań, nie pozwalał zamykać się w gatunkowym "gettcie", jak robiło to wielu i często na własne życzenie. O ile płyta Romance '76 była obrazem osobistych emocji, wepchniętych w elektroniczny dźwiękowy chłód, to album Trans Harmonic Nights zaskakiwał. Baumann nie porzucił tu bynajmniej doświadczeń jakie wyniósł będąc członkiem Tangerine Dream, ale wykorzystał je w inny sposób. Stworzył własną wizję electro popu, rytmiczny i zarazem syntetyczny żywioł, nasycił "eterycznymi" tłami i melodiami, które więcej mają wspólnego z filmowymi ścieżkami, niż tandetą znaną z komercyjnych list przebojów. Ów "melancholic techno pop" mimo, iż utrzymany jest w tanecznych ryzach, tchnie jakimś zamyśleniem, smutkiem i tonie wręcz w uczuciach. Kolejne kapitalne wznowienie, obok którego trudno przejść obojętnie. Płyta klasyczna.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    67,37 zł
  • Peter Baumann | Romance '76

    Peter Baumann | Romance '76

    Peter Baumann w latach 70-tych, nagrywał wraz z Tangerine Dream kanoniczne albumy muzyki elektronicznej. Jednak jego solowa działalność, szła nieco innym torem niż muzyka macierzystej formacji. Aby się o tym przekonać, trzeba sięgnąć po wydane właśnie fantastyczne reedycje jego albumów. Płyta Romance '76 to świetny prolog, a zarazem ucieczka we własny świat dźwięków. Mimo iż muzyka wywodzi się z sekwencyjnej szkoły, to Baumann próbuje przemówić w nieco inny sposób. Nadaje tym kompozycjom własne piętno, łącząc romantyczną melancholię, awangardowe eksperymenty bliskie krautrockowi oraz sterylne brzmienie elektroniki. Fasonowy chłód i targane emocjami wnętrze. Nostalgia i dźwiękowe ekscesy. Powstała idealnie zbalansowana całość, która jest poniekąd wypadkową tych ambiwalentnych odczuć. Jest to też zarazem doskonałe wprowadzenie w muzyczny świat, tego chyba najbardziej tajemniczego członka Tangerine Dream.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    67,37 zł
  • Cluster | Compiled 1971-1981

    Cluster | Compiled 1971-1981

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 1CD


    67,37 zł
  • Conrad Schnitzler | Filmmusik 1

    Conrad Schnitzler | Filmmusik 1

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 1CD


    67,37 zł
  • Klaus Schulze | Body Love

    Klaus Schulze | Body Love

    Syntezatorowe westchnienia, splatające się w zimnych konstelacjach i mollowych uściskach, osnuwają krystaliczną siecią cały pierwszy plan wszystkich trzech wypełniających tę płytę kompozycji. Odsłona pierwsza, Stardancer, rodzi się w niemuzycznej, wibrującej otchłani, z której wybijają się pierwsze promienie, pierwsze pomruki elektronicznych chórów, następnie zaś wysupłują się perkusyjne ozdobniki. Wstęp prowadzi do tętniącego, gumiastego ostinata, na tle którego rozwija się melancholijna, pobłyskująca, improwizowana impresja głównego syntezatora. Rytm zostaje coraz zmysłowiej podkreślany przez kipiącą perkusję, a ostinato zostaje podszyte basową linią. W ostatniej sekwencji utworu improwizacja balansuje między systemem durowym a melodyką orientalną. Muzyka niespodziewanie gaśnie, ledwo zabrzmi dysonansujący znak zapytania zaintonowany przez wszystkie ścieżki instrumentalne.
    Blanche to najspokojniejszy i najbardziej zadumany - może najbardziej "nieszczęśliwy"?... - fragment płyty (wycinek tej właśnie kompozycji reprezentuje album Body Love na przekrojowym wydawnictwie Schulzego podsumowującym lata 1972-1991, pt. 2001). Smętne, gasnące łabędzie syntezatorowe dają się ponosić czarnym, śliskim falom przypominającym ciała spowite satynowym całunem. Momentami może się ta muzyka troszeczkę pod względem nastroju kojarzyć ze wstępem do kompozycji Shine On You Crazy Diamond Pink Floyd (Wish You Were Here, 1975), ale to tylko przelotne, uchwytne jak przez mgłę zestawienie. Słychać tu w każdym tonie tę samą chłodną, opustoszałą tęsknotę, która czyniła tak niesamowitym nagranie Wahnfried 1883 (Timewind, 1975).
    Finałowa kompozycja P:T:O: trwa ponad 27 minut i łączy w sobie elementy cierpkiej zadumy Blanche (wstęp oraz finałowa sekwencja) z dynamiką i zapierającym dech rozchwianiem ostinatowym Stardancer (część główna, w której genialne ostinato zmienia kilkakrotnie skalę i tempo, czemu towarzyszy jedna z najwspanialszych solowych partii syntezatorowych w dyskografii Schulzego). Ta muzyka znakomicie zilustrowałaby spacer wzdłuż zamglonego wybrzeża, gdzie z jednej strony szumią ledwo dostrzegalne fale, z drugiej zaś zaczyna się już zgiełk metropolii. Każdy mijany kształt, każda latarnia i każda trafostacja, rozmazuje się w zadymioną plamę przybierającą kształt dowolnego słowa wypowiedzianego kobiecym szeptem.
    Dodatkowy utwór, na cześć reżysera filmu Body Love zatytułowany po prostu Lasse Braun, to 22 (chciałoby się powiedzieć: tylko 22…) minuty niezwykłej, mrocznej muzyki utrzymanej siłą rzeczy w podobnym tonie kolorystycznym co trzy inne impresje z albumu Body Love, ale chyba jednak najbardziej posępnej i niezgłębionej. Na początek sine, ciągnące się światło muzycznego reflektora drąży ciemną, nieprzejrzaną przestrzeń lepkimi smugami. Przez opustoszałą przestrzeń przemknie czasem tylko spóźniony podmuch nocnego Mooga, a dopiero po paru minutach wyklują się zdrętwiałe, zimne, stojące mollowe akordy. Reflektor przeczesujący wyludnioną przestrzeń pomału chrypnie, snując swoje uparte, rozsiane, jednodźwiękowe ostinato, za każdym razem wysyłając nieco inaczej brzmiącą smugę światła. Miękkie tony perkusyjne szemrzą miarowo w tle, służąc tutaj tylko jako ornament, zdecydowanie zanadto słabe i niezdecydowane, by mogły podsunąć tej mrocznej suicie stały rytm. Ostatecznie zjawia się też na scenie napięte, zziębnięte solo syntezatora, ciągnącego opowieść podobną w nastroju do tych, które wypełniły suity Blanche oraz P:T:O:, a wkrótce potem dochodzi do tak charakterystycznej dla Klausa Schulze intrygującej progresji. Samotny reflektor emituje coraz silniejsze i bardziej sprężyste wiązki światła, a w tle pojawia się mnóstwo frapujących poszumów i lodowatych wyładowań elektronicznych. Mimo oczywistego podobieństwa, jeśli chodzi o atmosferę, do pozostałych trzech impresji zamieszczonych na albumie, nie da się odmówić utworowi Lasse Braun niesamowitego klimatu i ogromnej siły wyrazu, wręcz zastanawiałbym się nad przyznaniem tej kompozycji tytułu najbardziej przejmującego epizodu z całego wydawnictwa Body Love. Miłośnicy muzyki Klausa Schulze posiadający już płytę analogową Body Love, a nawet i jej kompaktową edycję, ponad wszelką wątpliwość powinni zainteresować się najnowszym wydaniem tego niezwykłego materiału.

    PS. Nie widziałem filmu, do którego Klasus Schulze stworzył tę muzykę, ale coś mi się wydaje, że wyglądał nieco inaczej niż próbki proponowanych przeze mnie wizualizacji...

    I. W.


    Ten krążek pochodzi z okresu, w którym Klaus Schulze stworzył swoje chyba najlepsze utwory - te z Mirage czy Moondawn. Na Body Love znajdują się trzy rozbudowane czasowo kompozycje. Rozpoczyna się od dosyć rytmicznego Stardancer (w tytule chodzi, jak podejrzewam, o podobieństwo do Skywalkera). Jest tu interesujący sekwencer, ale mimo ściśle Klausowego klimatu nie przepadam za tym utworem. Po blisko czternastu minutach zaczyna się drugi, będący dla mnie esencją całego krążka Blanche. Szczególnie piękne są pierwsze minuty, kiedy Klaus swymi długimi, ciągłymi brzmieniami maluje pejzaż wschodu księżyca nad spokojną powierzchnią morza, w którym odbijają się gwiazdy. Ogarnia mnie przy tym jakaś wyjątkowa nostalgia i tęsknota za czymś, co dość trudno nazwać. Potem dochodzi tylko wiodący instrument śpiewający swą zawodzącą pieśń i kolejne kilkanaście minut gdzieś znika. Lecz to dopiero połowa płyty. Ostatni jest P:T:O: (co to znaczy?), powoli nabrzmiewająca sekwencerowa kompozycja, w której później pojawiają się nawet instrumenty perkusyjne. Napięty klimat pęka nagle niczym zerwana struna chyba w 22. minucie i dalej jest do końca całkiem spokojnie. Informacja na okładce, jak zwykle bardzo lakonicznej, mówi, że mamy do czynienia ze ścieżką dźwiękową do filmu Lasse Brauna o tym samym tytule, co płyta. Myślę, że zaden reżyser nie pokusiłby się o wykorzystanie w swej produkcji tak długich utworów i że wersje z płyty są po prostu niezwykle rozbudowanymi rozwinięciami tematów zawartych w filmie. Warto go pewnie obejrzeć nawet dla samej muzyki.

    Michał Żelazowski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Zanov | Green Ray

    Zanov | Green Ray

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    70,23 zł
  • Adelbert von Deyen | Sternzeit

    Adelbert von Deyen | Sternzeit

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    67,37 zł
  • Klaus Schulze | Dune

    Klaus Schulze | Dune

    Początek tytułowej kompozycji, niepokojąca elektroakustyczna uwertura, może przywieść na myśl dawne kompozycje Schulzego - ten obrazek utrzymany jest z drugiej strony w podobnym klimacie, jak niektóre mroczne epizody płyt cyklu The Dark Side Of The Moog. Charakter zmieni się z posępnego na nostalgiczny i zimny, gdy szumy i przeciągłe tony baterii elektronicznych urządzeń rozprute zostaną przez lament wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. To chyba najniesamowitsza kompozycja, w której słychać ten instrument w tych rękach. Wiolonczela łka, prostuje się dumnie, snuje melancholijne wspomnienia, przeszywa dreszczem i zgrzytliwie ironizuje - słuchacz zaś idąc jej tropem może wkroczyć na chrzęszczącą pustynię rodem z obrazu H. R. Gigera. Barwy ołowianego nieba i stalowej ziemi zmieniają odcienie z chłodnych na zimne i wreszcie na lodowate - a wkradające się raz po raz bardziej miękkie, pogodniejsze tony tylko wzmagają dramatyczne wrażenie. Tej kompozycji nie można nazwać patetyczną bądź przesadzoną; ona po prostu jest wielka.
    W zupełnie innym tonie utrzymany jest utwór Shadows Of Ignorance. Wiolonczela skrada się kocimi krokami, skromne ostinato pulsuje w napięciu, a instrumenty klawiszowe raczą słuchacza rozimprowizowanymi motywami, w których więcej jest zagadkowości niż dojmującego smutku, który zdominował pierwszy utwór tej płyty. Wkrótce da się też słyszeć głos Arthura Browna, najpierw recytujący, a następnie intonujący kolejne zdania mistycznej przypowieści. Chociaż tutaj Brown nie pokazał pełnej skali swoich możliwości, jak uczynił to w genialnym utworze Dymagic" na albumie ...live..., kompozycja rozwija się w ciekawy sposób i przesycona jest licznymi "poślizgnięciami" i "znakami zapytania" pozostawianymi przez improwizujace instrumenty.
    Płyta ta pokazuje dwa różne oblicza Klausa Schulze, a na dodatek każde z nich oddalone jest dość znacznie od kompozycji z poprzednich albumów.
    Dodany utwór, koncertowa impresja Le Mans, od razu musi skojarzyć się każdemu miłośnikowi muzyki KS z Dymagic, kompozycją wieńczącą niesamowity album ...live.... (1980). To jednak tylko pozory: wprawdzie rozpoczynająca utwór "galopująca" sekwencja o suchym, skażonym mollową tonacją brzmieniu wydaje się przedłużać motywy składające się na "Dymagic", ale rozwój tej niezwykłej kompozycji zmierza w innym kierunku. Na darmo wyczekuje słuchacz wokalnej improwizacji Arthura Browna: Le Mans, aż do końca pozostanie utworem instrumentalnym o niezwykłym kolorycie i nerwowym pulsie. Klaus Schulze śmiało przeskakuje tonacje, rozsypuje niemuzyczne brzmienia zahaczając o stockhausenowskie nastroje, znienacka proponuje pogodniejsze akordowe sekwencje. Przez 23 minuty trwania Le Mans słuchacz pozostaje absolutnie zahipnotyzowany, czekając na rozwiązanie muzycznej zagadki, punktowanej przez artystę kolejnymi zwrotami melodycznymi. Około 17 minuty czeka na miłośników ambientu doprawdy smakowity kąsek: rytmiczny puls ustaje, na scenie pozostają tylko pieniste, błotniste brzmienia kojarzące się z nieziemskim rezultatem kolaboracji między Mike'em Oldfieldem a Davidem Bedfordem: Stars End. Stęsknione elektroniczne motywy poszukują się nawzajem lepkimi końcami pośród dołującego, skąpanego w śnieżystej czerwieni mroku. Podniosłe, przejmujące alternacje akordów wieńczą całe dzieło, które podobno, mimo 23 minut swego trwania, i tak jest skrótem z niesamowicie długiego utworu, który Klaus Schulze zwykł był prezentować w ramach trasy koncertowej 1979-1980 (patrz: opis w książeczce dołączonej do płyty). Szkoda, że reedycja płyty Dune pozwoliła przedstawić słuchaczom tylko tyle z niesamowitego misterium – obok wywołującej dreszcze ścieżki dźwiękowej do filmu Next of Kin, zaprezentowanej słuchaczom jako dodatkowy utwór (60 minut!) na albumie Audentity, pozostaje moim skromnym zdaniem Le Mans największą perełką pośród impresji dorzuconych do wznowień longplayów Klausa Schulze.

    I. W.



    Tytuł wymienionej płytki kojarzy mi się wyłącznie z sześcioksiągiem Franka Herberta Dune i filmem Davida Lyncha powstałym na kanwie tej właśnie powieści. Nasuwa się pytanie. Czy w związku z tym dzieło Klausa Schulze jest ścieżką dźwiękową z wymienionego obrazu? Z pewnością nie. Film powstał na pocz. lat 80-tych (muzykę do filmu pisał m.in. Brian Eno), płyta w 1979 roku. Jednak skojarzenie i sugestia pozostają, a lektura wszystkich tomów dodatkowo je wzmaga.
    Na krążku znajdziemy tylko dwa, prawie 30-sto minutowe, utwory co jest dość charakterystyczne dla KS. Kompozycje jednak różnią się znacznie. Pierwszy utwór - Dune przypomina psychodeliczne klimaty z wcześniejszych dokonań artysty (może nie jest to taka awangarda jak z Cyborga, ale stylistyka jest wyrazista) i staje się zarazem niezwykłą dźwiękową ilustracją wspomnianej wyżej powieści (jeśli ewentualny słuchacz ją czytał). Drugi utwór jest bardziej rytmiczny, zbliżony raczej do stylistyki prezentowanej przez Richarda Wanhfrieda (grupa założona przez KS), ale nie aż tak dynamiczny. Wrażenie potęguje dodatkowo fakt, że muzyce towarzyszy recytowany tekst (pisany notabene przez samego Klausa Schulze'a), tak jak ma to miejsce w przypadku produkcji RW. Taki zabieg powoduje, że płyta staje się wprawdzie ciekawa, ale też wprowadza pewien dysonans brzmieniowy (nagła zmiana emocji). Kto czytał Diunę w całości, doceni ten prosty (skuteczny) środek kształtowania nastrojów. Tak jak na początku wspomniałem, skojarzenia mam jednoznaczne. Jeśli takie były intencje artysty, to opisywanym krążkiem udaje mu się uchwycić i dodatkowo wzbogacić świat wykreowany przez nieżyjącego już Franka Herberta.
    Na zakończenie mała dygresja. Film Dune okazał się finansową klapą. Jednak jako niecodzienne przedsięwzięcie artystyczne może zachwycić niejednego widza do dziś. Trzeba przyznać, że jest obrazem dla koneserów (a czyż muzyka KS taka nie jest?).

    El-Skwarka

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Riechmann | Wunderbar

    Riechmann | Wunderbar

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    67,52 zł
  • Conrad Schnitzler | Blau

    Conrad Schnitzler | Blau

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 1CD


    67,37 zł