Napisz do nas
   


Kategorie

NAJBLIŻSZA WYSYŁKA:

poniedziałek 25 września
czwartek 28 września

S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2346 wydawnictw w ofercie
1739 dostępnych natychmiast
33070 próbek utworów
2084 recenzji płyt
21356 zrealizowanych zamówień
4304 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Popularność 5

(420 albumów)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Klaus Schulze | Eternal - the 70th Birthday Edition

    Klaus Schulze | Eternal - the 70th Birthday Edition

    Nowość

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 2CD


    67,23 zł
  • Klaus Schulze, Solar Moon | Ultimate Docking

    Klaus Schulze, Solar Moon | Ultimate Docking

    Nowość

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 2CD


    67,08 zł

  • 39,99 zł
  • Klaus Schulze | En=trance (remastered 2017)

    Klaus Schulze | En=trance (remastered 2017)

    Trudno powiedzieć, co przede wszystkim sprawia, iż muzyka wypełniająca tę płytę kojarzy się z tajemniczymi, zamkniętymi pokojami, nasiąkniętymi aromatycznymi kolorami. Podejrzewam, iż odpowiedzialne za taki efekt jest ustawienie proporcji wszystkich głosów: chyba po raz pierwszy na albumie Klausa Schulze wszelkie muzyczne wątki dobiegają do uszu słuchacza "z tego samego poziomu". Mimo barokowej rozmaitości tematów i dużej inwencji melodycznej przez dłuższy czas brak tu tajemnicy, czającej się na ukrytym planie; nie ma tu "skradających się" motywów, rozwijających się powoli nowych tematów. Schulze zrezygnował z budowania napięcia, proponując w zamian obfita porcję rozwiązań harmonicznych i melodycznych zmieniających się znienacka, kalejdoskopowo. Ruchliwe ostinata brzmią z jednej strony bardzo atrakcyjnie, z drugiej zaś jednak brak im głębi typowej dla nagrań z albumów Moondawn bądź Mirage. Rozkwitające na podobieństwo fraktali ścieżki rytmiczne obudowują improwizowane tematy główne ciasnymi pierścieniami i wywołują specyficzne wrażenie "zamykania" tej muzyki w ścianach z nietypowego tworzywa. Pokoje są obszerne i znakomicie działa w nich klimatyzacja, ale wciąż jednak nie udaje się słuchaczowi znaleźć wyjścia z labiryntu kolejnych pomieszczeń.
    Dopiero pod koniec trzeciego utworu muzyka prowadzi słuchacza z podziemi na peron wyimaginowanego dworca przyszłości, z którego wraz z pierwszymi minutami kompozycji czwartej wydostanie się na deszczową autostradę kreskowaną rozmytymi światłami reflektorów. Tu leży klucz do tajemnicy tej płyty: w pierwszej części penetrujemy ukryte archiwa, w drugiej - udaje się nam znaleźć drogę na zewnątrz. Nie wiem, czy dokładnie taka idea przyświecała twórcy płyty, ale tak czy inaczej, efekt jest niesamowity… Muszę tu bowiem podkreślić, iż mimo zrównania głosów w większości partii i pozbawienia znajdujących się tu nagrań aury mistycyzmu, absolutnie nie jest to płyta nieudana bądź wtórna. To już po prostu nieco inny Klaus Schulze - artysta otworzył drzwi prowadzące w nowe rejony. Poprzednie płyty, z bardziej zwartymi i zamkniętymi kompozycjami, niejednokrotnie podszytymi zdecydowanym rytmem, były zapowiedzią pewnego przełomu: na En=Trance przełom ten dokonuje się już na dobre, choć żaden z zamieszczonych tu utworów nie trwa krócej niż 15 minut a niektóre elementy jednoznacznie kojarzą się z rozwiązaniami typowymi dla dawniejszej twórczości berlińskiego artysty.
    Najbardziej elektryzujące fragmenty tej płyty to główny temat En=Trance, kunsztowna fuga zamykająca Alpha Numerique oraz opisywany dwa akapity wyżej fragment obejmujący zakończenie trzeciego utworu i początek czwartego. Dodatkowy utwór nie pochodzi z sesji nagraniowej, w wyniku której narodził się album En=Trance, ale niewątpliwie sprawi ogromną radość miłośnikom muzyki Klausa Schulze. Nagrania dokonano w 1975 roku i jest to po prostu zapis "zabawy" urządzeniem o nazwie Elvish Sequencer; jednak ta swoista próba dźwięku połączona z mini-improwizacją stanowi nie mniejszy klejnot w uchu prawdziwego miłośnika tajemniczej, nieco mrocznej elektroniki sekwencyjnej, aniżeli skończone wielopłaszczyznowe pejzaże autorstwa Klausa Schulze! Brzmienia i zarysy melodii wyczarowywane w tym ośmiominutowym drobnym arcydziele to do pewnego stopnia wprowadzenie w nastrój później (Timewind) opublikowanej kompozycji Bayreuth Return, ale tylko do pewnego stopnia. Szkoda naprawdę, że na dodatkową, wcześniej niepublikowaną atrakcję starczyło na tej płycie tak niewiele miejsca; mimo prostoty użytych środków "elfowy sekwencer" niesie ze sobą coś niesamowitego, rozjarzającego się w niepokojącym mroku odblaskami zarysowującymi się w kształty spowijające nokturnowe obrazy Grimshawa, na których wielokrotnie nie zabrakło miejsca dla tajemniczych, posępno-zagadkowych elfów o sardonicznych uśmiechach. Tej pół-kompozycji można by doprawdy słuchać znacznie dłużej niż osiem minut...
    Specjalnego wymiaru nabiera ta impresja właśnie jako bonus do "podziemnej", nocnej płyty En=Trance: słuchacz klucząc przez niekończące się korytarze, labirynty piętrowych parkingów i tajemniczych pokojów o szczelnie zamkniętych okiennicach znajduje w finale swej 70-minutowej podróży ukryty skarb, połyskujący niesamowitym brzmieniem ery fantastycznych albumów Timewind i Moondawn

    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    62,97 zł
  • Vangelis | Earth (remaster)

    Vangelis | Earth (remaster)

    Słuchając dynamicznej scieżki rytmicznej i elektryzujących riffów introdukcji Come On można przypuszczać, iż słucha się nagrania Led Zeppelin (z okresu trzeciej płyty) albo T. Rex, ale na pewno nie Vangelisa! Utwór otwierający mocnym akcentem album Earth nie zaskoczy już jednak aż tak bardzo wszystkich tych, którzy zdążyli się już zapoznać choćby z płytą Phos sygnowaną: Socrates with Vangelis. Sporo na Earth elementów ocierających się o stylistykę Socratesa, niemniej jednak już od pierwszego przesłuchania niniejszy album wydaje się w porównaniu z Phos dużo dojrzalszy, ciekawszy, bardziej urozmaicony. Szczególnie interesująco brzmi utwór We were all uprooted, balansujący między free-jazzem a rockiem progresywnym - to byłby znakomity fragment ścieżki dźwiękowej do filmu A. Kurosawy Rashomon. Po tajemniczej, deszczowej impresji konstrukcyjnie i muzycznej już nie tak odległej od późniejszej muzyki Vangelisa słyszymy utwór, z którego wyłoniła się Bacchanale, otwierająca album Heaven & Hell. W kolejnych utworach znów fascynować będzie nas połączenie zachmurzonych gitar, grzechotliwych instrumentów perkusyjnych oraz najbardziej zdumiewających dodatków rodem z egzotycznego snu. Balladowe, wokalne fragmenty mają nawet coś z atmosfery A Pillow of Winds Pink Floyd (Meddle, 1971). Dla wszystkich miłośników dobrej, otwartej na eksperymenty i aranżacyjne poszukiwania muzyki, Earth jest pozycją obowiązkową, natomiast dla słuchaczy znających tylko najnowsze płyty Vangelisa będzie to na pewno duża niespodzianka, może w niektórych przypadkach zbyt duża, ale dobra muzyka pozostaje dobrą muzyką: na pewno warto poświęcić tej płycie uwagę.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    50,16 zł
  • Vangelis | Soil Festivities (remaster)

    Vangelis | Soil Festivities (remaster)

    Na tle ospałych dźwięków wieczornej letniej burzy zarysowują się kontury dżdżownic wypełzających o zmroku z wilgotnej ziemi. Fortepianowe, miękkie dźwięki zamarkowują zarówno padające na ziemię ciężkie krople deszczu, jak i miarowe ruchy małych stworzeń. Nastrój otwierająceg suitę epizodu kojarzyć się może z kompozycjami Erika Satie - muzyka, choć bardziej żywa, przesycona jest podobną atmosferą zagadkowości. Co jakiś czas wtoczy się w harmonijną fortepianową strukturę rozchwiany wielodźwięk syntezatora odzywającego się niskim pomrukiem - akurat zadrżały liście paproci podkopanej przez kolejną wypełzającą spod spulchnionej ziemi istotę, a może nadciągnęła skądś włochata, plamista gąsienica… Deszczowy wątek trwa przez kilkanaście minut, dopóki nie nastanie słoneczny świt, promieniejący pastelowymi barwami fortepianu nie porządkowanymi już przez żadne ostinato.
    Drugi utwór pokazuje słuchaczowi mikrokosmos jak przez mgłę - kompozycja ma nierealną, oniryczną atmosferę, snutą przez powłóczyste nitki oryginalnych, elektronicznych brzmień. W zwolnionym tempie przyglądamy się motylom, które lądują na chwiejących się kwiatach, wzbijając intensywnie pomarańczowy pył. Niekoniecznie jesteśmy teraz na wyspie Mainau - to raczej jakieś zapomniane, skryte przez mrok miejsce, które szczególnie upodobały sobie introwertyczne motyle nie mogące znieść obecności aparatu fotograficznego ani kamery: tylko dzięki osnutej na nietypowej skali, przydymionej muzyce Vangelisa słuchacz ma szansę przyjrzeć się, jak żyją te fantomowe stworzenia… Trzeci wątek zbudowany jest w sposób podobny jak kompozycje wypełniające awangardowe płyty artysty - Beaubourg (1978) i Invisible Connections (1985). O atrakcyjności utworu stanowią rozładowujące się i rozszczepiające atonalne brzmienia, wdzierające się w nieśmiało rodzącą się melodię, która natychmiast ulega postrzępieniu. Czwarty utwór to przede wszystkim mantrowy akompaniament zagadkowych akordów, zwiastujących nadejście czegoś niezwykłego. Podobny klimat udało się Vangelisowi wyczarować w utworze Ballad z płyty Spiral, ale tutaj atmosfera jest bardziej mroczna, a muzyka ma znacznie więcej niedopowiedzeń. Wibrujące, eteryczne tony wybrzmiewają pod ciężkim, zachmurzonym niebem, na które spogląda słuchacz oczami nocnych owadów. W przeciwieństwie do pozostałych kompozycji, wieńcząca cykl kompozycja przynosi mnóstwo światła i pogodnej zadumy. Brak tu właściwie powtarzanych, upartych sekwencji, drobnych motywów pracowicie znoszonych w jedno miejsce przez intrygujące słuchacza mrówki - finałowa impresja kojarzy się raczej z rozległymi, fortepianowymi pejzażami malowanymi przez Vangelisa na rozimprowizowanych, otwartych przestrzeniach płyt takich jak Chariots Of Fire (1981) czy Heaven And Hell (1974).
    Soil festivities z pewnością stanowi jedno z najwybitniejszych osiągnięć Vangelisa - choć zarazem jest jedną z najmniej docenionych jego płyt. Pod względem sugestywnej, malarskiej instrumentacji płyta ta zasługuje na wymienienie w ścisłej czołówce, mimo, że akurat w przypadku Vangelisa praktycznie każda płyta zaaranżowana jest z niezwykłym pietyzmem i ogromną wyobraźnią…

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    50,16 zł
  • Vangelis | Mask (remaster)

    Vangelis | Mask (remaster)

    Motyw otwierający ten album wybrzmiewa dalekim echem syntezatorowego riffu konstruującego kompozycję "Spiral" z płyty pod tym samym tytułem. Muzyka zmierza jednak w inne rejony niż tętniąca elektronicznym życiem, metalicznie połyskująca impresja z legendarnego albumu z 1977 roku: odzywa się chór, wiodący pieśń w której pobrzmiewa jednocześnie zaduma, tajemnica i groza. Syntezatorowe arpeggia mieszają się z orkiestrowymi brzmieniami wypełniającymi całą przestrzeń swymi rembrandtowskimi barwami, a pieśń chóru podlega kolejnym wariacjom. Ten utwór znakomicie pasowałby na młodszy o 8 lat album "1492", znacznie bardziej, niż choćby nagrany podczas tej samej sesji "Line Open" (wydany na stronie B singla "Conquest Of Paradise"), ale jednocześnie słychać tu wiele dźwięków wyczarowujących atmosferę typową dla płyt Vangelisa stworzonych w latach osiemdziesiątych. Motyw otwierający suitę "Mask" powróci w sparafrazowanej formie jako piąta część cyklu. Druga część to najspokojniejszy, najbardziej zamyślony a przy tym najpogodniejszy fragment albumu: pieśń chóru snuta na tle delikatnego, iskrzącego się akompaniamentu miekkich akordów od razu wywołuje skojarzenia z obserwowaniem nocnego, zadumanego nieba, obejmującego antyczne ruiny. Ten motyw z kolei zostanie jeszcze przywołany w finałowej części cyklu. Trzecia część suity to w pewnym sensie zapowiedź eksperymentów składających się na późniejszy album pt. "Invisible Connections" - zawołania chóru wtapiają się w ścianę dysonansujących akordów, nadciągających stanowczym krokiem z oddali i przetaczających się przez cały plan utworu. Głosy śpiewaków mogą skojarzyć się z atawistycznym hymnem Tangerine Dream "Wahn" z płyty "Atem", zwłaszcza za sprawą intrygującej skali i połączeń dźwięków budowanych na czterotonowym odstępie. Przy tym fragmencie słuchacz w pełni może podziwiać groźnego, złośliwie przypatrującego się smoka o dwu głowach, zdobiącego rewers okładki płyty… Szczególnie intrygująco brzmi część czwarta - główny plan należy do tenora opowiadającego swą wokalizą pół-fantastyczne opowieści o ukrytym złocie zapomnianych plemion. Poszczególne rozwiązania melodyczne zostają zaakcentowane przez chór, a muzyka toczy się hipnotycznie przed siebie w wariacyjny sposób, wykluwając się z frapującego, dość mrocznego ostinata wyczarowującego natychmiast atmosferę niezwykłego snu. Śmiało można polecić płytę "Mask" jako wprowadzenie w przebogatą, urozmaiconą twórczość Vangelisa - słychać tu typowe klawiszowe brzmienia, charakterystyczne zwroty melodyczne, wspaniałe chóralne polifonie, jednocześnie zaś słuchacz może cieszyć się dzięki niesamowicie malarskim aranżacjom atmosferą zagadki i niezwykłości. Album ten jest znakomitym pomostem między najbardziej elektronicznymi i najbardziej orkiestrowo-chóralnymi płytami greckiego kompozytora i multiinstrumentalisty.
    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    50,16 zł
  • Vangelis | China (remaster)

    Vangelis | China (remaster)

    Vangelis

    interesował się starożytną filozofią i kulturą Chin co zmaterializowało się muzycznie na pierwszym wydanym dla Polydoru albumie. Ukazał się on po eksperymentalnym Beauborg który ponoć miał za zadanie zerwanie kontraktu z RCA (dla mnie to tylko pogłoska). Polydor poważnie podszedł do swej nowej gwiazdy i tego wydawnictwa zamieszczając w pierwszej edycji na LP wkładkę zawierającą długi esej i wiele unikalnych zdjęć. Z eseju dowiadujemy się, że

    Vangelis

    uznawał starożytną chińską muzykę za zbieżną ze swymi dokonaniami gdyż nie miała tylko zabawiać intelekt ale i oddziaływać na całe ciało. Kolejny przyczynek do zainteresowania się tematem to że

    Vangelis

    w latach siedemdziesiątych mocno interesował się wszelkimi instrumentami perkusyjnymi a te wśród starożytnych instrumentów chińskich wiodą prym.

    Vangelis

    przyznawał że nie był w Chinach ale uczył się tego kraju poprzez brzmienie ich instrumentarium jak i czytanie książek z których cytaty pojawiają się w wkładce jak i recytowane są na albumie.

    Vangelis

    stara się pochwycić wielorakie skojarzenia z życiem ludzi znad Jangcy.
    Mamy więc ich historię (The Long March), filozofię (Yin & Yang),charakterystyczne dla konfucjanizmu opowieści (The Little Fete), obraz wsi (The Tao Of Love), przyrody (Himalaya). Znaczące są też tytuły które konotują wyobrażenia obcokrajowców nasuwające się na myśl na hasło Chiny. Atmosferę albumu ma oddawać też niepokojące rozmazane zdjęcie

    Vangelisa

    pływającego w basenie wypełnionym turkusowo zabarwioną wodą. Szczerze dla mnie niezrozumiałe...
    Azjatyckie brzmienia pojawiały się i na wcześniejszych albumach, tu jednak wyraźnie je polepszono i otrzymały pierwszoplanowe miejsce. Tytuł mylnie wskazuje na interpretację chińskich tematów. Właśnie bardzo ważną cechą tej płyty i zarazem kolejnym przejawem talentu artysty jest to że

    Vangelis

    nie poddaje się wiernemu naśladownictwu tworząc kopię chińskich brzmień. Zamiast kalki mamy niesamowitą kombinację wpływów azjatyckich z charakterystycznym brzmieniem

    Vangelisa

    . Interpretuje różne aspekty chińskiej muzyki i kultury w swój własny unikalny sposób bez prób ich imitacji. Inaczej mówiąc mamy tu zestaw pięknych melodii świetnie zilustrowanych wyszukanymi syntezatorowymi orkiestracjami powstałymi pod wpływem chińskiej muzyki. Chung Kuo rozpoczyna oryginalne wykorzystanie efektów - słychać coś co przypomina helikopter, krążące wokół słuchacza faerie tekstur, dźwięki przypominające krzyczący tłum aż wreszcie pojawiają się instrumenty: dzwoneczki i syntezator wprowadzające majestatyczne pełne prawie patosu brzmienie. Wyciszenie w pojedyńcze dźwięki to interludium do kolejnego prawie pompatycznego wprowadzenia wygrywanego na syntezatorach. Tu dygresja - wersje cd różnią się w oznaczeniu utworów od wydań na winylu zarazem odmieniają zamierzenia

    Vangelisa

    . Chung Kuo czyli 'państwo środka' obrazuje nam ogrom i splendor Chin jako kraju - te doniosłe dźwięki były przypisane temu utworowi do 1:43 czyli do melodii. Od niego zaś zaczynał się Long March czyli utwór drugi który pierwotnie składał się z owej nastrojowej melodii z Chung Kuo na cd oraz fortepianowej wariacji, wydzielonej na cd jako Long March. Zresztą słychać wyraźnie że fortepianowe solo w drugim utworze to kontynuacja tematu z Chung Kuo na cd. Zwróćmy uwagę że inaczej w tym wypadku rozkładają się akcenty naszego pojmowania tej muzyki: krótkie wprowadzenie na temat Chin to jakby oznaka że

    Vangelisowi

    trudno oddać ducha i ogrom tego państwa. Long March otrzymuje zaś bardziej patetyczną oprawę - długi marsz oczywiście kojarzy się z Mao Tse Tungiem i chińską rewolucją,

    Vangelis

    sympatyzował z ruchami lewicowymi może należałoby rozumieć odarcie utworu drugiego z pięknej melodii w bogatej aranżacji na rzecz ascetycznego fortepianowego solo jako rodzaj innego spojrzenia na politykę Chin?
    Wracając do tematu - posługuję się jednak cd dlatego ciąg dalszy opisuję przy Chung Kuo. Oj dzieje się: wspaniały temat z niebanalną, genialną melodią - jako podkład pojedyńcze dźwięki z keyboardu na tle których

    Vangelis

    osnuwa całą gamę syntezatorowych przepięknych pasaży. Znakomicie obrazuje to talent

    Vangelisa

    - przykład wykreowania orientalnego brzmienia bez jakikolwiek rzeczywistych odniesień do tej muzyki. Docenił te dźwięki choćby GM który zawarł je w reklamie luksusowego modelu Ford Mercury Lynx.
    Long March -

    Vangelis

    pokazuje się jako świetny pianista. Fortepianowe solo oparto częściowo na poprzedniej melodii improwizowanej w neoklasycznym stylu z lekkimi wtrąceniami sekwenserów. Long March ukazał się na singlu (nie w wersji jaką znamy z cd) i co ciekawe zawiera rozwinięcie w postaci strony B czyli Long March part II. Ta właściwie piosenka wykorzystana przez UNICEF, zaśpiewana została przez

    The Children of Orleons Infant School Twickenham

    wybranego przez

    Vangelisa

    po licznych wizytacjach szkół londyńskich. Polecam jej przesłuchanie choćby na bootlegu High In The Sky - opowiada o tym że należy przejść wzgórza, wzburzoną wodę, w rosnącej spiekocie i wietrze i jest opowieścią o ludzkiej determinacji.
    Po stonowanym długim marszu poraża nas atak nieskoordynowanych dźwięków przechodzących w melodię. The Dragon to dziwnie synkopowany utwór który mimo że grany na instrumentach elektronicznych daje wrażenie że dźwięki wydobywane są z naturalnych instrumentów. Keyboardy brzmią tu bardzo miękko jesteśmy prawie pozbawieni linii basowej. Pulsujące brzmienie wspomagają kotły i talerze.

    Vangelis

    oddaje tu nastrój i ducha chińskich świąt w mitologii której smoki mają olbrzymie znaczenie. W opisie płyty podaje się że smok symbolizuje ducha zmian i kreatywną moc życia. Po kolejnym pełnym ozdobników, głośnym utworze jako przeciwwaga (Jin i Jang?) stonowany cichszy kawałek. Plum Blossom otwiera duet skrzypcowo-fortepianowy imitujący orientalizmy gdzie fortepian pełni właściwie rolę tła a cały ciężar jest przerzucony na wspaniałą solówkę na skrzypcach

    Michela Ripoche

    , dobrego przyjaciela

    Vangelisa

    jeszcze z czasów paryskich. Utwór zostaje w połowie trwania wzmocniony syntezatorowymi wstawkami dodającymi mu efektownego, nie przekombinowanego brzmienia. Kwiat śliwy to symbol seksualnej witalności.
    Tao Of Love - melodią i instrumentarium wydaje się być orientalny - znakomicie naśladuje owe brzmienia, przechodzi jednak w solówki typowe dla

    Vangelisa

    nie dające cienia wątpliwości, że to

    Vangelis

    jest twórcą tej melodii. Utwór można uznać za prosty i pretensjonalny gdyby nie znakomita, wyważona aranżacja.
    The Little Fete otwiera chiński flet. Nastrój wyciszenia i kontemplacji w medytacyjnym wydaniu przechodzi w dźwięk dzwoneczków i delikatne odprężające dźwięki syntezatora. Na ich tle pojawia się recytacja wykonana aby spotęgować wrażenie azjatyckości przez... Koreańczyków (sic!) Koon Fook Mana i Yeunk Hak Funa. Ów monolog to zaczerpnięta z książki Taoizm opowieść z VIII wieku o tym że jak chcemy się napić wina najlepiej zrobić to w nocy - bo mamy wtedy dwóch kompanów: księżyc i nasz cień czyli nie jesteśmy samotni a i butelka cała nasza... Utwór kończy gong - kurtyna opada , przedstawienie się kończy. Te trzy minimalistyczne kawałki - The Plum Blossom, The Tao of Love i The Little Fete to swoiste muzyczne ogrody zen ukryte pomiędzy bardziej epickimi, rozbudowanymi utworami.
    Yin & Yang: tu dwie przeciwności można odczytać jako wschód i zachód: greckie buzuki grane na koto z tłem na syntezatorach to jakby synteza muzyki wschodu i zachodu. W pierwszej części utwór ma charakter typowo orientalny by przejść w mocne, nerwowe rytmy i dźwięki zachodniej muzyki której tłem są orientalne wstawki.
    Himalaya, to kolejny dowód jak znakomitym ilustratorem jest

    Vangelis

    przy oddawaniu przestrzeni i piękna przyrody a pomocą dźwięków. Nie ma tu melodii tylko nastrojowa atmosfera, bas oblewany dmuchającym wiatrem i syntezatorowymi falami odzwierciedla ogrom tego pasma gór. Utwór uświadamia jak

    Vangelis

    łatwo przykuwa uwagę słuchacza na ponad 10 minut w statycznej kompozycji przy braku właściwie melodii. Himalaya wyobraża powolny marsz na wysokości, poprzez wiatr, skalne doliny i lód przechodząc w zamykający płytę Summit który opowiada o końcu tej podróży, uwieńczeniem jest zapierający dech w piersiach widok w pustce i ciszy podniebnych szczytów. Summit rozpoczyna efektowny pastisz brzmień - wyraża nie triumf po trudzie lodowej wędrówki co charakterystyczne dla ludzi cywilizacji zachodu a rozkoszowanie się widokiem co znowu odzwierciedla inność osobowości ludzi cywilizacji dalekiego wschodu ceniących duchowość ponad inne przymioty.
    W tej płycie słuchacz może znaleźć romantyczną chińska scenerię i portrety ogrodów ryżowych pól żyznej wsi, sztukę kaligrafii ideogramów jak fortepianowe interludium w Long March czy skrzypce w Plum Blossom wymieszane z dodanymi ze smakiem wpływami zachodnimi. Płyta koncepcyjna zrealizowana momentami z epickim rozmachem z pięknymi zdolnie zaaranżowanymi melodiami z wielością podkładów syntetycznych orkiestracji czy samotnego fortepianu nie ma właściwie nic w sobie z chińskich melodii - używa wschodniego skalowania na swój sposób aby za pomocą statecznych rytmów i tekstur syntezatorowych wyrazić majestatyczny obraz Chin Znakomite konstrukcje bazujące na miksie azjatyckich linii melodyjnych z urokliwym brzmieniem syntezatorów dają nam niezapomniane romantyczne i nostalgiczne melodie.

    Dariusz Długołęcki

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    50,16 zł
  • Jon and Vangelis | Friends of Mr. Cairo (remaster)

    Jon and Vangelis | Friends of Mr. Cairo (remaster)

    Przełom roku 1980 i 1981 to najbardziej produktywny etap w karierze

    Vangelisa

    . W marcu 1981 wydano Chariots Of Fire a w maju płytę która powstawała równolegle - Friends Of Mr Cairo.
    Pierwsze tłoczenie tej płyty oprócz innej okładki (czarno białe, niewielkie zdjęcie duetu zastąpiono kadrem z videoclipu Friends Of Mr Cairo) i różniło się także zawartością jak i ułożeniem kompozycji. I'll Find My Way Home wydano jedynie na singlu który okazał się wielkim przebojem (pierwsze notowanie "naszej" listy przebojów trójki Marka Niedźwiedzkiego - miejsce pierwsze) stąd Polydor podczas reedycji która miała miejsce już po niecałym roku dodał ten utwór do tracklisty płyty i zmienił także poprzednią konfigurację utworów. Utwory ze stron A i B zamieniono i tak utwór tytułowy, Back To School i Outside Of This przeniesiono na koniec płyty, zaś State Of Independence, Beside i suitę Mayflower pierwotnie zamykającą płytę przeniesiono tuż po I'll Find My Way Home. Wydanie cd zawiera taki też program jak i nową okładkę gdzie można znaleźć info Includes I'll Find My Way Home. Oczywiście te czysto marketingowe zabiegi były po to aby wytwórnia na fali zainteresowania muzyką

    Vangelisa

    po otrzymaniu przez niego Oskara za Rydwany ognia mogła zarobić jeszcze więcej pieniędzy.

    Jon Anderson

    od momentu poznania

    Vangelisa

    w 1975 w Marble Arch, gdzie tenże mieszkał i miał swoje studio pojawiał się gościnnie na jego płytach co jakiś czas. A to zaśpiewał na Heaven & Hell, a to zagrał na Opera Sauvage. Przyjaźń ta muzycznie w końcu eksplodowała wspólna pracą jaką były Short Stories. Tytuł dobitnie podkreśla charakter płyty jaki i tempo jej powstania... Short Stories nagrano w jednym ciągu (!) na taśmę tak że żaden utwór nie ma dwóch wersji - jedyną rzeczą która ewoluowała były teksty. Był to zamierzony zabieg, gdyż jak sami twierdzą ich celem było bycie szczęśliwym i to aby mieć dużą frajdę, dobrą zabawę, z tworzenia muzyki bez wyznaczonego celu. Muzyka była na tyle improwizowana i spontaniczna że nazwali swe przedsięwzięcie Spont Music. Co ważne, obaj uważali że są ze sobą kompatybilni gdyż mają podobne romantyczne dusze, i podobny temperament stąd duża radość ze wspólnych muzykowań.
    Panowie spotkali się ponownie w Paryżu, gdzie byli zaangażowani przy realizacji cudzych projektów a że obaj jak się okazało mieli wolny czas z radością spędzili 4 dni na wspólnej sesji w Davout Studio gdzie pośpiesznie wypożyczono dla

    Vangelisa

    syntezatory z paryskiego Musicland. Dwa dni improwizowali, czyli

    Vangelis

    grał a

    Jon

    śpiewał teksty z których większość powstawała na bieżąco a potem dopracowywali to co stworzyli.

    Vangelis

    zmiksował wybrane najciekawsze fragmenty na płytę już u siebie w londyńskim Nemo Studios stąd oba miejsca wymienione jako miejsce powstania krążka.

    Vangelis

    twierdził ponownie że pracował z

    Andersonem

    dla odmiany a zarazem bo lubił pracę z nim i czuł z nim wyjątkową nić porozumienia. Nie interesowało go przemyślane przygotowywanie materiału ale ów dreszczyk emocji co powstanie z owego jam session? No właśnie. Co powstało?
    I'LL FIND MY WAY HOME to budująca pieśń o tym ze nie należy się poddawać przeciwnościom losu i zawsze mieć nadzieję. W warstwie muzycznej cały utwór oparto na brzmieniu wysokich dźwięków przypominających trochę podkłady wczesnego

    Kitaro

    . Dźwięki są miękkie, nienatarczywe, miłe dla ucha. Falset

    Andersona

    pogłębia tę atmosferę spokoju gdzie nawet wstawki perkusyjne są wyciszone gdzieś do 1 minuty. Efekt pogłosu w śpiewie

    Andersona

    wzmocniony jest dochodzeniem kolejnych brzmień z syntezatorów. intensywniejszy podkład muzyczny, pewne wzmożenie można odczuć przy śpiewie że przyjaciele są po twej stronie (1.42), melodia nabiera poprzez instrumentarium i inny bardziej mocny śpiew swoistego animuszu. Od 2.33

    Vangelis

    wychodzi na czoło dając popis swoich umiejętności jako kompozytora i aranżera zawierając w swej solówce jakby streszczenie całego utworu z ciekawym chórkiem

    Andersona

    , dochodzi też automat perkusyjny z którego rozlegają się uderzenia wzmacniające klimat czegoś bardzo doniosłego - całość melodii nabiera jakby metafizycznego, kosmicznego wymiaru (słychać resztą taką imitację jakby startu w gwiazdy 2.12). głos i dźwięki przechodzą wyżej i porywający nastrój oblany feerią brzmień urywa się by przejść w kilkusekundową zabawę wysokimi dźwiękami Ten swoisty hymn - wzniosły i uduchowiony oparto na prostej melodii powtarzającej wysoko ustawioną 4 akordową figurę wzdłuż zwielokrotnionych wokali

    Jona

    co daje piorunujący efekt. Dodatkowo ową kosmiczną, unoszącą się w przestrzeni muzykę wzmacnia doskonały tekst. I'll Find my Way Home posiada swój klip wykreowany na potrzeby BBC do programu "Top of the Pops" gdzie

    Jon

    i

    Vangelis

    udają że grają na fortepianie i banjo na przeciw rozentuzjazmowanej publiki co jest dość zabawne bo nie słychać tych instrumentów w utworze. (Wideo to do zobaczenia także z Friends Of Mr Cairo na bootlegu Video Rarites) .
    STATE OF INDEPENDENCE rozpoczyna nieskoordynowana improwizacja na instrumenty perkusyjne i saksofon przechodząca gładko w melodię opartą na pokładzie z syntezatora przypominający trochę utwór Spiral, i instrumenty perkusyjne gdzie głównie słychać bongosy .

    Vangelis

    oparł cały utwór na powtarzalności pewnych cyklicznie wplecionych ozdobników (syntezatorowe efekty, elektryczny fortepian) a także duże pole do popisu ma w ciekawej solówce saksofon.

    Anderson

    śpiewa głównie przeciągle tworząc jakby kontrapunkt do brzmień muzyki. Wyraźnie słychać że utwór ma charakter swoistej zabawowej improwizacji w stylu zwolnionego w rytmie karaibskiego calypso (w tekście pojawia się zdanie klucz: Coming up-Carabi-this sense of freedom, Derives from a medative State), co potwierdzałoby choćby zakończenie gdzie słychać oklaski, śmiechy i komentarze osób towarzyszących nagraniu i to że nagle po skończeniu melodii saksofon i inne instrumenty, jakby ciągnąc zabawę intonują już czysto latynoamerykańskie rytmy. Całość ma więc znamię spontanicznego jam session którego twórcy nie omieszkali kulisy odkryć. W warstwie tekstowej piosenka ta ma charakter nazwijmy to wizji z trzecim światem w tle. Zresztą z tekstami

    Andersona

    jest najczęściej tak jak określił to znany yesomaniak Marek Jedliński: Chciałem zostać anglistą w dużej mierze dlatego, żeby zacząć rozumieć teksty

    Andersona

    . Ale kiedy "zostałem anglistą" zrozumiałem, że ich się zrozumieć nie da. Utwór ten doczekał się covera wykonywanego przez królową disco

    Donnę Summer

    .
    BESIDE rozpoczyna solo fortepianowe, do którego dołącza kolejny wspaniały instrument: głos

    Andersona

    swobodnie operujący swym charakterystycznym falsetem. Gdy milknie,

    Vangelis

    pochłania nas solówką na syntezatorach z miękkimi, delikatnymi dźwiękami. Pojawia się znowu Jon i kojące, bardzo mile dla ucha brzmienie wibrafonu, trójkąta. Partie fortepianowe na przemian z wibrafonem to piękny dialog powtarzany na tle

    Jona

    śpiewającego kilkakrotnie "turning again" coś jak riposta wibrafonu na glos

    Jona

    . Od 3,44 - pełna melancholia, można kontemplować piękno kompozycji. Teksty są znów zawikłane. Czy to pieśń miłosna czy raczej tekst o zabarwieniu religijnym? Takie same wątpliwości i odczucia napotykam przy I'll Find... który też brzmi jakoś tak niczym hymn kościelny. Co ciekawe w tekstach motyw powtarzający się to postać przyjaciela, którą Anderson nagminnie przywołuje. Utwór ma symfoniczny, stopniowo narastający , intensywny nastrój a wokale

    Andersona

    , świetnie korespondują z muzyką tworząc nastrojowy klimat.
    MAYFLOWER - senny początek, oparto na nieharmonicznych dźwiękach, głosie

    Andersona

    i samplach fal morskich. Po chwili echowy śpiew rozlega się na tle improwizowanych pojedynczych dźwięków, by przejść w glissando syntezatorowe plus fortepian. Atmosferę utworu oparto głównie na interpretacji tekstu przez

    Andersona

    ; nawet w silniejszych partiach śpiewu syntezatory nadal są wyciszone, jakby były cały czas na dalszym planie.

    Vangelis

    ubarwia jedynie całą kompozycję odgłosami adekwatnymi do tematyki utworu: szumu morza, żagli i czytanym przez narratora (

    Coker

    ) tekstem po którym muzyka zostaje wzmocniona przez automat perkusyjny by przejść do keyboardowych pasaży i odgłosy morza zastępują rozmowy kosmonautów utwór kończy się bardzo długim wyciszeniem co dodatkowo, zupełnie przypadkowo zważywszy na pierwotne ułożenie listy utworów, wzmacnia efekty rozpoczynające następny utwór. Słychać typowe słodkie fortepianowe brzmienia. Zwiewne syntezatory znakomicie korespondują i perfekcyjnie dopasowują się do zwielokrotnionego echem krystalicznie czystego głosu

    Jona

    . Kompozycja zaczyna się powoli a keyboardy zaczynają intensywniej majestatycznie nasycać wolną przestrzeń tylko gdy glos

    Andersona

    milknie. Atmosfera utworu podyktowana jest tekstem, którego interpretacja na szczęście jest prosta, gdyż liryki są poukładane w sensowną zrozumiałą poukladaną całość. Mayflower - taką nazwę nosił pierwszy statek z osadnikami w Ameryce, który wyruszył z Plymouth w 1620 roku, i per analogiam

    Anderson

    wywodzi że statek przemierzający w przyszłości kosmos z grupą pielgrzymów z ziemi poszukujących nowego lądu nosił będzie to znamienne miano. I muzyka i tekst to znakomite uchwycenie samotność ludzkiej egzystencji, desperację w odnalezieniu nowego domu, i alienacyjny efekt nowoczesnej technologii gdzie grupa dryfujących w kosmosie ludzi nie jest zdolna porozumieć czy powrócić na ziemię.
    FRIENDS OF MR CAIRO - klakson hamowanie samochodu serie z automatu - dla mnie jedenastolatka było to olbrzymie przeżycie. Takiej muzyki nie słyszałem nigdy . Pod nieobecność brata zabrałem jego Grundiga i kasety magnetofonowe do swego małego pokoju i oniemialem jak usłyszalem ten utwór.W końcu pojawia się muzyka rytm wybijany na bębnach i dyskretny podkład syntezatorowy na tle którego rozlegają się dialogi dwojga aktorów. Jakże sugestywnie odegrane. Dal mnie dziecka nieznającego angielskiego ich gra głosem mówiła wszystko; ona się boi, prosi go o coś, on twardziel podniecony tłumaczy jej coś świstają kule, słychać jeszcze jeden męski głos, ale jakiegoś wymoczka, sygnały policyjnych syren, strzały rozbija się wóź i wtedy wchodzi mocno czysty głos

    Andersona

    ....

    Sally Grace

    i

    David Coker

    dali tu popis swoich interpretacyjnych możliwości i zagrali swymi głosami wszystkie postaci zarówno w opowieści gangsterskiej (

    Coker

    aż 3 różne postacie ) jak i wtręcie z arabskim love story. Zrobili to na tyle znakomicie że mamy wrażenie że to naprawdę mówi kilka osób i co ważne, robią to w idealny sposób naśladując sposób grania w kinie gangsterskim tamtych czasów. Scenki rodzajowe przeplatają się z wokalnymi popisami

    Andersona

    w ciekawy sposób ubarwiając całą suitę. Trudno sobie wyobrazić aby tych dialogów zabrakło: Gangster Frankie chce zostawić ciężko rannego Johnny'ego i tłumaczy się z tego przed dziewczyną, ta nie zamierza opuszczać rannego kompana, zaś sam zainteresowany stwierdza że nie mam sensu go targać. Frankie dalej perswaduje dziewczynie pozostawanie w tym miejscu, na zewnątrz czeka kumpel w samochodzie dziewczyna się boi że gliniarze wejdą i zabiją ich zwłaszcza że nie mają broni. Frankie znowu tłumaczy że mają trzy miliony w puszce i trzeba uciekać, najwyżej matce rannego wyśle 1/3 łupu, dziewczyna łka żeby tego nie robił. Po chwili Frankie dyryguje że wybiegną przez drzwi wystrzeliwując jednocześnie (jakaś niekonsekwencja w tekście - dziewczyna mówiła że nie mają spluw - może zamierzona? W filmach gangsterskich nie chodziło o logikę...). Wtedy wchodzi śpiew

    Andersona

    streszczający fabułę filmu Sokół Maltański z niezapomnianą rolą Bogarta jako twardziela i Petera Lorrie (ów wymoczkowaty głos idealnie go naśladuje) najbardziej znanego z klasyka kina niemieckiego "M jak morderca". Nie porównałbym tej suity do niczego chyba nikt wcześniej nie zrobił czegoś takiego; prawdziwego filmu w formie dźwiękowej, który oprócz uszu pobudza niesamowicie naszą wyobraźnię, to prawdziwy majstersztyk nastroju . Muzyka i śpiew

    Jona

    idealnie wpasowują się w temat utworu czyli czasy prohibicji i gangsterów. O tym też są słowa; o tym że tego typu filmy oglądał z zaciekawieniem cały świat. To nie przypadkowy wiec wybór. Gatunek dzisiaj już martwy kojarzy się wszak z owymi złotymi czasami kona które minęły bezpowrotnie. Dzisiejszy przemysł filmowy to już tylko machina do robienia pieniędzy. Bardzo ciekawe obrazowe zabiegi stosuje zaś

    Vangelis

    gdy Jon śpiewa o strzelaniu prosto miedzy oczy słychać zwielokrotniony echem strzał, gdy

    Anderson

    przechodzi do wspomnień dawnych filmów i gwiazd mediów (przywołany jest Obywatel Kane, Edward G Robinson, James Cagney, James Stewart, Clark Gable, O'Sullivan, Douglas Fairbanks) od dziewiątej minuty melodii towarzyszy terkot przewijającej się rolki z filmem podczas projekcji. Początek utworu jest energetyzujący, oplata go fortepianowy motyw który zmienia się (5.11) spowalniając także rytm, słychać szum wiatru i konwersację (opowieść miłosna ona nie może uciec z nim do Bagdadu bo i tak ojciec ja odnajdzie...), fortepian na tle owego szumu to wprowadzenie do drugiej części utworu gdzie muzyka łagodnieje. Dialogi będące przerywnikami w śpiewie

    Andersona

    oddają pola jego głosowi. Wspaniały śpiew myślę że w tym momencie ma przewagę nad muzyką

    Vangelisa

    . Znakomity tekst o naszej ludzkiej przywarze - sentymentalizmie . W tle pastelowe dźwięki syntezatora, nastrojowe, subtelne brzmienia i znowu przejmujący romantyczny głos Jona. dziękującego za to że mógł zobaczyć te wszystkie stare filmy które pobudziły jego fantazję. W sumie ten temat można by zastąpić wszystkim: o dawnej miłości, kolegach z budy, radościach z dzieciństwa, można odnieść wrażenie że temat filmu jest jakby uniwersalny, ogólnie śpiewa

    Anderson

    o nostalgii za czymś co się utraciło i to już nie powróci. Symbolicznie przedstawia to dźwiękowe zakończenie wytracająca odpowiednia prędkość przesuwu taśma wiruje w końcu nie mając już nic do opowiedzenia.... Niesamowita melodia i wyważona synchronizacja efektów w Friends of Mr. Cairo tworzą dźwiękowy przepych ale mimo to oszczędzający szkielet konstrukcji na której

    Jon Anderson

    usadawia swoją wizję hołdu i fascynacji kinem lat 30 i 40 stych. Niezaprzeczalnie utwór ten ma centralne miejsce na tym krążku co zresztą podkreśla tytuł całej płyty. Utwór ten nie wydano na singlu ale i tak stał się na tyle popularny że często grano go w radiu, na tyle że zrealizowano nawet teledysk do niego w którym

    Jon

    i

    Vangelis

    pojawiają się przebrani za gangsterów z czasów Al. Capone.
    BACK TO SCHOOL - zaskakujący jak na

    Vangelisa

    kawałek bo... rock'n'rollowy o zdecydowanie lżejszym kalibrze, który swobodnie może służyć na potańcówkę. W warstwie muzycznej nie dzieje się za wiele; zaskakują żeńskie chórki i brzmienia jakby organów hammonda plus sax. Utwór ten przeszkadza na tej płycie wyłamując się muzycznie z jej konwencji i jest najczęściej wskazywany jako słabe ogniwo tego albumu Ale na pewno nie w sferze liryków bo to sarkastyczno-ironiczna diagnoza naszych czasów; opowieść o człowieku. Który widząc jaki okrutny jest świat w którym ktoś chce znaleźć pracę i jak ten ktoś jest traktowany chce wrócić do bezpieczeństwa lat szkolnych (ciekawostka dla pamiętających sobotnie audycje Piotra Kaczkowskiego "alfabet grecki" Moon Is A Powerful Lover wykonawczyni

    Claire Hamill

    , tutaj jako chórek.)
    OUTSIDE OF THIS rozpoczyna fortepianowe intro rozszczepione wstawkami z CS 80. Wstęp zamknięty zostaje przez śpiew któremu towarzyszą delikatne dźwięki fortepianu. Jon znakomicie operuje głosem a muzyka

    Vangelisa

    jest genialnym jego uzupełnieniem przez dodanie sampli z których zwraca uwagę flet i spokojny rytm na perkusji. Melodia snuje się sugestywnie niczym przepiękny kobierzec dźwięków aż do mojego ulubionego fragmentu z konwersacją fletu z keyboardami (od 4.00), na flecie

    Dick Morissey

    z którym potem

    Vangelis

    współpracował przy Blade Runner. Utwór ma sporo podobieństw z drugą częścią tytułowej suity. Wokale

    Andersona

    przejrzyście błyszczą na pierwszym planie a eteryczne i pełne ciepła syntezatorowe pasaże, flety i brzmienia elektrycznego fortepianu dodają niezapomnianego i wyrafinowanego charakteru temu utworowi. W tekście znów przyjaciel tym razem o tym że go potrzebujemy - cały tekst jest trudny do uchwycenia jeśli chodzi o sens ale można potraktować jako miłosne dywagacje ale dla mnie znowu pojawiają się podejrzenia że można to traktować jako rozważania skierowane bezpośrednio do Boga. Kompozycje są bardziej melodyjne a aranżacje dopracowane. Utwory są bardziej przemyślane i zwarte w strukturach niż poprzedni surowszy w formie wspólny album a przede wszystkim jest różnorodny i zawiera szeroki wachlarz brzmień od klasycznych na Mayflower po rockowe na Back To School jak i nastrojów od zrobionego z przymrużeniem oka Back To School po sentymentalno - romantyczne Beside i Outside Of This. Absolutnie powalający album. Pokazuje co dwóch wielkich muzyków może zdziałać jednocząc siły. Wydaje się, że nikt lepiej niż

    Vangelis

    nie byłby w stanie zinterpretować muzycznie idei

    Jona

    i zarazem jest to prawie niemożliwe aby wyobrazić sobie kogoś innego niż Anderson kto mógłby podźwignąć wyzwanie i sprostać swym głosem niesamowitej fantazji muzyki

    Vangelisa

    .

    Dariusz Długołecki

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    50,16 zł
  • Bernd Kistenmacher | Welcome to the Circus

    Bernd Kistenmacher | Welcome to the Circus

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    62,76 zł