Napisz do nas
   


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

poniedziałek 29 stycznia
czwartek 1 lutego

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2346 wydawnictw w ofercie
1739 dostępnych natychmiast
33070 próbek utworów
2084 recenzji płyt
21356 zrealizowanych zamówień
4304 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

okres nagrania 1970-1979

(193 albumy)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Klaus Schulze | Timewind (LP)

    Klaus Schulze | Timewind (LP)

    Nowość Bestseller
    Sukces tego właśnie albumu sprawił, iż berliński artysta mógł sobie wreszcie pozwolić na wynajęcie profesjonalnego studia oraz zakup dodatkowego sprzętu na sesję nagraniową kolejnego albumu, Moondawn. Timewind zarejestrowany został w domowych warunkach na ośmiośladowym sprzęcie, podczas gdy cała muzyka rejestrowana i miksowana była na żywo! Tym bardziej oszałamiać może spektrum wyczarowanych tutaj barw i nastrojów. Jest to niewątpliwie jeden z najbardziej niesamowitych i przejmujących albumów sygnowanych nazwiskiem Klausa Schulze. Dwie półgodzinne impresje poświęcone Richardowi Wagnerowi przynoszą odrętwiałe alternacje mollowych akordów i lodowate wysączenia improwizowanych ścieżek melodycznych. Muzyka spowita jest zawiesistą mgłą świtu, porywisty wiatr zmusza czas do zmiany biegu i słuchacz obserwuje w takt smutnych, ołowianych impresji, jak ledwo zarumieniona wiosna przeobraża się na powrót w głęboką zimę zapomnienia i rezygnacji. Utwory proponowane tu przez Klausa Schulze są chyba jeszcze bardziej przygnębiające niż impresje przygotowane na młodszą o dwa lata płytę Mirage - a z drugiej strony nie ma tu mowy o czystej rezygnacji i zupełnym przygnębieniu, jako że kreowana na Timewind muzyka ma niesamowitą witalną moc. Nie jest to w żadnym wypadku album lekki, ale nie zwalnia to nikogo z obowiązku przesłuchania go chociaż jeden raz! ;-) Arcydzieło atmosferycznej elektroniki sekwencyjnej, będącej jako gatunek dopiero w fazie rodzenia się, a już osiągającej niedostępne dla innych wyżyny.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    103,00 zł
  • Klaus Schulze | Moondawn (LP)

    Klaus Schulze | Moondawn (LP)

    Nowość Bestseller
    Pierwsze nagranie rodzi się pośród zamglonych, spowitych tajemniczym mrokiem fal, z których najpierw wynurzy się recytowana introdukcja (na ileż lat przed samplowanymi głosami wychylającymi się z dźwiękowych pokładów utworów Yen albo The Dome Event!), a następnie wysączą się posępne opary akordów. Atmosferyczny początek poprowadzi słuchacza ku jednemu z najwspanialszych fragmentów całej dyskografii Klasua Schulze: z omszałego tunelu tajemniczych, osowiałych dźwięków, wypływa powoli stereofoniczna sekwencja wielokrotnie zmieniająca rejestr, unosząca się na czarnych wodach wciąż zaciągniętego mgłą tła niczym lekki kawałek kory poruszany niewidocznym wiatrem (zapewne Wiatrem Czasu...). Na pierwszym planie wykwitają najrozmaitsze wzory kierujące się ku celowi wodnej podróży tylko swą intuicją - w tle gęstnieje zaś ścieżka perkusyjna wspaniale wyznaczana przez Haralda Grosskopfa, nabierająca coraz bardziej opływowych kształtów i zrównująca się głośnością z głównym sekwencerowym akompaniamentem. Muzyka tętni coraz bardziej nieposkromionym temperamentem, aż znajdzie swoje wyładowanie w wygasającym ponurym echem, lodowatym finale. Drugi utwór także zaczyna się bardzo statycznie i melancholijnie - być może wyblakłe, pozbawione oczu podziemne ryby kryją się przy smolisto czarnych ścianach swych królestw, zaniepokojone zbliżającym się pomrukiem burzy, mogącym zwiastować trzęsienie ziemi? W przejmującej introdukcji do suity Mindphaser czai się coś niesamowitego i tragicznego. Muzyka wzbiera w pewnym momencie na sile, syntezatorowe akordy mętnieją i wzburzają się... aż dojdzie do niespodziewanego wkroczenia potężnej ścieżki rytmicznej, przykrytej pieniącymi się falami masywnych organowych akordów. Harald Grosskopf improwizuje na swym zestawie perkusyjnym nie mniej interesująco, niż gdyby była ona syntezatorem pełnym najniezwyklejszych możliwości - Klausa Schulze podsuwa kolejne akordy, tężejące i przeobrażające się w pomniki przemarzniętych dźwięków. Ten nastrój utrzyma się już do końca utworu, pozostawiając jedynie spopielałe obłoki wymierających mrocznym echem poszumów i poświstów.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    103,00 zł
  • Klaus Schulze | Mirage (LP)

    Klaus Schulze | Mirage (LP)

    Nowość Bestseller
    Album Mirage wydany został między dwiema częściami wydawnictwa Body Love - w porównaniu z tymi pozycjami Mirage jest płytą niemal arytmiczną, niezwykle oniryczną, brzmiącą wręcz skrycie, zawoalowanie. Główne wątki melodyczne rozwijają się niespiesznie, nikną w odmętach brzmień niemuzycznych, splatają się ze sobą i gdy już zaczynają się składać na wyrazisty motyw - rozpuszczają się, przykryte lodowatymi falami szumów i tęsknych, chłodnych ech elektronicznych westchnień. Najwięcej wspólnego z atmosferą Mirage miały takie kompozycje z cyklu Body Love jak Blanche i (zwłaszcza) Moogetique - ale tamte utwory brzmiały klarowniej, brakowało i przede wszystkim tej gęstości i głębi brzmienia tak charakterystycznej dla zimowych "miraży" Klausa Schulze.
    Przy pierwszym przesłuchaniu ta płyta może nawet nieco rozczarowywać - brak tu pulsującego, prawie huczącego, transowego ostinata, na tle którego syntezatory lub organy snują swe improwizacje, brak tu chwytliwych kombinacji brzmieniowo-melodycznych w takim stylu, jaki zdominował nagrania z Body Love, brak tu niesamowitych, podminowanych niebywałym napięciem improwizowanych partii perkusyjnych raczej opowiadających niezwykłe brzmieniowe historie niż po prostu zamarkowujących rytm... Kompozycje z Mirage odsłaniają w pełni swój czar dopiero przy kolejnych, uważnych przesłuchaniach - pewnego dnia słuchacz zostanie na tyle wciągnięty przez tajemnicę tej płyty, iż zapragnie obcować z nią częściej aniżeli z innymi płytami... Oba utwory brzmią tak, iż nigdy nie uda się słuchaczowi przejrzeć ich "na wskroś". Wielogłosowość i atmosfera tej płyty są oszałamiające - jakiś detal zawsze zdoła ukryć się przed ciekawskim uchem odbiorcy. Trudno nawet zaproponować adekwatne wizualizacje do tej muzyki - największym bowiem plusem zaprezentowanych tu nagrań jest ich płynność, rozchwianie, niebywała "halucynacyjność". Wystarczy jedno mrugnięcie powieką, jeden gwałtowniejszy wdech sprowokowany rozlewającymi się elektronicznymi brzmieniami i cały obraz zostaje zburzony, a kolejne pojawią się dopiero, gdy uzbiera się w umyśle słuchacza odpowiednio gruba warstwa arpeggiatorowych płatków śniegu i oscylatorowych lodowych tafli...
    Zamieszczony na składance 2001 siedmiominutowy ekscerpt z kompozycji Crystal Lake zdaje się sugerować, iż Mirage jest płytą pełną wyrazistych melodii, dobitnie zamarkowywanych akordów i chwytliwych arpeggiatorowych tematów. Zapoznanie się z całym albumem może okazać się sporym "szokiem termicznym" - na albumie Mirage panuje najprawdziwsza, mroźna zima, nieposkromiona i przygnębiająca; nie taka, jaką znamy z kojących baśni, tylko taka, która zjawia się w najbezczelniejszych, najbardziej niezrozumiałych i poruszających snach pełnych dwuznacznych, zamglonych obrazów. Obrazów niewyraźnych, zaskakujących, niepokojących - i przez to pięknych i każących się odkrywać wciąż na nowo...

    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1LP


    118,32 zł
  • Klaus Schulze | Irrlicht (LP)

    Klaus Schulze | Irrlicht (LP)

    Nowość
    Klaus Schulze rozbudowywał, ulepszał i sprzężał z innymi akcesoriami swe organy tak długo, dopóki nie przypłaciły one tych eksperymentów swym elektronicznym "życiem". Efekty tej pracy są jednak niebywałe; pierwsza płyta słynnego berlińskiego kompozytora i wykonawcy w jednej osobie to jeden z najmroczniejszych, najgłębszych i najplastyczniejszych albumów wszech czasów.
    Miękkie, "zardzewiałe", oddalone dźwięki zamarkowujące początek kompozycji Ebene wybrzmiewają przez chwilę w pustce, po czym giną w narastającym szumie wyłaniających się na wielu planach dźwięków. Czy to świt nad zaśnieżonym stawem w przestrzeni, w której odbijające śnieg niebo nie różni się od tafli zamarzniętej wody? Narodziny układu słonecznego? Różne skojarzenia może wywołać ta niezwykła, przejmująca, przeszywana elektronicznym wichrem muzyka... Później wyłania się charakterystyczny pasaż preparowanej orkiestry. Na tle nieustających szumów i poświstów brzmi to tak, jakby zwyczajny krajobraz pełen przycupniętych drzewek i zabudowań odkształcony został przez zamknięcie go w szklanej kuli, położonej gdzieś w mrocznym, zaśnieżonym, mętnym zakątku wszechświata. Potem zaś główną rolę przejmują organy i tak już pozostanie do końca kompozycji. Pierwsza część organowej suity to przeciągłe, monumentalne akordy, rozchodzące się jak gigantyczne kręgi na wodzie. Druga natomiast wiedziona przez organy część to chyba najniesamowitszy pasaż z całego albumu: tempo przyspiesza, w organową melodię wkradają się śmiałe dysonanse, a muzyka gna przed siebie, przemieszczając się wciąż między jednym a drugim głośnikiem. Ta impresja idealnie pasuje do tej sceny filmu Schlafes Bruder, w którym Elias gra swoją najbardziej szaleńczą, pełną pasji kompozycję.
    Wszystko hamuje raptownie w przenikliwym szumie i Ebene przechodzi bez żadnej pauzy w kompozycję Gewitter, nazwaną tak prawdopodobnie na cześć wiersza Georga Trakla, jednego z ulubionych poetów Klausa Schulze. Podtytuł drugiego utworu z płyty Irrlicht sugeruje, iż słuchacz może prześledzić proces wzrostu i spadania energii. Pierwszy plan tej krótkiej, 5-minutowej zaledwie impresji wypełniają niemuzyczne, elektroakustyczne brzmienia, a daleko w tle snuje się posępna, zachmurzona, organowa melodia.
    Trzeci utwór, Exil Sils Maria, to najabrdziej zagadkowy fragment albumu. Typowo muzyczne elementy zostają tu najsilniej zredukowane i pewnie właśnie z tego powodu, że nie sposób doszukać się tu konkretnej, zamkniętej melodii, jest to najbardziej niesamowita kompozycja na Irrlicht. Senne, odległe brzmienia wywołują różne skojarzenia i nikną w gęstej mgle, zanim słuchacz zdąży chwycić koniec jednej nitki zaznaczającej konkretny wątek. Ta muzyka jest zadziwiająco przestrzenna, wielowymiarowa, wieloznaczna. Co pewien czas odzywają się dźwięki mogące skojarzyć się z pompatycznymi, wagnerowskimi plamami instrumentów dętych, co zapewne nie jest zbiegiem okoliczności, zważywszy wielką atencję, jaką Klaus Schulze zawsze darzył Richarda Wagnera... Tytuł kompozycji niedwuznacznie zaś sugeruje, iż głównym bohaterem kompozycji jest nie kto inny niż Friedrich Nietzsche, któremu to filozofowi i pisarzowi Schulze sześć lat później poświęci jeszcze kompozycję otwierającą album X.

    I. W.



    Co było pierwsze?
    Po rozstaniu się z Froesem i Schnitzlerem (Tangerine Dream - Electronic Meditation), Klaus Schulze rozpoczął samodzielną karierę, trwa ona do dziś z powodzeniem. Pierwszy krążek firmowany własnym nazwiskiem to Irrlicht z 1972. Trzy kompozycje utrzymane w spokojnej tonacji (barwy dźwięków organopodobne) prawie bez uchwytnego rytmu mogą być niemiłe uszom wielu słuchaczy. Taką muzykę określiłbym mianem psychodelicznej, chociażby ze względu na wpływ na psychikę słuchającego (szczególnie duży przy stworzeniu odpowiednich warunków). Z tego powodu nie jest to muzyka łatwa do obioru. Jest konieczny pewny "stan ducha", pozwalający na "chłonięcie" dźwięków całym sobą. Tylko wtedy można w pełni docenić wysiłek kompozytora.
    Czy te pierwsze próby można uznać za początki "minimal music made by KS"? Jeśli kogoś zadawala taka "przynależność", jego sprawa. Dla mnie Klaus Schulze jest zbyt wszechstronny aby "szufladkować" w jakikolwiek sposób jego tworczość.

    El-Skwarka

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    103,00 zł
  • Klaus Schulze | Dune (LP)

    Klaus Schulze | Dune (LP)

    Nowość
    Początek tytułowej kompozycji, niepokojąca elektroakustyczna uwertura, może przywieść na myśl dawne kompozycje Schulzego - ten obrazek utrzymany jest z drugiej strony w podobnym klimacie, jak niektóre mroczne epizody płyt cyklu The Dark Side Of The Moog. Charakter zmieni się z posępnego na nostalgiczny i zimny, gdy szumy i przeciągłe tony baterii elektronicznych urządzeń rozprute zostaną przez lament wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. To chyba najniesamowitsza kompozycja, w której słychać ten instrument w tych rękach. Wiolonczela łka, prostuje się dumnie, snuje melancholijne wspomnienia, przeszywa dreszczem i zgrzytliwie ironizuje - słuchacz zaś idąc jej tropem może wkroczyć na chrzęszczącą pustynię rodem z obrazu H. R. Gigera. Barwy ołowianego nieba i stalowej ziemi zmieniają odcienie z chłodnych na zimne i wreszcie na lodowate - a wkradające się raz po raz bardziej miękkie, pogodniejsze tony tylko wzmagają dramatyczne wrażenie. Tej kompozycji nie można nazwać patetyczną bądź przesadzoną; ona po prostu jest wielka.
    W zupełnie innym tonie utrzymany jest utwór Shadows Of Ignorance. Wiolonczela skrada się kocimi krokami, skromne ostinato pulsuje w napięciu, a instrumenty klawiszowe raczą słuchacza rozimprowizowanymi motywami, w których więcej jest zagadkowości niż dojmującego smutku, który zdominował pierwszy utwór tej płyty. Wkrótce da się też słyszeć głos Arthura Browna, najpierw recytujący, a następnie intonujący kolejne zdania mistycznej przypowieści. Chociaż tutaj Brown nie pokazał pełnej skali swoich możliwości, jak uczynił to w genialnym utworze Dymagic" na albumie ...live..., kompozycja rozwija się w ciekawy sposób i przesycona jest licznymi "poślizgnięciami" i "znakami zapytania" pozostawianymi przez improwizujace instrumenty.
    Płyta ta pokazuje dwa różne oblicza Klausa Schulze, a na dodatek każde z nich oddalone jest dość znacznie od kompozycji z poprzednich albumów.


    I. W.



    Tytuł wymienionej płytki kojarzy mi się wyłącznie z sześcioksiągiem Franka Herberta Dune i filmem Davida Lyncha powstałym na kanwie tej właśnie powieści. Nasuwa się pytanie. Czy w związku z tym dzieło Klausa Schulze jest ścieżką dźwiękową z wymienionego obrazu? Z pewnością nie. Film powstał na pocz. lat 80-tych (muzykę do filmu pisał m.in. Brian Eno), płyta w 1979 roku. Jednak skojarzenie i sugestia pozostają, a lektura wszystkich tomów dodatkowo je wzmaga.
    Na krążku znajdziemy tylko dwa, prawie 30-sto minutowe, utwory co jest dość charakterystyczne dla KS. Kompozycje jednak różnią się znacznie. Pierwszy utwór - Dune przypomina psychodeliczne klimaty z wcześniejszych dokonań artysty (może nie jest to taka awangarda jak z Cyborga, ale stylistyka jest wyrazista) i staje się zarazem niezwykłą dźwiękową ilustracją wspomnianej wyżej powieści (jeśli ewentualny słuchacz ją czytał). Drugi utwór jest bardziej rytmiczny, zbliżony raczej do stylistyki prezentowanej przez Richarda Wanhfrieda (grupa założona przez KS), ale nie aż tak dynamiczny. Wrażenie potęguje dodatkowo fakt, że muzyce towarzyszy recytowany tekst (pisany notabene przez samego Klausa Schulze'a), tak jak ma to miejsce w przypadku produkcji RW. Taki zabieg powoduje, że płyta staje się wprawdzie ciekawa, ale też wprowadza pewien dysonans brzmieniowy (nagła zmiana emocji). Kto czytał Diunę w całości, doceni ten prosty (skuteczny) środek kształtowania nastrojów. Tak jak na początku wspomniałem, skojarzenia mam jednoznaczne. Jeśli takie były intencje artysty, to opisywanym krążkiem udaje mu się uchwycić i dodatkowo wzbogacić świat wykreowany przez nieżyjącego już Franka Herberta.
    Na zakończenie mała dygresja. Film Dune okazał się finansową klapą. Jednak jako niecodzienne przedsięwzięcie artystyczne może zachwycić niejednego widza do dziś. Trzeba przyznać, że jest obrazem dla koneserów (a czyż muzyka KS taka nie jest?).

    El-Skwarka

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    103,00 zł
  • Klaus Schulze | Blackdance (LP)

    Klaus Schulze | Blackdance (LP)

    Nowość
    Utrzymana w ciepłych barwach, pełna "woskowych" kształtów, stylizowana na malowidła Salvadora Dali okładka ciekawie kontrastuje z zimnymi, krystalicznymi tonami utworów z tej płyty. Way Of Changes zaczyna się w podobnym stylu jak kompozycje z poprzednich dwu albumów, ale muzyka już od początku wydaje się być bardziej uporządkowana, a kolejne plany odsłaniają się stopniowo, przez co w porównaniu z masywnymi ścianami dźwięku budowanymi na Irrlicht i Cyborg brzmienie jest nieco płytsze. Nie oznacza to jednak, że artyście brak pomysłów, ani że kompozycji zbywa na atmosferze. Tu nie odzywa się jeszcze żaden sekwencer, ale uporczywy rytm instrumentów perkusyjnych zapowiada już powoli, jak będzie klarowało się typowo "schulzeańskie" brzmienie na kolejnych albumach. Organy wiodą swoją melodię, w którą raz po raz wkradają się schromatyzowane ozdobniki; momentami muzyka ta może wywołać nie tak odległe skojarzenia z niektórymi fragmentami płyty More grupy Pink Floyd...
    Some Velvet Phasing to najkrótsza i najoszczędniejsza w środkach wyrazu, ale zarazem chyba najbardziej zagadkowa kompozycja na tej płycie. Kolejne akordy zbierają się niczym ciężkie krople na brązowo-żółtych liściach, odrywają się, przesączają przez brązowo-żółty piasek. Wydaje mi się, iż te dźwięki najlepiej wprowadzają słuchacza w klimat wyczarowany na okładce longplaya.
    Potem następuje najdłuższy utwór: Voices Of Syn. Głos śpiewaka operowego dobiega jak z zaświatów, następnie przybiera na sile, po czym stapia się z minorowymi, rozpływającymi się akordami organów. Ta niesamowita część przywołuje na myśl jakieś niezwykłe ceremoniały odprawiane w katedrach zbudowanych z "niemożliwych brył", w których krawędzie nigdy nie przecinają się wedle praw geometrii a schody odwracają się w niewytłumaczony sposób w połowie biegu na lewą stronę. Głos wydaje się momentami snuć nieco inną opowieść, niż posępne organy - ale pozorne dysonanse tylko dodają muzyce niesamowitości. W końcu organowe akordy przybiorą nieco na sile i zostaną dobitniej "skręcone" i wygięte, po czym nastąpi zrytmizowana część kompozycji, utrzymana w podobnym charakterze jak motoryczny fragment Way Of Changes. Teraz z tajemniczej katedry odpływamy prosto na Wyspę Umarłych Arnolda Bocklina... Ta mglista podróż będzie trwała kilkanaście minut, które Klaus Schulze być może mógł był rozwinąć w nieco ciekawszy sposób, ale i tak trudno nazwać ten utwór nieudanym i odmówić mu wyjątkowego charakteru.


    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1LP


    118,32 zł
  • Klaus Schulze | Picture Music (LP)

    Klaus Schulze | Picture Music (LP)

    Nowość Bestseller
    Album Picture Music dość zasadniczo różni się od poprzedniego albumu berlińskiego artysty, Blackdance. Nie tylko pojawia się wyrazista ścieżka rytmiczna - przede wszystkim zwracają uwagę głębokie, wieloplanowe brzmienia, niebywale kunsztowne aranżacje i frapująca struktura utworów. Kompozycja Totem jest nie tylko pionierskim osiągnięciem w dziedzinie elektroniki sekwencyjnej - wyznacza ona także szlak znacznie późniejszym wędrówkom muzycznym Klausa Schulze. Na ostinato nie składa się czytelna, zamknięta melodia - to raczej spontaniczne rozkwitanie kolejnych dźwięków oraz ich dalsze rozmnażanie się przez pączkowanie lub podział… W tej partii dosłownie słychać, jak muzyka rodzi się, dorasta, przekwita, obumiera... Na dalszym planie natomiast rozpięta jest melodia wahająca się na granicy skal sprowadzonych w uproszczony sposób do skali durowej i mollowej. Barwa utworu zmienia się, muzyka zostaje raz zacieniona, innym razem - przeszyta migotliwym światłem, innym znów razem wyeksponowana w pełnym świetle i potem nagle zasłonięta. Znakomitą ilustracją do tej muzyki mogłyby być zmiany dokonujące się w krajobrazie złożonym z malowidła impresjonistycznego przenikającego się z obrazem abstrakcyjnym; połyskujące zmarszczki strumyka okazują się rozmazanymi wielobarwnymi iskrami, a porozrzucane tu i ówdzie kule przeistaczają się niespodziewanie w główki niebieskiej i pomarańczowej kapusty. Cały pejzaż zmienia się jak w nietypowym śnie, ale zmierza w logiczny sposób do jakiegoś niesamowitego finału, porządkowany przez miękki, gąbczasty puls sekwencera.
    Mental Door jest jednym z moich najulubieńszych utworów Klausa Schulze. W tej suicie znalazło się miejsce dla chłodnych, minorowych fal przetaczających się w wypolerowanym świetle zamglonego księżyca i dla schromatyzowanych brzmień skradających się pod nostalgicznymi alternacjami tęsknych akordów - i nawet dla partii, która mogłaby śmiało ozdobić album Emerson, Lake & Palmer z najlepszych czasów tej grupy! Jest to jeden z najniesamowitszych fragmentów tego utworu i całej płyty, kiedy spod mżących, deszczowych syntezatorowych akordów snujących mollowy temat wyłania się wijące się cielsko ostinatowego węża. Wąż zatacza hałaśliwe, lekko przesterowane pierścienie, wygina się coraz bardziej zdecydowanymi ruchami, emitując coraz dłuższe sekwencje dźwięków, przekomarza się z półtonami, wdrapując się nawet i spełzając z powrotem po skalach kojarzących się z jazzem lub bluesem. A wtedy kipiący, żywiołowy, nieregularnie ozdabiany podkład perkusyjny przejmie pierwszy głos i stopi się z pierścieniowatym ostinatem w szaleńczym tańcu. Gdy ta sekwencja dobiegnie końca, rozpocznie się drugi równie niesamowity fragment: syntezatory doprowadzą do końca swą melancholijną pieśń, przerwaną przez nagłe wejście niepokojącego ostinata, a dobiegająca uszu słuchacza z nieco już dalszego planu gra perkusji wywoła z pewnością dreszcze… Podobnie przejmująco i niesamowicie zabrzmiała kompozycja The Looper Isn't A Hooker na albumie Dig It sześć lat później - tutaj muzyka brzmi jednak chyba jeszcze przestrzenniej, jeszcze chłodniej, jeszcze bardziej niezwykle.
    Album opakowywano w rozmaite koperty - warto zaznaczyć, że nastrój każdej z proponowanych okładek rewelacyjnie koresponduje z treścią muzyczną tej płyty. Są tu fragmenty, które wizualnie najlepiej "podsumowuje" okładka z plamistym wykwitem przypominającym potwora morskiego, są też i takie, których charakter najpełniej ukazuje okładka przedstawiająca istotę uwiązaną u sufitu pomieszczenia z kraciastą podłogą, wreszcie takie, w których dźwięki odmalowują obraz porzucony w środku gliniastego pola pod zachmurzonym niebem.


    I. W.


    Klaus Schulze jest tym dla muzyki elektronicznej, kim Hendrix dla rocka. Nie ma sensu przytaczać tu jego biografii, każdy szanujący się fan elektroniki choć w małym stopniu powinien ją znać. Oryginalnie wydany w 1975r album Picture Music jest czwartym w dyskografii artysty. O ile wcześniejsze płyty Irrlicht, Cyborg i w małym stopniu Blackdance zawierały sporo eksperymentów, to na Picture Music widać całkowicie wykrystalizowany styl. Na poprzednich płytach Schulze wykorzystywał głównie organy elektronowe plus akustyczne instrumenty. Tu po raz pierwszy w pełni wykorzystał sprzęt elektroniczny, doskonale znane analogowe syntezatory EMS VCS 3, ARP Odyssey, ARP 2600, organy Farfisa. Album wypełniają dwa utwory, pierwszy Totem z początku melancholijny, potem nieco nerwowy i abstrakcyjny. Drugi Mental Door to jeden z najlepszych w dyskografii Klausa Schulze. Kosmiczna podróż w nieznane, pełna głębokich, abstrakcyjnych dźwięków. W drugiej połowie utwór rozpędza się do zawrotnej prędkości, tworząc nastrój bliski transowemu rytuałowi. Po blisko 30 latach od wydania tej płyty, cały czas brzmi ona nowocześnie i intrygująco. To bez wątpienia kanon dzisiejszej elektroniki.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    103,00 zł
  • Vangelis | L'apocalypse des Animaux (LP remaster)

    Vangelis | L'apocalypse des Animaux (LP remaster)

    Nowość
    L'Apocalypse Des Animaux zawiera utwory które znalazły się w 6 odcinkowym serialu dokumentalnym (każdy odcinek około 50 minutowy) zrealizowanym przez

    Frederic'a Rossif'a

    w koprodukcji telewizji włoskiej RAI i francuskiej Tele Hachette. Film miał być jakby manifestem przeciwko dziesiątkowaniu świata zwierząt i pewnej nostalgii za utraconymi czasami gdy inaczej traktowano faunę i florę. Całą serię wydano na kasetach VHS w jednym boksie w 1990 roku we Włoszech, Belgii i Francji przez Editions Montparnasse. Są oczywiście bootlegi DVD, zgrywki właśnie z tego wydawnictwa.
    Sporo muzyki wykorzystanej w L'Apocalypse Des Animaux

    Rossif

    zamieszczał później powtórnie w innych swoich dokumentach (m.in Morandi, Georges Braque, L'Opera Sauvage). Co ważne, wtedy jeszcze

    Vangelis

    nie praktykował tworzenia muzyki do obrazu a potem nagrywania jej na nowo (nie zawsze to samo) na album.

    Vangelis

    nie bawił się wtedy w edytowanie muzyki ale po prostu proponował ileś tam kawałków aby realizatorzy dobrali sobie je do odpowiednich partii filmu. Kiedy dokument pokazuje zwierzęta w ich naturalnych zachowaniach muzyka jest wykorzystywana niezbyt intensywnie służy jako podkład do komentarza. Kiedy zwierzęta oglądamy w zoo, parkach, lub laboratoriach podczas naukowych badań nie ma muzyki a słyszymy lektora lub naukowców objaśniających ich metody i obserwacje. Narrator nie pojawia się w polu widzenia zawsze głos pochodzi z offu.

    Vangelis

    twierdzi że praca nad jednym epizodem zabierała około jednego dnia i każdy odcinek otrzymywał świeżą porcję muzyki. Generique pojawiał się na rozpoczęcie i zakończenie każdego epizodu. Tylko kilka fragmentów powtórzono przy różnych epizodach. Np. radosną melodię graną na keyboardach i flecie, która zwykle towarzyszyła zabawom zwierząt, eksperymentalny fortepian plus perkusja, temat także użyty w filmie o Georges Braque, tajemniczo egzotyczny wolny temat zwykle wykorzystywany przy podwodnych zdjęciach, trochę głupawy temat w stylu disco (też w Morandi ) używający zestawu perkusyjnego na tle pierwszej generacji fortepianów elektrycznych. Dziwne ale żaden z tych powtarzanych tematów nie pojawił się na krążku (odsyłam do bootlega -

    VANGELIS

    - L'APOCALYPSE DES ANIMAUX - OUTTAKES). Vangelis wybrał 6 utworów mających zupełnie inne brzmienie niż pozostała muzyka w serii. Różniły się choćby wykorzystaniem trąbki czy gitary. Na każdy z kawałków przypada do pięciu utworów odrzuconych w tym sporo naprawdę dobrych, co warto dodać z epizodu 2,3 i 4 nie trafiło na album nic! (Tu polecam bootleg

    VANGELIS

    - L'APOCALYPSE DES ANIMAUX 30 ANS 1973-2003). Biorąc pod uwagę całą muzykę zawartą na ścieżce dźwiękowej można ją podzielić na 4 kategorie: melodyjną, marzycielsko-nostalgiczną, zabawną, egzotyczno eksperymentalną. Co znalazło się z tego na krążku? Apocalypse des animaux - generique typowy dla dzisiejszej muzyki spod znaku world music rytm wybijany na egzotycznych instrumentach perkusyjnych przerywają wstawki fortepianu i piękne, przypominające wirowanie kosmosu wstawki wokalne, znakomite intro budujące niesamowity klimat to w miarę dynamiczna, pogodnie brzmiąca a zarazem niesamowicie przyciągająca uwagę perełka której wadą jest jej króciuteńki czas. Może nieźle zmylić słuchacza nastawiającego się na tego typu muzykę na reszcie płyty.
    La petite fille de la mer odkrywa przed nami oparte na gitarze akustycznej i ksylofonie, bardzo ulotne, delikatne, słodkie brzmienie kojące zszargane nerwy. W tle delikatna poświata z mellotronu, zawiera coś jak punkt szczytowy gdy opiera się tylko na wysokich dźwiękach ale gitara znowu powraca i melodia powtarza się. Eteryczne, minimalistyczne dźwięki tworzą niesamowicie melancholijny klimat. W serialu obrazował on w ostatnim odcinku zdjęcia delfinów i ośmiornic.
    Le singe bleu - ambientowo minimalistyczny dźwięk to tło dla niezwykłej urody partia trąbki. Piękna aranżacja w delikatnie bluesowo jazzowej manierze. Nie przypominam sobie drugiego takiego wykorzystania tego instrumentu w utworze

    Vangelisa

    . Klawiszowe zaś dźwięki w tle, podtrzymują półsenną atmosferę. Le Singe Bleu wzięto z pierwszego epizodu, gdzie towarzyszy ona obrazowi zwinnych ruchów małpki skaczącej z drzewa na drzewo by w końcu zakołysać się na horyzoncie.
    La mort du loup to wzruszający kawałek oparto na mellotronie imitującym gitarę akustyczną z pogłosem na tle której słychać naturalne brzmienie gitary. Zgodnie z tytułem brzmi przejmująco, niczym pieśń żałobna. Ten naładowany smutkiem, poruszający utwór niezwykle sugestywnie przedstawia śmierć zwierzęcia. Pochodzi z piątego odcinka serii, towarzyszy obrazom wilków zastrzelonych w śniegach i na sawannie.
    L'Ours Musicien, ta miniaturka w filmie trwa 4 minuty, towarzyszy historii dwóch niedźwiadków polarnych porzuconych przez matkę, szperającą w chacie ekipy filmowej. Mamy tu basowe, niskie, buczące dźwięki kojarzące się rzeczywiście z wizją misia i delikatne mellotronowe akordy symbolizujące że to jeszcze maluchy. To swoisty kontrast wobec wcześniejszej impresji, muzyczny żarcik gdzie co chwilę owa melodia zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
    Creation du monde. Tej epickiej kompozycji nie powstydziłby się żaden z tuzów ambientu. Czarująco piękny, zbudowany bardzo prostymi, minimalistycznymi środkami. Najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz to zapowiedź późniejszych malowideł

    Vangelisa

    w spokojnym, nastrojowym stylu. Doniosłość tego fragmentu ma także odzwierciedlenie w serialu. Wieńczący serię epizod rozpoczyna się wraz z dźwiękami Creation Du Monde i towarzyszy zwolnionym obrazom wielkich ptaków przelatujących nad morzem. Utwór pojawia się ponownie na koniec, podczas pojawienia się napisów końcowych obrazowanych dotąd przez Generique, jako swoiste filozoficzne podsumowanie.
    Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek - La mer recommencee, płynny ambientowy temat, jeden ton otoczony falami dźwięków przypominającymi wygłuszone talerze i inne instrumenty perkusyjne. W serialu rewitalizacja morza po wycieku ropy i innych zanieczyszczeniach ekosystemu morza zostało ubrane właśnie w dźwięki La Mer Recommencee.
    Brak tu zdominowanych przez syntezatory utworów, muzyka była stworzona przy użyciu relatywnie prostych środków a zarazem słychać tu w detalach wielki kunszt

    Vangelisa

    jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych niepowtarzalnymi barwami i swobodę, łatwość znamionującą geniusza w tworzeniu tychże. Jakże to innowacyny album! Pamiętajmy jedną rzecz: ta muzyka powstała w 1970 roku! I co tu znajdujemy? Prototypy struktur ambientowych, wyznaczniki późniejszego ruchu minimalistycznego, muzyki world, new age, elektroniki. Porywająca muzyczna tapeta która może spokojnie funkcjonować bez obrazu tworząc wizje roztaczane przed słuchającymi w umyśle, wzbudza podziw jaki geniusz mógł stworzyć coś tak eterycznego i zaawansowanego.
    Zaskakują najbardziej statyczne drony, jak żywo przypominające ambient tonowe pasaże na mellotronie, gdzie nic się nie zmienia. Muzyka ta nie opisuje realiów przyrody ale raczej stara się oddać jej filozoficzny aspekt. Niezwykle piękne uchwycony: lekko zadumany, relaksujący czasami charakter tej muzyki powoduje że do dziś brzmi niesamowicie świeżo i aż dziw bierze że ta muzyka powstała w epoce gdy elektronika jaką znamy i lubimy dopiero zaczynała raczkować! Przepiękny dźwiękowy gobelin do dziś mimo upływu lat wciąż mogący konkurować z dowolną płytą . Jak na tamte czasy porażająca praca. Ponadczasowe arcydzieło.

    Dariusz Długołęcki



    Ksylofonowy akompaniament, na tle którego przebijają klawiszowe plamy dźwiękowe, otwiera tę płytę - po dynamicznej, pogodnie brzmiącej introdukcji następuje jeden z najpiękniejszych fragmentów w całym dorobku

    Vangelisa

    : impresja La petite fille de la mer. Eteryczne wibrafonowe dźwięki opowiadają być może historię o zapomnianej, omszałej pozytywce wyłowionej przez samotne, zaciekawione dziecko z morza namalowanego przez Turnera lub Ślewińskiego. Melancholijny, zbudowany na przeciwwadze minorowych i durowych akordów temat co pewien czas milknie, muzyka staje się bardziej tajemnicza i zamyślona… Kolejny utwór, Le singe bleu, to przede wszystkim wspaniała partia trąbki, która śmiało mogłaby ozdobić kontemplacyjną płytę autorstwa

    Milesa Davisa

    - klawiszowe dźwięki miękko skradają się w tle, rozpraszając lub podtrzymując półsenną pieśń świtu lub wczesnego wieczoru intonowaną przez zadumaną trąbkę. La mort du loup zgodnie z sugestią tytułu brzmi przejmująco - cała kompozycja wyłania się z odrętwiałych, zziebniętych akordów, które przeszyte są zmartwioną melodią. Kontrast wobec tej impresji stanowi muzyczny żarcik, jakim jest L'ours musicien - rzeczywiście, słuchając tej miniaturki zaaranżowanej głównie na niskie, buczące dźwięki, którym towarzyszy "ociężała", jakby spowolniona ścieżka rytmiczna wygrywana na talerzach, trudno nie wyobrazić sobie muzykującego krnąbrnego niedźwiadka, irytującego się, iż co chwilę jego piosenka zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
    Kolejny utwór to najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz Creation du monde. Jest to zapowiedź takich późniejszych malowideł

    Vangelisa

    w stylu ambient, jak Himalaya, Summit bądź In London (sygnowane:

    Vangelis & Neuronium

    ). Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek La mer recommencée - główny temat rozpuszcza się w klawiszowych falach, przetaczających się pod niebem lekko zamglonych instrumentów, równomiernie obmywających topniejące brzegi. Brak tu zdominowanych przez najrozmaitsze syntezatory utworów - z drugiej strony, słychać tu już w najmniejszym detalu wielki kunszt

    Vangelisa

    jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych najadekwatniejszymi barwami.

    Igor Wróblewski



    ...Apokalipsa zwierząt... to już 30 lat jak

    Vangelis

    wydał tę, jedną z pierwszych swoich płyt. Niejako początki bogatej później dyskografii. Muzyka wbrew tytułowi nie jest wcale aż tak ,"apokaliptyczna" ale i nie wesoła. Zmusza raczej do zastanowienia dokąd zmierza współczesny człowiek ze swoim stosunkiem do świata natury. Płyta nieco krótka jak na możliwości wielkiego greka ale od początku do końca słucha się jej z przyjemnością.

    Mariusz

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    127,67 zł
  • Vangelis | Heaven and Hell (LP)

    Vangelis | Heaven and Hell (LP)

    Nowość
    Niemożliwe jest opisywanie tego co dzieje się na tym albumie muzycznie gdyż mamy tu taka miksturę dźwięków i nastrojów którą trudno tu oddać słowami i ubrać w przystępny opis. Zacznę od końca czyli tracklisty ze względów na opisy utworów z LP jakie będę stosował przybliżając tą płytę. Chodzi o to że wydania CD Heaven and Hell dzielą suity na:
    1. Heaven and Hell (part one) 21:58 (wliczając 4:58 So Long Ago, So Clear)
    2. Heaven and Hell (part two) 21:16
    ale niektóre analogi mają bardziej szczegółowy podział :
    1. Heaven and Hell, Part One 21:58
      • Bacchanale 4:40
      • Symphony to the Powers B 8:18
      • Movement 3 4:03
      • So Long Ago, So Clear 5:00
    2. Heaven and Hell, Part Two 21:16
      • Intestinal Bat 3:18
      • Needles and Bones 3:22
      • 12 O'Clock 8:48
      • Aries 2:05
      • A Way 3:45
    i tym podziałem się posłużę.

    Heaven and Hell rozpoczynał okres pracy w Nemo Studios i początek prawdziwej kariery międzynarodowej i był pierwszym albumem zrealizowanym dla RCA. Płyta została odnotowana na listach przebojów co zaowocowało niesamowitym ponoć koncertem w Royal Albert Hall. Wtedy gwiazdą wytworni był

    Rick Wakeman

    i pokłosie właśnie progresywnego rocka na tej płycie wyraźnie słychać.
    Część pierwsza zaczyna się od Bacchanale. Utwór rozpoczyna się od samotnego akordu keyboardów do którego dołącza po chwili współbrzmiący z nimi chór by eksplodować w końcu perkusją i całym kompleksem pasaży na syntezatorach, dźwiękami z Fender Rhodesa wybrzmiewających na tle mooga i chóralnych śpiewów przywodzących na myśl potępieńcze krzyki. To zdecydowanie Hell - nagle wszystko gwałtownie cichnie i syntezatory znowu powtarzają uporządkowaną strukturę, dołącza do nich chór i kolejne powtórzenie dzikiej jazdy naśladującej cierpienia potępionych poddawanych torturom. To chyba zdecydowanie najbardziej prog rockowa część płyty przypominająca

    ELP

    czy

    Wakemana

    . Muzyka atakuje słuchacza czymś w rodzaju imitacji wojny między dobrem a złem za pomocą dźwięków cichnących i wybuchających na nowo. Utwór ukazuje bardziej agresywną stronę muzyki

    Vangelisa

    .
    Symphony to the Powers B to centralna część pierwszej suity, rozpoczyna je emulowane intro na panino, przechodzący w kosmiczne brzmienia, tak charakterystyczne później dla

    Vangelisa

    , do których dołącza chór wyśpiewujący w rytmicznym, prawie pompatycznym nastroju łacińskie teksty przydające tej muzyce coś na kształt jakiegoś religijnego obrządku. Wtedy też na zasadzie kontrapunktu, dochodzi do konfrontacji męskiej i żeńskiej części chóru anielskich i demonicznych sił wspieranych brzmieniem fortepianu, trójkąta i orkiestry. Dźwiękowo także dochodzi do gwałtownych zmian - od pełnego brzmienia orkiestry wspartego talerzami do delikatnych bramień fortepianu i perkusyjnych przeszkadzajek. W tym utworze najczęściej dopatruje się inspiracji Carminą Burana,

    Karla Orffa

    . Frenetyczne tempo inspirowane pracami tego twórcy w To the Powers B podkreśla dodatkowo także klasyczna technika gry na fortepianie. Mamy tu sporo porywających orkiestracji i wstawek etnicznych z Grecji. Przez kilka minut fortepian i chór i orkiestra otaczają słuchacza z niezwykłą burzą dźwięków aby przejść do crescendo pod koniec tej części .
    Z tej kakafonii dźwięków wpadamy w stonowany Movement 3. Rozpoczyna się melancholijną partią fortepianu, syntezatora - po chwili otrzymujemy ferię głośniejszych dźwięków wspartych przez chór - radzę zwrócić uwagę na tę kompozycję, przede wszystkim na główne brzmienie, wszak to nic innego jak wyciszona, pierwocina tytułowego utworu z Chariots Of Fire! Po drugie ten przepiękny, najbardziej przypominający późniejsze dzieła el

    Vangelisa

    fragment ma swoją drugą historię związaną z bardzo popularnym serialem dokumentalnym z lat 70 -tych

    Carla Sagana

    Cosmos, gdzie ten utwór był tematem przewodnim.
    Wreszcie So Long Ago, So Clear, gdzie falset

    Jona Andersona

    słodki i relaksujący przynosi ukojenie po agresywnej muzyce części pierwszej. Delikatny, sentymentalny duet powstał w ciekawych okolicznościach. Ponoć

    Anderson

    chciał ściągnąć

    Vangelisa

    na keybordzistę do

    Yes

    .

    Vangelis

    odmówił przyłączenia się do tej legendy progresji ale za to Anderson wystąpił na tej płycie. Dostajemy tu delikatne brzmienia Rhodesa połączone z harmoniami śpiewu - pozytywne i romantyczne liryki tworzą gorzko słodki rezonans z interpretacją Andersona przepełnioną jakimś wewnętrznym smutkiem.
    Część II jest jeszcze bardziej mistyczna, rozpoczyna ją czysta improwizacja Intestinal Bat zbiór brzmień, dzwonków i harf tajemniczych i przyprawiających o dreszcze mrocznych dźwięków - kończy się to intro szokującym brzmieniem skrzypiec. Po tym dziwnym wprowadzeniu czas na Needles and Bones rytmiczny lecz wciąż tajemniczy fragment muzyki z słyszalnym wpływem greckiego folkloru z chórami, keyboardami i dzwoneczkami w stylu

    Oldfielda

    przypominający wyszukane pląsy .
    Nagle muzyka zmienia się i kolejny utwór 12 O'clock rozpoczyna melancholijna melodia której po chwili wtórują na wpół gregoriańskie chorały podparte wolnym tonem perkusji na tle których słychać najpierw jakby lament mężczyzny a następnie kobiety - czyściec? Nagle słyszymy rytm wybijany na bębnach który nabiera siły i splata się z dzikimi dźwiękami z syntezatora- mamy chwile ciszy przerywane przeraźliwymi dźwięki, przerywane nagłymi i krótkimi chaotycznymi eksplozjami muzyki znikającymi tak szybko jak się pojawiają wymieniających się z imitacją na keyboardy ludzkich głosów, nagła cisza i kolejne powtórzenie chorału z dźwiękiem dzwonu w tle - memento mori? - dochodzi współczesny chór, kory oddaje pierwszy plan - niezwykły glos

    Very Varoutis

    daje wyobrażenie jak brzmieć powinien anielski głos, jej wokaliza rośnie z minuty na minutę w siłę by w końcu zejść jakby na dalszy plan i oddać pola męskiemu chórowi. Niezwykła pełna emocji wokaliza współbrzmiąca wspaniale z prostą elegancją muzyki. Dla mnie najbardziej przepyszny fragment płyty, również wykorzystany w serialu Cosmos.
    Ale kiedy myślimy że wszystko już wybrzmiało przechodzimy do Aries pełnej eksplodujących orkiestracji. Ten pełen splendoru i mocy utwór konczy się gwałtownie i wpada w delikatną melodię A Way w spokojny, stonowany sposób zamykającą album co kontrastuje z jego początkiem. Delikatność tego utworu pozwala słuchaczowi ochłonąć po porcji muzyki jaką serwuje

    Vangelis

    . Kończy się niepostrzeżenie wyciszeniem.
    Mamy tu kreację szerokiej wariacji nastrojów i kontrastów co tłumaczyć należy tytułem - płyta koncepcyjna opowiadająca o przepaści między dobrem a złem.

    Vangelis

    uczynił to poprzez wysublimowaną i wyszukaną w każdej minucie tej płyty muzykę. Nie da się jednoznacznie zaszufladkować tej płyty: czasami symfoniczny, momentami etniczny mocno progresywny jest dziwnym i pięknym zarazem eksperymentem nigdy więcej przez

    Vangelisa

    nie powtórzonym a zarazem to podwalina pod kolejne arcydzieła oparte na chórze i harmoniach, które odnajdujemy w Opera Sauvage i Chariots Of Fire.

    Dariusz Długołęcki



    Heaven and Hell - czyli niebo i piekło. Faktycznie

    Vangelis

    ten album, który poniekąd należy już do historycznych dzieł z gatunku el-muzyki zaskakuje dwoistością formy. Ale z pewnością po raz kolejny jak na mistrza przystało nie rozczarowuje. Wręcz przeciwnie... tematy ,,piekielne,, są niespokojne, nieraz z lekka agresywne, pełne przerażenia i strachu a z kolei ,,niebiańskie,, wyciszone, uspokojone i kojące z fantastycznym utworem ,12 o'clock. Partie chóralne i wokal żeński wspaniale harmonizują z muzyką i podkreślają jeszcze bardziej atmosferę całej płyty. To jeden z albumów

    Vangelisa

    , do których często powracam, choć cenię sobie całą twórczość tego wybitnego greckiego kompozytora, który w pełni zasłużył na Oskara tylko dlaczego tylko za Rydwany Ognia? I dlaczego tylko Oskara? Polecam każdemu fanowi

    Vangelisa

    - to muzyka, którą można kupować "w ciemno" bez odsłuchu w sklepie a dopiero po rozpakowaniu w zaciszu własnego mieszkania, najlepiej wieczorem ze słuchawkami na uszach Piekło i niebo na ziemi zapewnione na kilkadziesiąt minut.

    Mariusz

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    92,96 zł
  • Klaus Schulze | ...Live... (2LP)

    Klaus Schulze | ...Live... (2LP)

    Bestseller
    Kompozycja Bellistique to wlaściwie "wzorcowy utwor" Schulzego z tego okresu. Ruchliwe arpeggio sekwencerow zmienia rejestr i glebokosc tonu, a na tle snuje sie chlodna melodia, w rozmaity sposob modulowana i "napinana" na siatce tetniacego wciaz w tle ostinata. W melodii tej przewijaja sie raz po raz drobne motywy zapozyczone z wczesniejszych kompozycji, szczegolnie wpada w ucho cytat z kompozycji Friedrich Nietzsche z albumu X. Utwor toczy sie naprzód do momentu, w ktorym rytm zostaje zlamany i wszystkie brzmienia rozpuszczaja sie w elektroakustyczna impresje przypominajaca nieco, jak brzmialy najdawniejsze kompozycje Schulzego.
    Drugi utwor pierwszej plyty to kompletna, 51-minutowa wersja suity Sense (na analogowym wydaniu albumu sluchacze mogli cieszyc sie trwajacym "zaledwie" 31 minut wycinkiem). Oto wyborne podsumowanie pomyslow, ktore zdominowaly plyty Moondawn i Body Love. Ostinato nadajace ton calej kompozycji kojarzy sie z pulsujacym rytmem utworow Floating i P:T:O:, a wypelniajaca pierwsza strone plyty Moondawn muzyka przypomni sie uważnemu słuchaczowi jeszcze i w tym momencie trwania Sense, gdy melodia snuta przez sekwencer zacznie "kipiec" i wibrować, stapiając sie w niesamowitą, dudniacą calość wraz z huczeniem perkusji Haralda Grosskopfa.
    Utwory wypelniające drugą płyte albumu sa nieco bardziej nietypowe. Przez introdukcję Heart przewijają się odległe echa utworu Heinrich von Kleist, po czym następuje hipnotyczny, rytmiczny pasaz zapowiadajacy brzmienia, jakimi Schulze w towarzystwie Pete Namlooka (i niekiedy Billa Laswella) raczyć będzie słuchaczy po kilkunastu latach w cyklu The Dark Side Of The Moog. Tytułowe serce bije coraz prędzej, pociągając za sobą alternacje zimnych akordów, aż do 30 minuty, w której muzyka umilknie.
    W finałowej kompozycji Dymagic wystepuje gościnnie Arthur Brown, na płycie Dune recytujacy i śpiewajacy podniosłe wersy suity Shadows Of Ignorance. Ten głos w pełni rekompensuje na ...live... brak wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. Opowieść Browna zaczyna się od leniwie przeciąganych zdań wplatających się w "skradające się", kosmiczne dźwięki syntezatorów. Nastepnie głos przybiera na sile i brzmi już jak w "refrenie" Shadows Of Ignorance", po czym przeradza sie w skargę szalonego śpiewaka operowego. Tempo utworu przyśpiesza według tego wzoru, co w kompozycji Heart. Gdy galopujący rytm osiąga swoje maksimum, Brown wydaje przeciagły krzyk i w tym momencie cały utwór runie znienacka w stojący, mętny akord, w którym rozpłyną się jeszcze ostatnie, ciche zdania utworu. W plebiscycie Jerzego Kordowicza na najlepszą elektroniczną płytę wszechczasów drogę do ścisłej czołówki zagrodzili Klausowi Schulze czlonkowie grupy Tangerine Dream (z albumami Poland i Ricochet) oraz Jean Michel Jarre (ze swą plytą Oxygene, nie wiedzieć czemu uchodzącą powszechnie za jego debiut). Najwyżej odnotowany tytuł Schulzego na tej liscie to wlasnie ...live..., wyśmienity album zawierający nagrania z występów artysty w latach 1976 i 1979.
    Osobiście zgadzam sie w pełni z sugestią, którą można wysnuć na podstawie wyników notowania: ...live... to najlepszy album Klausa Schulze. Sam artysta wahał się podobno przed wydaniem tego albumu, twierdząc, iż jakość zarejestrowanego materiału nie odpowiada jego oczekiwaniom; pozostaje tylko cieszyć się, że berliński muzyk ostatecznie wydał tę pozycję. Album ten to doskonały przekrój przez tworczość Klausa Schulze w fazie od Picture Music po Dune - równie dobrze nie brzmiałaby chyba żadna składanka fragmentow nagrań studyjnych z poprzednich płyt. Jest to dzieło najwyższej próby, a jakość dźwięku, wbrew zastrzeżeniom autora, jest doprawdy wiecej niż znośna. ...live... jest absolutnie obowiązkową pozycją w zbiorach każdego miłośnika muzyki elektronicznej.
    Słuchacze zasmuceni, że na reedycji albumu Dune starczyło miejsca tylko dla kontynuacji (jak wynika z wchodzącego z wyciszenia brzmienia zaawansowanego już rytmicznie i melodycznie epizodu) koncertowej impresji „Le Mans“, mogą się teraz ucieszyć: jako bonus do albumu ...live... ukazał się utwór Le Mans Au Premier, czyli ponad 17-minutowa introdukcja do wspomnianego tematu. Znajdziemy tutaj wszystkie charakterystyczne dla dynamicznych impresji koncertowych KS w roku 1979 elementy: na początku wyłania się chmurna, bezlistna, odrętwiała konstelacja akordów, z niej wykwitają pierwsze elementy porządkujące całość rytmicznie, w końcu zaś wkracza na scenę charakterystyczny uparty rytm podszyty metalicznym basem syntezatora, na który nanizane zostają prześlizgujące się kaskady dźwięków snute przez KS z typową dlań improwizacyjną swobodą). Brakuje tylko charakterystycznego głosu Arthura Browna, który by poprowadził Słuchacza w surrealistyczno-symbolistyczne rejony Shadows of Ignorance, Time Actor albo Child of Dawn; w zamian za to mamy tutaj sporą dawkę kosmiczno-analogowej pulsacji o tajemniczym charakterze, znakomite uzupełnienie zestawu nagrań dokumentującego okres Dune.

    I. W.



    Z pośród płyt przełomu lat 70-80 płyta ...Live... a szczególnie suita Sense to dla el-rocka przekroczenie rubikonu. Gdy słucham dokonań Kistenmachera, Schonwaldera czy też Broekhiusa nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ich nagrania bez znajomości tej płyty wyglądałby inaczej (czytaj bardziej ubogo) lub wcale by ich nie było. Ten już bardzo stary album stał się inspiracją dla młodszych kompozytorów dzięki wielkiej wewnętrznej sile. Klarowność zagranej tu muzyki do dziś mnie porusza, inspiruje i zachwyca.
    Otwierająca pierwszy album kompozycja Bellistique to dość dynamiczna ale i melancho-lijna opowieść raczej bez happy-endu, niejednoznaczna, z końcówką pełną kontrastów. W podobny sposób kończyły się 13 lat później polskie koncerty. Najdłuższa, 51-minutowa suita Sense ma delikatny początek gdzie szum morza miesza się z syntetycznymi wybuchami i niepostrzeżenie przechodzi do rozpędzonej, zmodulowanej, powtarzającej się frazy. Za pomocą pętli z 4-5 dźwięków okraszonej super precyzyjną perkusją Grosskopfa udało się Klausowi stworzyć klasyczny wzorzec do dziś powielany i lubiany. Surowe, oszczędne solówki nie tłumią tła i praktycznie każdy nowy dźwięk jest natychmiast słyszalny i ... konsumowany przez spragnione muzycznych wrażeń uszy. Po blisko 25-minutach następuje pozorne załamanie rytmu i chwilowy chaos - jak gdyby instrumenty wyrwały się z pod kontroli albo muzycy chcieli zakończyć, ale właśnie teraz okazuje się być podana esencja-deser dla smakoszy i dla tego właśnie lubię tę muzykę.
    Kiedy emocje dobiegają końca pozostaje pytanie: dlaczego ten utwór trwa tylko 51 minut? Najlepszą recenzją suity Sense jest określenie: piękno w prostocie. Trochę gorzej sprawa ma się z drugim krążkiem tego wydawnictwa. Fatalna jakość zapisu daje efekt w postaci pogłosu z beczki i kładzie obie kompozycje (szczególnie czwartą, Dymagic). Nie pomogła obecność Arthura Browna jako wokalisty i wartość tych nagrań można najlepiej określić jako historyczną (bez potrzeby badań archeologicznych). Podsumowując: jeżeli nie znasz płyty ...LIVE... nie znasz alfabetu el -muzyki.

    Damian Koczkodon




    Płyty albumu ...Live... nie mają sobie równych w twórczości Klausa Schulze. Może jedynie Timewind. Wiatr czasu odcisnął się piętnem w koncertach Klausa lat siedemdziesiątych. Bardzo dobrze! Podobnie jak Timewind wciągają słuchacza w świat rozległych przestrzeni innych światów. Jeden z utworów (Sense) trwa 51 minut i nie mogę powiedzieć aby mimo jednostajnego ostinato nudził. Wręcz przeciwnie! Ten kawałek to solidna "działka" narkotycznego transu. Muzykę trudno opisać. Powiem krótko: słucham tego albumu i słucham i nie mogę się nasłuchać. Wielka szkoda, że Schulze tak daleko odszedł od swego stylu muzyki. Ufam, że gdy wróci do łask Jego Big Moog, to razem z całym dobrodziejstwem jakie z niego wydobył.

    Jerzy Strzeja

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 2LP


    147,74 zł