Napisz do nas
   


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

poniedziałek 25 września
czwartek 28 września

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2346 wydawnictw w ofercie
1739 dostępnych natychmiast
33070 próbek utworów
2084 recenzji płyt
21356 zrealizowanych zamówień
4304 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Generator.pl

(2390 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Klaus Schulze | Drums'n'balls

    Klaus Schulze | Drums'n'balls

    Na grzbiecie digipacku brakuje numerka informującego o tym, które miejsce w chronologicznie zestawionej dyskografii Klasua Schulze płyta Drums'n'Balls zajmuje - początkowo seria reedycji wydawanych nakładem Revisited Records nie uwzględniała płyt sygnowanych: Wahnfried, dopiero z czasem postanowiono i te nagrania dołączyć do kolekcji eleganckich wznowień. Muzyka tutaj przedstawiona nie odbiega od stylistyki Klausa Schulze tak dalece, jak np. treść innej płyty Wahnfrieda, Trancelation; aranżacyjnie i nastrojowo nie tak daleko stąd do Le Moulin de Daudet albo Beyond Recall. Uwagę natychmiast przykuwają intrygujące sample perkusyjne oraz lekkie, woskowe sekwencje. Największą niespodziankę mogą stanowić tutaj dwie "etniczne" impresje: House of India i po raz pierwszy wydany dopiero w ramach tej reedycji Chicken Biryani, w których Klaus Schulze wykorzystuje linię wokalną zbudowaną na systemie ćwierćtonowym! Pozostałe kompozycje z pewnością z miejsca zadowolą miłośników muzyki tworzonej przez Schulze od początku lat dziewięćdziesiątych, zorientowanej na zwiewniejsze, ulotniejsze sekwencje i mnóstwo rozmaitych sampli. Utwór otwierający płytę okaże się miłym zaskoczeniem dla tych, którzy docenili wchodzącą w zestaw Contemporary Works płytę Trance 4 Motion, jako że jest to po prostu pierwotna, instrumentalna wersja prezentowanej w 2000 r. właśnie tam kompozycji Global Miditation. Ze względu na zagadkową, przydymioną i zamyśloną atmosferę przy jednoczesnej obecności żywych struktur rytmicznych, wyrazistych klawiszowo-perkusyjnych ostinat i klarownych powierzchni melodycznych aż prosi się, żeby powiedzieć: płyta Drums'n'Balls” powinna zostać nominowana do kategorii "Wzorzec ambitnej muzyki klubowej".

    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Klaus Schulze | Picture Music

    Klaus Schulze | Picture Music

    Bestseller
    Album Picture Music dość zasadniczo różni się od poprzedniego albumu berlińskiego artysty, Blackdance. Nie tylko pojawia się wyrazista ścieżka rytmiczna - przede wszystkim zwracają uwagę głębokie, wieloplanowe brzmienia, niebywale kunsztowne aranżacje i frapująca struktura utworów. Kompozycja Totem jest nie tylko pionierskim osiągnięciem w dziedzinie elektroniki sekwencyjnej - wyznacza ona także szlak znacznie późniejszym wędrówkom muzycznym Klausa Schulze. Na ostinato nie składa się czytelna, zamknięta melodia - to raczej spontaniczne rozkwitanie kolejnych dźwięków oraz ich dalsze rozmnażanie się przez pączkowanie lub podział… W tej partii dosłownie słychać, jak muzyka rodzi się, dorasta, przekwita, obumiera... Na dalszym planie natomiast rozpięta jest melodia wahająca się na granicy skal sprowadzonych w uproszczony sposób do skali durowej i mollowej. Barwa utworu zmienia się, muzyka zostaje raz zacieniona, innym razem - przeszyta migotliwym światłem, innym znów razem wyeksponowana w pełnym świetle i potem nagle zasłonięta. Znakomitą ilustracją do tej muzyki mogłyby być zmiany dokonujące się w krajobrazie złożonym z malowidła impresjonistycznego przenikającego się z obrazem abstrakcyjnym; połyskujące zmarszczki strumyka okazują się rozmazanymi wielobarwnymi iskrami, a porozrzucane tu i ówdzie kule przeistaczają się niespodziewanie w główki niebieskiej i pomarańczowej kapusty. Cały pejzaż zmienia się jak w nietypowym śnie, ale zmierza w logiczny sposób do jakiegoś niesamowitego finału, porządkowany przez miękki, gąbczasty puls sekwencera.
    Mental Door jest jednym z moich najulubieńszych utworów Klausa Schulze. W tej suicie znalazło się miejsce dla chłodnych, minorowych fal przetaczających się w wypolerowanym świetle zamglonego księżyca i dla schromatyzowanych brzmień skradających się pod nostalgicznymi alternacjami tęsknych akordów - i nawet dla partii, która mogłaby śmiało ozdobić album Emerson, Lake & Palmer z najlepszych czasów tej grupy! Jest to jeden z najniesamowitszych fragmentów tego utworu i całej płyty, kiedy spod mżących, deszczowych syntezatorowych akordów snujących mollowy temat wyłania się wijące się cielsko ostinatowego węża. Wąż zatacza hałaśliwe, lekko przesterowane pierścienie, wygina się coraz bardziej zdecydowanymi ruchami, emitując coraz dłuższe sekwencje dźwięków, przekomarza się z półtonami, wdrapując się nawet i spełzając z powrotem po skalach kojarzących się z jazzem lub bluesem. A wtedy kipiący, żywiołowy, nieregularnie ozdabiany podkład perkusyjny przejmie pierwszy głos i stopi się z pierścieniowatym ostinatem w szaleńczym tańcu. Gdy ta sekwencja dobiegnie końca, rozpocznie się drugi równie niesamowity fragment: syntezatory doprowadzą do końca swą melancholijną pieśń, przerwaną przez nagłe wejście niepokojącego ostinata, a dobiegająca uszu słuchacza z nieco już dalszego planu gra perkusji wywoła z pewnością dreszcze… Podobnie przejmująco i niesamowicie zabrzmiała kompozycja The Looper Isn't A Hooker na albumie Dig It sześć lat później - tutaj muzyka brzmi jednak chyba jeszcze przestrzenniej, jeszcze chłodniej, jeszcze bardziej niezwykle.
    Album opakowywano w rozmaite koperty - warto zaznaczyć, że nastrój każdej z proponowanych okładek rewelacyjnie koresponduje z treścią muzyczną tej płyty. Są tu fragmenty, które wizualnie najlepiej "podsumowuje" okładka z plamistym wykwitem przypominającym potwora morskiego, są też i takie, których charakter najpełniej ukazuje okładka przedstawiająca istotę uwiązaną u sufitu pomieszczenia z kraciastą podłogą, wreszcie takie, w których dźwięki odmalowują obraz porzucony w środku gliniastego pola pod zachmurzonym niebem.
    Dodany utwór nosi tytuł C'est pas la meme chose i istotnie jest stosownym podsumowaniem treści tej 33-minutowej kompozycji. W zasadzie są to bowiem parafrazy na temat pierwszej impresji, Totem – w tle słychać charakterystyczne, mlaskające słabym światłem mżących gumiastych reflektorów ostinato, na pierwszym planie ścielą się oniryczne, psychedelicznie pokolorowane smugi prowadzącego syntezatora… dokonano tu jednak fascynującego zabiegu, świadczącego o poważnej odmienności utworu od oryginalnej wersji Totem. "Sztuczna" stereofoniczność nagrania nie ma uplastyczniać głębi pejzażu dźwiękowego, tylko umożliwić obcowanie z dwoma zupełnie różnymi muzycznymi krajobrazami. Słuchając jedynie ścieżki królującej w lewym głośniku, podążamy śladem ruchliwego ostinata, dajemy się ponieść rytmicznym świergotom i przyglądamy się kipiącym zielonkawym i czerwonawym barwom składającym się w żywą, rozedgraną opowieść. Słuchając zaś jedynie ścieżki emitowanej przez głośnik prawy, podziwiamy przejmujący organowy poemat zmarzniętych, stojących akordów, na które nanizano rozpływającą się improwizację lamentującego syntezatora. Wystarczy teraz zmieniać położenie suwaka balansu między głośnikami, by przepływać z jednej opowieści w drugą. Oczywiście jednak nie tylko ten techniczny zabieg stanowi o atrakyjności dodanego nagrania. Improwizowana partia brzmi inaczej, żarliwiej, bardziej intrygująco niż w znanym nagraniu Totem, ponadto cały utwór jest o blisko 10 minut od Totem dłuższy, oznacza to więc kilka interesujących progesji w finałowej partii plus zamyśloną, ponurą, niknącą w mroku stojących akordo-poszumów konkluzję. Zgodnie z podpowiedzią tytułu zatem "nie jest to ta sama rzecz". Nawiasem mówiąc, reedycję longplaya Mirage zdobi parafraza wątków suity Velvet Voyage, również stawiających ten utwór w zupełnie nowym świetle: Klaus Schulze żartobliwie znów pyta w tytule, tym razem po włosku: to samo, czy nie to samo?...

    I. W.


    Klaus Schulze jest tym dla muzyki elektronicznej, kim Hendrix dla rocka. Nie ma sensu przytaczać tu jego biografii, każdy szanujący się fan elektroniki choć w małym stopniu powinien ją znać. Oryginalnie wydany w 1975r album Picture Music jest czwartym w dyskografii artysty. O ile wcześniejsze płyty Irrlicht, Cyborg i w małym stopniu Blackdance zawierały sporo eksperymentów, to na Picture Music widać całkowicie wykrystalizowany styl. Na poprzednich płytach Schulze wykorzystywał głównie organy elektronowe plus akustyczne instrumenty. Tu po raz pierwszy w pełni wykorzystał sprzęt elektroniczny, doskonale znane analogowe syntezatory EMS VCS 3, ARP Odyssey, ARP 2600, organy Farfisa. Album wypełniają dwa utwory, pierwszy Totem z początku melancholijny, potem nieco nerwowy i abstrakcyjny. Drugi Mental Door to jeden z najlepszych w dyskografii Klausa Schulze. Kosmiczna podróż w nieznane, pełna głębokich, abstrakcyjnych dźwięków. W drugiej połowie utwór rozpędza się do zawrotnej prędkości, tworząc nastrój bliski transowemu rytuałowi. Po blisko 30 latach od wydania tej płyty, cały czas brzmi ona nowocześnie i intrygująco. To bez wątpienia kanon dzisiejszej elektroniki.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,76 zł
  • Marek Kwiatkowski | Sygnał z Kondora

    Marek Kwiatkowski | Sygnał z Kondora

    Super cena
    Marek Kwiatkowski inspiruje się nie byle czym, impulsem dla powstania Sygnał z Kondora była słynna powieść Stanisława Lema, Niezwyciężony. Ale nie tylko, Kwiatkowski próbował sobie wyobrazić egzystencje na innej planecie, w świecie który rządzi się własnymi prawami. Aby lepiej oddać ów klimat "nieznanego", postawił na niezwykle plastyczne i sugestywne brzmienia. Ów album ma wiele ze ścieżki dźwiękowej do filmu, który nigdy nie powstał. Sekwencyjne motywy w naturalny sposób przeplatają się tu z dosyć radykalnymi eksperymentami. To pójście "kilka kroków dalej" daje wymierne efekty. Zorganizowane sekwencyjne struktury, przepoczwarzają się w syntetyczne "mikro hybrydy". Wszelakie brudy, sprzęgnięcia, plumkania, tranzystorowe naloty mogą kojarzyć się z odgłosami wszelakich urządzeń pokładowych, jak i aparaturą badawczą. Gładko wtapiają się w elektroniczne pejzaże, będące obrazami odległej planety leżącej gdzieś na rubieżach cywilizacji. Nad wyraz fascynująca płyta, z kręgu muzycznej fantastyki.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CDr


    26,00 zł
  • Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 3

    Klaus Schulze, Pete Namlook | The Dark Side of the Moog box 3

    Bestseller
    CD1
    Album rozpoczyna się nadchodzącymi z oddali szumami, z których stopniowo, w asyście dodatkowych smużek elektronicznych poświstów, wysnuwa się główny temat, onirycznie rozwibrowany, oscylujący wokół powracających jak przez sen miękkich, charakterystycznych akordów. Ten rewelacyjny motyw Klaus Schulze szczególnie sobie upodobał - powraca on jako osnowa całej 65-minutowej kompozycji "The Theme - The Rhodes Elegy" z pierwszego tomu "Contemporary Works II", stanowi też tworzywo napisanej specjalnie na kompilację "Manikin Records - The First Decade" kompozycji "Manikin Jubilee". Tutaj wibrafonowy temat brzmi szczególnie tajemniczo i mgliście, spowijany zostaje w piętrzące się zgęszczenia chłodnoniebieskiego syntezatorowego dymu. Główny wątek podlega bardzo subtelnym i niespiesznym transformacjom, ale dźwięki wypełniające drugi plan oraz pomysłowa ścieżka rytmiczna sprawiają, że słuchacz nawet przy setnym przesłuchaniu tego utworu nie może wyjść z oczarowania! Pod koniec tego epizodu wybija się na pierwszy plan puls chropawego ostinata jak ze starych, dobrych, analogowych czasów - dźwięki perkusyjne zaś zaczynają zachmurzać się i kotłować w przyspieszającym echu podobnie jak w finale kompozycji "Floating" ("Moondawn", 1976). Druga część skonstruowana jest już głównie na współbrzmieniu niemuzycznych ścieżek - wątek melodyczny przewija się przez elektryzujące, eksperymentalne tło powoli i jak przez ciężką draperię snu opadającego w pokłady niepamięci. Nastrój tego fragmentu zbliżony jest do kompozycji "Nucleotide" zdobiącej album "Transfer Station Blue" (1986) sygnowany: Michael Shrieve, Kevin Shrieve, Klaus Schulze. Część trzecia jest jednym z najpiękniejszych, najbardziej zamyślonych epizodów całego cyklu "TDSOTM". Basowy oddech syntezatora odzywa się równomiernymi falami, wybijając się ze stojącego, zamarzającego i rozmarzającego akordu, poddawanego brzmieniowym alternacjom. Co jakiś czas powraca rozmazane, tęskne ostinato, a ściana dźwięków majacząca daleko w tle rozmięka z tonacji mollowej w durową, co stanowi frapujące, lekko dysonansowe połączenie melodii, tak charakterystyczne dla całej twórczości Klausa Schulze i odpowiedzialne za budowanie niezwykłego nastroju. Słuchacz daje się ponieść ospałemu zamyśleniu i gdzieś na wysokości połowy utworu czuje się istotnie przeniesiony w jakiś inny świat - ocknie się dopiero przy powracającym temacie basowego syntezatora, nie mogąc powiedzieć, czy przeżywana dopiero co muzyka była dziełem tylko dwójki muzyków sygnujących tę płytę, czy też może dopowiedziana została na uruchomionym znienacka niezwykłym pułapie wyobraźni… Czwarty epizod to właściwie tylko króciutki łącznik między częścią trzecią i piątą: to raczej kolejny obrazek elektroakustyczny nasycający płytę nastrojem takim, jaki panowałby na kosmodromach i opuszczonych stacjach kolejowych, gdyby malował je Arnold Böcklin… Piąta część brzmi trochę jak rozwinięcie w duchu szkoły (post)berlińskiej najbardziej ponurych pomysłów Jean-Michela Jarre'a z albumu "Rendez-Vous" - skojarzenie takie nasuwa alternacja mollowych I durowych akordów, okrywająca całą muzykę matowym, mrocznym płaszczem - pod spodem ulokowane zostają zaś rozimprowizowane, ociekające krystalicznymi barwami ołowiane obłoki, przesuwające się z rejestru w rejestr, łączone swobodnymi, chłodnymi, pełnymi napięcia pasażami. Płyta kończy się wraz z częścią szóstą suity "Set The Controls For The Heart Of The Mother" - wszystkie pulsujące ostinata milkną, na planie pozostają tylko wypełzające wciąż wstęgi rozpływającego się elektronicznego dymu, z których budowane zostają eteryczne akordy i melancholijne improwizacje prowadzących instrumentów. Muzyka już dawno nie siedzi jedynie w głośnikach, teraz wypełnia cały pokój słuchacza, ścieli się po całym mieszkaniu, rozlewając się kolejnymi minorowymi po miejscach, których bez tej płyty słuchacz w swym otoczeniu w ogóle by nie dostrzegł.
    I. W.

    To najdłużej trwająca seria z dotychczsowych wydawanych przez Fax. Jak zwykle spotykają się Pete Namlook i legenda muzyki elektronicznej, Klaus Schulze. Mamy tu blisko godzinną kompozycję „Set The Controls For The Heart Of The Mother”, tytuł odnosi się do jednego z utworów grupy Pink Floyd. Muzycznie mamy tu fuzję elektroniki i ambientu. Utwór podzelony jest na sześć odrębnych części. Masa przestrzeni, soczyste brzmienia starych analogów i melodie, tak charakterystyczne dla Klausa Schulze, oto wyznaczniki tej płyty. Tym razem więcej mamy ambientu, dźwięki są tak kojące i piękne, iż pieszczą uszy podobnie jak najdelikatniejszy balsam. Muzyka absolutnie mistyczna, w tym zasłuchaniu nietrudno wpaść w pewnwgo rodzaju trans. Namlook i Schulze gwarantują podróż zmęczonemu umysłowi do sfery najgłębszych przeżyć.
    R. M.



    CD2
    Wielki finał wielkiej serii. Klaus Schulze i Pete Namlook po raz dziesiąty spotkali się po Ciemnej Stronie Mooga i przygotowali wysoce poruszający album, który niemalże w żaden sposób nie przypomina żadnego poprzednika w serii. Długa introdukcja jak przez mgłę kojarzy się ze wstępem do Phantom Heart Brother, jednak o ile tam huczący metaliczny wicher krył jeszcze jakieś pomosty do wczesnej elektroniki berlińskiej, o tyle tutaj czeka nas wyprawa do krainy nieodkrytych Nowych Brzmień. Na pierwsze minuty statycznego tła wstępu nałożona jest introwertyczna narracja Namlooka o znamionach strumienia świadomości, zniekształcana niezliczoną ilością filtrów - brzmi to tak, jakby wiodący głos wdawał się w spór z szydzącymi kosmitami. To ciekawy kontrast wobec narracji otwierającej Koolfang III - to, co tam było wprowadzeniem do beztroski i odprężenia letniej nocy, tutaj staje się zwiastunem niepewności, chłodu, oddalenia, zagubienia... Uparte syntetyczne akordy o subharmonicznych wartościach ciągną swój napięty hymn, dopóki znienacka nie wykwitną ocierające się o "intelligent lounge" konstelacje akordów. Z lekka jazzujący charakter tej spokojnej muzyki znów nie pozwala od razu domyślić się, że mamy do czynienia z nagraniami Schulzego i Namlooka - już raczej Namlooka i Move D w dobrych czasach Koolfang - Jambient. Kolejne utwory przynoszą obowiązkową dawkę promieniującego, mollowego berlińskiego sekwencjonowania, ale nadal nie sposób się oprzeć wrażeniu, iż Namlook i Schulze porzucili przetarte szlaki i nieprzejednanie wybierają się w nowe rejony, choć - a może właśnie dlatego, że - w tych rejonach panuje smutek i dojmujący chłód. Finał płyty to impresja, w której Peter i Klaus jednoczą siły w moogowej improwizacji - można spodziewać się po tym opisie brawurowych glissand obficie przesterowywanych elektronicznym fazowaniem, ale to nic bardziej mylnego. W mollowym mętnym stawie osowiałych akordów tlą się zmarznięte, zrezygnowane, piękne ale jednak przede wszystkim dojmujące dźwięki. Łabędzi śpiew po Ciemnej Stronie Mooga? Utwór kończy się nagle, po niespełna sześciu minutach, nie sposób uwierzyć, że finał finału właśnie wybrzmiał, pozostawiając jedynie osad w postaci ściskającego serce uczucia żałości. To jedna z najbardziej przygnębiających płyt sygnowanych nazwiskiem Namlooka - i chyba nie trzeba dodawać, że automatycznie jedna z najpiękniejszych, choć nawet po kilku przesłuchaniach nie bardzo wiadomo, czy pozostawia niedosyt, czy też wrażenie pewnej suchości...

    I. W.



    Astro Know Me Domina zaczynają psychodeliczne rozważania o brzydkiej pogodzie na zewnątrz i wciąż tych samym tkwiącym w mózgu i zaproszenie aby rzucić okiem z innej perspektywy na ciemną stronę naszego umysłu... no i mamy trochę popiskiwań R2D2 a potem katakoniczne, odrętwiałe pasmo zawieszonych dźwięków... Ale Part III i IV przynosi już godną tych twórców muzykę. Tak na poważnie to bardzo interesująca, dojrzała pozycja. Polecam.

    Dariusz Długołęcki



    CD3, CD4
    Spełniło się wielkie marzenie miłośników połączonych sił pioniera elektroniki sekwencyjnej Klausa Schulze oraz mistrza ambientu Pete’a Namlooka: wbrew wcześniejszym zapowiedziom, iż dziesiąta część „DSOM” to finał serii, ukazała się na szczęście kolejna (kto wie, może będą jeszcze dalsze?) płyta w tym niezwykłym cyklu. Jak zwykle, mamy tutaj do czynienia z udaną syntezą „tradycyjnej elektroniki” oraz kosmicznego dark-ambientu przyszłości, tyle, że po raz kolejny przekroczona została bariera przewidywalności i bez przesady możemy powiedzieć, że „DSOM XI” to przede wszystkim odważne spojrzenie w przyszłość i kolejna udana propozycja bezkompromisowego łączenia różnych stylów. Pierwsza część od pierwszego taktu przynosi nowoczesny, posuwisty rytm, wobec którego na liście dyskusyjnej miłośników FAXu rozgorzała dyskusja, czy to hip-hopowe struktury, czy też nie. Jak by na to nie patrzeć, introdukcja robi odpowiednie wrażenie i z miejsca wprowadza Słuchacza w trans, a wrażenie spotęgowane zostaje wchodzącą z czasem na pierwszy plan chropawą melodią opartą na bardzo atrakcyjnych dysonansach i półtonach: wyobraźmy sobie introwertyczność Aphex Twin i podrdzewiałą motorykę „John the Revelator” Depeche Mode w typowym dla duetu KS-PN atmosferycznym otoczeniu, a otrzymamy przybliżony obraz tego, co rozgrywa się przez blisko 18 minut. Kolejna część suity „The Heart of our Nearest Star” (aluzja do Pink Floyd jest już zatem tylko merytoryczna, nie zaś bazująca na podobnym brzmieniu odpowiednich słów) to jeden z najpiękniejszych i najbardziej poruszających momentów całej jedenastotomowej serii: ścielą się tutaj tak typowe dla Klausa Schulze pokłady matowych, mollowych akordów, nierzadko przyprawianych atrakcyjnym nieregularnym zmąceniem, na tle których Pete Namlook może rozwinąć swoją uskrzydloną, tęskną solówkę gitarową z nieskończenie podtrzymywanymi i rozpływającymi się nostalgicznymi nutami. Znawcom tematu ten epizod oczywiście z miejsca skojarzy się za sprawą atmosfery z piękną drugą częścią „Phantom Heart Brother” (DSOM III), jednak jak zwykle nie ma mowy o powtarzaniu się, a jedynie o uchwyceniu pewnego specyficznego nastroju i rozwinięciu go na miarę Ciemnej Strony Mooga A.D. 2008... Warto ponadto zwrócić uwagę na bardzo skromną, ale nie mniej piękną sekwencyjną pulsację w tle – oto 22 minuty gwiezdnych romansów rodem z przyszłych, niezdekodowanych i niewytłumaczonych jeszcze snów. Kolejna część brzmi mimo wszechobecnego rytmu bardzo onirycznie i „nierealnie” – Słuchacz wprowadzony zostaje w odpowiedni nastrój już za sprawą otwierających całość miękkich, niczym przykrytych poranną rosą akordów. W trakcie utworu usłyszymy głosy zdeformowane podobnie odważnie, jak w „Tea with Ivor Cutler” z pierwszej części „A New Consciousness”. Finał płyty, zaledwie 5-minutowy, jest zdumiewająco spokojny i „niepozorny” – miła, ale też bardzo ascetyczna, abstrakcyjna ambientalna miniatura. Zatem, skoro to taki spokojny finał, możemy liczyć się w niedalekiej przyszłości z pojawieniem się „DSOM XII”? Oby tak właśnie było... Niniejszy tom mogę w każdym razie z czystym sumieniem polecić jako jeden ze zdecydowanie najlepszych w całym cyklu (obok III, V, VII i IX).
    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 5CD


    110,89 zł
  • Mario Schonwalder, Frank Rothe | Filter Kaffee 100

    Mario Schonwalder, Frank Rothe | Filter Kaffee 100

    Manikin od dłuższego czasu celuje w formę kompaktowych EP-ek, co automatycznie przekłada się na długość i ilość materiału. Okazuje się że otrzymujemy standardowo płyty o czasie trwania klasycznego, winylowego LP. Tak jest i w przypadku Filter Kaffe 100 bo to "tylko" 45 minut muzyki. Obydwaj adepci "nowej szkoły berlińskiej" stawiają na esencjonalny wymiar swojej sztuki. Materiał nie jest nowy, aż pięć nagrań pochodzi z lat 2009-2011. Jedynie utwór Raindrops jest nowszy, bo z 2014 roku. Ograniczona pojemność wiąże się też z odpowiednią kompresją czasową tych nagrań, jedynie finałowa kompozycja Midnight Session trwa blisko 17 minut. W tej palecie brzmień Frank Rothe i Mario Schönwalder brzmią jak Tangerine Dream z najlepszych lat swojej świetności. Wibrujące niczym mgławice, sekwencje tworzą swoiste transowe wiry przez co wprowadzają w pewne odrętwienie. Jedna z kompozycji Rebound jest próbą wyrwania się z tego schematu, bo dominuje tu nieco mroczny, gotycki klimat. Finałowy Midnight Sunset to dosyć hipnotyczne kaskady dźwięków. W sumie bez odkryć, ale słucha się nieźle.

    R.M.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    36,12 zł
  • Thomas Fanger, Mario Schonwalder | The Pool Concert

    Thomas Fanger, Mario Schonwalder | The Pool Concert

    Fanger i Schönwalder w skali micro, to kolejne ich wydawnictwo w formie kompaktowej EP-ki, której długość nie przekracza czasu standardowego, winylowego LP. Raptem tylko 35 minut muzyki i jedno nagranie. Kompozycja Berlin Two została zarejestrowana podczas koncertu w Stadtbad Steglitz. Jej konstrukcja odwołuje się wprost do kanonów sekwencyjnej elektroniki. Zbudowana z nakręcających się pętli, powtarzających się tekstur za którymi skrywa się tajemnicza, widmowa, ambientalna przestrzeń. Inspiracje berlińską szkołą lat 70-tych, na czele z dokonaniami takich tuzów jak: Klaus Schulze czy "środkowy" Tangerine Dream, są aż nadto słyszalne. Mimo tych wpływów brzmienie Fangera i Schönwaldera jest na tyle rozpoznawalne, iż potrafią tu odcisnąć własne piętno. Ów wycinek ich brzmieniowego świata nie powala co prawda długością, za to pozwala dokładniej cedzić poszczególne jego składniki. Całkiem miłe uzupełnienie pokaźnej dyskografii weteranów nowej szkoły berlińskiej.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1EP-CD


    43,34 zł
  • Asuntar | We are Sequenced

    Asuntar | We are Sequenced

    Super cena
    Asuntar to jeden z wielu projektów, który nie ogląda się za płytowymi kontraktami. Po prostu bierze sprawy w swoje ręce, gdy zaś "owoc pracy" dojrzeje, wychodzi na światło dzienne. Płyta We Are Sequenced to solidna dawka sekwencyjnej elektroniki, w jej kanonicznym ujęciu. Nie trudno się domyśleć iż podstawą tych kompozycji była muzyka spod znaku Tangerine Dream i Klausa Schulze. Do tego nieśmiałe dyskursy w kierunku space music i dźwiękowego bezwładu, jakże charakterystycznego dla muzyki ambient. Asuntar nawiązuje też do tematyki spod znaku science fiction, co oczywiście przekłada się na doświadczenia dźwiękowe. Mimo iż światek klasycznej elektroniki przeorany jest wzdłuż i w poprzek, to czas spędzony podczas słuchania tego albumu, nie jest bynajmniej stracony. Zimne, elektroniczne, sekwencyjne pętle katapultują w kosmiczną próżnię i bynajmniej nie zachęcają do szybkiego powrotu na Ziemię. Po prostu trwają.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CDr


    19,99 zł
  • Przemysław Rudź | Music For Stargazing

    Przemysław Rudź | Music For Stargazing

    Bestseller Super cena
    Album Music For Stargazing miał w pierwotnym zamyśle pełnić rolę użytkową i ilustracyjną. W koncepcie Przemysława Rudzia jego przeznaczeniem były urządzenia mobilne, zaś sama muzyka miała obrazować atlas nieba który byłby na nich dostępny. Jednak ów śmiały i wizjonerski projekt nigdy nie doszedł do skutku, została tylko muzyka. Po wielu modyfikacjach w końcu wychodzi na światło dzienne. Elektronika Przemka Rudzia balansuje między światem science-fiction, kosmonautyką, astronomią i filozoficznymi rozważaniami. Te ostatnie są obecne i na Music For Stargazing, to bowiem pytania o miejsce człowieka we wszechświecie i jego kosmicznym porządku. Cała muzyczna strona to skondensowany roztwór wszelakich elektronicznych stylów, inspiracji i fascynacji. Szkoła berlińska w duchu Klausa Schulze, ambientowe senne pejzaże, monumentalne formy bliskie estetyce prog rocka, psychodeliczne majaki. Rudź przetwarza te klisze, starając się budować własny świat. W jego ujęciu i oryginalności nie wkracza jednoznacznie na żadną z tych ścieżek, ale wszystkie one tworzą swoisty labirynt jaki prowadzi do muzyki opatrzonej etykietką "własna". Fantastyczny materiał do kontemplowania w domowych kapsułach i świetna odtrutka na szarówkę "codzienności".

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    29,99 zł
  • Nattefrost | 20 Years

    Nattefrost | 20 Years

    Björn Jappesen aka Natterfrost, zdążył już zaznaczyć swoją obecność w elektronicznym światku. Jak dużą? Niech przykładem będzie ów dwupłytowy zbiór, na którym to inni dokonują wiwisekcji jego nagrań. Elektroniczny światek na swój sposób celebruje tych 20 lat kariery Jappesena. Z pośród tych którzy wzięli udział w tym projekcie można wychwycić takie nazwy jak: Deutsche Bank, Current, Dan Lacksman, Synt. nl czy Mythos. Rozrzut stylistyczny jest ogromny: techno, trance, berlin school, ambient, electro. Większość z nich zbliża nagrania Natterfrost do klubowej estetyki. Formuje z nich tajemnicze, transowe energie które wkręcają w parkiet niczym powietrzne wiry. Gdzieindziej mamy robotyczną mechanikę electro, jak u pionierów gatunku, osławionych Kraftwerk. Na końcu zaś sekwencyjne pętle i ambientalne plamy, które doskonale ów taneczny żywioł. W sumie na tych dwóch wypełnionych taką mieszanką płytach, doprawdy trudno znaleźć jakieś mielizny. Istny róg obfitości i porcja nietuzinkowej, nowoczesnej elektroniki.

    R.M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    66,45 zł
  • Klaus Schulze | Live at Klangart

    Klaus Schulze | Live at Klangart

    Bestseller
    Oto jeden z bezdyskusyjnie najbardziej udanych koncertów mistrza elektroniki (nie tylko) sekwencyjnej. Poszczególne utwory, choć naturalnie różniące się aranżacyjnie, technicznie i nastrojowo od klasycznych sekwencyjnych poematów wypełniających albumy X, Moondawn albo Timewind, rozwijane zostają w jedyny w swoim rodzaju sposób, wydają się być bardzo "subtelnie podelektronizowane", eteryczne, ale niosące zawsze jednak odpowiedni groove, nowoczesne, ale nie podminowane już samplową nerwowością Royal Festival Hall. Do woli możemy tutaj podziwiać piękne wiolonczelowe impresje Wolfganga Tiepolda a także maestrię Klausa Schulze w tworzeniu podmokłych, rtęciowo mieniących się "soundscapes". Utwór I Loop You Schwindelig przynosi, zgodnie z sugestią tytułu, transowo-repetytywnie potraktowany motyw znany z płyt reaktywowanego Ash Ra Tempel Friendship oraz Gin Rose - mimo swoich ponad 25 minut utwór nie nuży, a jedynie wciąga Słuchacza w promieniującą, pulsującą mantrę chłodnych, mollowych harmonii podminowanych niesamowitym swingiem! Ozdobą niniejszej reedycji są dwa dodatkowe utwory! Short Romance znany z dziesiątego krążka Contemporary Works, a także nigdzie wcześniej nie publikowany OS 9.07, podobnie jak reszta koncertowego programu z Osnabruck wzruszający konstelacjami deszczowych, przygasłych akordów, oddalonymi, lekko "podetnizowanymi" partiami wokalnymi, tętniącym ostinatem oraz garścią tak typowo schulzeańskich barw wirujących w kalejdoskopie jeszcze raz innego tonalnego kontekstu. Koniecznie.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    62,97 zł