Napisz do nas
   


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

poniedziałek 29 stycznia
czwartek 1 lutego

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2346 wydawnictw w ofercie
1739 dostępnych natychmiast
33070 próbek utworów
2084 recenzji płyt
21356 zrealizowanych zamówień
4304 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

okres nagrania 1980-1989

(221 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Klaus Schulze | Trancefer (LP)

    Klaus Schulze | Trancefer (LP)

    Nowość
    Na płycie znajdują się dwa utwory o bardzo zbliżonych czasach trwania. Muzyka konstruowana jest przy wykorzystaniu komputerów i wszelkiej innej elektronicznej aparatury, do której próbował Schulze przekonać miłośników swej muzyki poprzednią płytą, czyli niezwykle interesującą pozycją Dig It, a na pierwszym planie praktycznie nieustannie gości dryfująca, lamentująca, szydząca i skradająca się wiolonczela Wolfganga Tiepolda.
    A Few Minutes After Trancefer zaczyna się nietypową, nieco dysonansującą alternacją akordów intonowanych przez vocoder; muzyka zaczyna się zupełnie znienacka, utwór pozbawiony jest długiej, niemal niesłyszalnej introdukcji lub partii brzmień niemuzycznych przygotowujących dopiero grunt pierwszemu stricte melodycznemu motywowi. Muzyka wkrótce nabiera rozkołysanego pulsu, ociekającego krystalicznymi, suchymi kroplami - chyba ten oksymoron dobrze oddaje charakter "nowej" muzyki Schulzego, konstruowanej wedle podobnych jak wcześniej zasad kompozycjynych, ale nabierającej zupełnie innych barw niż klasyczne, analogowe płyty kompozytora i muzyka z Berlina. Wszelkie brzmienia są wręcz sterylne, a jednocześnie niemalże oddziałują na zmysł węchu swoją wonią kabli, ciekłokrystalicznych fabrycznie nowych ekranów, rozgrzanych zasilaczy i zimnych głośników. Tak typowe dla schulzeańskiej muzyki "elektroniczne chóry" rozbrzmiewają i w tej kompozycji, odbite zostają jednak w vocoderowym zwierciadle. Tylko wiolonczela prześlizguje się granatowo-srebrnymi smugami przez jaskrawy błękit elektronicznego tła w sposób podobny jak na płycie Dune, tak, jakby muzyka Klausa Schulze w ogóle się nie zmieniła. Chyba właśnie to połączenie przejmującej wiolonczeli z nowatorskimi, frapujacymi opracowaniami ostinat i wszelkich dźwięków tła sprawia, że cały album brzmi po prostu niezwykle. Warto jednak jeszcze zwrócić uwagę na rewelacyjne, budujące melodię w większym stopniu niż rytm, patrie perkusyjne, omiatające swym porządkującym spojrzeniem plan utworu, powracające w różnych konfiguracjach, bombardujące tło w podobnie swobodny, rozimprowizowany sposób jak w utworze Death Of An Analogue z płyty Dig It.
    Druga kompozycja, Silent Running, jest jednym z najbardziej intrygujących utworów, jakie przedstawił słuchaczom Klaus Schulze. W takt spiesznego, ciągnącego się pulsu i elektronicznego mrowienia, wiolonczela stawia znaki zapytania, chytrze zeskrobuje postawione wcześniej wykrzykniki, zgrzytliwie ociera się wielokropkami, utyka długimi myślnikami - a barwa instrumentu Tiepolda staje się to chłodna, to niemal pogodna, to znów postrzępiona i zachrypnięta jak w niektórych spośród "Hymnów" Alfreda Schnittke. Utwór zgodnie z tytułem miękko biegnie przed siebie, pozostawiając słuchacza w stanie napiętego wyczekiwania. Przed słuchaczem rozmazują się kolejne światła i plamiste zygzaki, fosforyzujące aż do wygaśnięcia - nocne, niezbadane tło wciąż pulsuje niepokojącą muzyką, a słuchacz aż do finałowej, dziewiętnastej minuty będzie oczekiwał rozładowania napięcia...

    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1LP


    118,32 zł
  • Klaus Schulze | Interface (LP)

    Klaus Schulze | Interface (LP)

    Nowość Bestseller
    Klaus Schulze jest mistrzem w tworzeniu alternacji mollowych akordów - dziwić więc może utwór brzmiący wręcz pogodnie. Wstęp do kompozycji On The Edge prędzej skojarzyć się może z propozycjami duetu Double Fantasy z płyty Universal Avenue (dla zainteresowanych: wydanej nakładem Innovative Communications) niż z jakąkolwiek płytą Klausa Schulze. Akordy o nieregularnej budowie zlewają się ze sobą i układają w tło na którym zabrzmią wariacyjne główne partie instrumentów. Akcent pada na powracający kilkakrotnie "klaksonowy" motyw, wywołujący pewne skojarzenia z nagraniami spod znaku Drive Inn. Z kolei linia rytmiczna bardziej kojarzy się z twórczością Billa Laswella albo wspominanym Double Fantasy (tudzież najmłodszym wcieleniem Tangerine Dream, jeśli już szukać przykładów w obrębie Szkoły Berlińskiej) niż z jakimkolwiek dotychczas słyszanym "schulzeańskim ostinatem"... Płyta zapowiada się zatem wyjątkowo interesująco, choć podejrzewam, że ortodoksyjnych miłośników Schulzego może wprawić w osłupienie.
    Drugi utwór, Colours In The Darkness, jest nie mniej nowatorski, chociaż tu wyraźnie słychać już, iż klawisze naciskają te same ręce co na płytach Drive Inn i Dziękuję Poland (wciąż jednak, jak widać, nieodparcie nasuwają się skojarzenia nie tyle z dawniejszą twórczością Schulzego, co z dokonaniami tandemu Schulze / Rainer Bloss...) "Uskakujący" rytm znów osiąga zdumiewającą jak na Klausa Schulze ilość bpm, na pierwszym planie wibrują, pulsują i zasupłowują się natarczywe brzmienia przywołujące na myśl dalekie skojarzenia z Telefon Anruf grupy Kraftwerk, natomiast w tle snuje się typowo "schulzeańsko-blossowska" melodia, rozmazująca się rzeczywiście jak światła reflektorów na poruszonym zdjęciu.
    Utwór The Beat Planante nie wnosi już właściwie nic nowego w porównaniu z poprzednimi kompozycjami, ale słucha się go z przyjemnością. Ma podobne brzmienie do On The Edge, ale jest nieco bardziej "zadumany". Dominującą rolę ma "rozstukany" rytm, wywołujący wrażenia napięcia które musi zostać rozładowane: dojdzie do tego w środkowej części utworu, kiedy pojawi się żywa perkusja, ale potem znów ustąpi ona miejsca upartemu "niekompletnemu" rytmowi tworzącemu szkielet kompozycji od jej początku. Potem zaś rozpoczyna się najwspanialszy utwór: ponad 24-minutowa kompozycja tytułowa. Od strony formalnej dzieje się w tym utworze zdumiewająco mało, ale nie jest to żaden mankament. Podkład perkusyjny wprowadza słuchacza w trans, a pierwszy plan zagospodarowany jest przez miaukliwe, przeciągające się i prężące kaskady syntezatorowych (lub też komputerowych, zważywszy rok wydania płyty) dźwięków. Muzyka zmienia kilka razy rejestr i nastrój (gdzieniegdzie wpleciony zostaje patetyczny, durowy akord), a brzmienia warstwy rytmicznej to uspokajają się, to znów kipią i skwierczą, ociekając migotliwymi barwami. Na myśl przychodzą niekończące się wariacje z płyt Body Love i ...live... (mam na myśli szczególnie nastrój kompozycji Sense), ale równie dobrze mógłby to być zapis improwizacji Jean-Michela Jarre'a, który świeżo po koncercie w Chinach zasiadł za swymi urządzeniami aby pobawić się muzyką dla własnej przyjemności. W Inter*Face udało się Klausowi Schulze popisowo połączyć nowoczesne, świeże brzmienie z najlepszymi patentami sprzed lat.

    I. W.


    Poznawanie twórczości Klausa Schulze jest chyba jeszcze trudniejsze niż poznawanie Tangerine Dream. Klaus wydał mnóstwo płyt, a dodatkowo jego dyskografię wzbogacają specjalne edycje liczące po kilkanaście CD. Nie wszystko jednak co zrobił Klaus Schulze podoba mi się. Zdecydowanie wolę płyty, na których gra on "klasyczną" elektronikę, bez wtrąceń z muzyki operowej i poważnej. Płyta Inter*face wydana w 1985 roku to Schulze. którego lubię. Zaskoczył mnie trochę pierwszy utwór On the Edge - toż to prawie elektroniczny pop, oczywiście wysokiej próby! Muzyka relaksująca, wprawiająca w pozytywny, miły nastrój. Kolejne utwory to już poważna elektronika. Klaus Schulze przestrzennie i bogato improwizuje na tle monotonnego perkusyjno-sekwencerowego rytmu.
    Ostatnie 24 minuty CD wypełnia tytułowy Inter*face. Obfituje on w zmiany nastroju, umożliwa zatopienie się w dźwiękach. Tak odbierałem również utwory z płyty Body Love. Pod koniec kompozycja staje się bardzo dynamiczna i monumentalna. Inter*face to płyta, do której lubię powracać i odkrywać ją na nowo.

    Lord Rayden

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    103,00 zł
  • Klaus Schulze | Dreams (LP)

    Klaus Schulze | Dreams (LP)

    Nowość
    Tytuł pierwszej kompozycji, A Classical Move, w żartobliwy sposób dokładnie oddaje treść utworu. Po głośnym akordzie, z jakim zawsze "wyjeżdżali" w muzyczną podróż Klaus Schulze i Rainer Bloss na Drive Inn i Dziękuję Poland, następuje rozmazana, chłodna impresja, przeradzająca się wraz z wejściem ostinata w temat bardzo blisko spokrewniony z wiodącym motywem kompozycji Cellistica z 1983 roku. Dżwięki splatają się i rozplatając, tworząc drobne motywy balansujące na granicy starych wątków i nowych wariacji na ich temat. Szczególnie wpada w ucho Leitmotiv Friedricha Nietzschego z albumu X.
    To "klasyczne posunięcie" odbywa się na znanej szachownicy, ale w zupełnie nowym krajobrazie. Brzmienie tego utworu ma coś niesamowicie świeżego i nie sposób wysłuchać tej kompozycji obojętnie. Jak we śnie, znane wątki pojawiają się i znikają, utwór kluczy przez kilka zmian tonacji i gwałtownie się kończy, w momencie, w którym porwany onirycznymi wizualizacjami słuchacz nabiera akurat największej ciekawości, jak też będzie wyglądało rozwiązanie.
    Przy kolejnej kompozycji dosłownie przesiadamy się od "klasycznej" szachownicy do skomplikowanego układu klocków Kyodai. W tej kompozycji udało się kompozytorowi najsilniej zamarkować orientalne elementy, wykwitające z hipnotycznego, "podjapanizowanego" brzmieniowo rytmu niczym kolejne kwiaty śliwy. Najciekawszy fragment to schromatyzowana partia fortepianowa, dzięki której całe to 8-minutowe dziełko nabiera znamion egzotycznego, współczesnego koncertu na fortepian i orkiestrę elektronicznych przyrządów.
    Nawspanialsza moim zdaniem kompozycja to trzecia pozycja na tej płycie - utwór tytułowy. "Trąbiasta" introdukcja to dalekie echo wstępu do wagnerowskiego Lohengrina, odpowiednio chłodne, tajemnicze i posmutniałe. Na pierwszym planie wciąż rozlegać się będą hipnotyzujące akordy, rozświetlające nieco cały utwór, natomiast w tle wysypują się coraz to inne, zapamiętane z jakiegoś innego schulzeańskiego "snu", kolory, zapachy i tony. Jest w miarowym podkładzie tej kompozycji coś, co wywołuje uparte skojarzenie z brzmieniem początku utworu Exil Sils Maria z płyty Irrlicht, a na dodatek niedługo przed końcem Dreams pojawi się zapomniane echo preparowanej orkiestry malującej drobinki swych pejzaży w suicie Ebene, także pochodzącej z debiutanckiego albumu Schulzego.
    Najkrótsza propozycja na Dreams, zatytułowana Flexible, robi z pewnością najmniejsze wrażenie. Wydaje się, że ma nieco spłycone i "uplastikowione" brzmienie w porównaniu z niesamowitymi barwami reszty przedstawionych tu utworów. Bardzo ciekawy jest jednak fragment, w którym Schulze raczy nas nieoczekiwanymi brzmieniami syntezatorowej gitary, wiodącej swą melodię na podciąganych strunach.
    Płytę wieńczy monumentalna, ponad 24-minutowa kompozycja Klaustrophony. Intrygujący tytuł jest faktycznie dobrym opisem stanu, którym przesiąknieta jest cała ta senna kompozycja, w której wyczuwa się, iż za chwilę stanie się coś niebywałego. Słuchacz doczeka się niespodzianki w 15 minucie utworu: rozlegnie się dziwaczny głos "japońskiego ducha". Muszę przyznać, że przy pierwszym przesłuchaniu głos ten wydawał mi się drażniący, ale jednocześnie nie mogłem przestać słuchać tej sennej opowieści, coraz bardziej nią zafascynowany. Kolejne przesłuchania utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie ma głosu lepiej korespondującego z atmosferą i "przesłaniem" całego albumu; głos zjawia się jak nietypowy, zadziwiający, natrętny element rozbijający dotychczasową logikę snu i prowadzący śniącą osobę w zupełnie nowe rejony, których na jawie by sobie nie wymyśliła…

    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1LP


    118,32 zł
  • Klaus Schulze | Dig It (LP)

    Klaus Schulze | Dig It (LP)

    Nowość

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    103,00 zł
  • Ashra | Tropical Heat

    Ashra | Tropical Heat

    Nowość Super cena
    Tropical Heat to bodajże najbardziej popowo brzmiąca płyta w dorobku Manuela Göttschinga. Niby nie zmienił się sposób budowania kompozycji, niby nadal nic nie brakuje wyrafinowanej i pełnej fantazji technice gitarowej, a jednak wydaje się tutaj czegoś brakować. Naturalnie jednak, jeśli już szukać sobie „niezobowiązującej” muzyki na letni odpoczynek, dlaczego nie sięgnąć od razu do najwyższej przegródki? W kategorii „muzyka tła” albo „gitarowy lounge” jest to tak i tak pozycja wysokich lotów (a dla najzagorzalszych miłośników Göttschinga i kompletystów tak czy inaczej pozycja nie do uniknięcia).

    I. W.

    Jeśli tęsknicie za latem, zawsze zbyt krótkim, lekarstwem jest ostatnia jak na razie płyta Ashry. Akurat w tym przypadku tytuł jest bardzo adekwatny do klimatu muzyki. O ile nastroje wybitnie "zimowe" osiągnęli Tangerine Dream na płycie Poland, grupie Manuela Göttschinga udało się wnieść prawdziwą gorączkę lata do mego domu. Słuchając odnosisz wrażenie, że oto jest tropikalna noc, siedzisz na balkonie swego domu ze szklanką chłodnego napoju w dłoni i słuchasz grania cykad w ogrodzie. Rozpinasz guziki mokrej koszuli, z dołu dobiega nastrojowa melodia grana przez ulicznych grajków ze śródziemnomorskiego bulwaru. Obok ciebie jednostajnie szumi wiatraczek... Razem z Manuelem Goettshingiem grają tu Harald Grosskopf i Lutz Ulbrich. A zaczynają od Mosquito Dance, prostego w gruncie rzeczy kawałka o żwawej rytmice i niby beztroskiej, ale jednak nieco melancholijnej, a jakże frapującej melodii. To rzeczywiście taniec małego moskita, z kilkoma chwilami zadumy... Dalej popadasz w rozleniwienie wywołane przez Tropical Heat, tu można pomarzyć przy zawodzącej niby-wokalizie o tych jedynych, egzotycznych wakacjach. Coraz głębiej zapadasz w tropiki, kołysany przez karaibski rytm i rzewne pobrzękiwanie gitary. Bardzo nietypowo dla Ashry (tej z lat 70.) brzmi Nights In Sweat, gdzie rytmiczny podkład dla lekko jazzującej trąbki stanowią murzyńskie bongosy, no i te gitarowe improwizacje Goettschinga... Następny utwór to mój faworyt o niepowtarzalnym klimacie, gdzie linię melodyczną prowadzi saksofon. Stonowany, spokojny moment nostalgii, tęsknoty za odpoczynkiem od wiru codziennego życia.
    Kolejna płyta, która nauczyła mnie, jak różne oblicza ma el-muzyka, jak jest nieprzewidywalna i nie do zaszufladkowania. To nie jest już ta Ashra z czasów New Age Of Earth czy Join Inn. Skończyły się długie, otwarte formy pełne nieskrępowanej improwizacji. Ta płyta nagrana została przez tych samych , ale jednak innych ludzi. Chwała im za to, że nadal czuć tu mistrzostwo i nieuleganie komercyjnym schematom. I tylko zastanawiam się, gdzie oni mnie jeszcze w przyszłości zabiorą?

    Michał Żelazowski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,13 zł
  • Klaus Schulze | Angst (deluxe)

    Klaus Schulze | Angst (deluxe)

    Nowość
    Ta płyta otwiera swoisty cykl albumów Klausa Schulze: albumów zawierających kilka krótszych, bardziej zwartych kompozycji ożywionych zagęszczoną fakturą rytmiczną. Pierwsza kompozycja, Freeze, to kontynuacja jednego z wątków rozbudowanej suity Sebastian im Traum z albumu Audentity. Aranżacja jest nawet dość podobna: dominują chłodne, wibrafonowe kryształki, lśniące pomiędzy smutnymi plamami oddalonego fortepianu.
    Pain brzmi najbardziej "przebojowo" (4-minutowy wycinek tego właśnie utworu reprezentuje zresztą album Angst na składance pt. 2001) i już po pierwszym wysłuchaniu płyty najbardziej pozostaje w pamięci. Melodyjna alternacja mollowych i durowych akordów zamarkowuje akcenty, a w dialog z tymi akordami wchodzą na tle pulsującego ostinata smużki syntezatorowego "dymu", ciągnące się w nieregularne motywy w dość wysokich rejestrach. Rozedrgany akompaniament odsunie się na moment w dal, po czym powróci wraz z wyrazistym perkusyjnym rytmem. Ten fragment potrwa przez chwilę, po czym zacznie ubywać instrumentów na scenie - najpierw z powrotem zniknie perkusja, potem zaś ostinato, pozostawiając tylko snującą się, frapująco brzmiącą mgłę. Na późniejszej płycie Inter*Face Klaus Schulze podobnie skonstruuje utwór The Beat Planante, rezerwując w jego środkowej części miejsce na największą ilość brzmień perkusyjnych i zdecydowany rytm. W Memory rozbrzmiewa temat tytułowego utworu z płyty Drive Inn - tamta motoryczna impresja tu brzmi niemal eterycznie, rozpisana na wibrafonowe brzmienia w duchu Freeze oraz na dźwięki kojarzące się z fletnią pana (choć zapewne wygenerowane z innego urządzenia). Surrender zaś dla odmiany to najbardziej natarczywa partia perkusyjna, hipnotyzująca, otwierająca zdecydowanym ruchem kolejne wyimaginowane bariery ciszy i wdzierająca się do kolejnych bezdźwięcznych pomieszczeń, by wypełnić je swym stukotem.
    Najdłuższy utwór to wieńczący płytę Beyond. Na tle transowych uderzeń perkusji kipi i skwierczy elektroniczny podkład, wijący się i zacieśniający, a gdzieś w oddali nastepują po sobie nostalgiczne chmary akordów, kojarzące się z oglądanymi przez szkło oddalające ścianami deszczu. Dodatkowy utwór nosi tytuł pasujący nastrojem do pozostałych propozycji z oryginalnej płyty Angst: Silent Survivor. W książeczce dołączonej do digipacku zamieszczone jest jednak znacznie bardziej prozaiczne wyjaśnienie "mistycyzującego" tytułu. Utwór pochodzi z 1984 roku i aż do teraz przeleżał spokojnie w pudle z taśmami Klasua Schulze - "przetrwał cicho" do dzisiejszego dnia. To ponad półgodzinne nagranie przynosi wspaniałe, dynamiczne sekwencje, przyprawione charakterystycznymi schulzeańskimi dysonansami, interpolacjami tonicznymi i niecodziennymi efektami brzmieniowymi. Słychać tutaj echo sesji Audentity, Drive Inn oraz oczywiście Angst, ale nie można powiedzieć, by Silent Survivor nie wnosił nic nowego w obraz artysty w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Przede wszystkim fascynujący okazuje się tu przebieg splatania dynamicznej ścieżki sekwencerowej o klarownym rytmie i wyrazistej tonacji z tłem, w którym nie zabrakło miejsca dla najbardziej abstrakcyjnych i atonalnych elektronicznych wysączeń i wyładowań. Cały utwór oscyluje wokół jednego z ulubionych motywów Klasua Schulze, polegającego na przeplataniu akordu (n)-moll z akordem (n-1 ton)-Dur i po raz kolejny okazuje się, jak wiele nastroju i nowych barw można oddać w wariacjach na stosunkowo prosty temat. Im bardziej utwór się rozwija, tym więcej znajdzie się w jego polu "przeszkadzających", burzących harmonię dźwięków. Podobno Silent Survivor znajdował się na taśmie opatrzonej napisem "muzyka baletowa" - dla tych, którzy znają już cztery tomy "muzyki baletowej" Klasua Schulze z dzieła Contemporary Works, utwór dodany do reedycji Angst stanowić będzie nader ciekawe uzupełnienie eterycznych i onirycznych kompozycji o wymiar prawdziwie eksplozywny: Silent Survivor jest po prostu jednym z najbardziej ekspresywnych utworów Klasua Schulze w latach osiemdziesiątych, co w połączeniu z charakterystyczną dla albumu Audentity specyficzną "klinicznością brzmienia" zapewnia niesamowity efekt.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    62,97 zł
  • Amiga Electronics

    Amiga Electronics

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 5CD


    79,59 zł
  • Klaus Schulze | Dziekuje Poland (2LP)

    Klaus Schulze | Dziekuje Poland (2LP)

    Moja przygoda z muzyką elektroniczną zaczęła się na dobre ponad pięć lat temu. Któregoś wtorkowego wieczoru w "Kocham Kino" emitowany był film "Złodziej" (Thief), z James'em Caan'em w roli głównej. Pani Grażyna Torbicka (która w kilku słowach opowiada o filmie przed jego emisją) zachwalała świetnie zgraną ze zdjęciami muzykę bardzo wówczas popularnego zespołu Tangerine Dream. Jako że muzyka w filmie ma dla mnie bardzo duże znaczenie (Ennio Morricone i Vangelisa uważałem wówczas za najlepszych kompozytorów muzyki filmowej) z dużym napięciem czekałem na to, jaki rodzaj muzyki usłyszę w filmie (muszę zaznaczyć, że wcześniej nigdy nie słyszałem o "jakimś tam" Tangerine Dream). I co się okazało? Okazało się, że muzyka to prawdziwy majstersztyk, a utwór który słychać po końcowej strzelaninie i na napisach końcowych zmienił moje dotychczasowe wyobrażenie o muzyce w filmie (chciałbym jednocześnie zaznaczyć, że sam film uważam za jeden z najlepszych filmów sensacyjnych jakie miałem przyjemność oglądać). No i tak w moim przypadku rozpoczęła się trwająca do dziś fascynacja muzyką elektroniczną. W międzyczasie dowiedziałem się o internetowym sklepie wysyłkowym Generator.pl (w kupionej w salonie Traffic-Club płycie Tangerine Dream znajdowała się naklejka z adresem pocztowym i internetowym sklepu Generator.pl), dzięki któremu poznałem takich twórców jak Florian Fricke (Popol Vuh), Wendy Carlos, Mike Oldfield czy Klaus Schulze.Tak na marginesie: mam nadzieję, że Generator będzie jeszcze funkcjonował przez długie lata, czego Panu Ziemowitowi serdecznie życzę.
    Jako że nie ograniczam się do słuchania płyt tylko jednego artysty, ostatnio postanowiłem poznać twórczość pioniera niemieckiej muzyki elektronicznej - Klausa Schulze. Jako pierwsze nabyłem te płyty, które sam Klaus na swojej oficjalnej stronie internetowej ocenia jako najlepsze. Gdy "zorientowałem się", że twórczość Klausa Schulze warto poznać trochę dokładniej zdecydowałem się zakupić album Dziękuję Poland (przez ostatnie kilka dni z "uporem maniaka" słucham tylko tego albumu). I to właśnie ten album chciałbym pokrótce zrecenzować na co wpływ ma również fakt, że urodziłem się właśnie w 1983 r.
    Nie chcę skupiać się na technicznej stronie muzyki, gdyż nie potrafię opisywać muzyki tak plastycznie jak chociażby Pan I. W.. Chciałbym natomiast w kilku zdaniach uzewnętrznić emocje towarzyszące mi podczas odsłuchiwania poszczególnych utworów. Pierwszą płytę albumu otwiera utwór Katowice. Trudno znaleźć słowa które w pełni oddawałyby uczucia (stan umysłu) towarzyszące słuchaczowi w trakcie stopniowego rozwijania się głównych "wątków" muzycznych tego ponad 25-cio minutowego utworu. Ja odczuwam nieopisaną radość, czuję że mój umysł penetruje te obszary mózgu gdzie znajdują się nasze dotąd niezrealizowane marzenia i pragnienia, gdzie przechowywane są wspomnienia naszych najszczęśliwszych chwil w życiu. Utwór jest niesamowicie melodyjny i łatwo się go słucha (bo niektóre utwory Klausa Schulze - co tu dużo mówić - wymagają niezwykle elastycznego umysłu, otwartego na muzyczną awangardę), a gdy przebrzmiewają ostatnie dźwięki tego porywającego utworu człowiek czuje lekki smutek, że to już koniec (ale od czego jest przycisk "repeat" na pilocie ?). Takiej muzyki powinno się w szczególności słuchać w chwilach zwątpienia (w siebie, ludzi, otaczający nas świat), gdy człowiek potrzebuje dużej dawki pozytywnej energii i wiary, że wszystko ułoży się po naszej myśli. Pod koniec utworu pojawiają się motywy muzyczne, które na albumie X składają się na utwór Ludwig II von Bayern (gdy pierwszy raz słyszy się oryginalna wersję tego utworu człowiek może odnieść wrażenie, że Klaus jest współczesnym Mozartem). Są one świetnym zakończeniem naprawdę niezwykłego, muzycznego "obrazu" Katowic. Z Katowicami bezpośrednio wiąże się utwór bonusowy drugiej płyty Dzien Dobry. Można powiedzieć, że jest to lekko zmieniona (ale dorównująca oryginałowi pod względem oddziaływania na umysł słuchacza) wersja Katowic. Zupełnym nieporozumieniem jest natomiast dla mnie utwór bonusowy z CD1. Hip-hopowy dotyk Midasa jest nudny i monotonny, a na dodatek zupełnie nie pasuje do zamieszczonych na obu krążkach "metropolitalnych" kompozycji. Pozostałe utwory to stojąca na odpowiednio wysokim poziomie muzyka, nie robiąca jednak na słuchaczu (przynajmniej na mnie) tak wielkiego wrażenia jak opisane powyżej Katowice czy Dzien Dobry. W nich również pojawiają się motywy z utworów składających się na album X (m.in. Friedrich Nietzsche i Ludwig II von Bayern). W niektórych fragmentach słychać też echa Wiatru Czasu.
    Podsumowując album Dziękuję Poland polecam wszystkim, którzy chcą poczuć na "własnej skórze" magiczny wpływ kapitalnych utworów Katowice i Dzien dobry. I choćby ze względu na te dwa utwory warto zaopatrzyć się w album Dziękuję Poland. Jednak ostrzegam: działają one na umysł słuchacza jak narkotyk, powodując murowane "okresowe" uzależnienie.

    PS. Album Dziękuję Poland uważam osobiście za odrobinę lepszy od albumu Poland Tangerine Dream. A wy jak uważacie?

    Tadeusz Moskwiński


    Wspólnie z Rainerem Blossem, Klaus Schulze pojawił się w Polsce w 1983 roku mimo jeszcze obowiązującego wtedy stanu wojennego. Widocznie PAGART miał mimo wszystko odpowiednie kontakty. Jednak dwie czarne płyty ukazały się dopiero w 1985 roku.
    Jak sam twórca zauważa na okładce albumu, nie zamierzał wydawać kolejnego krążka koncertowego. Nagrywał tylko dla własnych potrzeb (na magnetofonie cyfrowym). Jednak atmosfera koncertów i spontaniczność publiczności spowodowały, że zdecydował inaczej. Dziękuję Poland ujrzało światło dzienne. Dobrze się stało. Nie jest łatwo pisać obiektywnie o artyście, którego wysoko się ceni i uwielbia. Dlatego nie będę się rozpisywał na temat zawartości płyt. Niech za ocenę służy jedno zdanie: "Proszę Państwa, oto Klaus Schulze, Rainer Bloss i ich muzyka".

    El-Skwarka

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 2LP


    147,74 zł
  • Klaus Schulze | En=trance (2LP)

    Klaus Schulze | En=trance (2LP)

    Trudno powiedzieć, co przede wszystkim sprawia, iż muzyka wypełniająca tę płytę kojarzy się z tajemniczymi, zamkniętymi pokojami, nasiąkniętymi aromatycznymi kolorami. Podejrzewam, iż odpowiedzialne za taki efekt jest ustawienie proporcji wszystkich głosów: chyba po raz pierwszy na albumie Klausa Schulze wszelkie muzyczne wątki dobiegają do uszu słuchacza "z tego samego poziomu". Mimo barokowej rozmaitości tematów i dużej inwencji melodycznej przez dłuższy czas brak tu tajemnicy, czającej się na ukrytym planie; nie ma tu "skradających się" motywów, rozwijających się powoli nowych tematów. Schulze zrezygnował z budowania napięcia, proponując w zamian obfita porcję rozwiązań harmonicznych i melodycznych zmieniających się znienacka, kalejdoskopowo. Ruchliwe ostinata brzmią z jednej strony bardzo atrakcyjnie, z drugiej zaś jednak brak im głębi typowej dla nagrań z albumów Moondawn bądź Mirage. Rozkwitające na podobieństwo fraktali ścieżki rytmiczne obudowują improwizowane tematy główne ciasnymi pierścieniami i wywołują specyficzne wrażenie "zamykania" tej muzyki w ścianach z nietypowego tworzywa. Pokoje są obszerne i znakomicie działa w nich klimatyzacja, ale wciąż jednak nie udaje się słuchaczowi znaleźć wyjścia z labiryntu kolejnych pomieszczeń.
    Dopiero pod koniec trzeciego utworu muzyka prowadzi słuchacza z podziemi na peron wyimaginowanego dworca przyszłości, z którego wraz z pierwszymi minutami kompozycji czwartej wydostanie się na deszczową autostradę kreskowaną rozmytymi światłami reflektorów. Tu leży klucz do tajemnicy tej płyty: w pierwszej części penetrujemy ukryte archiwa, w drugiej - udaje się nam znaleźć drogę na zewnątrz. Nie wiem, czy dokładnie taka idea przyświecała twórcy płyty, ale tak czy inaczej, efekt jest niesamowity… Muszę tu bowiem podkreślić, iż mimo zrównania głosów w większości partii i pozbawienia znajdujących się tu nagrań aury mistycyzmu, absolutnie nie jest to płyta nieudana bądź wtórna. To już po prostu nieco inny Klaus Schulze - artysta otworzył drzwi prowadzące w nowe rejony. Poprzednie płyty, z bardziej zwartymi i zamkniętymi kompozycjami, niejednokrotnie podszytymi zdecydowanym rytmem, były zapowiedzią pewnego przełomu: na En=Trance przełom ten dokonuje się już na dobre, choć żaden z zamieszczonych tu utworów nie trwa krócej niż 15 minut a niektóre elementy jednoznacznie kojarzą się z rozwiązaniami typowymi dla dawniejszej twórczości berlińskiego artysty.
    Najbardziej elektryzujące fragmenty tej płyty to główny temat En=Trance, kunsztowna fuga zamykająca Alpha Numerique oraz opisywany dwa akapity wyżej fragment obejmujący zakończenie trzeciego utworu i początek czwartego. Dodatkowy utwór nie pochodzi z sesji nagraniowej, w wyniku której narodził się album En=Trance, ale niewątpliwie sprawi ogromną radość miłośnikom muzyki Klausa Schulze. Nagrania dokonano w 1975 roku i jest to po prostu zapis "zabawy" urządzeniem o nazwie Elvish Sequencer; jednak ta swoista próba dźwięku połączona z mini-improwizacją stanowi nie mniejszy klejnot w uchu prawdziwego miłośnika tajemniczej, nieco mrocznej elektroniki sekwencyjnej, aniżeli skończone wielopłaszczyznowe pejzaże autorstwa Klausa Schulze! Brzmienia i zarysy melodii wyczarowywane w tym ośmiominutowym drobnym arcydziele to do pewnego stopnia wprowadzenie w nastrój później (Timewind) opublikowanej kompozycji Bayreuth Return, ale tylko do pewnego stopnia. Szkoda naprawdę, że na dodatkową, wcześniej niepublikowaną atrakcję starczyło na tej płycie tak niewiele miejsca; mimo prostoty użytych środków "elfowy sekwencer" niesie ze sobą coś niesamowitego, rozjarzającego się w niepokojącym mroku odblaskami zarysowującymi się w kształty spowijające nokturnowe obrazy Grimshawa, na których wielokrotnie nie zabrakło miejsca dla tajemniczych, posępno-zagadkowych elfów o sardonicznych uśmiechach. Tej pół-kompozycji można by doprawdy słuchać znacznie dłużej niż osiem minut...
    Specjalnego wymiaru nabiera ta impresja właśnie jako bonus do "podziemnej", nocnej płyty En=Trance: słuchacz klucząc przez niekończące się korytarze, labirynty piętrowych parkingów i tajemniczych pokojów o szczelnie zamkniętych okiennicach znajduje w finale swej 70-minutowej podróży ukryty skarb, połyskujący niesamowitym brzmieniem ery fantastycznych albumów Timewind i Moondawn

    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 2LP


    147,74 zł
  • Klaus Schulze | Audentity (2LP)

    Klaus Schulze | Audentity (2LP)

    Bestseller
    Album otwiera blisko 25-minutowa kompozycja Cellistica - jak sam tytuł wskazuje, jedną z pierwszoplanowych postaci w tym dramacie będzie wiolonczela Wolfganga Tiepolda, łkająca tęsknymi dźwiękami, zgrzytająca chropawymi dysonansami, rozrzucająca połyskujące promienie swoich melancholijnych wspomnień o matowej, mollowej tonacji. Pływające, roztapiające się motywy sekwencerowe mieszają się z potężnymi kaskadami tonów elektronicznych i perkusyjnych. W odróżnieniu do muzyki wypełniającej wcześniejsze płyty panuje na tym albumie już od początku specyficznie suchy, sterylny nastrój, wzmagający tylko atmosferę niepokoju i naprężenia...
    Kolejnym utworem jest Spielglocken (kompozycje ustawiono na reedycji albumu w innej kolejności, aby przygotować miejsce dla godzinnego utworu dodatkowego) - miłośnicy muzyki Klausa Schulze, którzy wcześniej niż Audentity poznali album Dziękuję Poland od razu rozpoznają charakterystyczne sekwencje vocoderowo-syntezatorowe, tętniące miękkim pulsem w dalszym planie, przykrywane improwizowanymi dźwiękami głównymi. W porównaniu z koncertową impresją Katowice (Iris) studyjny pierwowzór jest jednak delikatniejszy, znacznie mniej natarczywy rytmicznie, brzmi subtelniej i eteryczniej głównie za sprawą kroplistych, przydymionych dźwięków wibrafonowych.
    Pierwszą płytę wieńczy prawie półgodzinny poemat Sebastian im Traum, kolejny po drugim utworze z pierwszej płyty albumu X (1978) hołd dla poety Georga Trakla. Jest to jeden z najbardziej posępnych utworów w całej dyskografii Klausa Schulze. Powracający motyw wibrafonowy, przetworzony później na płycie Angst (1984) jako Freeze, to w zasadzie jedyny wpadający w ucho motyw składający się na treść tej niezwykłej impresji; poza tym smutnym, zziębniętym wątkiem o bezlistnej rytmice, plan dźwiękowy wypełniają elektroakustyczne opowieści Schulzego i Blossa oraz oniryczne, abstrakcyjne wiolonczelowe monologi Tiepolda. Ta kompozycja przy każdym przesłuchaniu pozwoli słuchaczowi odkryć nowe rejony i dostrzec miejsca, o których muzyka sugestywnie opowiada, w zupełnie nowym świetle. Na drugą płytę trafiły trzy krótsze utwory: Tango - Saty, Amourage i Opheylissem. Pierwszy z nich to drobne scherzo, zbudowane na zgiełkliwym riffie imitującym brzmienie trąbki - wkrótce dołącza się szept vocodera oraz bombardująca perkusja Michaela Shrieve'a, a następnie cały utwór rozkołysze się szklistym, posuwistym rytmem basowego syntezatora. Amourage to piękna sonata na fortepian, syntezatorową fletnię oraz frapujące elektroakustyczne szumy. Zmarznięte motywy wykwitające w tęsknej tonacji oblodzonej lisią czapą mogą równie dobrze towarzyszyć obrazom Edvarda Muncha, co panoramie warszawskiej Płyty Czerniakowskiej o czerwonawym, zdrętwiałym świcie... Opheylissem to swoistego rodzaju kontynuacja Tango - Saty, tym, razem bez trąbiastego riffu, za to z jeszcze bardziej zagęszczoną ścieżką perkusyjną i intrygującymi dysonansowymi akordami wbijającymi się w klinicznie czysty, uporządkowany rytm tej miniatury.
    Na deser słuchacze otrzymują mrożący krew w żyłach utwór Gem w kilku epizodach: pierwsze 11 minut to swobodna, arytmiczna impresja, w której rozżarzone kawały elektronicznych brzmień spadają w gęstniejące elektroakustyczne palenisko - miłośnicy muzyki Ernsta Horna oraz płyty Excerpts 1 Wolframa Spyry z pewnością będą zachwyceni tym pasażem. Z tego złowieszczego, fascynującego wstępu rodzi się utwór główny, zbudowany na szybkim rytmie sekwencerowo-perkusyjnym, na którym w typowo schulzeański sposób rozwijają się improwizowane połacie niezwykłej muzyki. Nastrój tej dynamicznej części kojarzy się z utworami wypełniającymi płytę Drive Inn, szczególnie z nerwowym, podszytym poskórnym napięciem epizodem pt. Highway.
    Na zakończenie jeszcze jedno zdanie - gdyby ktoś kiedyś pokusił się wreszcie o dokonanie adaptacji filmowej powieści Jerzego Krzysztonia "Obłęd", nie można by było chyba wyobrazić sobie w tym filmie idealniejszej muzyki niż ta, która składa się na album Audentity!

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2LP


    122,07 zł