Napisz do nas
   


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

czwartek 19 stycznia
poniedziałek 23 stycznia

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2346 wydawnictw w ofercie
1739 dostępnych natychmiast
33070 próbek utworów
2084 recenzji płyt
21356 zrealizowanych zamówień
4304 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Generator.pl

(2349 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Mythos | Jules Verne Forever

    Mythos | Jules Verne Forever

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    70,23 zł
  • Kitaro | Grammy Nominated

    Kitaro | Grammy Nominated

    Kitaro to chyba najbardziej znany japoński artysta. Zarazem jest też to nestor jej tradycji w świecie. Muzyka Kitaro łączy w sobie ulotny dryf new age, elektronikę, rock i śmiałe nawiązywania do ludycznych tradycji japońskich. To znalazło uznanie w świecie, album Grammy Nominated jest tego przykładem dosyć wymownym. Ten zbiór 13-stu kompozycji, wybranych z przepastnej dyskografii Kitaro, zostało nagrodzonych właśnie nagrodą Grammy. Mamy zatem utwory będące wysmakowanymi, new age'owymi poematami Spirit Of The West Lake, Estrella czy Itonami. W sumie nagrywanie właśnie w tej estetyce przyniosło Kitaro, zasłużony sukces. Z czasem Mistrz zaczął coraz mocniej penetrować ludową tradycję Japonii. Ów mocny kurs na "etno" określiła znakomita seria płyt, opatrzona wspólnym tytułem Sacred Journey Of Ku Kai. Tym samym po latach eksplorowania new age'owej przestrzeni, Kitaro na stare lata wrócił do źródeł. Ta kompilacja odpowiada na pytanie, co do jego zasług.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    58,81 zł
  • Tangerine Dream | Ricochet (LP)

    Tangerine Dream | Ricochet (LP)

    Bestseller
    To nowy rozdział w muzycznym rozwoju Tangerine Dream, którego granice kończyły się w połowie lat 80 - tych albumami złożonymi z krótkich, kilkuminutowych utworów a zarazem znakomite preludium do innego blockbustera - Stratosfear. Prawdziwa ściana mrocznych wibrujących sekwencji wymieszana z ciekawymi motywami muzycznymi - dla mnie to najciekawszy styl Tangerine Dream najbliższy mojemu sercu. Wszystkie te struktury są na najwyższym poziomie z prostej przyczyny: z kilometrów taśm Froese wybrał i skompilował najciekawsze fragmenty i bardzo przyłożył się do dopracowania wszystkich detali - stąd ta płyta jak dla mnie brzmi wciąż świeżo i niezwykle.
    Płytę wystylizowano na album live ale naprawdę to właściwie dopiero w studio dokonano rzeczywistej obróbki materiału stąd notatka że album jest nagrany podczas koncertów we Francji i Wlk. Brytanii. Już pierwsza część od początku poraża mnie swą melodyką i motywami które oszczędnie eksploatowane dają niesamowity efekt. Nie ma tu ani jednego przypadkowego dźwięku, płyta jest znakomicie przemyślana i dopracowana - poszczególne elementy tworzą niesamowity nastrój wpływający mocno na emocje (bynajmniej moje). Można ten utwór podzielić na trzy części. Pierwsza - wprowadzenie - liczne wstępy, gitara elektryczna, perkusja, spokojny ale jakiś taki doniosły nastrój, który zostaje zróżnicowany i od siódmej minuty zaczyna się zaś część druga: ekspozycja - jazda bez trzymanki na rollercoasterze albo gdzieś w przestrzeni kosmicznej w nadświetlnej. Wchłania słuchacza do swego świata nie pozwalając mu na oddech. To tak naprawdę pierwszy album gdzie na taką skalę pojawia się słynny Tangerinowski pulsujący rytm. Harmoniczny styl, melodia to porzucenie tego co prezentowano na mocno eksperymentalnych płytach z lat wcześniejszych. Zamknięcie: styl wprowadzenia, uspokojenie muzycznego pejzażu.
    Drugą część otwiera przepiękne fortepianowe intro, do którego po chwili dołącza flet. Bardzo subtelna melodia stopniowo wyciszana z delikatnym brzmieniem syntezatora w tle - w końcu flet samotnie kończy tę część i gwałtownie przechodzimy to wspaniałych dźwięków elektronicznego instrumentarium - swoisty majstersztyk manipulacji odczuciami słuchacza. Kolejne pojawiające się ozdobniki, wprowadzane są dla spotęgowania nastroju i powtarzają się jako podkład. Mamy tu połączenie polifonii, rytmu i melodii w niespotykanym dotąd u Tangerine Dream sposobie. Zresztą po prostu najlepiej puścić sobie 2 część i wysłuchać. Muzyczne ornamentacje plus melodyjność tej płyty tworzą jak dla mnie niesamowity niedościgniony klimat. A na okładce jedno z ciekawszych zdjęć autorstwa Moniki Froese.

    Dariusz Długołęcki



    ...od tego albumu rozpoczęła się moja przygoda z muzyką EL i trwa po dziś dzień, mimo że upłyneło 28 lat często wracam do jej dźwięków, tej płyty po prostu nie wypada nie znać jeśli się interesuje el muzyką, raz usłyszawszy chce się jej ciągle słuchać, gorąco polecam!!!...

    PPL



    Jeden z 3 absolutnych nr 1 mojego życia. Ricochet to chyba najważniejszy wyznacznik elektroniki na lata siedemdziesiąte, oczywiście poza dokonaniami Klausa Schulze. To ile na tym albumie utrwalonych jest pomysłów tria Tangerine Dream to absolutny rekord w el-muzyce. Nic dziwnego, że swego czasu album ten gościł na 1 miejscu listy przebojów el-muzyki w Pr. 3 PR.
    Utwór pierwszy rozpoczyna się jakby marszem żałobnym z fenomenalną partią gitary Froese. Od połowy, aż do końca Ricochet Part One to już majstersztyk w dziedzinie nakładania sekwenci. Dzieje się tu czasami tak wiele, że słuchacz czuje się jakby pędził w otchłań bez końca. Ale koniec następuje w pięknym i smutnym stulu. Część drugą rozpoczyna piano - także fenomenalne [ten wyraz powinien być kojarzony z tą płytą]. Coś jakby z epoki romantycznej. Piano przechodzi w sekwencję, sekwencja w solo itd... Nie posłuchasz, nie zrozumiesz. To co jeszcze wyróżnia tę pozycje to barwy brzmień. Ilu twórców muzyki [nie tylko el] nie potrafi oderwać się brzmieniowo od Ricochet. Bo i po co. Brzmienia są doskonałe i rewelacyjnie dopasowane. I pomyśleć, że jest to jedynie montaż z trasy koncertowej z roku 1974...
    Album to dowód na to, że improwizacja jest doskonałym narzędziem przy tworzeniu i graniu elektroniki, szczególnie tej berlińskiej. Szkoda tylko, że niektórzy artyści nie mają takich zdolności do jej wykorzystywania jak ten pamiętny skład Tangerine Dream.

    Wojciech Suchan



    Tangerine Dream to zespół, który wciąż zaskakuje nowymi pomysłami - od przeszło 30 lat na muzycznej arenie. Ewolucja jaką przechodzi muzyka tego (najczęściej) tria z Niemiec, zachwyca, zmusza do refleksji i pobudza a niejednokrotnie zniewala i pociąga za sobą całe rzesze fanów. RICOCHET to według mnie jeden z bardziej udanych albumów Tangerine Dream - dzisiaj już 28 letnie dzieło to skrócony zapis z ponad 90 godzin (!) muzyki zapisanej w studiu po koncertach we Francji. Edgar Froese i jego koledzy z jednego w zasadzie tematu uczynili majstersztyk. Płyta wcale nie nudzi, jest ciekawa melodycznie od samego początku do końca. Muzycy do maksimum chyba wykorzystali możliwości ówczesnych syntezatorów analogowych... i na pewno im się to udało. Jedyną wadą albumu jest to, że jest za krótki... ale na szczęście są inne płyty Tangerine Dream, można też włączyć "repeat" w odtwarzaczu CD. Na podsumowanie ciekawostka dla starszych słuchaczy i fanów Tangerine Dream: czy ktoś rozpoznał ongiś w Dzienniku TV podczas prezentacji pogody podkład muzyczny, którym jest właśnie główny motyw muzyczny ,Ricochet?
    Mandarynkowe sny niech wracają do Was - mili słuchacze ... nawet rykoszetem...

    Mariusz


    ...to modlitwa - nie muzyka ....

    ???



    13 lat temu koleżanka pożyczyła mi kasetę magnetofonową, twierdząc że jest tam fajna muzyka, gdy ją przesłuchałem byłem oczarowany, to był Ricochet. W ten sposób zaczęła się moja przydoda z Tangerine Dream. Obecnie mam 30 lat i nadal Mandarynki są moim najlepszym zespołem. Pozdrawiam wszystkich fanów i tych którzy dopiero zaczynają zagłębiać się w mandarynkowe światy.

    Łukasz 1976.

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 1LP


    103,78 zł
  • Tangerine Dream | Stratosfear (LP)

    Tangerine Dream | Stratosfear (LP)

    Oprócz dobrze znanego instrumentarium muzycy zaskoczyli użyciem na tej studyjnej płycie całej gamy instrumentów akustycznych. Wykorzystano też komputerowo generowane sekwencje perkusyjne. Przygotowywaniu płyty w lecie 1976 roku w Audios Studio w Berlinie towarzyszył cały ciąg przykrych wydarzeń - a to kłopoty z nowym syntezatorem Baumanna a to zepsucie multi traków, systemu Dolby w studiu nagraniowym, zaginięcie taśmy matki, tajemnicze zmazanie skończonych nagrań, spalenie konsoli miksującej. Dochodziło też do tarć wewnątrz grupy na temat jakie nagrania wybrać na płytę.
    Pomimo ze cała ta płyta to klasyczne analogowe rozwinięte sekwencje to wyraźnie słychać już obranie przez zespół komercyjnego kierunku rozwoju ich muzyki. Doszły do głosu bardziej uporządkowane struktury muzyczne i wyeliminowano psychodeliczny VCS3 dając słuchaczom łatwiejszy w odbiorze materiał. Porzucili symfoniczno-progresywną ścieżkę dla czystych melodyjnych linii. Tytułowy Stratosfear - utwór nagrany w tonacji E minor rozpoczynają dźwiękiz 12 strunowej gitary - piękny, senny, rozmarzony wstęp przechodzi w hipnotyzujący pulsujący rytm - nasączona mellotronem melodia wspaniale koresponduje z delikatnymi pasażami z keyboardów, główny motyw na moogi i mellotron przewija się przez całą kompozycję by wyciszyć się i oddać pola przez ostatnie dwie minuty gitarze z delikatnym dialogiem z syntezatorami - dodajmy znakomity! The Big Sleep in Search of Hades - otwierająca i zamykająca część przypomina barokową sonatę opartą na dialogu klawikordu i mellotronowego fletu i zbudowana jest na zasadzie główny temat, interludium, powtórka, zakończenie. Interludium przypomina czasy zabaw psychodelią ale mocno zaprawione nowym brzmieniem Tangerine Dream. Utwór krotki acz bardzo treściwy, spokojnie mógłby być rozwinięty w parunastominutową suitę. 3am at the Border nastrojowy utwór, swoista reminiscencja prac Cluster. Moog, mellotron, rytmy komputerowe i Fender Rhodes wspaniale współbrzmią na 3am. Ciekawe brzmienie daje też harmonijka - gdy Franke przyszedł z nią do studia myślano, że robi sobie żarty i dopiero gdy wysłuchano efekt końcowy reszta grupy przystała na pozostawienie jej na płycie. Ten utwór jest najbardziej kosmiczno-egzotyczny, na wpół tajemnicze brzmienie oddaje wspaniale dziwny niby to spokojny nastrój który wprowadza jakiś taki podskórny niepokój.
    I wreszcie Invisible Limits. Zaczyna się jak gdyby było przedłużeniem utworu poprzedniego, powtarzające się akordy jako motyw przewodni i dołączające kolejne dźwięki - nagle dzwon urywa tę część utworu, który zmienia oblicze i odchodzi w berlińskie pulsacje by znowu dokonać wolty - piękne solówki pianina i fletu. Na tej płycie nie ma słabej części. Są tylko doskonale lub świetne.

    Dariusz Długołęcki



    Na tym albumie wprost roi się od nowatorskich pomysłów, a jednocześnie wszystkie kompozycje zinstrumentowane są z takim pietyzmem i wyczuciem, że nie może tu być mowy o przeładowaniu tematycznym bądź o jakiejkolwiek niespójności brzmieniowej. Każdy z czterech prezentowanych tu poematów ma swoją niepowtarzalną poetykę i w każdym z nich kryje się zagadka. Stratosfear to najbardziej dynamiczny, nasycony wręcz rockową ekspresją utwór. W partiach gitary czai się duch Davida Gilmoura, choć oczywiście błyskotliwa solówka Froesego nie ma nic wspólnego z kopiowaniem pomysłów bądź rozwiązań brzmieniowych gitarzysty Pink Floyd. Bardzo chwytliwa jest melodia główna, nawinięta na kruche, wyjątkowo rozmigotane ostinato. Znakomicie udało się muzykom stopniować napięcie, wywołując u słuchacza niegasnące rumieńce przez całe 10 minut tego hipnotycznego utworu.
    Moim ulubionym utworem jest miniatura The Big Sleep In The Search Of Hades. Tutaj fletowa melodia wiodąca intrygująco schromatyzowany i dziwnie alternowany temat (mogący skojarzyć się z harmoniką Claude'a Debussy'ego) spotyka się z organowym motywem, by utopić się w gęstniejącej melotronowej plamie, z której w końcówce utworu wyłoni się odległy, niespieszny rytm, na którego tle instrumenty muzyków wyczarują niewidywane nigdy dotąd zjawy w barwie siarki, przejrzałych śliwek i gliny. Pod sam koniec rozpięta znów zostaje gitarowa pajęczyna, po której spaceruje promień fletowego światła. Fletowe brzmienia (generowane zapewne z melotronu) są ogólnie niezmiernie istotnym elementem składowym tej płyty. Melodie budowane na tych brzmieniach są niebywale świeże, przekornie balansują na granicy konkretnej melodii i dysonansu, wykonują karkołomne chromatyczne akrobacje. Najdłuższy utwór, wieńczący płytę Invisible Limits, zaczyna się również taką "impresjonistyczną" partią fletu, by przejść przez fazę roziskrzonego arpeggia i rozpłynąć się w odmętach fortepianowego oceanu. Równie niesamowity jak The Big Sleep... jest trzeci utwór: 3AM At The Border Of The Marsh From Okefenokee. Idealną wizualizacją towarzyszącą tej muzyce byłby niemrawo kwitnący świt nad taką okolicą, jaką ukazuje enigmatyczna okładka całego albumu. Surrealistyczny nastrój tego obrazka potęgują zniekształcone brzmienia... harmonijki ustnej, splatającej się z oddechami całej baterii instrumentów elektronicznych. Jeśli odbiorca dobrze wsłucha się w kompozycję, około siódmej minuty wyraźnie usłyszy, jak przez granicę między błękitem a czerwienią przemaszerowują... kosmiczne owce!!!...

    I. W.


    ...słuchajac Tangerine Dream nie można pominąć tego albumu, a jeszcze lepiej gdy posiadając go wraca się odnajdując coraz to nowe nastroje brzmień...posłuchać i znać należy obowiązkowo...

    PPL



    Lubię Stratosfear. Froese i spółka skorzystali na tej płycie z bogactwa brzmień akustycznych, szczególnie instrumentów dętych. Nie jest to zatem płyta całkowicie elektroniczna, ale słucha się tego z przyjemnością, brzmi inaczej niż wcześniejsze i późniejsze dokonania grupy. Po dwuczęściowych kompozycjach Rubycon i Ricochet Tangerine Dream obdarowali nas aż czterema długimi utworami. Stratosfear, pierwszy na płycie, zaczyna się nieśmałą gitarą, dalej uderza w rzewne tony, plany kolejno nabrzmiewają i gasną, powtarza się co jakiś czas ten chwytliwy motyw, a obrazu dźwiękowego dopełnia umiarkowany rytm. Ten utwór w zmienionej (na gorsze) wersji pojawił się 19 lat później na Tyranny Of Beauty. The Big Sleep... swoim tytułem sugeruje kontynuację fascynacji mitologią grecką, której wynikiem była Phaedra. Utwór znów zaczyna się motywem gitarowym z nałożoną ciekawą partią fletu. Potem pojawia się nastrój grozy i melancholii, okraszony hipnotycznymi sekwencjami tegoż fletu. Zakończenie podobne do początku - niefrasobliwa gitara. Trzeci utwór o długim tytule niesie kolejną, hipnotyczną partię fletu. Zamyka płytę Invisible Limits, jest tam i solo gitarowe Edgara Froese, i trochę szybszego rytmu, i finał na pianinie. Nieco rockowy utwór. Płyta nietypowa dla zespołu, a jednocześnie Mandarynkowa. Motywy z niej pobrzmiewają na koncertowym Encore, który klimatem stanowi echo Stratosfery.
    Muzycy po prostu na chwilę skoncentrowali się na instrumentach akustycznych, dając im dojść do głosu na płycie zawierającej mimo to (oczywiście} syntetyczne brzmienia. To chyba ciekawy mariaż.


    Michał Żelazowski

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 1LP


    103,78 zł
  • Tangerine Dream | Atem (LP)

    Tangerine Dream | Atem (LP)

    Jeżeli Tangerine Dream myślą o podreperowaniu nadszarpniętego wizerunku, jaki się ciągnie za nimi przez ostatnie lata, to wznowienia pierwszych płyt to strzał w dziesiątkę. Wydany oryginalnie w 1973r album Atem pokazuje zespół jako bezkompromisowych eksperymentatorów nie bojących się igrać z formą. Albumy wcześniejsze takie jak: Electronic Meditation, Zeit czy Alpha Centauri zawierały muzykę tworzoną intuicyjnie. I w sumie pokazały światu siłę ludzkiej wyobraźni ukrytej w nieskrępowanej niczym improwizacji. Album Atem lokuje się jeszcze po tej awangardowej stronie, chociaż muzyka Tangerine Dream nie jest już tak chaotyczna i dzika. Już otwierający całość utwór tytułowy, może posłużyć jako jedną z pierwszych elektronicznych form jakie grupa rozwinęła później. Rytualnie bijące bębny i nieco ciemne tonacje syntezatorów, tworzą iście apokaliptyczny klimat. Mimo iż Edgar Froese, Chris Franke i Peter Bauman nieco wypolerowali swoje brzmienie, nadal trudno uznać dźwięki z Atem za miłe dla ucha. Mimo to album odniósł całkiem spory sukces. Jego wielkim orędownikiem był słynny brytyjski, radiowy DJ, John Peel. Sam nieustannie przez całe swoje życie śledził nowe trendy, a muzyka z Atem zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Dla ekipy Froese'go to pierwszy krok do porzucenia chaotycznych, improwizowanych form i skierowania się ku muzyce bardziej sformalizowanej brzmieniowo. Kamieniem milowym okazała się wydana w 1974r płyta Phaedra zwiastująca narodziny elektroniki sekwencyjnej.

    R. M.

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 1LP


    72,09 zł
  • Tangerine Dream | Phaedra (LP)

    Tangerine Dream | Phaedra (LP)

    Faktura rytmiczna kompozycji Tangerine Dream ulega niebywałemu zintensyfikowaniu i "podkolorowaniu". Niekończące się arpeggia zazębiają się wzajemnie, zmieniają rejestr i barwę, to wyostrzają się, to znów rozmywają, a na tym pulsującym tle rozgrywają się kunsztownie zinstrumentowane sceny. W melodie prowadzące ciekawsko zaglądają dysonanse, muzyka porządkowana przez alternacje ostinat nabiera teraz zupełnie innego wyrazu. Dramat o Fedrze napisany jest przez Edgara Froese, Chrisa Franke i Petera Baumanna niezwykle sugestywnym muzycznym językiem. Bardzo ważne w tytułowej kompozycji płyty okazują się rozciągające się aż po horyzont dźwiękowe panoramy, ponakładane na siebie i przenikające się. Tony melotronów, organów, analogowych syntzatorów i preparowanych fortepianów malują niebywale sugestywne tło, bladosłoneczne, powleczone kożuchem błękitnoszarej mgły.
    Mysterious Semblance at the Strand of Nightmares idealnie oddaje nastrój obrazu Still Water Fernanda Khnopffa. Nad zamgloną sadzawką w pastelowej mgle pochylają się smętne, wyblakłe drzewa, odbijające się w mętny i zamazany sposób. Plamy kolejnych akordów wydają się wyłaniać niczym opary z leniwych kręgów na wodzie... A może lepszą wizualizację stanowiłby jakiś pustynny krajobraz, w którym jedyne zmiany to następujące po sobie układy kłębiastych chmur i podmuchy wiatru ogranizujące gruboziarnisty piasek w coraz to nowe wzory? Długie akordy modulowane są i odginane w różne strony przez większą część trwania utworu, dopóki jeden z instrumentów nie przejmie roli rytmicznej, wypunktowując w krótkich odstępach czasu rytm, na który nanizane zostają kolejne akordowe obłoki.
    Intrygujący obrazek stanowi Movements of a Visionary. Tutaj postrzępione pajęczyny onirycznej organowej melodii szybują i rwą się na tle kipiącego, bulgoczącego ostinata kojarzącego się z osypującą się kaskadą mokrych, mieniących się morskich kamieni o fantastycznych kształtach. Przez 8 minut zdarzają się w nieregularnych odstępach progresje tonalne, wiodąc słuchacza przez podwodne labirynty do... braku właściwej pointy, właściwego zakończenia. Ten utwór mógłby stanowić wzorzec kompozycji w stylu "ambient". Jest to niewątpliwie jeden z najbardziej zagadkowo brzmiących epizodów w dyskografii Tangerine Dream.
    Płytę wieńczy dwuminutowa zaledwie miniatura Sequent C. Ta muzyka kojarzy się z wahaniem na granicy snu i jawy, z nieśmiałym formowaniem się nierealnych obrazów natychmiast zmywanych przez kolejny głęboki oddech instrumentów...

    I. W.


    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 1LP


    106,55 zł
  • Tangerine Dream | Deep Run To Vegas (LP)

    Tangerine Dream | Deep Run To Vegas (LP)

    Dostępność: Tylko na zamówienie | nośnik: 1LP


    83,72 zł
  • Biosphere, Deathprod | Stator

    Biosphere, Deathprod | Stator

    To nie pierwsza płyta, na której wspólnie występują Biosphere i Deathprod. Obaj mięli okazję współpracować na albumie Nordheim Transformed, będącym współczesną reinterpretacją, elektroakustycznych kompozycji norweskiego pioniera elektroniki, Arne Nordheima. Podobnie jak na tamtej płycie, Stator nie jest kolaboracją. Podział jest wyraźnie zaznaczony, za trzy kompozycje odpowiada Biosphere, cztery są dziełem Deathprod. Utwory sygnowane przez Biosphere wydają się być lżejsze, bardziej przestrzenne. Delikatnie zarysowana warstwa rytmiczna, wymusza niejako ich transowy nerw. Jednakże ów trans skierowany jest wprost do umysłu, bardziej działa na głowę niż nogi. Deathprod ciągnie w nieco ciemniejsze rejony. Jego utwory wydają się być idealnych kontrapunktem dla kruchych kompozycji Biosphere. Dronowe pomruki, które przechodzą z wolna lejące się statyczne tła, mają coś z ducha izolacjonizmu ala Thomas Köner. Jego utwory dosłownie wgniatają w fotel, są niczym efekt uboczny cywilizacyjnego zgiełku, który jest przeniesiony w ambientalną niszę. Dosyć istotną rzeczą dla zrozumienia całej idei tej płyty, jest jej tytuł. Stator jest terminem używanym do określenia obrotowych i stacjonarnych części maszyn. W elektrotechnice są to papeterie automatów i urządzeń obrotowych. W lotnictwie zaś systemy które nie obracają się promieniście, np. łopatki sprężarek osiowych w turbinie gazowej. Te techniczne konteksty przekładają się na odbiór muzyki. Można zatem i poruszyć swoją fantazję (wersja dynamiczna), bądź zatrzymać ją w zawieszeniu, w totalnym bezruchu (wersja statyczna). To zarazem powrót do czysto elektronicznego grania, bez akustycznego instrumentarium. Kolejne, monumentalne dzieło gigantów norweskiej elektroniki.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    48,43 zł

  • 83,72 zł
  • Klaus Schulze | X (LP)

    Klaus Schulze | X (LP)

    Album rozpoczyna się długo wybrzmiewającymi elektronicznymi westchnieniami z metalicznym przydechem; z niemuzycznej warstwy tonów wyłaniają się stopniowo dźwięki układające się w drobne, pulsujące sekwencje. Pierwsza kompozycja dedykowana jest Fryderykowi Nietzschemu, któremu wcześniej (na debiutanckiej płycie) Schulze poświęcił już utwór Exil Sils Maria. Muzyczna biografia filozofa i poety wydaje się koncentrować na ostatnich latach jego życia - w utworze Schulzego nie słychać zapału Zaratustry, zstępującego w towarzystwie żmii i orła do mieszkańców dolin, nieświadomych śmierci Boga, a wiedza, którą posiada podmiot liryczny kompozycji nie jest już "wiedzą radosną". Melancholijne barwy instrumentów klawiszowych wpadające w wir chłodnej perkusji Haralda Großkopfa opowiadają raczej dzieje Nietzschego od momentu, gdy ze łzami w oczach uściskał biednego konia okładanego na ulicy batem. Muzyka zatacza coraz szersze kręgi, podlega dalszym dygresjom, wciąż jednak mocno trzymając się minorowego, niemal żałobnego nastroju -wrażenie tych sekwencji potęguje bardzo dynamiczna, pełna rozmaitych ornamentów ścieżka perkusyjna. Mniej więcej w połowie utworu słuchacz towarzyszy Nietzschemu podczas jednej z wycieczek w zamglone góry; czy kojące otoczenie, tak sprzyjające Zaratustrze, jest świadkiem obłędu, czy wydobrzenia filozofa? Syntezator wiodący główną opowieść ma teraz ostrzejsze brzmienie, muzyka staje się coraz bardziej rozmyta, choć ścieżka rytmiczna z perkusją na pierwszym planie bezlitośnie porządkuje cały utwór i nadaje mu aż nader wyraźne kontury. Niesamowicie brzmi fragment, w którym w melodię wkrada się pierwszy poważny dysonans - ten pozornie nie pasujący dźwięk już do końca utworu będzie się wsączał w synztezatorową pieśń, przeciągając się i wbirując, łamiąc harmonię kompozycji; muzyka nabiera za sprawą tego czterotonowego interwału znienacka podorientalizowanego charakteru, co może świadczyć o chęci ukazania - w nieco krzywym zwierciadle - motywu Zaratustry.
    Friedrich Nietzsche jest bez wątpienia jednym z najniezwyklejszych dokonań Klausa Schulze, a do tego jednym z najchętniej cytowanych w najrozmaitszych wariacjach na późniejszych koncertach; echa jednego z wątków melodycznych można odnaleźć chociażby w utworze Bellistique z albumu …live… albo w impresji Warszawa z wydawnictwa Dziękuję Poland.
    Kolejna impresja to portret młodo zmarłego poety Georga Trakla. Fascynacja twórczością Trakla to niezwykle istotny element twórczości Klausa Schulze, który najpierw poecie poświęcił miniaturę Gewitter z debiutanckiej płyty, a po albumie X uhonorował Trakla jeszcze suitą Sebastian im Traum (Audentity, 1983) oraz przede wszystkim operą Totentag (1994). Utwór osnuty jest na słabnącym, staccatowym ostinacie, robiącym wrażenie jakby odtwarzane było wspak - na tym głębokim, niskim tle rozlewa się zimna, legatowa melodia przywołująca nastrój posępnych wierszy Trakla.
    Do raptownej zmiany nastroju dochodzi przy trzecim utworze, którym jest biografia Franka Herberta. Nastrój zadumy rozproszony zostaje szorstkim, niemuzycznym akordem (bardzo silnie kojarzącym się z młodszym o rok wstepem do utworu Force Majeure Tangerine Dream), który natychmiast pociąga za sobą rozpędzone, sprężyste ostinato zbudowane na dwóch tonach składowych mollowego akordu. Z pewnością trudno byłoby nazwać ten utwór pogodnym, ale nastrój zmienia się w porównianiu z poprzednimi kompozycjami dość wyraźnie. Ostinato podlega zmianom tonacji, a na pierwszym planie słychać najfantastyczniejsze dźwięki przyszłości. Idealną wizualizacją do tej muzyki byłyby specyficzne pejzaże pustynne HR Gigera, na których skontrastowany został koloryt zimnych członów robotów oraz pogodnego beżu suchego piasku i turkusu zastygłego w bezruchu nieba.
    Z zasłuchanego, oniemiałego sitowia wyłania się o muzycznym brzasku biografia czwarta: impresja poświęcona Friedemannowi Bachowi. Plan zdominowany jest przez rozmaite szumy i poświsty, na tle których uparcie majaczy wiolonczelowa figura. Muzyka dociera do słuchacza jak we śnie, przez 18 minut uruchamiając najrozmaitsze zaskakujące skojarzenia i przydymione obrazy odbijające się w tafli rozmarzającego jeziora.
    Drugą płytę otwiera jedna z najwspanialszych kompozycji w dyskografii Schulzego: Ludwig II. von Bayern. Spośród "orkiestrowych" impresji berlińskiego artysty kto wie, czy nie ta właśnie robi najbardziej oszałamiające wrażenie. W pysznych fugach przenikających się nawzajem w niekończących się parafrazach głównego, niezwykle atrakcyjnego muzycznego tematu, pobrzmiewa zarówno barokowy rozmach jak i zamknięta w lodowych zamkach żałoba. Muzyka przetacza się przez kolejne komnaty, niczym w Masce szkałanego moru E. A. Poego malowane podług nienasyconych kaprysów króla Ludwiga II. na najrozmaitsze barwy, dopóki nie zostanie uwięziona w bezkresnym stojącym akordzie, drętwiejącym i obumierającym w nocnej zimowej scenerii. Na tle tego akordu przesuwają się jak we mgle strzępki melodii, zapomniane westchnienia, tony harmonijne i zgrzytliwe. Ten pasaż nie mógłby być ani o minutę krótszy - muzyczny portret "chwili będącej zarazem nieskończonością" jest namalowany niebywale precyzyjnie. W pewnym momencie odrętwienie zostanie jednak skruszone dalekim biciem dzwonu, po czym na scenę wkroczy posuwista, mantrowa perkusja Großkopfa, na tle której najpierw słychać będzie tylko demoniczne echo dzwonów, potem atonalizujące pizzicato, a wreszcie powtórzenie głównego tematu, wykonane w wersji staccato. Muzyka zamknięta w zardzewiałej kropli starego dzwonu spadnie z rozpryskiem na ziemię i utwór w blisko 29 minucie trwania dobiegnie końca. Bohaterem ostatniej impresji jest Heinrich von Kleist. Ironia i groteska miesza się tu z zadumą i tragedią, co podkreślają zmiany kolejnych muzycznych wątków. Utwór brzmi niezwykle eterycznie i sennie, utworowi brak wyraźnych konturów i porządkującego rytmu, przez co przekracza śmiało bariery muzyczno-literacko-malarskiej wyobraźni. Główny motyw budujący tę kompozycję stał się obok wątku Fryderka Nietzschego żelaznym punktem wielu koncertów Schulzego (podlegajac oczywiście najrozmaitszym zmianom): wystarczy wspomnieć kompozycję Heart (…live…, 1980) oraz fragmenty koncertów w Polsce w roku 1984.
    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 2LP


    84,87 zł