Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

okres nagrania 2000-2004

(258 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Klaus Schulze, U.S.O. | Privee

    Klaus Schulze, U.S.O. | Privee

    Zapis elektronicznego jam-session Klausa Schulze i zaproszonych przezeń muzyków. Główny temat pojawia się w trzech odsłonach, zasadniczo od siebie się różniących. Niesamowicie brzmią tutaj zwijające się westchnienia gitary elektrycznej, wtapiające się w miękki akompaniament baterii instrumentów elektronicznych i w urozmaicony takt instrumentów perkusyjnych. Muzyka jest dość stonowana i spokojna, ale na podskórnym planie wciąż czai się jakaś zagadka. Żartobliwym uzupełnieniem płyty jest specyficzna, atonalna, czterominutowa zaledwie introdukcja Through the Keyhole, dzięki której słuchacz faktycznie może poczuć się tak, jakby mimo obecności wygłuszających szyb i rozmaitych barier odgradzających go od muzyków próbował podejrzeć improwizującą grupę i usłyszeć jakiś konkretny motyw...

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 2

    Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 2

    Bestseller
    CD1 Prychedelic Brunch
    Ledwie wybrzmi głos Mooga, wieńczący pierwszą część suity, pomału zacznie odsłaniać się kurtyna stalowych, gładkich akordów, nawzajem się przenikających w chłodnej, posępnej harmonii. Ten stosunkowo krótki epizod prowadzi słuchacza na spotkanie z nowoczesną improwizacją opartą na wyrazistym rytmie, w której raz na pierwszy plan wysuwa się pieniste ostinato o opływowym kształcie, raz zaś melodia składana z niemuzycznych, frapująco "poszumujących" cząstek. Dla porządku raz po raz przetaczają się minorowe fale chrobotliwego, zamarzającego syntezatora, po czym wątki składające się na tę część poddawane zostają najrozmaitszym, chłodno i kleiście brzmiącym parafrazom.
    Czwarta część to wodnisty, błękitno-jemiołowy krajobraz sączący się z głośników powiększającymi się melotronowymi kałużami. Słuchacz może podziwiać zatopione drzewa i ławice wrzosowisk przepływające gdzieś daleko, przy samym dnie. Opuściwszy melotronowy przyczółek, zwieńczający podwodne parki i lasy, słuchacz dobija do suchego brzegu, przy którym przez najbliższe kilkanaście minut może oddać się swobodnym rozmyślaniom. Czas płynie tutaj wedle innych reguł niż w naszym świecie. Cząsteczki basowo-wibrafonowych dźwięków, subtelnie podszyte usypiającym, miękko-perkusyjnym akompaniamentem, wirują od niechcenia tu i tam, to opadając, to znów podrywając się do lotu pod sam sufit, u którego - wbrew zasadom grawitacji - przycupnął zaciekawiony słuchacz. Być może impresja ta stanowi obraz gotowania na Ciemnej Stronie Mooga? W połyskującym niebieskawo garnku gotuje się właśnie ambientalna zupa, słuchacz przygląda się jej spokojnej powierzchni raz po raz tylko odzywającej się serią zdumionych baniek; po chwili wynurza się czubek niebieskiej papryki, przez moment łypie na słuchacza pełnym pestek miąższem fosforyzująco jasnozielony pomidor, przy brzegu garnka zachrobocze łodyga granatowego pora...
    Szósty epizod składa się właściwie z dwóch kontrastowo zestawionych części: pierwsza oparta jest na podobnym rytmie i elektronicznym riffie co część trzecia suity - muzyka szybko jednak ulega stonowaniu i wyciszeniu, prowadząc pośród tajemniczych oparów w drugą sekwencję melodyczną: wolną, melancholijną impresję zbudowaną przez przywołujące się minorowe akordy, zsuwające się w niskie rejestry, by znów wspiąć się do średnich.
    Siódma część to powolne wynurzanie się kożuchów kłębiastego, czarnego dymu z obudzonego świtem komina. Widniejące w oddali niebo zmienia barwę z szarej przez chłodnożółtą na różowawą, a kłębiących się karakułowych obłoków wciąż przybywa za sprawą generowanych ad libitum niemuzycznych brzmień, wzbijająych się chmurami szumów i poświstów coraz wyżej i coraz szerzej...
    Finał suity to powtórzenie motywów części trzeciej, rozwinięte i wzbogacone o nowe dźwięki: szczególną uwagę należy tu zwrócić na westchnienia i pomruki "elektronicznych chórów" tak typowych dla Schulzego - warto wspomnieć wszystkie utwory wypełniające płytę Body Love (1976), Nowhere - Now Here (Body Love Vol. 2, 1977) albo spokojne partie kompozycji Floating (Moondawn, 1975). Muzyka milknie wraz z ostatnim tchnieniem długiego, sparaliżowanego akordu o brzmieniu podobnym do ścian dźwięków spowijających drugą część całej tej niezwykłej suity, której tytuł (Psychedelic Brunch) stanowi tym razem aluzję do intrygującej impresji Alan's Psychedelic Breakfast, oczywiście jak zwykle z dorobku Pink Floyd (Atom Heart Mother, 1970).

    I. W.




    CD2 Final Dat
    Final Cut nie jest moją ulubioną płytą Pink Floyd ale inaczej odbieram Final Dat duetu Namlook / Schulze...Najpierw syntezatorowe rozmazy z lekko modulowanym męskim półszeptem w tle, by przejść do konkretów w Part II czyli schulze'owska praca perkusji na tle keyboardowych solówek. Ku zaskoczeniu kontynuacja w postaci Part III jest zwyczajnie...wpadającym w ucho el przebojem! Komercja? Part IV do połowy to dość bezbarwne elektro ale zmienia się to gdy dochodzi gitara. Part V to mięsiste, bardzo charakterystyczne sekwenserowanie. Part VI to także tradycyjne granie el. Podsumowując dużo tu świetnej muzyki ale równoważy ją przeciętność drugiej połowy wydawnictwa. Ale - czemu nie?

    Dariusz Długołęcki



    CD 3 Obscured by Klaus Z początku typowy Schulze z lat 90 tych czyli charakterystyczne składniki w postaci wysokotonowych dźwięków plus zaśpiewy operowych diw. Ale w Obscured By Klaus Part 2 pałeczkę przejmuje Namlook i wchodzimy w ciekawe, lekko zdynamizowane melodyjne granie. Part 3 wytraca tempo i dostajemy porcję nastrojowego, prawie melancholijnego el w ambientowej oprawie ciągnące się także na czwarty fragment z tym, że jako tło i wsparty sekcją rytmiczną i żywszym graniem syntezatorów na pierwszym planie. Part 5 to schulzowskie surowe glissanda a bardzo ciekawie, filmowo brzmi pełna dramatu i zadumy zarazem Part 6 z dziwnym, nastrojowym sztafażem. Wartościowa płyta, polecam.

    Dariusz Długołęcki



    Smutna, bardzo przestrzenna impresja zaczynająca ten album może być wyrazem zagubienia w kosmosie, obrazem zmagania się z metafizycznymi pytaniami, które rodzą się wnet, gdy kolejne gwiazdy gasną. Niebo usiane lśniącymi punktami przesuwa się po wielkim ekranie syntezatorowych akordów, a nowe, oddalone źródła światła spiralnym, wirującym ruchem wykwitają wciąż tuż przed słuchaczem i gdzieś na dalekim planie. Kosmos uroczyście milczy, może panuje tu żałoba po katastrofie promu kosmicznego?... Nastrój pierwszej części suity kojarzyć się bowiem może trochę z atmosferą drugiej i ostatniej części Rendez-vous Jean-Michela Jarre'a...
    Druga część zdominowana jest przez wyrazisty rytm, wokół którego nanizana zostaje lśniąca siatka ostinata przefiltrowywanego na rozmaite sposoby i odkształcanego. Najwspanialej brzmią tu jednak typowo schulzeańskie elektroniczne chóry, ciągnące nieco podobną pieśń jak w ostatnim epizodzie suity Psychedelic Brunch z piątego tomu TDSOTM. Muzyka brzmi tu chłodno i "ztechnicyzowanie", zaś barwy instrumentów wahają się między granatem a czernią. Tylko wysuwające się raz na jakiś czas na główny plan dziwaczne brzmienia niemuzyczne lśnią silnym, prószącym blaskiem.
    Najidealniejszą wizualizacją pasującą do trzeciej części kompozycji byłyby chyba stopniowe, ledwo zauważalne, ale jednak dokonujące się przemiany krajobrazu: szaro-białe, martwe pole firnowe przeistacza się pod wpływem coraz cieplejszego strumienia światła sączącego się z ukrytego planu w falującą za chłodną mgiełką łąkę. Spiczaste, suche słoności śniegowej pustyni kruszą się, rozmywają, ścierają, przebijają się przez nie źdźbła trawy, płatki śniegu rozpuszczają się w omdlewająco żółte i anemicznie liliowe kwiaty. Z początku wydaje się, że to mróz rysuje kształt roślin na zimnej szybie, ale z biegiem czasu okazuje się, iż zima naprawdę ustępuje miejsca wiośnie. Przez długie, stojące akordy spogląda się na pejzaż jak przez bloki niebieskawego lodu, słychać nawet wyraźnie, jak wzbierające raz po raz syntezatorowe krople ześlizgują się krzywą, nieregularną trajektorią po krawędziach i ścianach tych nieczułych sześcianów. Ten utwór poleciłbym chyba w pierwszej kolejności wszystkim wybrednym miłośnikom muzyki relaksacyjnej - obrazy wyczarowywane przez kolejno pojawiające się głosy są niebywale sugestywne... W części czwartej lodowe ptaki ostatecznie porzucają przeistoczony przez ciepłe światło krajobraz. Powraca podkład perkusyjny, metrum i brzmienie są podobne jak w części drugiej. W tle nadal ścierają się te sobą krystaliczne, chłodne bryłki dźwięków i ciepłe plamy akordów, kleiście ciągnących się ponad rytmem.
    Moim ulubionym fragmentem suity jest część piąta, melotronowy pejzaż wysączający się spienionymi falami z głośników - przypomina się natychmiast czwarta część Psychedelic Brunch, ale kompozycja z siódmego tomu TDSOTM robi chyba jeszcze większe wrażenie. Piana na melotronowych falach układa się w halucynacyjne wzory: to jaskółki lepią bezdenne gniazdo, to lawa wycieka z wulkanów i zatrzymuje się dopiero na pniach zimowych drzew, to znów w kałużach pławią się rozmiękłe, omszałe patyki...
    Alternacje akordów otwierające suitę pojawiają się w podobnej postaci w jej zakończeniu. Teraz jednak nic poza długimi akordami, brzmiącymi tak, jakby wykonywał je kwartet smyczkowy z innej planety, nic nie mąci uwagi słuchacza, nie ma żadnych pobocznych efektów dźwiękowych. Dopiero tuż przed trzecią minutą pojawiają się miękkie, pojedyncze tony fortepianu... Trudno dokonać takiego podsumowania zważywszy ogromną rozmaitość pomysłów i zaskakujących rozwiązań na wszystkich płytach cyklu TDSOTM, ale osobiście skłonny jestem uznać siódmy tom za najwybitniejszą propozycję z tej serii...

    I. W.



    CD 4 Careful with that AKS, Peter
    Suita Careful with that AKS, Peter istotnie rozpoczyna się w nastroju grozy i niesamowitości porównywalnym z niepokojącą atmosferą utworu Pink Floyd Careful with that Axe, Eugene: z głuchych poszumów wydobywa się przejmujący szept, z którego dopiero rodzą się przytłumione, skradające się po ciemku dźwięki. Ten pochód syntezatora basowego, oparty na łamanym rytmie, przetykany improwizacjami mglistego syntezatora, pojawia się w innej odsłonie także w finałowej impresji pierwszego tomu boxu Klausa Schulze Contemporary Works: wersja umieszczona tutaj jest chyba jednak bardziej mroczna i zagadkowa. Vocoder snuje swoją mrukliwą opowieść, podczas gdy z nieustającego basowego pulsu ześlizgują się kolejne efekty dźwiękowe i spiętrzenia sprężystych poświstów. Ciagnące się, mętne dźwięki głównego syntezatora spowijają cały utwór zimową mgłą. Ten niezwykły, hipnotyczny epizod trwa oczywiście aż 25 minut...
    Druga część suity to dla odmiany króciutki pasaż: atonalne, oparte wyłącznie na efektach brzmieniowych przejście do melancholijnej, posępnej części trzeciej, w której coraz gęstszymi obłokami mollowych akordów zapełnia się elektroniczne niebo o zmroku.
    Część czwarta znów, tak jak pierwsza, zbudowana jest na chwytliwym, inspirowanym muzyką jazzową, uskakującym, rozswingowanym rytmie, na który składają się wyrazista ścieżka basowa i interesująca programowana linia perkusyjna. Dodatkową atrakcją tego epizodu są rewelacyjne, zgrzytliwe westchnienia syntezatorów, od razu przywołujące na myśl dżdżystą, wieczorną atmosferę utworu Let the Rain come z piątej płyty wydawnictwa Contemporary Works.
    Piąta część podchwytuje melancholijną atmosferę osamotnienia odmalowaną w części trzeciej. Tu jednak akordy nie mają aż tak ostrych konturów, ich barwa jest nieco bardziej rozwodniona i spopielała. W części szóstej zwraca uwagę nerwowe ostinato zaaranżowane trochę podobnie jak na pierwszej części serii The Dark Side Of The Moog. Przez 15 minut temat tła poddawany będzie różnorodnym obróbkom brzmieniowym, podczas gdy na pierwszym planie zagoszczą to długo wygasające sekwencje ponurych akordów, to znów roziskrzone, elektryzujące znaki interpunkcyjne kreślone zapamiętale przez instrumenty prowadzące. Ten fragment płyty to chyba najczytelniejsze odesłanie słuchacza do typowych brzmień wykrystalizowanych w Szkole Berlińskiej, nie trzeba jednak dodawać, iż na niniejszym albumie znane schematy, progresje i przejścia otrzymują zupełnie świeżą oprawę…
    Dla odmiany, część siódma bardzo niewiele ma wspólnego z elektroniczną tradycją: ten utwór mógłby raczej wyjść spod pióra takich nowoczesnych artystów jak Aphex Twin albo Scorn. Cały pierwszy plan wypełnia natarczywa, fantastycznie ornamentowana, rewelacyjnie brzmiąca perkusja rodem z krainy Drum n'Bass. Rozszalała ścieżka perkusyjna wdaje się w dialog z odległymi niemuzycznymi szumami, dopiero po jakimś czasie wylewają się z utworu pogodne, odmalowane pastelowymi barwami kałuże. Nader ciekawie wypada to zestawienie kojących, durowych akordów, odsyłających słuchacza na planetę Chill-Out, z agresywną, niebywale motoryczną, połamaną linią perkusyjną.
    Finałowa impresja to jeden z charakterystycznych namlookowsko-schulzeańskich zamyślonych pejzaży: długie stojące akordy w mollowym nastroju zapalają się metnym światłem i długo wygasają. Na pierwszym planie rozwija się oczywiście syntezatorowa improwizacja - I trzeba przyznać, iż właśnie na tym wydawnictwie partia mglistego, rozgwieżdżonego syntezatora brzmi najbardziej żarliwie, wręcz dramatycznie, głównie przez częste dodawanie przesteru i wpadanie w atonalne, przejmujące wiry. Ze względu na siłę wyrazu można ten epizod porównać z żywiołowym finałem kompozycji The Dome Event Klausa Schulze.

    I. W.



    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 5CD


    110,89 zł
  • Maxxess | Electrixx

    Maxxess | Electrixx

    Maxxess, mimo iż jest projektem za którym stoi Max Schiefele gra jak rasowy, rockowy band. Zamiłowanie Maxa Schiefele, do ciętych i ostrych riffów jest słyszalne na każdym kroku. Ów hard rock, niekiedy przechodzący wprost w heavy w prostej linii jawi się jako osobliwa fascynacja muzyką Gary'ego Moore'a z okresu After The War. Jednak gdzieś w tle owe zadziorne granie, puentowane jest brzmieniem sekwencerów i syntezatorów bliskich berlińskiej tradycji. Okazuje się iż te zdecydowanie bliższe rockowej estetyce, inspiracje w duchu Tangerine Dream całkiem zgrabnie brzmią a wręcz i współgrają. Oto bowiem żar rocka, stygnie w tych elektronicznych pasażach. Oczywiście Max Schiefele nie wymyśla tu absolutnie niczego nowego, jednak tak radykalna inwencja godna jest pochwały. Artysta nie sili się na wydumane, nudne suity. Gra dosadnie, z kopem, ostro, głośno. Elektroniczno-gitarowy hard rock na pełnym wypasie.

    R.M.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    67,98 zł
  • Rainbow Serpent | Pulse

    Rainbow Serpent | Pulse

    Rainbow Serpent to zespół który jest przedstawicielem tzw. "nowej szkoły berlińskiej". Stojący za nim Frank Specht i Gerd Wienekamp, to postacie nie mniej znaczące niż Edgar Froese czy Klaus Schulze. Wszak obydwaj wyrastają z tego samego pnia. Płyta Pulse swoją premierę miała w roku 2000, gdy ukazała się nakładem wytwórni Manikin. Niezawodna Syngate w roku 2015, wydaje jej reedycje w charakterystycznej dla siebie oprawie graficznej. Podstawą są budowane mozolnie, sekwencyjne tekstury które tutaj zyskują niemal transową oprawę. Chociaż w tym przypadku nie chodzi bynajmniej o jakiś rytmiczny żywioł, ale raczej o pewną monotonnie i powtarzalność. Gdy dodamy do tego głębię ambientu, zyskujemy kolejny album będący swoistym mirażem stylów. Atutem obydwu artystów są bez wątpienia renoma i nazwiska, które znaczą na elektronicznej scenie na tyle dużo, iż nie pozwalają przejść obojętnie obok tej płyty. Tak więc zaskoczeń nie ma, wielbiciele grupy otrzymują to co lubią najbardziej. I chyba tu tkwi sedno ich sukcesu.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CDr


    60,43 zł
  • Jonn Serrie | Stargazer's Journey

    Jonn Serrie | Stargazer's Journey

    Po serii bardziej przyziemnych płyt, pionier "space elektroniki" wraca do swojego klasycznego brzmienia. W długiej karierze, John Serrie tworzył dla takich potentatów jak agencja kosmiczna NASA, Lucasfilm czy też na potrzeby Hayden Planetarium w Nowym Jorku. Jednak tu fani artysty znajdą wszystko, czego byli zwykli oczekiwać od swoejgo bohatera. Tych sześć utworów z miejsca wyniesie ich na orbitę okołoziemską. Tak się składa iż jego muzyka nieodzownie kojarzy się z kosmiczną przestrzenią. Na Stargazer's Journey, delikatne i przestrzenne brzmienia określa smak tych kompozycji. Nieco migoczące syntezatory natychmiast kreują świat widziany oczyma astronauty. John Serrie wytwarza swoistą "muzyczną próżnię" i właśnie w niej rozgrywa się niespieszna akcja tych kompozycji. Można poczuć ich lekki dryf, doświadczyć stanu nieważkości, bądź też znaleźć się na pokładzie promu kosmicznego. Mimo spokoju i przestrzenności, daleko tym utworom do sztampy czy nudy. Migoczące, syntetyczne brzmienia kreują widok nocnego nieba, które rozświetla tysiące gwiazd. Tak jak kapitalna okładka tego albumu, odsłania muzyczną zawartość tej płyty. Znakomity powrót i najlepszy album Johna Serrie od wielu lat.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    43,35 zł
  • Patrick Kosmos | Lucid Dreams

    Patrick Kosmos | Lucid Dreams

    Patrick Kosmos dał niesamowity koncert podczas tzw. nocy spadających gwiazd. Jego miejscem były Ardeny flamandzkie. Faktycznie noc z 14-stego na 15-stego sierpnia 1998 roku musiała być prawdziwie magiczna. Mamy tu tylko dwie kompozycje, ale doprawdy niezwykłe. Tytułowy Lucid Dreams nawiązuje do tematyki "świadomego śnienia". Somnabuliczny dryf tej kompozycji, wizualizuje się iście kosmicznymi smugami i arabeskowymi fakturami. Tylko gdzieś w tle uwypukla się ów "chłód przestrzeni". Te półcienie doskonale zespalają się ze stanem który jest pomiędzy tym co realne, a tym co wytwarza podświadomość. Drugi utwór Rapa Nui utrzymany jest w etnicznej estetyce. Patrick Kosmos przemierza geograficzne granice i udaje się na Wyspę Wielkanocną. Ląd tajemniczy, fascynujący chociażby z racji tych niesamowitych posągów, których twarze zwrócone są wprost na ocean. Delikatne bicie bębnów, brzmienia egzotycznych piszczałek, kreują istny "puls ziemi". Ta wyprawa na obcy ląd, podszyta ambientalnymi przestrzeniami, to cudna ułuda folkloru wywiedziona z mroku czasu. Kapitalny artefakt tego jak etno z owego rejonu mogłoby brzmieć. Znakomity album, który jest udaną próbą godzenia eksperymentalnej niszy i szamańskiego doświadczenia.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    66,53 zł
  • Ash Ra Tempel | Friendship

    Ash Ra Tempel | Friendship

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    62,97 zł
  • Robert Schroeder | Aachener Jam Session

    Robert Schroeder | Aachener Jam Session

    Robert Schroeder to artysta niebanalny, który też nie ogląda się zbytnio za siebie. Album Aachener Jam Session, jest właśnie takim przykładem jego bezkompromisowego podejścia do materiału dźwiękowego. Punktem wyjścia były improwizowane maratony jakie Schroeder organizował w niemieckim Aachen w latach 2002 i 2003. Miały to być spotkania profesjonalistów i amatorów, a ów eksperyment miał ukazać co wynikało z takich interakcji. Na tej płycie pojawiają się akurat dosyć znane persony: Ron Boots, perkusista Harald Van Den Heijden, grający na australijskim didgeridoo Michael Gräfen, jest też gitarzysta Michael Abt. Wynikiem tego spotkania jest wysokooktanowa dawka mocy, która balansuje między space elektroniką, bluesem, rockiem, jazzem i egotycznym pulsem etno. Ta suma brzmień, to rzecz jasna skondensowane doświadczenia poszczególnych artystów. Samo zestawienie i realizacja całości robi wrażenie, tym bardziej że ów materiał tworzony był na "gorąco", bez żadnych dodatkowych prób. To po prostu zapis czystej, spontanicznej energii. Zburzone gatunkowe granice, dla samych artystów były zapewne zaskoczeniem, a tym bardziej dla słuchacza.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CDr


    90,01 zł
  • Robert Schroeder | Aachener Jam Session

    Robert Schroeder | Aachener Jam Session

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1DVDr


    117,41 zł
  • Realtime | Journey into Space (remaster 2014)

    Realtime | Journey into Space (remaster 2014)


    Podróż w głąb kosmosu rozpoczyna się w dość jeszcze leniwym tempie; zanim uruchomione zostaną musujące sekwencery i nim rozgrzeją się potoczyste basowe akcenty, należy przedostać się przez zagadkowy pasaż oszronionych akordów pierwszej impresji. Podstawowa treść utowru drugiego to już efektowne, rozmigotane ostinato w stylu Lakveeta oraz intrygująco rozpływająca się w nieregularnej interpunkcji nieocenionego pitch-mode synteza solówki i akordowego tła. Kolejna kompozycja to porcja naprawdę znakomitej muzyki; obok prężnego pochodu sekwencyjnego nie zabrakło melancholijnej pieśni "elektronicznych chórów". Wyobraźmy sobie połączenie stylu Emmensa i Heija (Return to the Origin) z wyczuciem rytmu Namlooka i Dandy Jacka w Magnetic Kooljack (z płyty Amp 2), a otrzymamy w miarę klarowny obraz tego, w jakim kierunku podąża tu wyobraźnia Realtime. Ten utwór może skojarzyć się z odbywaniem podróży w Nieznane za pośrednictwem raczej starego dobrego pociągu aniżeli rakiety, ale na szczęście każda wizualizacja jest tak samo uprawniona, a muzyka, obiektywnie rzecz biorąc, pozostaje znakomita. Jeśli słuchacz dał się ponieść tej impresji, nie rozczaruje go również utwór czwarty, także zbudowany na wspaniałym ostinatowym motywie i utrzymany w po berlińsku przejmującym charakterze. Atrakcje utworu opatrzonego numerem piątym to "skradające się" ostinato oraz rozbłyskujące atrakcyjnymi lekkimi dysonansami melodie. Finałowy utwór przynosi jeszcze jedną misterną ostinatową kombinację: połączenie basowej sekwencji z miriadami dźwięków w wyższych rejestrach. Takim tonom towarzyszą różnorakie kosmiczne poświsty oraz przestrzenna, utkana z atrakcyjnych melodycznie motywów fuga w roli pierwszoplanowej. Płyta do zachwycenia się przy pierwszym przesłuchaniu oraz do wielu intrygujących powrotów: nieznane ostępy kosmosu nie stracą przy kolejnych przesłuchaniach nic ze swej tajemniczości...

    I. W.

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 1CDr


    60,43 zł