Napisz do nas
   


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

poniedziałek 27 marca
czwartek30 marca

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2346 wydawnictw w ofercie
1739 dostępnych natychmiast
33070 próbek utworów
2084 recenzji płyt
21356 zrealizowanych zamówień
4304 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

okres nagrania 2000-2004

(310 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Klaus Schulze | Ballet 3-4

    Klaus Schulze | Ballet 3-4

    Nowość
    Zamieszczono tu tylko jedną, za to trwającą ponad 75 minut kompozycję. Suita My Ty She jest syntezą najbardziej charakterystycznych zwrotów melodycznych i aranżacyjnych z całego baletowego cyklu - największą zaś atrakcję stanowią wkraczające na scenę brzmienia oboju oraz żeński głos, który momentami może skojarzyć się nawet z Natachą Atlas. Muzyka zatacza szerokie kręgi, wahając się wciąż między brzmieniami orientalnymi i tymi, do których doprowadził rozwój Szkoły Berlińskiej. Godna uwagi jest syntezatorowa osnowa, wypunktowana pulsującymi krateramihipnotycznego ostinata na tle bogato zinstrumentowanej, ciekawie rozwijającej się opowieści. Na reedycji krążka wchodzącego w skład boxu Contemporary Works pojawia się wielce oryginalne premierowe nagranie, Shauer der Vorwelt. Jest to dosyć surowa kompozycja oscylująca między estetyką IDM a drum'n'bass, zbudowana na wyrazistej, elektryzującej sekwencji, przykrywającej wykwitające w tle przeobrażone sample - zarówno nowe, jak i znane już z zestawu Contemporary Works. Jeszcze przed drugą minutą trwania utworu zarysowana zostaje tęskna, mesmeryzująca melodia - trochę szkoda, że rozmywa się ona tak prędko, ustępując miejsca bezlitosnemu pochodowi perkusyjno-ostinatowemu. Ze względu na specyficzną, suchą surowość brzmienia kompozycja ta ma coś wspólnego z inną niewiele ponad 3-minutową impresją Klausa Schulze, Zooblast.

    Ostatnia część muzyki baletowej Klausa Schulze, wydanej oryginalnie jako część 10-płytowego boksu Contemporary Works. Album otwiera tęskna suita Mellowtrone, w której zgodnie z sugestią tytułu wioloczela Wolfganga Tiepolda za sprawą magicznych przystawek przeobraża się w melotron - znakomity pendant do melotronowych impresji pojawiających się na piątej oraz siódmej części The Dark Side of the Moog. Soft'n'Groovy również w każdym calu brzmi tak, jak się zwie: mamy tutaj leniwy, niemalże omdlewający rytm, udanie skontrastowany ze spiesznym sekwencyjnym pulsem ukrytym w tle, a do tego niekończące się improwizacje klawiszowo-wiolonczelowe, przenikające się nawzajem już nie tak jak na płycie Dune (1979), ale na pewno nie mniej fascynująco. To B Flat przynosi temat dobrze już znany miłośnikom muzyki Klasua Schulze: te wątki pojawiały się już w pierwszej części Careful with that AKS, Peter (DSOM VIII) oraz w ramach samego zestawu Contemporary Works, a mianowicie w finale tomu pierwszego. Tutaj mamy kolejną smakowitą odsłonę fantazji na akordowe plamy, vocoder i dziwne basy, na dodatek z całą gamą egzotycznie połyskujących elementów w tle. Utwór dodatkowy - znany z dziesiątej płyty Contemporary Works, czyli zestawu "odrzutów z sesji" oraz skróconych miksów - niby nie wnosi do muzyki Klausa Schulze AD 2001 nic nowego, ale stanowi tutaj bardzo przyjemny suplement, swoistego rodzaju dopowiedzenie "baletowego snu" w migoczącej tonacji odświeżanej etnizującymi momentami.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    62,97 zł
  • Klaus Schulze | Androgyn

    Klaus Schulze | Androgyn

    Nowość
    Najważniejsze na tej płycie są wyraziste wypukłości basowego syntezatora, to zakłócające, to porządkujące warstwę rytmiczną podobnie jak na płytach Klausa Schulze z lat siedemdziesiątych. Przeciwstawione zostają sobie dwa tematy. Jedna długa, rozwijająca się leniwie suita kończy płytę i składa się z czterech bardzo zbliżonych do siebie nastrojem epizodów - tytuły kolejnych fragmentów zmieniają się wraz z wejściami kolejnych instrumentów podejmujących improwizację na bazie głównego tematu. Znany już dobrze głos zaintonuje tu nawet słowa "Don't ask the question why", przewijające się już przez środkową część The Rhodes Elegy z pierwszej płyty tego boxu. Pierwsza część płyty natomiast to przede wszystkim intrygująca impresja Back to the Future, kołysząca się na rozpływających się roztopionych dźwiękach, wahających się niebywale płynnie między zdecydowanymi rejestrami. Z tych ciągnących się muzycznych malowideł wyłania się zdeformowany temat trzeciej części Set the Controls for the Heart of the Mother, po czym nadciągają kolejne fale i zmywają rozpoznawalny wątek, przykrywając go frapującymi wariacjami na nie mniej kosmiczne tematy.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Klaus Schulze | Ballet 1-2

    Klaus Schulze | Ballet 1-2

    Nowość
    Na tej baletowej płycie Klausa Schulzezderzyło się chyba najwięcej różnych nastrojów. W Kagi's Lament elementy muzyki wschodniej błyskotliwie splatają się z kipiącym ostinatem, a brzmienia fletów i głosów przywołują na myśl atmosferę niesamowitej muzyki Petera Gabriela skomponowanej do filmu Ostatnie kuszenie Chrystusa. Wolf's Ponticelli pokazuje, jak mogłaby zabrzmieć płyta Trancefer, gdyby Klaus Schulze zarejestrował ją dopiero pod koniec dwudziestego wieku - zestawienie przemawiającej wieloma głosami wiolonczeli Tiepolda z pomysłową, zagęszczoną ścieżką rytmiczną, w której dominuje wpadające w ucho ostinato, brzmi naprawdę świeżo i pierwszorzędnie. The Smile of Shadows to znów odsłonięcie przez Schulzego nowych, nie spenetrowanych wcześniej rejonów, muzyka waha się miedzy różnymi nastrojami i trudno przypisać tę kompozycję systemowi dur albo moll. Kolejne przesłuchania jedynie zwiększają atrakcyjność tego krążka, zwłaszcza, że i tak zbyt dużo tu brzmieniowych niespodzianek i niuansów, by wszystkie plany dźwiękowe ogarnąć za jednym razem...

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    54,76 zł
  • Erik Wollo | Blue Sky, Red Guitar

    Erik Wollo | Blue Sky, Red Guitar

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    72,23 zł
  • Klaus Schulze | Another Green Mile

    Klaus Schulze | Another Green Mile

    Tytuł płyty nawiązuje do krążka Briana Eno Another Green Land i oczywiście nie brakuje tu rozwiązań typowych dla muzyki obejmowanej mianem ambient. Pierwszy utwór wyłania się z metalicznie brzmiących płaszczyzn dźwiękowych przypominających takie nowoczesne muzyczne pejzaże jak Heaven and Earth ProjeKct X. Tła ocierają się o siebie, rozpuszczając się wspólnie w nieprzebytą pustynię, następnie zaś w bezkresny staw pokryty planktonową rzęsą układającą się w kształt nigdy nie widzianych kontynentów. Na pierwszy plan wysuwa się w pewnym momencie natychmiast rozpoznawalny głos, przewijający się niczym duch już przez dwa poprzednie tomy albumu. Na wysokości kompozycji The Wisdom of Leaves akordy miękną, stają się ciepłe, pojawiają się durowe akcenty - melodia rozwija się w podobnym duchu, jak w spokojnych pasażach Bachianas Brasileiras IV Heitora Villi-Lobosa. Wszystkie instrumenty wraz z głosem podejmują główny temat, po czym muzyka milknie, ale to jeszcze nie koniec płyty. Przychodzi pora na najniesamowitszy epizod albumu, czyli podszyty niepokojącym basowym pulsem utwór Follow Me Down, Follow Me Down. Ścieżka rytmiczna tej kompozycji to prawdziwie schulzeański majstersztyk, przywołujący na myśl wiele perkusyjno-basowych rozwiązań sięgających jeszcze analogowej ery Klausa Schulze (tutaj oczywiście podkład otrzymuje odpowiednio "współczesną" oprawę, ale duch "staroschulzeański" ma tutaj wystarczająco przestrzeni na zaczerpnięcie oddechu). Najważniejsze jednak okażą się brunatne, cierpkie wejścia gitary elektrycznej, która zaprezentuje istny teatr cieni przybrudzających frapującą ścieżkę rytmiczną. Szkoda, że ten utwór trwa "tylko" 28 minut...

    I.W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Robert Kanaan | Tsunami

    Robert Kanaan | Tsunami

    Super cena

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CDr


    28,86 zł
  • Klaus Schulze, U.S.O. | Privee

    Klaus Schulze, U.S.O. | Privee

    Zapis elektronicznego jam-session Klausa Schulze i zaproszonych przezeń muzyków. Główny temat pojawia się w trzech odsłonach, zasadniczo od siebie się różniących. Niesamowicie brzmią tutaj zwijające się westchnienia gitary elektrycznej, wtapiające się w miękki akompaniament baterii instrumentów elektronicznych i w urozmaicony takt instrumentów perkusyjnych. Muzyka jest dość stonowana i spokojna, ale na podskórnym planie wciąż czai się jakaś zagadka. Żartobliwym uzupełnieniem płyty jest specyficzna, atonalna, czterominutowa zaledwie introdukcja Through the Keyhole, dzięki której słuchacz faktycznie może poczuć się tak, jakby mimo obecności wygłuszających szyb i rozmaitych barier odgradzających go od muzyków próbował podejrzeć improwizującą grupę i usłyszeć jakiś konkretny motyw...

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 2

    Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 2

    Bestseller
    CD1 Prychedelic Brunch
    Ledwie wybrzmi głos Mooga, wieńczący pierwszą część suity, pomału zacznie odsłaniać się kurtyna stalowych, gładkich akordów, nawzajem się przenikających w chłodnej, posępnej harmonii. Ten stosunkowo krótki epizod prowadzi słuchacza na spotkanie z nowoczesną improwizacją opartą na wyrazistym rytmie, w której raz na pierwszy plan wysuwa się pieniste ostinato o opływowym kształcie, raz zaś melodia składana z niemuzycznych, frapująco "poszumujących" cząstek. Dla porządku raz po raz przetaczają się minorowe fale chrobotliwego, zamarzającego syntezatora, po czym wątki składające się na tę część poddawane zostają najrozmaitszym, chłodno i kleiście brzmiącym parafrazom.
    Czwarta część to wodnisty, błękitno-jemiołowy krajobraz sączący się z głośników powiększającymi się melotronowymi kałużami. Słuchacz może podziwiać zatopione drzewa i ławice wrzosowisk przepływające gdzieś daleko, przy samym dnie. Opuściwszy melotronowy przyczółek, zwieńczający podwodne parki i lasy, słuchacz dobija do suchego brzegu, przy którym przez najbliższe kilkanaście minut może oddać się swobodnym rozmyślaniom. Czas płynie tutaj wedle innych reguł niż w naszym świecie. Cząsteczki basowo-wibrafonowych dźwięków, subtelnie podszyte usypiającym, miękko-perkusyjnym akompaniamentem, wirują od niechcenia tu i tam, to opadając, to znów podrywając się do lotu pod sam sufit, u którego - wbrew zasadom grawitacji - przycupnął zaciekawiony słuchacz. Być może impresja ta stanowi obraz gotowania na Ciemnej Stronie Mooga? W połyskującym niebieskawo garnku gotuje się właśnie ambientalna zupa, słuchacz przygląda się jej spokojnej powierzchni raz po raz tylko odzywającej się serią zdumionych baniek; po chwili wynurza się czubek niebieskiej papryki, przez moment łypie na słuchacza pełnym pestek miąższem fosforyzująco jasnozielony pomidor, przy brzegu garnka zachrobocze łodyga granatowego pora...
    Szósty epizod składa się właściwie z dwóch kontrastowo zestawionych części: pierwsza oparta jest na podobnym rytmie i elektronicznym riffie co część trzecia suity - muzyka szybko jednak ulega stonowaniu i wyciszeniu, prowadząc pośród tajemniczych oparów w drugą sekwencję melodyczną: wolną, melancholijną impresję zbudowaną przez przywołujące się minorowe akordy, zsuwające się w niskie rejestry, by znów wspiąć się do średnich.
    Siódma część to powolne wynurzanie się kożuchów kłębiastego, czarnego dymu z obudzonego świtem komina. Widniejące w oddali niebo zmienia barwę z szarej przez chłodnożółtą na różowawą, a kłębiących się karakułowych obłoków wciąż przybywa za sprawą generowanych ad libitum niemuzycznych brzmień, wzbijająych się chmurami szumów i poświstów coraz wyżej i coraz szerzej...
    Finał suity to powtórzenie motywów części trzeciej, rozwinięte i wzbogacone o nowe dźwięki: szczególną uwagę należy tu zwrócić na westchnienia i pomruki "elektronicznych chórów" tak typowych dla Schulzego - warto wspomnieć wszystkie utwory wypełniające płytę Body Love (1976), Nowhere - Now Here (Body Love Vol. 2, 1977) albo spokojne partie kompozycji Floating (Moondawn, 1975). Muzyka milknie wraz z ostatnim tchnieniem długiego, sparaliżowanego akordu o brzmieniu podobnym do ścian dźwięków spowijających drugą część całej tej niezwykłej suity, której tytuł (Psychedelic Brunch) stanowi tym razem aluzję do intrygującej impresji Alan's Psychedelic Breakfast, oczywiście jak zwykle z dorobku Pink Floyd (Atom Heart Mother, 1970).

    I. W.




    CD2 Final Dat
    Final Cut nie jest moją ulubioną płytą Pink Floyd ale inaczej odbieram Final Dat duetu Namlook / Schulze...Najpierw syntezatorowe rozmazy z lekko modulowanym męskim półszeptem w tle, by przejść do konkretów w Part II czyli schulze'owska praca perkusji na tle keyboardowych solówek. Ku zaskoczeniu kontynuacja w postaci Part III jest zwyczajnie...wpadającym w ucho el przebojem! Komercja? Part IV do połowy to dość bezbarwne elektro ale zmienia się to gdy dochodzi gitara. Part V to mięsiste, bardzo charakterystyczne sekwenserowanie. Part VI to także tradycyjne granie el. Podsumowując dużo tu świetnej muzyki ale równoważy ją przeciętność drugiej połowy wydawnictwa. Ale - czemu nie?

    Dariusz Długołęcki



    CD 3 Obscured by Klaus Z początku typowy Schulze z lat 90 tych czyli charakterystyczne składniki w postaci wysokotonowych dźwięków plus zaśpiewy operowych diw. Ale w Obscured By Klaus Part 2 pałeczkę przejmuje Namlook i wchodzimy w ciekawe, lekko zdynamizowane melodyjne granie. Part 3 wytraca tempo i dostajemy porcję nastrojowego, prawie melancholijnego el w ambientowej oprawie ciągnące się także na czwarty fragment z tym, że jako tło i wsparty sekcją rytmiczną i żywszym graniem syntezatorów na pierwszym planie. Part 5 to schulzowskie surowe glissanda a bardzo ciekawie, filmowo brzmi pełna dramatu i zadumy zarazem Part 6 z dziwnym, nastrojowym sztafażem. Wartościowa płyta, polecam.

    Dariusz Długołęcki



    Smutna, bardzo przestrzenna impresja zaczynająca ten album może być wyrazem zagubienia w kosmosie, obrazem zmagania się z metafizycznymi pytaniami, które rodzą się wnet, gdy kolejne gwiazdy gasną. Niebo usiane lśniącymi punktami przesuwa się po wielkim ekranie syntezatorowych akordów, a nowe, oddalone źródła światła spiralnym, wirującym ruchem wykwitają wciąż tuż przed słuchaczem i gdzieś na dalekim planie. Kosmos uroczyście milczy, może panuje tu żałoba po katastrofie promu kosmicznego?... Nastrój pierwszej części suity kojarzyć się bowiem może trochę z atmosferą drugiej i ostatniej części Rendez-vous Jean-Michela Jarre'a...
    Druga część zdominowana jest przez wyrazisty rytm, wokół którego nanizana zostaje lśniąca siatka ostinata przefiltrowywanego na rozmaite sposoby i odkształcanego. Najwspanialej brzmią tu jednak typowo schulzeańskie elektroniczne chóry, ciągnące nieco podobną pieśń jak w ostatnim epizodzie suity Psychedelic Brunch z piątego tomu TDSOTM. Muzyka brzmi tu chłodno i "ztechnicyzowanie", zaś barwy instrumentów wahają się między granatem a czernią. Tylko wysuwające się raz na jakiś czas na główny plan dziwaczne brzmienia niemuzyczne lśnią silnym, prószącym blaskiem.
    Najidealniejszą wizualizacją pasującą do trzeciej części kompozycji byłyby chyba stopniowe, ledwo zauważalne, ale jednak dokonujące się przemiany krajobrazu: szaro-białe, martwe pole firnowe przeistacza się pod wpływem coraz cieplejszego strumienia światła sączącego się z ukrytego planu w falującą za chłodną mgiełką łąkę. Spiczaste, suche słoności śniegowej pustyni kruszą się, rozmywają, ścierają, przebijają się przez nie źdźbła trawy, płatki śniegu rozpuszczają się w omdlewająco żółte i anemicznie liliowe kwiaty. Z początku wydaje się, że to mróz rysuje kształt roślin na zimnej szybie, ale z biegiem czasu okazuje się, iż zima naprawdę ustępuje miejsca wiośnie. Przez długie, stojące akordy spogląda się na pejzaż jak przez bloki niebieskawego lodu, słychać nawet wyraźnie, jak wzbierające raz po raz syntezatorowe krople ześlizgują się krzywą, nieregularną trajektorią po krawędziach i ścianach tych nieczułych sześcianów. Ten utwór poleciłbym chyba w pierwszej kolejności wszystkim wybrednym miłośnikom muzyki relaksacyjnej - obrazy wyczarowywane przez kolejno pojawiające się głosy są niebywale sugestywne... W części czwartej lodowe ptaki ostatecznie porzucają przeistoczony przez ciepłe światło krajobraz. Powraca podkład perkusyjny, metrum i brzmienie są podobne jak w części drugiej. W tle nadal ścierają się te sobą krystaliczne, chłodne bryłki dźwięków i ciepłe plamy akordów, kleiście ciągnących się ponad rytmem.
    Moim ulubionym fragmentem suity jest część piąta, melotronowy pejzaż wysączający się spienionymi falami z głośników - przypomina się natychmiast czwarta część Psychedelic Brunch, ale kompozycja z siódmego tomu TDSOTM robi chyba jeszcze większe wrażenie. Piana na melotronowych falach układa się w halucynacyjne wzory: to jaskółki lepią bezdenne gniazdo, to lawa wycieka z wulkanów i zatrzymuje się dopiero na pniach zimowych drzew, to znów w kałużach pławią się rozmiękłe, omszałe patyki...
    Alternacje akordów otwierające suitę pojawiają się w podobnej postaci w jej zakończeniu. Teraz jednak nic poza długimi akordami, brzmiącymi tak, jakby wykonywał je kwartet smyczkowy z innej planety, nic nie mąci uwagi słuchacza, nie ma żadnych pobocznych efektów dźwiękowych. Dopiero tuż przed trzecią minutą pojawiają się miękkie, pojedyncze tony fortepianu... Trudno dokonać takiego podsumowania zważywszy ogromną rozmaitość pomysłów i zaskakujących rozwiązań na wszystkich płytach cyklu TDSOTM, ale osobiście skłonny jestem uznać siódmy tom za najwybitniejszą propozycję z tej serii...

    I. W.



    CD 4 Careful with that AKS, Peter
    Suita Careful with that AKS, Peter istotnie rozpoczyna się w nastroju grozy i niesamowitości porównywalnym z niepokojącą atmosferą utworu Pink Floyd Careful with that Axe, Eugene: z głuchych poszumów wydobywa się przejmujący szept, z którego dopiero rodzą się przytłumione, skradające się po ciemku dźwięki. Ten pochód syntezatora basowego, oparty na łamanym rytmie, przetykany improwizacjami mglistego syntezatora, pojawia się w innej odsłonie także w finałowej impresji pierwszego tomu boxu Klausa Schulze Contemporary Works: wersja umieszczona tutaj jest chyba jednak bardziej mroczna i zagadkowa. Vocoder snuje swoją mrukliwą opowieść, podczas gdy z nieustającego basowego pulsu ześlizgują się kolejne efekty dźwiękowe i spiętrzenia sprężystych poświstów. Ciagnące się, mętne dźwięki głównego syntezatora spowijają cały utwór zimową mgłą. Ten niezwykły, hipnotyczny epizod trwa oczywiście aż 25 minut...
    Druga część suity to dla odmiany króciutki pasaż: atonalne, oparte wyłącznie na efektach brzmieniowych przejście do melancholijnej, posępnej części trzeciej, w której coraz gęstszymi obłokami mollowych akordów zapełnia się elektroniczne niebo o zmroku.
    Część czwarta znów, tak jak pierwsza, zbudowana jest na chwytliwym, inspirowanym muzyką jazzową, uskakującym, rozswingowanym rytmie, na który składają się wyrazista ścieżka basowa i interesująca programowana linia perkusyjna. Dodatkową atrakcją tego epizodu są rewelacyjne, zgrzytliwe westchnienia syntezatorów, od razu przywołujące na myśl dżdżystą, wieczorną atmosferę utworu Let the Rain come z piątej płyty wydawnictwa Contemporary Works.
    Piąta część podchwytuje melancholijną atmosferę osamotnienia odmalowaną w części trzeciej. Tu jednak akordy nie mają aż tak ostrych konturów, ich barwa jest nieco bardziej rozwodniona i spopielała. W części szóstej zwraca uwagę nerwowe ostinato zaaranżowane trochę podobnie jak na pierwszej części serii The Dark Side Of The Moog. Przez 15 minut temat tła poddawany będzie różnorodnym obróbkom brzmieniowym, podczas gdy na pierwszym planie zagoszczą to długo wygasające sekwencje ponurych akordów, to znów roziskrzone, elektryzujące znaki interpunkcyjne kreślone zapamiętale przez instrumenty prowadzące. Ten fragment płyty to chyba najczytelniejsze odesłanie słuchacza do typowych brzmień wykrystalizowanych w Szkole Berlińskiej, nie trzeba jednak dodawać, iż na niniejszym albumie znane schematy, progresje i przejścia otrzymują zupełnie świeżą oprawę…
    Dla odmiany, część siódma bardzo niewiele ma wspólnego z elektroniczną tradycją: ten utwór mógłby raczej wyjść spod pióra takich nowoczesnych artystów jak Aphex Twin albo Scorn. Cały pierwszy plan wypełnia natarczywa, fantastycznie ornamentowana, rewelacyjnie brzmiąca perkusja rodem z krainy Drum n'Bass. Rozszalała ścieżka perkusyjna wdaje się w dialog z odległymi niemuzycznymi szumami, dopiero po jakimś czasie wylewają się z utworu pogodne, odmalowane pastelowymi barwami kałuże. Nader ciekawie wypada to zestawienie kojących, durowych akordów, odsyłających słuchacza na planetę Chill-Out, z agresywną, niebywale motoryczną, połamaną linią perkusyjną.
    Finałowa impresja to jeden z charakterystycznych namlookowsko-schulzeańskich zamyślonych pejzaży: długie stojące akordy w mollowym nastroju zapalają się metnym światłem i długo wygasają. Na pierwszym planie rozwija się oczywiście syntezatorowa improwizacja - I trzeba przyznać, iż właśnie na tym wydawnictwie partia mglistego, rozgwieżdżonego syntezatora brzmi najbardziej żarliwie, wręcz dramatycznie, głównie przez częste dodawanie przesteru i wpadanie w atonalne, przejmujące wiry. Ze względu na siłę wyrazu można ten epizod porównać z żywiołowym finałem kompozycji The Dome Event Klausa Schulze.

    I. W.



    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 5CD


    110,89 zł
  • Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 1

    Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 1

    Bestseller
    CD1 Wish You Were There
    To chyba najbardziej surowa i zachowawcza płyta w niezwykłej serii Dark Side of the Moog - oczywiście jednak już tutaj nie brakuje ani typowo schulzeańskich sekwencji oraz mollowych pejzaży, ani eksperymentalnego ambientu i kosmicznej perkusji Namlooka.
    Muzyka wykluwa się z parujących lodowych pokryw o brzmieniu przypominającym wczesne organowe eksperymenty Pink Floyd albo samego Klausa Schulze. Na powierzchi zaczynają się ścielić granatowe smugi, rozmaite poświsty i poszumy powracające rykoszetem do syntezatorów i baterii efektów... W końcu rodzi się na przecięciu kosmicznych westchnień i osunięć przejmujący, mollowy krajobraz, przeszywany pociągnięciami improwizującego syntezatorowego pędzla. W takim nastroju pozostajemy jeszcze przez najbliższe minuty, by znienacka zawitać w zupełnie innym świecie: pozostała na scenie sekwencja matowieje i ujednostajnia się, a kipiące coraz większymi garściami beaty od razu kojarzące się z albumem Namlooka i Rehberga The Putney prowadzą nas na teren laboratorium, w którym możemy samodzielnie akcelerować cząstki. Ścieżka perkusyjna zagęszcza się i nabiera na regularności, a główny motyw melodyczny zaaranżowany zostaje na... tony wybierania numeru telefonicznego. Krótki pasaż w starym, dobrym, sekwencyjnym stylu prowadzi nas z kolei do innego laboratorium, w którym zgłębiać będziemy tajniki fenomenu ciszy: na odległym planie zarysowują się kontury poszarzałej melodii, jednak bardzo kruche, niepewne, w każdej chwili grożące zupełnym zaniknięciem. Po tej chwili wyciszenia czeka jeszcze słuchacza atrakcyjny, dynamiczny finał, w którym główną rolę znów grają sekwencyjne pasaże i brawurowe elektroniczne solo. W porównaniu z późniejszymi częściami serii nie ma tu jeszcze aż takiej różnorodności ani skłonności do eksperymentów, dobra muzyka jednak pozostaje dobrą muzyką. Za sprawą wyciszenia i stonowania suity Wish You Were There można dopiero z czasem, przy kolejnych uważnych przesłuchaniach, docenić wszystkie jej walory. Ta płyta może być dla tych ortodoksyjnych wielbicieli Szkoły Berlińskiej, którzy dotąd nie darzyli wielkim zainteresowaniem / zaufaniem twórców "nowych brzmień", znakomitym wprowadzeniem w świat dźwięków Pete Namlooka.

    I. W.



    CD2 A Saucerful Of Ambience
    Słuchacz przedziera się przez duszną dżunglę, rozchylając zaparowane, grube liście; otoczenie ma taką barwę, jakby odkształcone zostało w swój negatyw. Być może jest to niesamowita oranżeria z opowiadania niemieckiego ekspresjonisty, być może jest to wytwór przyzwyczajonej do budowania znajomych kształtów wyobraźni podczas gdy mijane drzewa i wodospady są tylko zbiorami wirujących plam na otaczających słuchacza zewsząd ekranach?... Odzywają się głuche tony dzwonów, brzmiące dość zaskakująco w pełnym oparów parku. Pierwszy epizod suity, wciągający słuchacza w swój wir przez 25 minut, stanowiłby idealną ilustrację do opowieści E. A. Poe Tale of the Ragged Mountains, w której główny bohater wyprawia się w góry i zbacza na nigdy dotąd nie widzianą ścieżkę i takim sposobem wkracza w świat, w którym podjudzona morfiną wyobraźnia wyczarowuje krajobrazy i sceny z miejsca w którym przodek głównego bohatera poległ podczas oblężenia orientalnego miasta... Może być też tak, że słuchacz, który przy pierwszych dźwiękach suity pomyślał, iż wkracza na teren Everglades, wkroczył do parku Never-glades, z którego nie znajdzie już wyjścia. Brzmienia wzbierają na sile, w każdej chwili zza ciężkich dźwiękowych chmur może wychynąć skonstruowana przez figurę rytmiczną programatorów niesamowita postać...
    Pierwsze prawdziwie muzyczne dźwięki to stojące akordy, nieco oddalone, prowadzące ze sobą melancholijny dialog tak charakterystyczny dla Namlooka i Schulzego. Na ich tle ciągnie się pajęczyna połyskujących syntezatorowych nut. Krajobraz rozwidnia się nieco, kończy się szpaler roślin wysuwających swe lepkie macki, teraz trzeba wsiąść do posiwiałej, zadumanej łodzi i popłynąć w nieznane rejony elektronicznego lasu. W oddali słychać, jak intrygujące poświsty splatają się z pluskiem wody... Kolejna przygoda zaczyna się w momencie, w którym deszcz perkusyjnych tonów zacznie dziurawić grube liście i odbijać się od przerywanej wiosłami tafli wody. Chmury syntezatorowych akordów usuwają się na dalszy plan, tworząc wysokie sklepienie dźwiękowej dżungli, a rytmicznie opadające krople wypełniają plan pierwszy tego epizodu suity. Należy płynąć cały czas naprzód, nadstawiając uszu na chrząkliwe dźwięki odzywające się w regularnych odstępach czasu... Na chwilę umilkną one i wtedy sterujący łodzią słuchacz straci orientację, ale to tylko ściana wodospadu zagłuszyła ponurą mantrę elektronicznej dżungli. Teraz znienacka pojawia się melodyjne, pięknie skonstruowane stereofonicznie ostinato mogące skojarzyć się z jednym z motywów z płyty Air Namlooka...
    Rytm zamrze, zostawiając słuchacza kolejny raz sam na sam z obłokami mętnych, nostalgicznych akordów. Po pewnym czasie jednak czyste obłoki rozprute zostaną przez wywijające się z nich brunatne skrętnice przesterowanego syntezatora, a niedługo później powróci rozbłyskujące ostinato bombardujące chropawymi dźwiękami to lewe, to prawe ucho oszołomionego słuchacza... Kompozycja zakończy się w parnej mgle - zakończenie tej podróży jest równocześnie jej początkiem... Szumy, skrzeki, westchnienia wypełniają całą przestrzeń, zielonkawa mgła jest momentami tak skłębiona, że nawet nie widać gigantycznych skrzypów i paproci, przez które z przyspieszonym biciem serca słuchacz przedzierał się niecałą godzinę temu... Wszystko zaparowuje coraz bardziej, zasnuwa się nieprzeniknioną chmurą... słuchacz ocknie się dopiero, gdy zapadnie cisza - wtedy z niedowierzaniem przetrze oczy i przysiegnie, że odbył niesamowitą podróż, a nie usiadł wygodnie ze słuchawkami na uszach... Dowodem niechaj będzie lekkie zaparowanie na pudełku płyty The Dark Side Of The Moon 2... ;-)

    I. W.



    CD3 Phantom Heart Brother
    Post apokaliptyczna wizja wyludnionego świata czyli dźwięki od których chodzą ciarki po plecach....Phantom Heart Brother nabiera rumieńców gdy dochodzą przejmujące pady plus płacząca gitara w dalekim tle (Part II)– wyraźnie schulze’owski kawałek. Part III wprowadza odmienny rodzaj muzykowania – pikania, sapania i inne formy zabawy brzmieniami w melodyjnym ciągu. Part IV jest nad wyraz przebojowa – ciekawy bit i wpadające w ucho linie melodyczne. Part V przynosi lejące się pady na tle zawodzącej gitary i trochę sampli głosów. Part VI to typowy Schulze z alienacyjnym klimatem. Ogólnie nie jest źle na pewno dużo lepiej niż na wcześniejszych Moogach

    Dariusz Długołęcki



    Powoli wybrzmiewające, niepokojące tony Mooga, niczym groźny powiew wichru, otaczają słuchacza przez kilkanaście minut... Crescendo. Pozornie, niewiele się tu zmienia, a jednak wszystkie te hipnotyczne dźwięki intrygują coraz bardziej, już zdaje się, że można wyraźnie usłyszeć osobliwą, niepowtarzalną melodię... Złudzenie?... Nie, teraz rzeczywiście zza piętrzących się chmur przezierają pierwsze minorowe akordy. Pełen nostalgii, zadumy, dojmującego chłodu epizod trwa kolejne dziesięć minut... aby doprowadzić słuchacza w kolejne nieznane, zagadkowe miejsce: tu słychać już tylko dialog elektronicznej perkusji z rozmaitymi efektami dźwiękowymi, spośród których prym wiedzie bicie serca... Czy w Niewidzialne Serce Brata wszczepiane zostają teraz sztuczne zastawki?... Trzecia część suity robi naprawdę duże wrażenie. Kolejny wątek zdominowany jest przez jednostajny puls elektronicznej perkusji, z oddali wyłania się hipnotyczna, zwielokrotniona echem sekwencja w tonacji c-moll, na tym tle rozgrywa się najbardziej melodyjny fragment utworu. Przedostatnia część przywołuje raz jeszcze nastrój wątku drugiego, dialog klawiszowych i gitarowych brzmień prowadzony jest na onirycznym tle syntezatorowego "bezkresu". Utwór dobiega końca; elektroakustyczny wstęp pełnił tu funkcję klamry: w ostatniej części jeszcze raz słychać brzmienia, od których zaczynała się przygoda z trzecią częścią cyklu The Dark Side Of The Moog. Diminuendo... Ta właśnie część rzeczonego cyklu przy pierwszym przesłuchaniu zrobiła na mnie mniejsze wrażenie niż choćby część piąta. Tymczasem, gdy po dłuższej przerwie sięgnąłem znów po ten album i wsłuchałem się we wszystkie (wszystkie słyszalne) dźwięki, "ujrzałem" to nagranie w zupełnie nowym świetle. Obcowanie z tą muzyką przypomina nieco kontemplowanie obrazu abstrakcyjnego: widz patrzy na niezrozumiałe, obce kształty, by snuć domysły na temat nie tego, co postrzega, ale tego, co teoretycznie kryje się za tą zasłoną. Uważny słuchacz kompozycji Phantom Heart Brother też może usłyszeć mnóstwo wątków, które - biorąc pod uwagę słyszalne plany - wcale się nie rozgrywają! Górę usypaną z dźwięków o specyficznej, niepowtarzalnej jakości należy "obejść bokiem" - a wtedy można znaleźć klucz do tego fantastycznego utworu. Takie odczucie opanowywało mnie przez całe 59 minut uważnego słuchania. To jedna z tych płyt, na których Twórcom udało się stworzyć intrygującą hybrydę, poprzez synkretyczne potraktowanie typowej sekwencyjnej elektroniki i brzmień awangardowych, niemuzycznych lub opartych na wyrafinowanych, osobliwych skalach. Podobnie jak choćby Phaedra i Rubycon Tangerine Dream, jak Beaubourg Vangelisa, jak poniekąd Kraftwerk 2 Kraftwerk...
    PS. Skoro tytuł jedynej kompozycji wypełniającej tę godzinną płytę brzmi Phantom Heart Brother, trudno nie pokusić się o poszukanie analogii do słynnej suity Pink Floyd Atom Heart Mother, choćby zadanie to potraktować jedynie jako niezobowiązującą zabawę. Ostatecznie, nie jest łatwo porównywać utwór z pogranicza elektroniki i elektroakustyki z kompozycją prog-rockowo-psychedeliczną. (Być może porównania te wcale nie mają sensu.) Jednak można doszukać się intrygujących paraleli: w pamiętnym utworze Pink Floyd znalazł się epizod Mind Your Throats Please, intrygujący obrazek elektroakustyczny, kojarzący się najprędzej z opuszczoną, tajemniczą stacją kolejową na odludziu, którą pociągi mijają tylko ze złowróżbnym pogwizdywaniem. W suicie duetu Namlook / Schulze "brzmienia niemuzyczne" odgrywają ogromną rolę - warto jeszcze raz przypomnieć introdukcję kojarzącą się ze wspomnianym obrazkiem Pink Floyd pod względem nastroju. W utworze Pink Floyd, w epizodzie Remergence, pojawia się fragment, w którym spiętrzające się urywki kolejnych ścieżek składają się na kakofoniczny galimatias, który raptem, osiągnąwszy apogeum, przeobraża się w czytelny, klarowny motyw przewodni suity. W jednym z moich ulubionych momentów Phantom Heart Brother muzycy zastosowali trochę podobny zabieg: po atonalnej, mrocznej, blisko dwudziestominutowej introdukcji nagle docierają do uszu słuchacza pierwsze akordy syntezatorów, wyłaniające się z chaosu i stopniowo opanowujące pierwszy plan - ten fragment zawsze wywołuje u mnie lekki dreszcz podekscytowania.
    PPS. Kto wie, czy wspaniałe, podniosłe "elektroniczne chóry" tak typowe dla Klausa Schulze (wymienię tylko P:T:O:, Nowhere - Now Here, Psychedelic Branch Part 8) nie nawiązują do chóru w Mother Fore z Atom Heart Mother...?

    I. W.



    CD4 Three Pipers at the Gates of Dawn
    Podróż w głąb czwartego tomu The Dark Side Of The Moog zaczyna się przy akompaniamencie (syntetyzowanych?) smyczków, grających napięty do granic możliwości, narastający dramatycznie motyw. Natarczywe, jednoakordowe wejście tych instrumentów przeradza się na moment w łagodny motyw kojarzący się niemal z muzyką Czajkowskiego lub Kalinnikowa, ale spokojne, pejzażowe tony wkrótce zostają zmyte przez kolejną nawałnicę gwiezdnych tematów budowanych przez nerwowe, niskie pomruki smyczków, splątanych z nieziemskimi poświstami i szumami. Najdłuższa część suity oparta jest na motorycznym ostinatowym motywie, który parokrotnie zmienia rejestr i natężenie, na pozór wypełniając cały pierwszy plan utworu, mieszając się co najwyżej z najrozmaitszymi brzmieniami niemuzycznymi, dryfującymi między głośnikami w coraz to innych częstotliwościach. To jednak tylko pozory: uważne wsłuchanie się pozwoli wyłowić skomplikowane konstelacje akordowo-melodycznych chmur przetaczających się daleko w tle. Ten fragent bardzo kojarzy się z instrumentacją i produkcją takich wątków albumu Klausa Schulze Are You Sequenced? jak The Wizard Of Doz i Are We Getting Lost? - tylko uważne ucho wyłowi wszystkie niuanse melodii rozpościerającej się daleko we mgle, unosząc się nad uporczywym, dynamicznym rytmem. Kolejna część stanowi ogromny kontrast - do tego twórcy serii The Dark Sie Of The Moog zdążyli już zresztą przygotować słuchaczy. Cały muzyczny plan wypełniony jest posępnymi, mrukliwymi westchnieniami i lamentami zapomnianego, porzuconego gdzieś w leśnej głuszy ery mezozoicznej didgeridoo. Osobliwe, chrapliwe brzmienie przesyca cały epizod suity, a jako jedyne tło rozbrzmiewają głuche echa głównego tonu, deformowane i podsycane przez zmasowany atak niemuzycznych, huczących, atawistycznych brzmień dobywających się niczym spod ziemi, w środku błotnistej nocy. Pomału wyłaniają się rozpoznawalne harmonie i kilka nieśmiałych, jasnych, eterycznych akordów łączy się w jedną ścianę dźwięku, prowadzącą wkrótce do nowego epizodu utrzymanego w stylistyce zbliżonej do techno. Wciąż jednak dzieje się w tej muzyce coś, co nie pozwala jej tak łatwo zaszufladkować ze względu na charakterystyczne tempo i odpowiedni rytm… Jeden z najbardziej intrygujących epizodów wyłania się z gęstwiny dźwięków ledwie tylko przebrzmi głośny, natarczywy rytm podbity głębokim basem. Rozpoczyna się zadumana, oniryczna impresja z gitarą Namlooka w roli głównej. Gitara brzmi momentami nawet trochę jak sitar - kosmiczne, ziejące chłodem, statyczne elektroniczne tło potęguje jedynie wrażenie całej tej impresji. Mogą się tu pojawić całkiem wyraźne skojarzenia z klimatem niektórych instrumentalnych miniatur Pink Floyd z najbardziej eksperymentalnej ery twórczości tej grupy (tytuł całej serii płyt The Dark Side Of The Moog podsuwa myśl, iż skojarzenia takie są jak najbardziej na miejscu…) Muzyka przechodzi następnie przez statyczną fazę nieruchomych, omszałych akordów, po czym wpada w wir następnej silnie zrytmizowanej impresji, która podobnie jak dwie poprzednie zadowoli zarówno wybrednych DJ-ów odpowiedzialnych za atmosferę jakiegoś klubowego spotkania, jak i wymagających miłośników nowej elektroniki najwyższej próby.

    I. W.



    Three Pipers At The Gates Of Dawn, czyli kolejne nawiązanie do Floydów trwa równo godzinkę i dzieli się na dziewięć fragmentów. Co ciekawe, zróżnicowanych, bo po narastającej tajemniczości w pierwszej części, budowanej min. samplami smyczków, przechodzimy w nagłym rozbłysku w strumień surrealistycznego transu punktowanego później monotonnym, dyskretnym beatem. Towarzyszy nam w tej podróży cała masa nadchodzących spoza świadomości przestrzennych dźwięków, rozmaite trzaski, świsty, plumkania i brzdęki. Całkiem przyjemna jest ta podróż do bram świtu, bo najlepiej słuchać płyty oczywiście nocą. Po ponad dwudziestu minutach wszystko się rozmywa i ginie w echach pośród ciemnych korytarzy podświadomości. Nagle ćwierkają elektroniczne ptaki i równocześnie z mroku niczym nieskończony wąż wypełza dźwięk didgeridoo, ciągnący się kilka minut, hipnotyzujący swą powolną zmiennością i modulacją. Gdzieś w tle cybernetyczne świerszcze szeleszczą metalowymi odnóżami. Part IV jest po prostu plamą dźwięku rozprzestrzeniającą się jak dym po pokoju, osadzającą się w ciemnych kątach. Głęboki ambient niczym u Eno płynie jednak krótko, by zaraz przeskoczyć w pulsujący bas okraszony mocną tym razem stopą techno. To krótki przystanek i ponownie zanurzam się w nieokreślony mech akustyczny, odnajdując wśród niego leniwie pobrzękującą gitarę. Zawisam w półśnie na osiem minut, gdy nagle budzi mnie niezwykły, długo wybrzmiewający monotonnymi uderzeniami majestatyczny dzwon. Nastrój kontemplacji, w którym tak dobrze lewitowałem, zostaje po chwili stłamszony natrętnym łomotem. Lecz na koniec trafiam w świat brzmień bardzo przypinający dokonania panów w garniturach z Dusseldorfu. Znowu przez moment latają wkoło mechaniczne ważki, lecz mała wskazówka zatacza koło i płyta zatrzymuje się.

    Michał Żelazowski



    Wstęp do Three Pipers at the Gates of Dawn to przydługie intro w z schulze’owskimi brzmieniami sekcji smyczkowej. Part II dostaje szybki rytm plus charakterystyczną w latach 90 tych dla twórcy Mirage pracę instrumentów perkusyjnych ze sporą ilością smaczków w tle, trochę to nuży gdy Klaus się zapętla ale stosowane wtedy przełamania i zmiany tonacji pozwalają wytrwać do końca. Później uwagę zwraca dynamiczne sekwenserowanie Part V, lekko psychodeliczna w tle a ze spokojna gitarą na pierwszym planie Part VI. Pozostałe części to jak dla mnie formalne zabawy. Ujdzie.

    Dariusz Długołęcki



    CD5 The Evolution of the Dark Side of the Moog
    Jak inaczej mogła by się rozpocząć ta płyta, jeśli nie od "Introdukcji" samego Roberta Mooga z Dark Side Of The Moog V. Poza tym płyta zawiera ułożone chronologicznie fragmenty pierwszych ośmiu płyt cyklu DSOTM. Jest to wyjątkowo udana kompilacja. Wybór fragmentów z poszczególnych części bywa zaskakujący, ale zmiksowane bez przerw tworzą spójną całość dobrze ilustrującą przebieg dotychczasowej współpracy Klausa Schulze i Pete Namlooka (niekiedy wspieranych przez Billa Laswella), której bardzo dobrze słucha się jako "niezależnej" płyty.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 5CD


    110,89 zł
  • Maxxess | Electrixx

    Maxxess | Electrixx

    Maxxess, mimo iż jest projektem za którym stoi Max Schiefele gra jak rasowy, rockowy band. Zamiłowanie Maxa Schiefele, do ciętych i ostrych riffów jest słyszalne na każdym kroku. Ów hard rock, niekiedy przechodzący wprost w heavy w prostej linii jawi się jako osobliwa fascynacja muzyką Gary'ego Moore'a z okresu After The War. Jednak gdzieś w tle owe zadziorne granie, puentowane jest brzmieniem sekwencerów i syntezatorów bliskich berlińskiej tradycji. Okazuje się iż te zdecydowanie bliższe rockowej estetyce, inspiracje w duchu Tangerine Dream całkiem zgrabnie brzmią a wręcz i współgrają. Oto bowiem żar rocka, stygnie w tych elektronicznych pasażach. Oczywiście Max Schiefele nie wymyśla tu absolutnie niczego nowego, jednak tak radykalna inwencja godna jest pochwały. Artysta nie sili się na wydumane, nudne suity. Gra dosadnie, z kopem, ostro, głośno. Elektroniczno-gitarowy hard rock na pełnym wypasie.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    68,74 zł