Napisz do nas
   


Kategorie

TERMINY WYSYŁKI

poniedziałek
środa
piątek

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Popularność 2

(135 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Klaus Schulze | Moondawn (LP)

    Klaus Schulze | Moondawn (LP)

    Pierwsze nagranie rodzi się pośród zamglonych, spowitych tajemniczym mrokiem fal, z których najpierw wynurzy się recytowana introdukcja (na ileż lat przed samplowanymi głosami wychylającymi się z dźwiękowych pokładów utworów Yen albo The Dome Event!), a następnie wysączą się posępne opary akordów. Atmosferyczny początek poprowadzi słuchacza ku jednemu z najwspanialszych fragmentów całej dyskografii Klasua Schulze: z omszałego tunelu tajemniczych, osowiałych dźwięków, wypływa powoli stereofoniczna sekwencja wielokrotnie zmieniająca rejestr, unosząca się na czarnych wodach wciąż zaciągniętego mgłą tła niczym lekki kawałek kory poruszany niewidocznym wiatrem (zapewne Wiatrem Czasu...). Na pierwszym planie wykwitają najrozmaitsze wzory kierujące się ku celowi wodnej podróży tylko swą intuicją - w tle gęstnieje zaś ścieżka perkusyjna wspaniale wyznaczana przez Haralda Grosskopfa, nabierająca coraz bardziej opływowych kształtów i zrównująca się głośnością z głównym sekwencerowym akompaniamentem. Muzyka tętni coraz bardziej nieposkromionym temperamentem, aż znajdzie swoje wyładowanie w wygasającym ponurym echem, lodowatym finale. Drugi utwór także zaczyna się bardzo statycznie i melancholijnie - być może wyblakłe, pozbawione oczu podziemne ryby kryją się przy smolisto czarnych ścianach swych królestw, zaniepokojone zbliżającym się pomrukiem burzy, mogącym zwiastować trzęsienie ziemi? W przejmującej introdukcji do suity Mindphaser czai się coś niesamowitego i tragicznego. Muzyka wzbiera w pewnym momencie na sile, syntezatorowe akordy mętnieją i wzburzają się... aż dojdzie do niespodziewanego wkroczenia potężnej ścieżki rytmicznej, przykrytej pieniącymi się falami masywnych organowych akordów. Harald Grosskopf improwizuje na swym zestawie perkusyjnym nie mniej interesująco, niż gdyby była ona syntezatorem pełnym najniezwyklejszych możliwości - Klausa Schulze podsuwa kolejne akordy, tężejące i przeobrażające się w pomniki przemarzniętych dźwięków. Ten nastrój utrzyma się już do końca utworu, pozostawiając jedynie spopielałe obłoki wymierających mrocznym echem poszumów i poświstów.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    97,74 zł
  • Klaus Schulze | Interface (LP)

    Klaus Schulze | Interface (LP)

    Klaus Schulze jest mistrzem w tworzeniu alternacji mollowych akordów - dziwić więc może utwór brzmiący wręcz pogodnie. Wstęp do kompozycji On The Edge prędzej skojarzyć się może z propozycjami duetu Double Fantasy z płyty Universal Avenue (dla zainteresowanych: wydanej nakładem Innovative Communications) niż z jakąkolwiek płytą Klausa Schulze. Akordy o nieregularnej budowie zlewają się ze sobą i układają w tło na którym zabrzmią wariacyjne główne partie instrumentów. Akcent pada na powracający kilkakrotnie "klaksonowy" motyw, wywołujący pewne skojarzenia z nagraniami spod znaku Drive Inn. Z kolei linia rytmiczna bardziej kojarzy się z twórczością Billa Laswella albo wspominanym Double Fantasy (tudzież najmłodszym wcieleniem Tangerine Dream, jeśli już szukać przykładów w obrębie Szkoły Berlińskiej) niż z jakimkolwiek dotychczas słyszanym "schulzeańskim ostinatem"... Płyta zapowiada się zatem wyjątkowo interesująco, choć podejrzewam, że ortodoksyjnych miłośników Schulzego może wprawić w osłupienie.
    Drugi utwór, Colours In The Darkness, jest nie mniej nowatorski, chociaż tu wyraźnie słychać już, iż klawisze naciskają te same ręce co na płytach Drive Inn i Dziękuję Poland (wciąż jednak, jak widać, nieodparcie nasuwają się skojarzenia nie tyle z dawniejszą twórczością Schulzego, co z dokonaniami tandemu Schulze / Rainer Bloss...) "Uskakujący" rytm znów osiąga zdumiewającą jak na Klausa Schulze ilość bpm, na pierwszym planie wibrują, pulsują i zasupłowują się natarczywe brzmienia przywołujące na myśl dalekie skojarzenia z Telefon Anruf grupy Kraftwerk, natomiast w tle snuje się typowo "schulzeańsko-blossowska" melodia, rozmazująca się rzeczywiście jak światła reflektorów na poruszonym zdjęciu.
    Utwór The Beat Planante nie wnosi już właściwie nic nowego w porównaniu z poprzednimi kompozycjami, ale słucha się go z przyjemnością. Ma podobne brzmienie do On The Edge, ale jest nieco bardziej "zadumany". Dominującą rolę ma "rozstukany" rytm, wywołujący wrażenia napięcia które musi zostać rozładowane: dojdzie do tego w środkowej części utworu, kiedy pojawi się żywa perkusja, ale potem znów ustąpi ona miejsca upartemu "niekompletnemu" rytmowi tworzącemu szkielet kompozycji od jej początku. Potem zaś rozpoczyna się najwspanialszy utwór: ponad 24-minutowa kompozycja tytułowa. Od strony formalnej dzieje się w tym utworze zdumiewająco mało, ale nie jest to żaden mankament. Podkład perkusyjny wprowadza słuchacza w trans, a pierwszy plan zagospodarowany jest przez miaukliwe, przeciągające się i prężące kaskady syntezatorowych (lub też komputerowych, zważywszy rok wydania płyty) dźwięków. Muzyka zmienia kilka razy rejestr i nastrój (gdzieniegdzie wpleciony zostaje patetyczny, durowy akord), a brzmienia warstwy rytmicznej to uspokajają się, to znów kipią i skwierczą, ociekając migotliwymi barwami. Na myśl przychodzą niekończące się wariacje z płyt Body Love i ...live... (mam na myśli szczególnie nastrój kompozycji Sense), ale równie dobrze mógłby to być zapis improwizacji Jean-Michela Jarre'a, który świeżo po koncercie w Chinach zasiadł za swymi urządzeniami aby pobawić się muzyką dla własnej przyjemności. W Inter*Face udało się Klausowi Schulze popisowo połączyć nowoczesne, świeże brzmienie z najlepszymi patentami sprzed lat.

    I. W.


    Poznawanie twórczości Klausa Schulze jest chyba jeszcze trudniejsze niż poznawanie Tangerine Dream. Klaus wydał mnóstwo płyt, a dodatkowo jego dyskografię wzbogacają specjalne edycje liczące po kilkanaście CD. Nie wszystko jednak co zrobił Klaus Schulze podoba mi się. Zdecydowanie wolę płyty, na których gra on "klasyczną" elektronikę, bez wtrąceń z muzyki operowej i poważnej. Płyta Inter*face wydana w 1985 roku to Schulze. którego lubię. Zaskoczył mnie trochę pierwszy utwór On the Edge - toż to prawie elektroniczny pop, oczywiście wysokiej próby! Muzyka relaksująca, wprawiająca w pozytywny, miły nastrój. Kolejne utwory to już poważna elektronika. Klaus Schulze przestrzennie i bogato improwizuje na tle monotonnego perkusyjno-sekwencerowego rytmu.
    Ostatnie 24 minuty CD wypełnia tytułowy Inter*face. Obfituje on w zmiany nastroju, umożliwa zatopienie się w dźwiękach. Tak odbierałem również utwory z płyty Body Love. Pod koniec kompozycja staje się bardzo dynamiczna i monumentalna. Inter*face to płyta, do której lubię powracać i odkrywać ją na nowo.

    Lord Rayden

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    97,74 zł

  • 64,26 zł
  • Vangelis | Heaven and Hell (LP)

    Vangelis | Heaven and Hell (LP)

    Niemożliwe jest opisywanie tego co dzieje się na tym albumie muzycznie gdyż mamy tu taka miksturę dźwięków i nastrojów którą trudno tu oddać słowami i ubrać w przystępny opis. Zacznę od końca czyli tracklisty ze względów na opisy utworów z LP jakie będę stosował przybliżając tą płytę. Chodzi o to że wydania CD Heaven and Hell dzielą suity na:
    1. Heaven and Hell (part one) 21:58 (wliczając 4:58 So Long Ago, So Clear)
    2. Heaven and Hell (part two) 21:16
    ale niektóre analogi mają bardziej szczegółowy podział :
    1. Heaven and Hell, Part One 21:58
      • Bacchanale 4:40
      • Symphony to the Powers B 8:18
      • Movement 3 4:03
      • So Long Ago, So Clear 5:00
    2. Heaven and Hell, Part Two 21:16
      • Intestinal Bat 3:18
      • Needles and Bones 3:22
      • 12 O'Clock 8:48
      • Aries 2:05
      • A Way 3:45
    i tym podziałem się posłużę.

    Heaven and Hell rozpoczynał okres pracy w Nemo Studios i początek prawdziwej kariery międzynarodowej i był pierwszym albumem zrealizowanym dla RCA. Płyta została odnotowana na listach przebojów co zaowocowało niesamowitym ponoć koncertem w Royal Albert Hall. Wtedy gwiazdą wytworni był

    Rick Wakeman

    i pokłosie właśnie progresywnego rocka na tej płycie wyraźnie słychać.
    Część pierwsza zaczyna się od Bacchanale. Utwór rozpoczyna się od samotnego akordu keyboardów do którego dołącza po chwili współbrzmiący z nimi chór by eksplodować w końcu perkusją i całym kompleksem pasaży na syntezatorach, dźwiękami z Fender Rhodesa wybrzmiewających na tle mooga i chóralnych śpiewów przywodzących na myśl potępieńcze krzyki. To zdecydowanie Hell - nagle wszystko gwałtownie cichnie i syntezatory znowu powtarzają uporządkowaną strukturę, dołącza do nich chór i kolejne powtórzenie dzikiej jazdy naśladującej cierpienia potępionych poddawanych torturom. To chyba zdecydowanie najbardziej prog rockowa część płyty przypominająca

    ELP

    czy

    Wakemana

    . Muzyka atakuje słuchacza czymś w rodzaju imitacji wojny między dobrem a złem za pomocą dźwięków cichnących i wybuchających na nowo. Utwór ukazuje bardziej agresywną stronę muzyki

    Vangelisa

    .
    Symphony to the Powers B to centralna część pierwszej suity, rozpoczyna je emulowane intro na panino, przechodzący w kosmiczne brzmienia, tak charakterystyczne później dla

    Vangelisa

    , do których dołącza chór wyśpiewujący w rytmicznym, prawie pompatycznym nastroju łacińskie teksty przydające tej muzyce coś na kształt jakiegoś religijnego obrządku. Wtedy też na zasadzie kontrapunktu, dochodzi do konfrontacji męskiej i żeńskiej części chóru anielskich i demonicznych sił wspieranych brzmieniem fortepianu, trójkąta i orkiestry. Dźwiękowo także dochodzi do gwałtownych zmian - od pełnego brzmienia orkiestry wspartego talerzami do delikatnych bramień fortepianu i perkusyjnych przeszkadzajek. W tym utworze najczęściej dopatruje się inspiracji Carminą Burana,

    Karla Orffa

    . Frenetyczne tempo inspirowane pracami tego twórcy w To the Powers B podkreśla dodatkowo także klasyczna technika gry na fortepianie. Mamy tu sporo porywających orkiestracji i wstawek etnicznych z Grecji. Przez kilka minut fortepian i chór i orkiestra otaczają słuchacza z niezwykłą burzą dźwięków aby przejść do crescendo pod koniec tej części .
    Z tej kakafonii dźwięków wpadamy w stonowany Movement 3. Rozpoczyna się melancholijną partią fortepianu, syntezatora - po chwili otrzymujemy ferię głośniejszych dźwięków wspartych przez chór - radzę zwrócić uwagę na tę kompozycję, przede wszystkim na główne brzmienie, wszak to nic innego jak wyciszona, pierwocina tytułowego utworu z Chariots Of Fire! Po drugie ten przepiękny, najbardziej przypominający późniejsze dzieła el

    Vangelisa

    fragment ma swoją drugą historię związaną z bardzo popularnym serialem dokumentalnym z lat 70 -tych

    Carla Sagana

    Cosmos, gdzie ten utwór był tematem przewodnim.
    Wreszcie So Long Ago, So Clear, gdzie falset

    Jona Andersona

    słodki i relaksujący przynosi ukojenie po agresywnej muzyce części pierwszej. Delikatny, sentymentalny duet powstał w ciekawych okolicznościach. Ponoć

    Anderson

    chciał ściągnąć

    Vangelisa

    na keybordzistę do

    Yes

    .

    Vangelis

    odmówił przyłączenia się do tej legendy progresji ale za to Anderson wystąpił na tej płycie. Dostajemy tu delikatne brzmienia Rhodesa połączone z harmoniami śpiewu - pozytywne i romantyczne liryki tworzą gorzko słodki rezonans z interpretacją Andersona przepełnioną jakimś wewnętrznym smutkiem.
    Część II jest jeszcze bardziej mistyczna, rozpoczyna ją czysta improwizacja Intestinal Bat zbiór brzmień, dzwonków i harf tajemniczych i przyprawiających o dreszcze mrocznych dźwięków - kończy się to intro szokującym brzmieniem skrzypiec. Po tym dziwnym wprowadzeniu czas na Needles and Bones rytmiczny lecz wciąż tajemniczy fragment muzyki z słyszalnym wpływem greckiego folkloru z chórami, keyboardami i dzwoneczkami w stylu

    Oldfielda

    przypominający wyszukane pląsy .
    Nagle muzyka zmienia się i kolejny utwór 12 O'clock rozpoczyna melancholijna melodia której po chwili wtórują na wpół gregoriańskie chorały podparte wolnym tonem perkusji na tle których słychać najpierw jakby lament mężczyzny a następnie kobiety - czyściec? Nagle słyszymy rytm wybijany na bębnach który nabiera siły i splata się z dzikimi dźwiękami z syntezatora- mamy chwile ciszy przerywane przeraźliwymi dźwięki, przerywane nagłymi i krótkimi chaotycznymi eksplozjami muzyki znikającymi tak szybko jak się pojawiają wymieniających się z imitacją na keyboardy ludzkich głosów, nagła cisza i kolejne powtórzenie chorału z dźwiękiem dzwonu w tle - memento mori? - dochodzi współczesny chór, kory oddaje pierwszy plan - niezwykły glos

    Very Varoutis

    daje wyobrażenie jak brzmieć powinien anielski głos, jej wokaliza rośnie z minuty na minutę w siłę by w końcu zejść jakby na dalszy plan i oddać pola męskiemu chórowi. Niezwykła pełna emocji wokaliza współbrzmiąca wspaniale z prostą elegancją muzyki. Dla mnie najbardziej przepyszny fragment płyty, również wykorzystany w serialu Cosmos.
    Ale kiedy myślimy że wszystko już wybrzmiało przechodzimy do Aries pełnej eksplodujących orkiestracji. Ten pełen splendoru i mocy utwór konczy się gwałtownie i wpada w delikatną melodię A Way w spokojny, stonowany sposób zamykającą album co kontrastuje z jego początkiem. Delikatność tego utworu pozwala słuchaczowi ochłonąć po porcji muzyki jaką serwuje

    Vangelis

    . Kończy się niepostrzeżenie wyciszeniem.
    Mamy tu kreację szerokiej wariacji nastrojów i kontrastów co tłumaczyć należy tytułem - płyta koncepcyjna opowiadająca o przepaści między dobrem a złem.

    Vangelis

    uczynił to poprzez wysublimowaną i wyszukaną w każdej minucie tej płyty muzykę. Nie da się jednoznacznie zaszufladkować tej płyty: czasami symfoniczny, momentami etniczny mocno progresywny jest dziwnym i pięknym zarazem eksperymentem nigdy więcej przez

    Vangelisa

    nie powtórzonym a zarazem to podwalina pod kolejne arcydzieła oparte na chórze i harmoniach, które odnajdujemy w Opera Sauvage i Chariots Of Fire.

    Dariusz Długołęcki



    Heaven and Hell - czyli niebo i piekło. Faktycznie

    Vangelis

    ten album, który poniekąd należy już do historycznych dzieł z gatunku el-muzyki zaskakuje dwoistością formy. Ale z pewnością po raz kolejny jak na mistrza przystało nie rozczarowuje. Wręcz przeciwnie... tematy ,,piekielne,, są niespokojne, nieraz z lekka agresywne, pełne przerażenia i strachu a z kolei ,,niebiańskie,, wyciszone, uspokojone i kojące z fantastycznym utworem ,12 o'clock. Partie chóralne i wokal żeński wspaniale harmonizują z muzyką i podkreślają jeszcze bardziej atmosferę całej płyty. To jeden z albumów

    Vangelisa

    , do których często powracam, choć cenię sobie całą twórczość tego wybitnego greckiego kompozytora, który w pełni zasłużył na Oskara tylko dlaczego tylko za Rydwany Ognia? I dlaczego tylko Oskara? Polecam każdemu fanowi

    Vangelisa

    - to muzyka, którą można kupować "w ciemno" bez odsłuchu w sklepie a dopiero po rozpakowaniu w zaciszu własnego mieszkania, najlepiej wieczorem ze słuchawkami na uszach Piekło i niebo na ziemi zapewnione na kilkadziesiąt minut.

    Mariusz

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    92,96 zł
  • Amiga Electronics

    Amiga Electronics

    Wytwórnia Amiga w latach 80, z całkiem niezłym efektem promowała muzykę elektroniczną w siermiężnej, komunistycznej rzeczywistości Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Koncern Sony w formie tego 5-cio płytowego boxu, w formacie CD wznawia raptem skromniutki wycinek jej katalogu. Warto jednak zawiesić ucho, bowiem te płyty pojawiają się w wersji kompaktowej po raz pierwszy. Dla wielu ta muzyka i artyści, będą nie lada odkryciem a więc:
    CD1 Rienahrd Lakomy & Rainer Oleak Zeiten Wspólny album Reinharda Lakomy'ego i Rainera Oleaka to próba nieco innego podejścia do tradycyjnej elektroniki sekwencyjnej. Na tyleż osobliwa, iż brzmi jak podrasowane, metaliczne electro. Obaj uciekają jak najdalej od melodii, serwując za to atonalne eksperymenty i dźwiękowe dziwactwa niczym z "kapsuły przyszłości". Kawał znakomitego, eksperymentalnego i niełatwego grania. Wyborna płyta, jak najbardziej godna uwagi.
    CD2 SERVI Rückkehr Aus Ithaka
    Jedna z ciekawszych pozycji wydanych nakładem Amigi. Wspólny album Jana Bilka i Thomasa Nawki. Debiut RückkehrAus Ithaka to udana, stylistyczna wolta gdzie nastrojowe melodie z czasem przepoczwarzają się dosyć abstrakcyjne konstrukcje o nieco surrealistycznym posmaku. Odniesienia do muzyki J.S. Bacha, klasyków muzyki elektronicznej, które z wolna dryfują w kierunku dalekowschodnich medytacji. Elektronika która z zdaje się być już postmodernistyczną łamigłówką.
    CD3 Jürgen Ecke Sound-Synthesis
    Urodzony w 1957r w Berlinie Jürgen Ecke, od końca lat 70 produkował muzykę na potrzeby filmu i telewizji w NRD. Wydany w 1986r album Sound-Synthese to faktycznie przedziwny kalejdoskop wielorakich stylów. Od siermiężnego popu, rytmiczny wykop ala electro-funky aż po nieśmiałe umizgi w kierunku syntezy brzmień muzyki klasycznej i elektroniki. Całkiem udana próba wyciśnięcia z syntezatorów i automatów perkusyjnych, czegoś więcej niż tylko sekwencyjnych pętli.
    CD4 KEY Key
    Key, grupa która powstała w 1984r z inicjatywy Franka Fehse i Anderasa Fregina. Jej wizytówką była niezwykła mieszanka electro popu i klasyki. Album Key ukazał się pierwotnie w 1988r, tuż po jego wydaniu zespół się rozpadł. Wspomniana płyta zawiera niemalże wszystkie składowe ich stylu. Nie brak też interpretacji będących wówczas na topie, filmowych motywów znanych z telewizyjnych i kinowych przebojów. Motywy słynnych Crocket Theme Jana Hammera doskonale kojarzonego z serialem Miami Vice czy Alex F z Gliniarza z Beverly Hills, kapitalnie uzupełniają ten świetny, popowo-elektroniczny album.
    CD5 HANS-HASSO STAMER Digital Life
    Artysta który nie pozostawił po sobie wielu śladów. Wydany w 1989r Digital Life to prawdopodobnie ostatni, elektroniczny album wydany przez NRD-owską, państwową Amigę. Przy realizacji tych nagrań Stamer wykorzystał cyfrowe syntezatory firm: Yamaha i Roland. Mimo iż to popis komputerowego programowania, sama muzyka wydaje się być lekka, przyjemna i pozbawiona "cyfrowej" bezduszności. Stamer starał się wytworzyć tu pewną korelację na linii: elektronika - muzyka symfoniczna. W tle podszywa to wszystko ambientową przestrzenią. Tą symbiozę najlepiej słychać w jego interpretacji Bolera Ravela. Całkiem udane zakończenie tego mini leksykonu na temat elektronicznej muzyki z byłej NRD.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 5CD


    75,53 zł
  • Klaus Schulze | Dziekuje Poland (2LP)

    Klaus Schulze | Dziekuje Poland (2LP)

    Moja przygoda z muzyką elektroniczną zaczęła się na dobre ponad pięć lat temu. Któregoś wtorkowego wieczoru w "Kocham Kino" emitowany był film "Złodziej" (Thief), z James'em Caan'em w roli głównej. Pani Grażyna Torbicka (która w kilku słowach opowiada o filmie przed jego emisją) zachwalała świetnie zgraną ze zdjęciami muzykę bardzo wówczas popularnego zespołu Tangerine Dream. Jako że muzyka w filmie ma dla mnie bardzo duże znaczenie (Ennio Morricone i Vangelisa uważałem wówczas za najlepszych kompozytorów muzyki filmowej) z dużym napięciem czekałem na to, jaki rodzaj muzyki usłyszę w filmie (muszę zaznaczyć, że wcześniej nigdy nie słyszałem o "jakimś tam" Tangerine Dream). I co się okazało? Okazało się, że muzyka to prawdziwy majstersztyk, a utwór który słychać po końcowej strzelaninie i na napisach końcowych zmienił moje dotychczasowe wyobrażenie o muzyce w filmie (chciałbym jednocześnie zaznaczyć, że sam film uważam za jeden z najlepszych filmów sensacyjnych jakie miałem przyjemność oglądać). No i tak w moim przypadku rozpoczęła się trwająca do dziś fascynacja muzyką elektroniczną. W międzyczasie dowiedziałem się o internetowym sklepie wysyłkowym Generator.pl (w kupionej w salonie Traffic-Club płycie Tangerine Dream znajdowała się naklejka z adresem pocztowym i internetowym sklepu Generator.pl), dzięki któremu poznałem takich twórców jak Florian Fricke (Popol Vuh), Wendy Carlos, Mike Oldfield czy Klaus Schulze.Tak na marginesie: mam nadzieję, że Generator będzie jeszcze funkcjonował przez długie lata, czego Panu Ziemowitowi serdecznie życzę.
    Jako że nie ograniczam się do słuchania płyt tylko jednego artysty, ostatnio postanowiłem poznać twórczość pioniera niemieckiej muzyki elektronicznej - Klausa Schulze. Jako pierwsze nabyłem te płyty, które sam Klaus na swojej oficjalnej stronie internetowej ocenia jako najlepsze. Gdy "zorientowałem się", że twórczość Klausa Schulze warto poznać trochę dokładniej zdecydowałem się zakupić album Dziękuję Poland (przez ostatnie kilka dni z "uporem maniaka" słucham tylko tego albumu). I to właśnie ten album chciałbym pokrótce zrecenzować na co wpływ ma również fakt, że urodziłem się właśnie w 1983 r.
    Nie chcę skupiać się na technicznej stronie muzyki, gdyż nie potrafię opisywać muzyki tak plastycznie jak chociażby Pan I. W.. Chciałbym natomiast w kilku zdaniach uzewnętrznić emocje towarzyszące mi podczas odsłuchiwania poszczególnych utworów. Pierwszą płytę albumu otwiera utwór Katowice. Trudno znaleźć słowa które w pełni oddawałyby uczucia (stan umysłu) towarzyszące słuchaczowi w trakcie stopniowego rozwijania się głównych "wątków" muzycznych tego ponad 25-cio minutowego utworu. Ja odczuwam nieopisaną radość, czuję że mój umysł penetruje te obszary mózgu gdzie znajdują się nasze dotąd niezrealizowane marzenia i pragnienia, gdzie przechowywane są wspomnienia naszych najszczęśliwszych chwil w życiu. Utwór jest niesamowicie melodyjny i łatwo się go słucha (bo niektóre utwory Klausa Schulze - co tu dużo mówić - wymagają niezwykle elastycznego umysłu, otwartego na muzyczną awangardę), a gdy przebrzmiewają ostatnie dźwięki tego porywającego utworu człowiek czuje lekki smutek, że to już koniec (ale od czego jest przycisk "repeat" na pilocie ?). Takiej muzyki powinno się w szczególności słuchać w chwilach zwątpienia (w siebie, ludzi, otaczający nas świat), gdy człowiek potrzebuje dużej dawki pozytywnej energii i wiary, że wszystko ułoży się po naszej myśli. Pod koniec utworu pojawiają się motywy muzyczne, które na albumie X składają się na utwór Ludwig II von Bayern (gdy pierwszy raz słyszy się oryginalna wersję tego utworu człowiek może odnieść wrażenie, że Klaus jest współczesnym Mozartem). Są one świetnym zakończeniem naprawdę niezwykłego, muzycznego "obrazu" Katowic. Z Katowicami bezpośrednio wiąże się utwór bonusowy drugiej płyty Dzien Dobry. Można powiedzieć, że jest to lekko zmieniona (ale dorównująca oryginałowi pod względem oddziaływania na umysł słuchacza) wersja Katowic. Zupełnym nieporozumieniem jest natomiast dla mnie utwór bonusowy z CD1. Hip-hopowy dotyk Midasa jest nudny i monotonny, a na dodatek zupełnie nie pasuje do zamieszczonych na obu krążkach "metropolitalnych" kompozycji. Pozostałe utwory to stojąca na odpowiednio wysokim poziomie muzyka, nie robiąca jednak na słuchaczu (przynajmniej na mnie) tak wielkiego wrażenia jak opisane powyżej Katowice czy Dzien Dobry. W nich również pojawiają się motywy z utworów składających się na album X (m.in. Friedrich Nietzsche i Ludwig II von Bayern). W niektórych fragmentach słychać też echa Wiatru Czasu.
    Podsumowując album Dziękuję Poland polecam wszystkim, którzy chcą poczuć na "własnej skórze" magiczny wpływ kapitalnych utworów Katowice i Dzien dobry. I choćby ze względu na te dwa utwory warto zaopatrzyć się w album Dziękuję Poland. Jednak ostrzegam: działają one na umysł słuchacza jak narkotyk, powodując murowane "okresowe" uzależnienie.

    PS. Album Dziękuję Poland uważam osobiście za odrobinę lepszy od albumu Poland Tangerine Dream. A wy jak uważacie?

    Tadeusz Moskwiński


    Wspólnie z Rainerem Blossem, Klaus Schulze pojawił się w Polsce w 1983 roku mimo jeszcze obowiązującego wtedy stanu wojennego. Widocznie PAGART miał mimo wszystko odpowiednie kontakty. Jednak dwie czarne płyty ukazały się dopiero w 1985 roku.
    Jak sam twórca zauważa na okładce albumu, nie zamierzał wydawać kolejnego krążka koncertowego. Nagrywał tylko dla własnych potrzeb (na magnetofonie cyfrowym). Jednak atmosfera koncertów i spontaniczność publiczności spowodowały, że zdecydował inaczej. Dziękuję Poland ujrzało światło dzienne. Dobrze się stało. Nie jest łatwo pisać obiektywnie o artyście, którego wysoko się ceni i uwielbia. Dlatego nie będę się rozpisywał na temat zawartości płyt. Niech za ocenę służy jedno zdanie: "Proszę Państwa, oto Klaus Schulze, Rainer Bloss i ich muzyka".

    El-Skwarka

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2LP


    118,61 zł
  • Gert Emmens | Stories from Floating Worlds

    Gert Emmens | Stories from Floating Worlds

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    67,10 zł
  • Steve Roach | Nostalgia for the Future

    Steve Roach | Nostalgia for the Future

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    67,28 zł
  • Tangerine Dream | Force Majeure (eng)

    Tangerine Dream | Force Majeure (eng)

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: książka


    283,18 zł
  • Cosmic Ground | Live

    Cosmic Ground | Live

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    58,39 zł