Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Najpopularniejsze

(134 albumy)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Jean Michel Jarre | Equinoxe

    Jean Michel Jarre | Equinoxe

    Bestseller Super cena

    Album ma odzwierciedlać dzień życia człowieka od rana do wieczora. Jarre rozwinął tu swoje brzmienia dodał dużo więcej dynamicznych i rytmicznych elementów głównie przez większe eksploatowanie sekwencji linii basowych. Krok naprzód po sukcesie komercyjnym Oxygene. Nie przełamał tu reguł które pozwoliły oczarować słuchaczy poprzedniej płyty ale zdaje się że płyta jest mniej improwizowana a bardziej przemyślana - co niekoniecznie znaczy lepsza. Jarre w umiejętny sposób rozbudowuje syntezatorowe orkiestracje tworząc ścianę dźwięku osadzoną w pięknych liniach melodycznych współgrających z harmonijnymi podkładami służącą mu to wytworzenia niesamowitego mniej pogodnego w odróżnieniu do Oxygene klimatu. Uwagę przykłada do wszelkich smaczków i pasaży dodając melodiom dodatkowej atrakcyjności. Dźwięk brzmi także dużo mocniej niż na poprzedniej płycie co podyktował repertuar płyty.
    Nie zapowiada tego pełen patosu wstęp części 1 obrazujący jak dla mnie wschód słońca przechodzący w części 2 w muzyczną opowieść o poranku, powoli budzącym się do życia świecie. Delikatne dźwięki nabierają mocy w części 3, lecz w jeszcze spokojnej tonacji, bez basów - to już symbol czynu, podjęcia wyzwań dnia codziennego. Dużo mocniejszą dawką decybeli obdarzono nas w części 4 - praca, zajęcia, człowiek na pełnych obrotach. Najbardziej dynamiczna część 5 - bombastyczny obraz człowieka w ruchu tak charakterystycznego dla dzisiejszej cywilizacji to chyba najbardziej znana porcja muzyki z tej płyty - podkład z niej jest kontynuowany w części 6 i na tle tego Jarre dodaje kolejne ozdobniki tworząc jakby nową integralną część (człowiek nadal na najwyższych obrotach tyle że w zaciszu domowym). Pod koniec jednak jego fizyczna aktywność powoli maleje (końcówka 6 części i część 7). Kiczowata melodyjka w 7 na wstępie (kojarzy się z klubem paryskiej bohemy) sygnalizuje odpoczynek - a samotnie bez udziału ozdobników wygrywane końcowe akordy to jakby hołd dla kondycji ludzkiej, człowieka samego w sobie i zarazem hymn dla konczącego się dnia. Całość brzmi jak muzyczna epicka opowieść.
    Można twierdzić że Jarre nie zaryzykował i zduplikował poprzednią formułę ale wiele tam nowych elementów. Nastroje na niej zawarte są jakby mniej porażające jak to było na Oxygene - mroczne i mniej uduchowione - prawdopodobnie gdyby ukazała się jako preludium przed Tlenem jej sukces byłby dużo mniejszy - jako kontynuacja znalazła szeroki poklask - co nie znaczy że płyta jest zła - o nie - to majstersztyk.

    Dariusz Długołęcki


    Wspaniały album! Nawiązujący do poprzedniego krążka twórcy. Equinoxe jest bardziej przyziemny. Nie znaczy to jednak, że pozbawiony jest tajemnicy. Ma niepowtarzalny klimat. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie Band in the rain kończące Equinoxe7. Słuchacz tego albumu na pewno się nie znudzi ani przez moment. Często lubię słuchać Jarre'a wieczorem, choć to tylko moja opinia. Jest to jednak album porównywalny z Oxygene. Myśle, że te dwa krążki są najlepszymi dziełami w historii muzyki elektronicznej. Jak do tej pory nie znalazłem bardziej perfekcyjnych płyt z El-muzą.

    Bartek


    Muzyka z tej płyty, jak i opisywane przez nią zjawisko, jest czymś rzadkim i niezwykłym w swoim rodzaju. Mimo dość dużego podobieństwa do swej poprzedniczki Oxygene płyta ta nie traci na świeżości pomysłów, a przede wszystkim na oryginalności zaprezentowanych utworów. Jean Michel Jarre poprzez Oxygene, Equinoxe i późniejszą Magnetic Fields stworzył swój własny, niepowtarzalny styl, który do dziś fascynuje wielu słuchaczy na całym świecie. Equinoxe jest dość wyraźnym przykładem zafascynowania kompozytora różnego rodzaju dźwiękowymi "bajerami". Szalejące wichry, odgłosy burzy, świergot ptaków i zlewające się plany dźwiękowe upiększają i urozmaicają jego muzykę, a nie przesycają ją natrętnie jazgoczącymi dźwiękami (jak ma to miejsce u wielu innych muzyków).
    Z całej suity na szczególną uwagę zasługują trzy pierwsze jej części osnute kosmiczną tajemnicą, pozostałe to już bardziej zdynamizowane ale podtrzymujące wcześniejsze wątki muzyczne pejzaże (warto przypomnieć, że pochodzą stąd dwa "przeboje": Equinoxe IV i Equinoxe V). W ostatnich latach dokonania Jarre'a zbliżyły się do tzw. techno-popu (nie mylić z techno!), ale nie wolno zapominać, że są w jego dorobku płyty, które z całą pewnością nawiązują do SBSME (skrótu chyba nie muszę tłumaczyć).

    Wojciech Suchan

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    27,30 zł
  • Arc | Blaze

    Arc | Blaze

    Bestseller

    Próba tchnięcia nowego ducha w brzmieniowe ramy skonstruowane przez pionierów z Berlina nie zawsze owocuje wyjątkowo udanymi płytami. Po pierwsze, elektronika sekwencyjna jest już terenem tak dalece wyeksplorowanym, że można pomału mieć wątpliwości, czy poruszając się po nim da się jeszcze w ogóle przedstawić coś oryginalnego. Po drugie, często najlepszym sposobem na nagranie dobrego i wpadającego w ucho albumu jest bliżej lub dalej posunięte kopiowanie gotowych patentów wypracowanych przez prekursorów stylu: Klausa Schulze oraz grupy Tangerine Dream. Muzycy duetu Arc zaproponowali zestaw nagrań, w którym nie tylko dochodzi do głosu ich własny sposób widzenia elektronicznej muzyki sekwencyjnej, ale w którym uwage przykuwają przede wszystkim rewelacyjne aranżacje, dopracowane do granic możliwości i takoż zachwycające wybrednych miłośników brzmień okołoberlińskich. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż Ian Boddy i Mark Shreeve mają dodatkowy zmysł wyspecjalizowany w kierunku opracowywania powstałych impresji na konkretne brzmienia i barwy oraz w kierunku uwypuklania niektórych głosów i usuwania w cień pozostałych. Jakkolwiek oksymoronicznie może to zabrzmieć, kompozycje Arc mają wprost niespotykany ciężar gatunkowy, nie tracąc przy tym ani trochę swej surrealnej, eterycznej zwiewności. Elektroniczne riffy, energiczne ostinata i wszelkie syntezatorowe akcenty potrafią niemalże przytłoczyć słuchacza, a jednocześnie muzyka ta jest niepospolicie przestrzenna, głęboka i lekkostrawna. W fenomenalny sposób udało się tutaj połączyć "berlinizujące" ostinatowe sekwencje z atmosferycznym, zagadkowo wielowarstwowym ambientem. Niektóre spośród przedstawionych tu utworów śmiało mogłyby stać się ozdobą katalogu Fax Records: niektóre rozwiązania harmoniczno-aranżacyjne mogą wywołać nie aż tak odległe skojarzenia z płytami Psychonavigation 4 albo XIV - Solarized Namlooka. W ten nieprzeciętny zestaw nagrań znakomicie wprowadza już pierwszy, szczególnie interesujący utwór tytułowy: można by pomyśleć, iż Boddy i Shreeve zaprosili do wspólnego jam-session muzyków Pink Floyd A.D. 1967, kierowanego jeszcze przez Syda Barretta!
    Perkusja Carla Brookera przydaje rytmicznym kompozycjom z Blaze dodatkowego wymiaru, intrygującego i zarazem generującego u słuchacza więcej adrenaliny. Obowiązkowa pozycja dla nawet najwybredniejszych melomanów zainteresowanych ewolucją stylu zapoczątkowanego przez berlińskich mistrzów.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    48,60 zł
  • Jean Michel Jarre | Oxygene (remastered)

    Jean Michel Jarre | Oxygene (remastered)

    Bestseller Super cena
    Płyta, będąca kamieniem milowym muzyki elektronicznej, przez wielu uważana za najwybitniejsze osiągnięcie gatunku, wyniosła także na wyżyny nieznanego wówczas, francuskiego syntezatorzystę. O ile późniejsze (a szczególnie ostatnie) dokonania Jarre'a nie mają już takiego uroku, co pierwsze, to przyznać trzeba, że dzięki nim muzyka elektroniczna trafiła "pod strzechy" nawet mniej wybrednych słuchaczy. Czy to dobrze - śmiem wątpić, komercjalizacja nigdy nie wychodzi sztuce na dobre... Oxygene na pewno nie można zarzucić owej przypadłości, płyta poraża pełnią i bogactwem brzmienia, niezwykle nowatorskiego jak na owe czasy, a i dziś potrafiącego zachwycić. Sześc utworów, tworzących nierozerwalną całość, wypełnione jest zwiewnymi, klimatycznymi dźwiękami, szumami wiatru i wspaniałymi efektami stereofonicznymi. Oxygene part 1 wprowadza nas w stan zadumy i pewnej melancholii, przelewając elektroniczne pejzaże z głośnika w głośnik. Muzyka nabiera tempa w Oxygene part 2, pod tym indeksem ukryty jest, między innymi, zgrabny temat triolowy, jeden z najbardziej charakterystycznych w dorobku kompozytora. Z towarzyszącym nam szumem wiatru rozpoczyna się Oxygene part 3, tchnąca optymizmem urokliwa miniaturka, z wieńczącym ją śpiewem ptaków, kończącym jednocześnie pierwszą stronę płyty. Po tym kolejny raz witani jesteśmy szumem wiatru i rozpoczyna się Oxygene part 4, można powiedzieć "wizytówka" Jarre'a, będąca dowodem na to, że jest on jednocześnie mistrzem komponowania prostych, ale przyjemnych, chwytających za serce melodii. Oxygene part 5 wraca na początku do klimatów spokojniejszych, malowanych organowymi krajobrazami, by pod koniec nabrać tempa i wprowadzić nas w klimaty rodem z Tangerine Dream... Płytę kończy Oxygene part 6, nastrojowy utwór, któremu towarzyszy szum morza i odgłosy rybitw kończące płytę. Trzeba przyznać, że w 1976 roku była to rzeczywiście muzyczna rewolucja, nikt dotąd muzyki, jakby nie było, pop w ten sposób nie grał. Czas jednak pokazał, że "muzyka przyszłości", jak reklamowano Oxygene, brzmi zupełnie inaczej, czy lepiej, czy gorzej, oceńcie sami. Dla mnie Oxygene to wspaniała podróż w krainę przestrzeni, błękitnego nieba i widocznego w każdą stronę horyzontu...

    Sebastian Sztark



    Pomyśleć że Jarre miał problemy z wydaniem tego materiału! A tymczasem to jeden z najbardziej charakterystycznych i popularnych albumow muzyki elektronicznej wszechczasów! Odmienny od chłodnego futuryzmu Kraftwerk i bardziej kosmiczny i przestrzenny niż Tangerine Dream zaskakiwał silnie melodyjnym brzmieniem i kreacją muzycznych pejzaży.
    Kluczowe komponenty sukcesu tej płyty to znakomicie wykorzystanie instrumentarium (choćby Eminent-310 Unique organ), fantastyczne użycie efektów echa i dźwiękowych generowanych przez VCS i AKS i genialne realizatorsko niesamowite efekty stereofoniczne.
    Ten album to znak firmowy Jarre'a.
    Już pierwsza część powala klimatem jaki wytwarza ta muzyka - podniosły, metafizyczny nastrój ale nie mroczny. To jakby kosmiczno-przestrzenna nirvana oblana dźwiękami - nastrojowe preludium do porywającej w intergalaktyczną podróż części drugiej - przed nami całe piękno kosmosu -mijamy czerwone karły, pulsary, roje meteorytów - przepiękna, wyważona i w stu procentach dopracowana muzyka.
    Część trzecia to jakby spięcie tej potrójnej suity - spokojnie - dynamicznie -spokojnie - bardziej jednak doniośle.
    Część czwarta - chyba najbardziej znany kawałek elektronicznej muzyki w ogóle. Oparty na kilku melodyjnych akordach, ale jak zaaranżowany i jak wspaniale wsparty podkładami!
    Część piąta - składa się z dwóch fragmentów - pierwsza - odzwierciedlenie kosmicznej pustki - prawie brak linii melodycznej i jakby swobodny przepływ dźwięków - im dalej jednak w las tym pojawia się zamiast dysonansow coraz więcej harmonii która nagle przeksztalca się w feerię muzycznej galopady - jedno z najciekawszych wykorzytań stereo w historii muzyki - słynne przejścia zamian kanałami poszczegolnych podkladów robi wrażenie do dziś - główny motyw pojawiający nagle - poraża mnie do dziś - ten jakis taki przenikliwy, chwytający za serce dźwięk i zakończenie z falami rozbijającymi się glucho o skałę i samplami popiskiwań mew to jak dla mnie najpiekniejsza część tej płyty. Końcowa część to znowu przeciwstawność na ktorej Jarre oparł płytę - spokojny, nastrojowy utwór mniej jednak przestrzenny od pozostałych. Bardzo systematycznie ułożone struktury tej muzyki tworzą jej moc - olbrzymia siła tkwi też w tym że Jarre nie udziwniał kompozycji tworząc esensjonalnie krótkie utwory kumulujące wszystko co podpowiadała mu muzyczna wyobraźnia w sposób który pozwalał się nacieszyć poszczególnymi dźwiękami do momentu kiedy zaczęłyby nużyć. To grzech wielu twórców którzy nadmiernie eksploatują pewne pomysły, które zamiast brzmieć świeżo po 10 minutach powodują ból głowy. Siłą Oxygene jest to, że jest przyjaźnie nastawiona na słuchacza, który przy kolejnych przesłuchach może odnajdywać następne smaczki a jego wyobraźnia tworzyć coraz to inne wizje.
    Zasługą Jarre'a jest to, że muzykę el rozpropagował w świecie wyrywając ją z niszowego gatunku przeznaczonego dla niewielkiej, elitarnej grupy słuchaczy. Jak nośna i jak rewolucyjna była ta muzyka niech świadczy olbrzymi boom na podrabiaczy stylu Jarre'a - do dziś wiele płyt w sklepach netowych zamiast opisu nosi krótką etykietę wyjaśniającą wszystko - jarrish. Ale mistrza nie jest w stanie nikt podrobić - co by nie pisać, Jean Michel Jarre ma wielkie zasługi dla el muzyki i obszczekiwanie jego dokonań IMHO jest śmieszne - jego miejsce jest równorzędne obok Tangerine Dream, Klausa Schulze i Vangelisa.

    Dariusz Długołęcki



    Pośród szumów i poświstów elektronicznego sitowia chwiejącego się sennie na tle syntezatorowych konstelacji chmur i wody rodzą się pierwsze mętne, zimne akordy, a wokół nich zaczynają wirować migotliwe arpeggia i ciągnące się pojedyncze tony. PPG Wave snuje swoją nostalgiczną pieśń, a plan zaciąga się coraz ciemniejszymi, seledynowo-granatowo-brunatnymi chmurami rozmaitych syntezatorów. Tak rozpoczyna się dzieło, które zapewniło Jean-Michelowi Jarre’owi sławę – do dziś płyta Oxygene w wielu kręgach uchodzi za debiutancką płytę francuskiego artysty, przez co wydawnictwa Cage, Erosmachine, Deserted Palace i Les granges brulées skazane zostają na zapomnienie. Oniryczna, pozbawiona właściwie rytmicznego szkieletu impresja przechodzi płynnie wraz z odezwaniem się migoczącego ostinata w część drugą: po chwili rozbrzmi fragment stylizowany na barokowe Gigue, gdzie wysokie tony syntezatora momentami do złudzenia przypominać będą mollowe wyznania barokowej trąbki. Quasi-barokowy motyw zostaje zmyty falami elektronicznych chórów, których pomruk niesie słuchacza przez lodowe cieśniny rzeźbione w brzmieniach syntezatorów i melotronów.
    Część trzecia rozpoczyna się od dramatycznego, przejmującego, dysonansowego „akordu syntetycznego“, który szybko rozpuszcza się pod naporem ciężkiego rytmu akcentowanego dźwiękami tak ścieżki perkusyjnej, jak i lepkich, masywnych akordów syntezatorowych intonujących chwytliwy motyw zbudowany na charakterystycznej dla najbardziej nośnych riffów kwincie. Muzyka ulega zdezintegrowaniu na podobieństwo piany dotkniętej kawałkiem mydła jeszcze przed trzecią minutą trwania tego epizodu. Z szumu wiatru i gamy innych niezidentyfikowanych niemuzycznych brzmień wyłania się znany chyba każdemu słuchaczowi muzyki nie tylko elektronicznej pulsujący rytm czwartego epizodu, najprędzej kojarzonego z nazwiskiem Jarre’a. Na posuwistym tle rozbrzmiewa przymglona, bardzo melodyjna impresja, ciekawie parafrazowana na bazie niby przewidywalnego schematu Cm-F-G.
    Część piąta to najdłuższy epizod Oxygene. Właściwie wyróżnić można tutaj dwie pod-części: pierwsza jest niebywale spokojna i stonowana, rozbłyskują w niej skrzące się, miękkie brzmienia oddalonych syntezatorów; część druga ma dla kontrastu wyrazisty, rozbulgotany, kipiący rytm, na tle którego w sposób niemal charakterystyczny dla rockowej improwizacji Jarre rozwija otwartą melodię syntezatora prowadzącego.
    Ostatnia część to frapujący, chłodny obrazek, w którym brzmienie ścian akordów jest wyjątkowo ponure i osamotnione. Szczególną uwagę zwraca melodia budująca przejście między powrotami alternacji mollowych akordów – Jarre składa ją w pomysłowy sposób używając półtonowych interwałów, nadających muzyce specyficzny posmak. Od strony dźwiękowej finałowy epizod przypomina nieco konstelację dźwięków wypełniającą introdukcję Oxygene, utwór spowity jest jednak w szaty bardziej rytmiczne niż część pierwsza.
    Skojarzenia przypływające spontanicznie podczas obcowania z tą płytą mogą różnić się bardzo dalece – wcale niekoniecznie musi to być podróż przez najdalsze krańce kosmosu, zdumiewanie się architekturą warszawskiego Mostu Poniatowskiego na tle wystygłego marcowego nieba ani kontemplowanie obrazów surrealistów. Tak czy inaczej, podróż przez dźwiękowe struktury Oxygene jest niezapomnianym przeżyciem, o czym warto jak najszybciej przekonać się na własnej skórze.


    Igor Wróblewski

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    34,14 zł
  • Moogazyn

    Moogazyn

    Bestseller Super cena

    Płyta wydana z okazji 10-lecia Klubu Miłośników Muzyki Elektronicznej i Medytacyjnej. Piękna nazwa klubu wywołuje refleksje nad zawartością tej płyty. Muzykę medytacyjna niewątpliwie reprezentują: Cosmogony, Dwie kobiety - fantazja, J.K. 150, Der Drachenberg - Probe 1. Wielka szkoda, że ten ostatni jest niefortunnie wyciszony. Pozostałość ma być muzyką elektroniczną. Czy aby jest? Chyba niektórzy zapomnieli, że termin "muzyka elektroniczna" już ma niewiele wspólnego z wykonywaniem na instrumentach elektronicznych. Jeśli mylę się to disco-polo (tfuj!) to też el-muzyka. Na takie warczenie jak Warczyk potrzeba Szczęśliwego Nowego Worku aby wysłać Brzegiem Styksu na Isle. Piszland pachnie bardzo późnym Tangeine Dream, a Random Realities wczesnym. Na tej płycie wszystkiego jest po trochu, od Jarre'a do..., chciałoby się napisać Schnitzlera - niestety nie mamy tak znakomitej plejady el-muzyków. Na koniec jest Znak Wysłuchania. Artur, może jakiś nowy tytuł. Proponuję "Znak przebudzenia". Podsumowując, płyta udana, warta posiadania przez każdego polskiego fana, a już na pewno przez bywalców podupadającego, niestety, KMMEiM.


    Turecky

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    9,99 zł
  • Redshift | Faultline

    Redshift | Faultline

    Bestseller

    Charakterystyczne brzmienie Redhsift podlega dalszej ewolucji; transowe, musujące ostinata jeszcze bardziej wezbrały na sile, a zamyślone epizody to już raz po raz prawdziwe klejnoty wyrastającego na berlińskiej glebie ambientu. Album rozpoczyna się porażającym wprost utworem tytułowym, w którym wiodący głos należy do typowego dla Redshift ostinata o zmysłowo schromatyzowanej, „uskakującej” melodii – a raz wzniecone napięcie nie siada już aż do samego końca tej zdumiewającej płyty. Po krótkiej wizycie na opustoszałej planecie zasłoniętej mgiełką mżącego, fosforyzującego deszczu („Chrysolite”) odbywamy kolejną podróż przez ciasne pierścienie sprężystych ostinat w „Pyro-Gen”; niektóre sekwencje podminowane są terkotliwym pogłosem w stylu „Quichotte” TD, a namiętna melodyka ostinat połączona z wykonawczo-programatorskim temperamentem z pewnością pozostawi wielu słuchaczy pokręcających jedynie głowami bez słów... To na pewno jeden z najmocniejszych punktów całego albumu. „Aquamarine” to kolejne eksperymentalne intermezzo, zaczynające się gdzieś w rejonach mrocznego ambientu, prowadzące natomiast z czasem w zakurzone, oświetlone słabym światłem gazowych lamp rejony „The Big Sleep in Search of Hades” TD. „Quenzer” to po relatywnie krótkiej chwili wytchnienia kolejny zmasowany atak sekwencyjnych batalionów. Płytę wieńczy hipnotyczne, ponad 20-minutowe „Praetorian”, w którym lekko opóźniono tempo i wyrównano proporcje między tętentem ostinat a akordowo-improwizacyjnymi halucynacjami atrakcyjnie pokolorowanymi w duchu „Rubycon” Mandarynkowego Snu...
    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    54,58 zł
  • Tangerine Dream | Dream Mixes 4 (+bonus CD)

    Tangerine Dream | Dream Mixes 4 (+bonus CD)

    Bestseller
    Seria Dream Mixes została zainicjowana prze Jerome Froese'go. Wpadł on na pomysł by utwory z klasycznych płyt przedstawić w nowoczesnych remixach. Boom techno i pokrewnych stylów, niejako wymógł na Tangerine Dream presje by ci podążali za nowymi brzmieniami. I tak jest w gąszczu sampli, transowych bitów można usłyszeć klasyczne utwory grupy, z tym iż są to wersje mocno zniekształcone. Utwory z płyt Exit (pojawia się motyw ze słynnego Kiev Mission), Tangram czy Thief, doładowane zostały połamaną rytmiką drum'n'bass. Fanem tego stylu jest młody Froese i to on zapewne mocno znęcał się nad tym materiałem. Są jednak utwory które bliższe są klasycznym dokonaniom grupy. Takim utworem jest Massenger mający swoje korzenie w utworze Rising Runner Missed By Endless Summer z płyty Cyclone. Ale Dream Mixes 3 to nie tylko wywrotowe remiksowanie nobliwej klasyki. Zespół sięgnął też po nowsze utwory jak te z płyty Mars Polaris. Dla wielu ortodoksyjnych fanów grupy tego typu rzeczy, to zamach na własną sztukę. Są jednak i ci z otwartymi głowami i kolejne części Dream Mixes łykają bezproblemowo. W sumie to nadążanie za trendami jest dowodem iż zespół pozostał nieco w tyle. Mimo to potrafią wciąż zaskoczyć nowoczesnym brzmieniem i pozostać sobą. A to już sztuka.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2CD


    71,16 zł
  • Vangelis | Sex Power - Poem Symphonie

    Vangelis | Sex Power - Poem Symphonie

    Bestseller
    Na mieniącym się skontrastowanymi, różnorakimi odcieniami albumie Sex Power przechodzimy przez introdukcję kojarzącą się z albumem L'apocalypse des animaux, by usłyszeć pasaż tak charakterystyczny dla Vangelisa w latach późniejszych (durowy temat fortepianowy, chórek podejmujący parafrazy na temat głównego motywu, oryginalnie zaaranżowana chrzęszcząca ścieżka perkusyjna); słuchamy kojącej akustycznej ballady, by bezpośrednio po tym dać się zahipnotyzować skomplikowanemu dalekowschodniemu rytmowi zapowiadającemu takie płyty, jak kolejne części cyklu Sultan przygotowanego przez Namlooka wraz z B. Ocalem. W ósmym, eksperymentalnym utworze nie zabrakło elementów stylu, który można by już określać jako dark-ambient, przy czym aranżacyjnie Vangelis pozostaje w sferze dźwięków a la Ummagumma Pink Floyd. Przetworzone wątki tej impresji zjawiają się jeszcze w miniaturze dziesiątej, której zagęszczone, wielowarstwowe tło konstruowane z niemuzycznych brzmień każe z kolei potraktować Vangelisa jako prekursora noise'u! Poem Symphonie to w ogóle pierwsze nagrania greckiego kompozytora i multiinstrumentalisty - jedyne w swoim rodzaju słuchowisko narracyjno-chóralne, przetykane instrumentalnymi, akustycznymi miniaturami, poświęcone zamieszkom studenckim we Francji. O dziw już tutaj słychać elementy charakterystycznego stylu Vangelisa, jeśli chodzi o stopniowanie napięcia, aranżowanie motywów, masywne, lekko lejące się brzmienie melodii prowadzących - Poem Symphonie więcej ma wspólnego z niektórymi późniejszymi płytami Vangelisa aniżeli np. awangardowy, free-jazzowy album Hypothesis. Z kolei obie niespełna trzyminutowe piosenki wieńczące album nie mają ze "stylem Vangelisa" praktycznie nic wspólnego, może poza lekko ujazzowioną improwizacyjną werwą; generalnie utwory te jednak można usytuować stylistycznie gdzieś między The Beach Boys i The Searchers a musicalami Hair i The Rocky Horror Picture Show (!)

    I. W.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    61,30 zł
  • Wolfram Spyra, Chris Lang | Achtundzechzig 24

    Wolfram Spyra, Chris Lang | Achtundzechzig 24

    Bestseller

    Na czym polega istota tej muzyki..
    Zastanawiałem się przez cały czas jej trwania. Właściwie jest to w większości nic innego tylko wierne odtworzenie klimatu jaki słychać na nagraniach drugiej polowy lat '70, np. na płycie Mirage Klausa Schulze. Po prostu dwóch ludzi bez wątpienia zafascynowanych złotymi latami elmuzy postanowiło podtrzymać dobrą tradycję. Nie silą się na nowatorstwo, nie przecierają nowych szlaków, jest to po prostu "stary, dobry berlin". Zabieg jaki stosowali juz z powodzeniem wcześniej M.Schonwalder i B.Kistenmacher. Celebrowanie nastroju które ma wprowadzić w nastrój zadumy... Bardzo mi się podoba że Spyra i Lang nie skusili się na ekspresyjne solówki, nakładające się tonami w jazgot nie-do-zniesienia. Uniknęli tej pułapki, grając może nawet czasami zbyt spokojnie. Snują w każdym bądź razie swoją wizję nieznacznie ale smacznie, od czasu do czasu dając dowody ze stać ich też było na zakup trochę nowszych płytek Klausa Schulze typu En=Trance (hi hi).
    W końcowej części kompozycji Neunundfünfzig 49 słuchacze tego koncertu mogą sie ożywić i wyjść z łagodnego transu, muzyka staje się bardziej wyrazista i konkretna. Acht 39 to z kolei krótsza forma i zdecydowanie bardziej zbliżona do tradycyjnej muzyki. Pokusiłbym się o stwierdzenie że można by się przy niej śmiało pokręcić z połowicą po parkiecie w namiętnym uścisku. Podsumowując: jak dla mnie osobiście mogłoby być więcej ikry, mniej flegmy, ale w sumie nie jest źle.

    Damian "DiKey" Koczkodon www.elmuzyka.za.pl


    Po tę płytę powinni sięgnąć głównie wielbiciele Klausa Schulze, gdyż muzyka tu zawarta skojarzyła mi się właśnie z jego postacią. Wolframa Spyrę znałem głównie z wydawnictw Faxa, gdzie wraz z Pete Namlookiem rozwijał raczej ambientowy rozdział swojej twórczości. W wytwórni Manikin stawia raczej na znane i sprawdzone patenty rodem z klasycznej elektroniki. Na powyższy album składają się dwie kompozycje, pierwsza Neunundfunfzig 49, to blisko godzinna suita. I oczywiście ona zajmuje lwią część albumu. Analogowa elektronika od czasu do czasu rytmiczny puls, fortepian i melodyka tak charakterystyczna dla Schulze. Mam wrażenie iż Spyra i Lang chcieli wskrzesić ducha jego twórczości z lat '70. To dosyć ekscytujący okres w twórczości Klausa Schulze, bowiem właśnie wtedy stworzył swoje absolutne arcydzieła. Artystom udało się, choć cytaty z przyszłości nieco przygniatają własną inwencję twórczą. Drugi utwór Acht 39, trwający raptem 8 minut, to jedynie zwieńczenie całości. Płyta niezła, trochę wtórna, lecz na pewno warta wysłuchania.

    R. M.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    73,89 zł
  • Tangerine Dream | Ricochet

    Tangerine Dream | Ricochet

    Bestseller Super cena

    To nowy rozdział w muzycznym rozwoju Tangerine Dream, którego granice kończyły się w połowie lat 80 - tych albumami złożonymi z krótkich, kilkuminutowych utworów a zarazem znakomite preludium do innego blockbustera - Stratosfear. Prawdziwa ściana mrocznych wibrujących sekwencji wymieszana z ciekawymi motywami muzycznymi - dla mnie to najciekawszy styl Tangerine Dream najbliższy mojemu sercu. Wszystkie te struktury są na najwyższym poziomie z prostej przyczyny: z kilometrów taśm Froese wybrał i skompilował najciekawsze fragmenty i bardzo przyłożył się do dopracowania wszystkich detali - stąd ta płyta jak dla mnie brzmi wciąż świeżo i niezwykle.
    Płytę wystylizowano na album live ale naprawdę to właściwie dopiero w studio dokonano rzeczywistej obróbki materiału stąd notatka że album jest nagrany podczas koncertów we Francji i Wlk. Brytanii. Już pierwsza część od początku poraża mnie swą melodyką i motywami które oszczędnie eksploatowane dają niesamowity efekt. Nie ma tu ani jednego przypadkowego dźwięku, płyta jest znakomicie przemyślana i dopracowana - poszczególne elementy tworzą niesamowity nastrój wpływający mocno na emocje (bynajmniej moje). Można ten utwór podzielić na trzy części. Pierwsza - wprowadzenie - liczne wstępy, gitara elektryczna, perkusja, spokojny ale jakiś taki doniosły nastrój, który zostaje zróżnicowany i od siódmej minuty zaczyna się zaś część druga: ekspozycja - jazda bez trzymanki na rollercoasterze albo gdzieś w przestrzeni kosmicznej w nadświetlnej. Wchłania słuchacza do swego świata nie pozwalając mu na oddech. To tak naprawdę pierwszy album gdzie na taką skalę pojawia się słynny Tangerinowski pulsujący rytm. Harmoniczny styl, melodia to porzucenie tego co prezentowano na mocno eksperymentalnych płytach z lat wcześniejszych. Zamknięcie: styl wprowadzenia, uspokojenie muzycznego pejzażu.
    Drugą część otwiera przepiękne fortepianowe intro, do którego po chwili dołącza flet. Bardzo subtelna melodia stopniowo wyciszana z delikatnym brzmieniem syntezatora w tle - w końcu flet samotnie kończy tę część i gwałtownie przechodzimy to wspaniałych dźwięków elektronicznego instrumentarium - swoisty majstersztyk manipulacji odczuciami słuchacza. Kolejne pojawiające się ozdobniki, wprowadzane są dla spotęgowania nastroju i powtarzają się jako podkład. Mamy tu połączenie polifonii, rytmu i melodii w niespotykanym dotąd u Tangerine Dream sposobie. Zresztą po prostu najlepiej puścić sobie 2 część i wysłuchać. Muzyczne ornamentacje plus melodyjność tej płyty tworzą jak dla mnie niesamowity niedościgniony klimat. A na okładce jedno z ciekawszych zdjęć autorstwa Moniki Froese.

    Dariusz Długołęcki


    ...od tego albumu rozpoczęła się moja przygoda z muzyką EL i trwa po dziś dzień, mimo że upłyneło 28 lat często wracam do jej dźwięków, tej płyty po prostu nie wypada nie znać jeśli się interesuje el muzyką, raz usłyszawszy chce się jej ciągle słuchać, gorąco polecam!!!...

    PPL


    Jeden z 3 absolutnych nr 1 mojego życia. Ricochet to chyba najważniejszy wyznacznik elektroniki na lata siedemdziesiąte, oczywiście poza dokonaniami Klausa Schulze. To ile na tym albumie utrwalonych jest pomysłów tria Tangerine Dream to absolutny rekord w el-muzyce. Nic dziwnego, że swego czasu album ten gościł na 1 miejscu listy przebojów el-muzyki w Pr. 3 PR.
    Utwór pierwszy rozpoczyna się jakby marszem żałobnym z fenomenalną partią gitary Froese. Od połowy, aż do końca Ricochet Part One to już majstersztyk w dziedzinie nakładania sekwenci. Dzieje się tu czasami tak wiele, że słuchacz czuje się jakby pędził w otchłań bez końca. Ale koniec następuje w pięknym i smutnym stulu. Część drugą rozpoczyna piano - także fenomenalne [ten wyraz powinien być kojarzony z tą płytą]. Coś jakby z epoki romantycznej. Piano przechodzi w sekwencję, sekwencja w solo itd... Nie posłuchasz, nie zrozumiesz. To co jeszcze wyróżnia tę pozycje to barwy brzmień. Ilu twórców muzyki [nie tylko el] nie potrafi oderwać się brzmieniowo od Ricochet. Bo i po co. Brzmienia są doskonałe i rewelacyjnie dopasowane. I pomyśleć, że jest to jedynie montaż z trasy koncertowej z roku 1974...
    Album to dowód na to, że improwizacja jest doskonałym narzędziem przy tworzeniu i graniu elektroniki, szczególnie tej berlińskiej. Szkoda tylko, że niektórzy artyści nie mają takich zdolności do jej wykorzystywania jak ten pamiętny skład Tangerine Dream.

    Wojciech Suchan


    Tangerine Dream to zespół, który wciąż zaskakuje nowymi pomysłami - od przeszło 30 lat na muzycznej arenie. Ewolucja jaką przechodzi muzyka tego (najczęściej) tria z Niemiec, zachwyca, zmusza do refleksji i pobudza a niejednokrotnie zniewala i pociąga za sobą całe rzesze fanów. RICOCHET to według mnie jeden z bardziej udanych albumów Tangerine Dream - dzisiaj już 28 letnie dzieło to skrócony zapis z ponad 90 godzin (!) muzyki zapisanej w studiu po koncertach we Francji. Edgar Froese i jego koledzy z jednego w zasadzie tematu uczynili majstersztyk. Płyta wcale nie nudzi, jest ciekawa melodycznie od samego początku do końca. Muzycy do maksimum chyba wykorzystali możliwości ówczesnych syntezatorów analogowych... i na pewno im się to udało. Jedyną wadą albumu jest to, że jest za krótki... ale na szczęście są inne płyty Tangerine Dream, można też włączyć "repeat" w odtwarzaczu CD. Na podsumowanie ciekawostka dla starszych słuchaczy i fanów Tangerine Dream: czy ktoś rozpoznał ongiś w Dzienniku TV podczas prezentacji pogody podkład muzyczny, którym jest właśnie główny motyw muzyczny ,Ricochet?
    Mandarynkowe sny niech wracają do Was - mili słuchacze ... nawet rykoszetem...

    Mariusz


    ...to modlitwa - nie muzyka ....

    ???


    13 lat temu koleżanka pożyczyła mi kasetę magnetofonową, twierdząc że jest tam fajna muzyka, gdy ją przesłuchałem byłem oczarowany, to był Ricochet. W ten sposób zaczęła się moja przydoda z Tangerine Dream. Obecnie mam 30 lat i nadal Mandarynki są moim najlepszym zespołem. Pozdrawiam wszystkich fanów i tych którzy dopiero zaczynają zagłębiać się w mandarynkowe światy.

    Łukasz 1976.

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 1CD


    30,79 zł
  • Jean Michel Jarre | Magnetis Fields

    Jean Michel Jarre | Magnetis Fields

    Bestseller Super cena
    Po prawie bliźniaczo podobnych brzmieniem Equinoxe i Oxygene Jarre wydał płytę zupełnie odmienną. Brak tu wizji kosmicznych światów swoistego kreowania innej nadrzeczywistej materii dźwięku - tutaj mamy do czynienia z melodyjnym minimalizmem. Podkłady jakie pojawiają się w poszczególnych utworach powodują zupełnie inny odbiór tej muzyki, która jakby zrzuciła zwiewną zasłonę odrealnienia. Tytuł do płyty Jarre zaczerpnął z nadrealistycznego poematu Andre Bretona i Philippe'a Soupalta. Pierwsza połowa albumu koncentruje się na 17 minutowej suicie, jednej z najbardziej zaskakujących kompozycji Jarre'a. Skonstruowano ją jako sekwencję dwóch głównych motywów, z rozmarzonym interludium wprowadzającym trochę kosmicznego ducha. Pierwszy motyw oparto na dynamicznej serii syntezatorowych chórów dochodzących do crescendo, drugi o zabarwieniu orkiestrowym można by nazwać progresywnym popem elektronicznym z ciekawymi syntezatorowymi improwizacjami o bardziej ambitnym zabarwieniu. Jest ona jakby podzielona na 3 części - pierwszą bardziej dynamiczną kończą zabawy przetworzonym głosem (naturalne dźwięki miksowano Fairlightem), druga surrealistyczna składająca się z mnogich efektów, sampli (pierwszy raz użyte w historii jako muzyczny element) i dochodzącej do nich melodii na syntezatorze przechodząca w część 3 - najsłabszą na płycie - najlepiej obrazuje owo odarcie z mrocznej tajemnicy poprzednich 2 płyt na rzecz zrytmizowanego popu elektronicznego.
    Część druga to chwytliwy techno - pop oparty na twistowym rytmie. Szkoda że Jarre odszedł od działających na wyobraźnię przestrzennych wizji.
    Część 3 zaś to głównie przegląd elektronicznych efektów - odgłosów maszynerii, pikania radaru itd. Wszystkie te dźwięki emulowane przez syntezatory brzmią niezwykle intrygująco w zestawieniu z syntezatorem. Króciutki acz bardzo nastrojowy o ciekawej stylistyce jedyny przypominający dawne dokonania Jarre'a.
    Część 4 - melodyjne linie i relaksacyjny podkład dają nam możliwość obcowania z najlepszym jak dla mnie utworem na tej płycie - spokojna, pogodna atmosfera pozwala na błogie zanurzenie się w otaczających nas dźwiękach.
    Część 5 można odebrać jako rumbę - wiadomo że Jarre dalej flirtował z latynoamerykańskimi rytmami, że wspomnę nieszczęsne Calypso i wielokrotnie przemycał tą muzykę do swych utworów. Ten utwór wieńczący płytę to wyraźne zasygnalizowanie że stylistyka z Equinoxe i Oxygene to już przeszłość.
    Na pewno wielu fanów rozczarowało się sądząc że Jarre będzie kontynuował wariacje na temat swoich dwóch poprzednich płyt. Inni jak ja, uważają że dobrze uczynił że zaczął poszukiwać czegoś nowego. Na koniec ciekawostka - po francusku płyta nosi tytuł Les Chants Magnétiques czyli "Magnetyczne piosenki" - wydano ją także jako Magnetic Fields a nie Songs - Jarre uznał że słowo Fields brzmi lepiej jako nazwa płyty.

    Dariusz Długołęcki


    Płytę otwiera ruchliwe, rozmigotane ostinato, w które wkrada się regularnie dźwięk o pół tonu niższy niż główny ton składowy, przez co uzyskuje się wrażenie rozmazywania się melodii, spotęgowane licznymi pogłosami. Na tym tle rozbrzmiewają charakterystyczne jarre'owskie dwudźwięki, prowadzące swą nostalgiczną opowieść. Ten dynamiczny, iskrzący się fragment może stanowić idealną ścieżkę dźwiękową do filmu, który w przyspieszonym tempie pokazuje budzenie się i wzrost roślin albo podziały komórkowe… Pływający, miękki bas zaznacza co jakiś czas swoje akcenty, a temat przewodni roztapia się co kilka chwil w bezkresnym oceanie szumów i kosmicznych świergotów.
    Muzyka z biegiem czasu staje się coraz pogodniejsza, ostinato oscyluje wokół durowego akordu, a prowadząca melodia wschodzi niczym słońce przebijające się przez deszczowe chmury prędko odsłaniające czyste niebo. Potem zaś idziemy na spacer w towarzystwie zagadującego nas półsłówkami robota. Zwiedzamy Warszawę? Paryż? Fikcyjną metropolię pełną samochodów o opływowych kształtach, pełną budynków wyginających się za sprawą śmiałej architektonicznej wyobraźni jak w krzywym zwierciadle?... Gdy skończy się ten pozbawiony regularnego rytmu i wyrazistej melodii fragment, jak świetlista smuga rozbłyśnie znienacka kolejny wątek, prowadzony natychmiast wpadającymi w ucho dwudźwiękami na tle galopującego rytmu syntezatorowo-perkusyjnego. Ta melodia toczyć się już będzie pospiesznie aż do końca pierwszej części suity, stopniowo wyciszając się, pozostawiając na słyszalnym planie tylko zamyślone, smętne, tęskne syntezatorowe znaki interpunkcyjne. Po ostatnim wielokropku rzeczywiście zostanie już tylko cisza…
    Część druga to najbardziej znany fragment tej płyty i zarazem niekwestionowany przebój, gwóźdź programu późniejszych koncertów. Bardzo chwytliwy motyw brzmi klarownie w "zwrotkach" i miesza się z lekko dysonansowymi akordami w "refrenach" utworu, a brawurowy podkład przywołuje na myśl pomysłowe podkłady perkusyjne wykorzystane przez grupę Kraftwerk jako budulec kolejowych muzycznych podróży w utworach Trans Europa Express, Abzug i Metall auf Metall. Część trzecia brzmi najbardziej tajemniczo i mgliście. Może słuchacz próbuje przyjrzeć się płochliwemu egzotycznemu ptakowi, który skrył się w zgniłozielonym sitowiu?... Brzmienie muzyki zapowiada pogłębioną na późniejszych płytach fascynację wątkami orientalnymi.
    Czwarta część to typowa dla Jarre'a melodia, brzmiąca jednocześnie i pogodnie, i z lekka nostalgicznie. Leitmotiv tego utworu stopniowo będzie niknąć wśród poświstów i dźwięków idealnie oddających igranie odblasków na tafli wody, aż pozostanie tylko miarowe, chłodne ostinato.
    Część ostatnia to wzmagająca "surrealistyczny" nastrój całości żartobliwa rumba, celowo "utandetniona" i brzmiąca mniej plastycznie niż pozostałe kompozycje. Słuchacz zasiada przy jednym z klubowych stolików i za chwilę doczeka się premiery dzieła Les chants magnetiques - cała suita rozpocznie się od początku; ten seans w seansie może nigdy się nie kończyć… Przecież znienacka milknące dźwięki rumby to też tylko igraszka ze słuchaczem…

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    34,14 zł