Napisz do nas
   


Kategorie


S-GRAFA
S-GRAFA
S-GRAFA

Newsletter

Statystyki sklepu:

2196 wydawnictw w ofercie
1721 dostępnych natychmiast
33648 próbek utworów
2258 recenzji płyt
24653 zrealizowanych zamówień
4652 zadowolonych klientów z:
Australii, Belgii, Kanady, Chile, Czech, Danii, Estonii, Finlandii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji, Holandii, Węgier, Izraela, Kazachstanu, Korei, Litwy, Norwegii, Włoch, USA, Szwajcarii, Słowacji, Portugalii, Rosji, Szwecji...



Kontakt:

GENERATOR
Ziemowit Poniatowski
ul. Krótka 22; 05-080 Izabelin
NIP 527-100-25-16
REGON 010739795
Wpisany do CEIDG prowadzonej przez Ministra Gospodarki
tel. +48 601 21 00 22

Popularność 5

(412 albumy)
sortuj
według
albumów
na stronę
okres nagrania
  • Vangelis | Blade Runner (LP)

    Vangelis | Blade Runner (LP)

    Vangelis ponownie mnie zaskoczył, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Kolejne jego płyty zawsze mnie zachwycały i przynosiły moc niesamowitych wrażeń (wspomnę tu The City). Tak też jest i tym razem. Ta płyta jest jednak wyjątkowa i to nie tylko z powodu nawiązań do wspaniałego filmu Ridleya Scotta. Takiej dawki nastroju, klimatu i zwykłego piękna w vangelisowskim sosie muzycznym nie słyszałem od dawna. Wynika stąd wniosek, iż Vangelis jest jak dobre wino - im starsze, tym lepsze.
    Ścieżki dźwiękowe mają to do siebie, że muzyka na nich zawarta powinna stanowić składową część filmu. W przypadku Łowcy androidów Vangelis poszedł dalej: jego muzyka i film Scotta stanowią pewnego rodzaju amalgamat. To połączenie sprawia, że nie można słuchać muzyki nie myśląc o filmie i nie oglądać filmu nie ulegając urokowi kompozycji Vangelisa. A uroku jak już wspomniałem, muzyka to posiada wyjątkowo dużo. W zestawie nagrań znajdują się trzy utwory, które znane są już z wcześniejszej płyty Vangelisa Themes, a mianowicie Memories of Green (ten kawałek kompozytor opublikował już w 1980r. - See You Later), Love Theme, i Blade Runner. Jako, że te utwory są już znane skupią się na pozostałych nagraniach. Najbardziej niesamowite wrażenie sprawia (moim skromnym zdaniem) utwór Blade Runner Blues - najpełniej oddający klimat filmu; wprost trudno oprzeć się nastrojowi tej najdłuższej na płycie kompozycji, co ciekawe stworzonej bardzo prostymi środkami. Rachel's Song to kolejna perełka na tym soundtracku - nostalgiczna wokaliza Many Hopkin uzupełniona o typowo vangelisowskie dźwięki (fortepian "udający" spadające krople deszczu). Wait for Me to równie piękny utwór, choć już może nie tak nastrojowy. Tales of the future to przede wszystkim popis wokalny starego kompana Vangelisa, Demisa Roussosa - faceta, który zawsze kojarzył mi się z łzawymi utworami o miłości (jestem chyba niesprawiedliwy - są przecież jeszcze nagrania Aphrodites Child). Opowieści przyszłości brzmią dzięki niesamowitemu głosowi Roussosa jak apokaliptyczna wizja. W trzy utwory Main Titles, Blues Response i Tears in Rain zostały umiejętnie wplecione dialogi bohaterów filmu. To bardzo dobry pomysł i wart naśladowania. Całość wizerunku muzycznego Blade Runnera dopełnia "tandetna piosenka barowa" (to moje określenie) One more kiss, dear - mimo swej oczywistej banalności nie drażni zmysłu słuchu (to chyba kwestia przyzwyczajenia). Ta płyta to przykład ciągłej ewolucji muzycznej Vangelisa. Mimo tego ewoluowania nadal jest wierny korzeniom swych fascynacji muzycznych i nie ulega wpływom wszelakich mód i tak powszechnej obecnie komercji, która zabija prawdziwą muzykę (nie tylko elektroniczną).

    Marcin Pirek


    Rok 1982 przyniósł Vangelisowi szczyt sławy i długo oczekiwane uznanie jako kompozytora muzyki filmowej. Jego ścieżka dźwiękowa do Chariots Of Fire przez 15 tygodni utrzymywała się na pierwszych miejscach amerykańskich list przebojów, aby w końcu zdobyć Oskara. W tym wspaniałym dla siebie okresie w Londynie Vangelis przygotowuje muzykę do innego wielkiego przeboju kasowego - Blade Runnera, opowieści science fiction wyreżyserowanej przez Ridleya Scotta, w której główne role zagrali: Harrison Ford i Rutger Hauer. W tej doborowej stawce Vangelis wcale nie okazał się słabszy. Stworzył wspaniałą muzykę, która mimo upływu wielu lat wcale się nie zestarzała, o czym przekonałem się niedawno. Szkoda tylko że przyszło nam na to czekać aż tak długo. Ale nie jest to do końca prawdą bowiem w tym samym 1982 roku ukazała się wersja orkiestrowa tej muzyki. Przygotował ją Jack Eliott specjalnie dla New American Orchestra, którą sam poprowadził. Niestety przez lata byliśmy skazani na słuchanie tej wersji, z małym wyjątkiem bowiem trzy kompozycje z filmu w oryginalnej wersji ukazały się na płycie Themes (Polydor, 1989). Teraz kiedy po latach mogę posłuchać obu wersji ta pierwsza wydaje mi się śmieszna i staromodna. Przypomina mi nieco poczynania orkiestry Zbigniewa Górnego, prezentującego w latach 70-tych i 80-tych światowe hit w polskiej telewizji. Ale wówczas czasami nie można było inaczej. Dlaczego tak samo stało się u amerykanów, prawdopodobnie na zawsze pozostanie ich słodką tajemnicą. Bogate, orkiestrowe aranże Patricka Williamsa, Eddiego Karama czy Angela Morley są bardzo pięknie i zapewne wspaniałe... ale mają się nijak do tematyki i przesłania całego filmu. Dopiero słuchając oryginalanej muzyki odkrywamy geniusz Vangelisa.
    Przejawia się on w tworzeniu wspaniałego klimatu ogromnego miasta, jego ulic, knajp, mrocznych wnętrz domów. Wcześniej ilekroć oglądałem film moja uwaga skupiona była głównie na sugestywnych obrazach wykreowanych przez Scotta. Muzyka była tłem, na które zawsze zwracałem uwagę, ale nigdy nie była ona dominująca. Teraz kiedy mamy płytę, jest sama muzyka i ona jedynie oddziaływuje na wyobraźnię. I to działa.
    Pewnie niewielu kinomanów lubiących często powracać do tego filmu odkryłoby, że w jednej ze scen śpiewa niegdyś wielka gwiazda festiwalu w Sopocie, sam Demis Roussos. Wcześniej Roussos wspólnie z Vangelisem i grupa emigrantów z Grecji przez kilka lat tworzyli zespół Aphrodites Child. Na ścieżce dźwiękowej Blade Runnera Roussos wykonał wspaniały, prawie arabski wokal w mrocznym utworze Tales Of The Future. I pewnie ja także bym się nie zorientował gdybym nie usłyszał samej muzyki. To nie jedyna perełka, którą odkryłem podczas słuchania oryginalnych utworów Vangelisa. Podczas realizacji orkiestrowych wersji pominięto jeszcze pięć innych kompozycji: Blush Response, Wait For Me, Rachel's Song, Damask Rose i finałowy Tears In Rain. Wcale się nie zdziwiłem, że było ich tak wiele bowiem muzyka Vangelisa w odróżnieniu od tego co się powszechnie uważa, jest pełna elektronicznych brzmień i efektów czysto studyjnych, praktycznie nie do odtworzenia przez orkiestrę. Jedyny wyjątek stanowi One More Kiss, Dear - knajpian blues, w którym poza głosem wokalisty i barwą dźwięku w filmie symulującą radio, nie różni się niczym od swej orkiestrowej kopii. Cała reszta muzyki to czysta elektronika ożywiona magicznym tchnieniem genialnego Greka.
    Spośród nowoopublikowanych utworów na uwagę zasługuje dynamicznie rozwijający się Blush Response z nagranymi na początku głosami aktorów, mroczny Damask Rose przedłużenie Tales Of The Future oraz deszczowy Tears In Rain, podobnie jak poprzednie zawierające głosy Forda i umierającego w scenie finałowej Hauera.
    Co ciekawe całą tę elektroniczną otoczkę wytworzoną dla potrzeb Blade Runnera - szumy, głosy i ambientalne dźwięki docierające z zakamarków żyjącego miasta po latach Vangelis przypomniał podczas nagrywania The City (Dawn, Morning Papers, Procession). Jednak płyta ta nie jest w stanie dorównać autorskiej wersji soundtracku Blade Runner.
    Michał Zioło

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    88,67 zł
  • Klaus Schulze | Le Moulin de Daudet

    Klaus Schulze | Le Moulin de Daudet

    Koncertowe wydawnictwa Royal Festival Hall i The Dome Event ukazały nieco inne oblicze Klausa Schulze: jako kompozytor i konstruktor muzycznych wątków artysta powrócił w dużym stopniu do stylistyki rozwiniętej w latach siedemdziesiątych, jako aranżer poszedł jednak jeszcze dalej przed siebie ścieżką wyznaczoną przez płyty En=Trance i Beyond Recall: sekwencyjne pasaże brzmią bardzo sterylnie i sucho, a często powracającym elementem są różnorakie sample. Płyta studyjna Le Moulin de Daudet zawierająca muzykę filmową jest kolejnym elementem w tej układance, od początku jednak zwraca uwagę jej charakterystyczna ascetyczność w porównaniu z albumami koncertowymi, o których piszę. Właśnie za sprawą tej specyficznej skromności w zagospodarowywaniu planu dźwiękowego udaje się Klausowi Schulze uzyskać fantastyczną głębię i wielką siłę malarsko-sugestywnego wyrazu. Wątki snute przez brzmienia pojedynczych instrumentów ścielą się długimi, pociągłymi kreskami w lapidarny sposób oddającymi ducha każdego z zamieszczonych tu (króciutkich) epizodów; w ich cieniu z wielkim wyczuciem przestrzeni i nastroju Schulze czasami dorzuca dodatkowe pogłosy, czasami poboczną ścieżkę snutą przez instrument o innej barwie, czasami frapujące sample głosowe i perkusyjne… Niewątpliwie słychać tu wielką inwencję melodyczną. Wiele utworów brzmi jak skończone (choć nader miniaturowe) kompozycje, nie brakuje jednak im iskry, jaką daje skłonność do improwizowania. Dźwięków jest dokładnie tyle, ile wymaga atmosfera danej impresji, ani mniej, ani więcej. Mimo zwartości i wręcz lapidarności niektórych utworów nie ma mowy o banalności brzmieniowo-melodycznej. Gdy czasami przypomniany zostaje motyw z schulzeańskiej przeszłości, odżywa on w nader fascynujących barwach i odsyła do innych niż niegdyś wizualizacyjnych skojarzeń: interesującym przykładem jest miniatura Folk Dance, zbudowana na figurze przewijającej się przez kompozycję Cellistica (Audentity, 1983), wykorzystanej zresztą też w A Classical Move (Dreams, 1986) i we fragmentach nagrań koncertowych...
    Ta muzyka znakomicie koresponduje z nastrojem tajemniczych holenderskich pejzaży, pozostawiając obserwatorowi mnóstwo miejsca na interpretację i dopowiedzenie pointy, a jednocześnie satysfakcjonując go niepowtarzalnym nastrojem, czymś trudno uchwytnym i zdefiniowalnym a jednocześnie podstawowym dla dobrego utworu. Być może lepiej byłoby zamieszczone tu impresje porównać z grafikami, lekko i miękko skreślonymi sugestywnymi rysunkami, podczas gdy momentami trochę przeładowane brzmieniowo albumy Royal Festival Hall lub The Dome Event odpowiadałyby monumentalnemu połączeniu malarstwa i rzeźby...
    Na zakończenie ciekawostka: akordy przesypujące się przez utwory nr 16 i 18 niesamowicie silnie kojarzą się z akordami otwierającymi utwór We'll never die (1986) Mylene Farmer (w wersji zamieszczonej na Dance Remixes, 1993), co jest tym bardziej interesujące, że nie są to regularne akordy prostego typu dur-moll, tylko skomplikowane, a przy tym bardzo wyraziste, nieczęsto spotykane kombinacje tonów. Nie wiem, czy to przypadkowa wyprawa na podobny teren, czy też może zamierzone nawiązanie (możliwe zresztą, że to Laurent Boutonnat raz po raz ulega pokusie przejmowania kilku odcieni z palety schulzeańskiej), ale jako miłośnika muzyki L. Boutonnata i M. Farmer niezwykle mnie ucieszyło sięgnięcie przez Klausa Schulze po tak akurat brzmiące wiązki dźwięków...


    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    62,97 zł
  • Klaus Schulze | Trancefer (LP)

    Klaus Schulze | Trancefer (LP)

    Na płycie znajdują się dwa utwory o bardzo zbliżonych czasach trwania. Muzyka konstruowana jest przy wykorzystaniu komputerów i wszelkiej innej elektronicznej aparatury, do której próbował Schulze przekonać miłośników swej muzyki poprzednią płytą, czyli niezwykle interesującą pozycją Dig It, a na pierwszym planie praktycznie nieustannie gości dryfująca, lamentująca, szydząca i skradająca się wiolonczela Wolfganga Tiepolda.
    A Few Minutes After Trancefer zaczyna się nietypową, nieco dysonansującą alternacją akordów intonowanych przez vocoder; muzyka zaczyna się zupełnie znienacka, utwór pozbawiony jest długiej, niemal niesłyszalnej introdukcji lub partii brzmień niemuzycznych przygotowujących dopiero grunt pierwszemu stricte melodycznemu motywowi. Muzyka wkrótce nabiera rozkołysanego pulsu, ociekającego krystalicznymi, suchymi kroplami - chyba ten oksymoron dobrze oddaje charakter "nowej" muzyki Schulzego, konstruowanej wedle podobnych jak wcześniej zasad kompozycjynych, ale nabierającej zupełnie innych barw niż klasyczne, analogowe płyty kompozytora i muzyka z Berlina. Wszelkie brzmienia są wręcz sterylne, a jednocześnie niemalże oddziałują na zmysł węchu swoją wonią kabli, ciekłokrystalicznych fabrycznie nowych ekranów, rozgrzanych zasilaczy i zimnych głośników. Tak typowe dla schulzeańskiej muzyki "elektroniczne chóry" rozbrzmiewają i w tej kompozycji, odbite zostają jednak w vocoderowym zwierciadle. Tylko wiolonczela prześlizguje się granatowo-srebrnymi smugami przez jaskrawy błękit elektronicznego tła w sposób podobny jak na płycie Dune, tak, jakby muzyka Klausa Schulze w ogóle się nie zmieniła. Chyba właśnie to połączenie przejmującej wiolonczeli z nowatorskimi, frapujacymi opracowaniami ostinat i wszelkich dźwięków tła sprawia, że cały album brzmi po prostu niezwykle. Warto jednak jeszcze zwrócić uwagę na rewelacyjne, budujące melodię w większym stopniu niż rytm, patrie perkusyjne, omiatające swym porządkującym spojrzeniem plan utworu, powracające w różnych konfiguracjach, bombardujące tło w podobnie swobodny, rozimprowizowany sposób jak w utworze Death Of An Analogue z płyty Dig It.
    Druga kompozycja, Silent Running, jest jednym z najbardziej intrygujących utworów, jakie przedstawił słuchaczom Klaus Schulze. W takt spiesznego, ciągnącego się pulsu i elektronicznego mrowienia, wiolonczela stawia znaki zapytania, chytrze zeskrobuje postawione wcześniej wykrzykniki, zgrzytliwie ociera się wielokropkami, utyka długimi myślnikami - a barwa instrumentu Tiepolda staje się to chłodna, to niemal pogodna, to znów postrzępiona i zachrypnięta jak w niektórych spośród "Hymnów" Alfreda Schnittke. Utwór zgodnie z tytułem miękko biegnie przed siebie, pozostawiając słuchacza w stanie napiętego wyczekiwania. Przed słuchaczem rozmazują się kolejne światła i plamiste zygzaki, fosforyzujące aż do wygaśnięcia - nocne, niezbadane tło wciąż pulsuje niepokojącą muzyką, a słuchacz aż do finałowej, dziewiętnastej minuty będzie oczekiwał rozładowania napięcia...

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    107,72 zł
  • Klaus Schulze | Dune (LP)

    Klaus Schulze | Dune (LP)

    Początek tytułowej kompozycji, niepokojąca elektroakustyczna uwertura, może przywieść na myśl dawne kompozycje Schulzego - ten obrazek utrzymany jest z drugiej strony w podobnym klimacie, jak niektóre mroczne epizody płyt cyklu The Dark Side Of The Moog. Charakter zmieni się z posępnego na nostalgiczny i zimny, gdy szumy i przeciągłe tony baterii elektronicznych urządzeń rozprute zostaną przez lament wiolonczeli Wolfganga Tiepolda. To chyba najniesamowitsza kompozycja, w której słychać ten instrument w tych rękach. Wiolonczela łka, prostuje się dumnie, snuje melancholijne wspomnienia, przeszywa dreszczem i zgrzytliwie ironizuje - słuchacz zaś idąc jej tropem może wkroczyć na chrzęszczącą pustynię rodem z obrazu H. R. Gigera. Barwy ołowianego nieba i stalowej ziemi zmieniają odcienie z chłodnych na zimne i wreszcie na lodowate - a wkradające się raz po raz bardziej miękkie, pogodniejsze tony tylko wzmagają dramatyczne wrażenie. Tej kompozycji nie można nazwać patetyczną bądź przesadzoną; ona po prostu jest wielka.
    W zupełnie innym tonie utrzymany jest utwór Shadows Of Ignorance. Wiolonczela skrada się kocimi krokami, skromne ostinato pulsuje w napięciu, a instrumenty klawiszowe raczą słuchacza rozimprowizowanymi motywami, w których więcej jest zagadkowości niż dojmującego smutku, który zdominował pierwszy utwór tej płyty. Wkrótce da się też słyszeć głos Arthura Browna, najpierw recytujący, a następnie intonujący kolejne zdania mistycznej przypowieści. Chociaż tutaj Brown nie pokazał pełnej skali swoich możliwości, jak uczynił to w genialnym utworze Dymagic" na albumie ...live..., kompozycja rozwija się w ciekawy sposób i przesycona jest licznymi "poślizgnięciami" i "znakami zapytania" pozostawianymi przez improwizujace instrumenty.
    Płyta ta pokazuje dwa różne oblicza Klausa Schulze, a na dodatek każde z nich oddalone jest dość znacznie od kompozycji z poprzednich albumów.


    I. W.



    Tytuł wymienionej płytki kojarzy mi się wyłącznie z sześcioksiągiem Franka Herberta Dune i filmem Davida Lyncha powstałym na kanwie tej właśnie powieści. Nasuwa się pytanie. Czy w związku z tym dzieło Klausa Schulze jest ścieżką dźwiękową z wymienionego obrazu? Z pewnością nie. Film powstał na pocz. lat 80-tych (muzykę do filmu pisał m.in. Brian Eno), płyta w 1979 roku. Jednak skojarzenie i sugestia pozostają, a lektura wszystkich tomów dodatkowo je wzmaga.
    Na krążku znajdziemy tylko dwa, prawie 30-sto minutowe, utwory co jest dość charakterystyczne dla KS. Kompozycje jednak różnią się znacznie. Pierwszy utwór - Dune przypomina psychodeliczne klimaty z wcześniejszych dokonań artysty (może nie jest to taka awangarda jak z Cyborga, ale stylistyka jest wyrazista) i staje się zarazem niezwykłą dźwiękową ilustracją wspomnianej wyżej powieści (jeśli ewentualny słuchacz ją czytał). Drugi utwór jest bardziej rytmiczny, zbliżony raczej do stylistyki prezentowanej przez Richarda Wanhfrieda (grupa założona przez KS), ale nie aż tak dynamiczny. Wrażenie potęguje dodatkowo fakt, że muzyce towarzyszy recytowany tekst (pisany notabene przez samego Klausa Schulze'a), tak jak ma to miejsce w przypadku produkcji RW. Taki zabieg powoduje, że płyta staje się wprawdzie ciekawa, ale też wprowadza pewien dysonans brzmieniowy (nagła zmiana emocji). Kto czytał Diunę w całości, doceni ten prosty (skuteczny) środek kształtowania nastrojów. Tak jak na początku wspomniałem, skojarzenia mam jednoznaczne. Jeśli takie były intencje artysty, to opisywanym krążkiem udaje mu się uchwycić i dodatkowo wzbogacić świat wykreowany przez nieżyjącego już Franka Herberta.
    Na zakończenie mała dygresja. Film Dune okazał się finansową klapą. Jednak jako niecodzienne przedsięwzięcie artystyczne może zachwycić niejednego widza do dziś. Trzeba przyznać, że jest obrazem dla koneserów (a czyż muzyka KS taka nie jest?).

    El-Skwarka

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1LP


    107,72 zł
  • Klaus Schulze | Crime of Suspense

    Klaus Schulze | Crime of Suspense

    Po wznowionej jako pojedynczy album pozycji Vanity Of Sounds doczekaliśmy się reedycji następnego zbioru nagrań z obszernego boxu Contemporary Works. Proponowana tutaj muzyka ma sporo wspólnego z impresjami wypełniającymi album Are You Sequenced?, ale jednak jest bardziej stonowana, wyciszona, może ponadto melancholijna? Takie wrażenie wywołują obie długie kompozycje, w których artyście towarzyszy Julia Messenger o ciekawej barwie głosu: Good Old 4 On The Floor i Overchill. Nawiasem mówiąc, ten drugi utwór może przy pierwszych przesłuchaniach sprawiać wrażenie czegoś w rodzaju "wolnego remiksu" tej pierwszej kompozycji, co przydaje płycie spójności i wyrazistszego kolorytu. Umieszczony między wspomnianymi utworami J.E.M. to z kolei bardzo oryginalna impresja w stylu ethno, z niezwykle jaskrawo zabarwioną, karkołomną partią fletową oraz kipiącym sekwencerem i prawdziwie breakbeatowym rytmem odsuniętym w tło. Jeśli Klaus Schulze nagrywa "impresję w stylu ethno", nie należy oczywiście spodziewać się tandetnych przewidywalnych rozwiązań, tylko zupełnie nowej jakości; słowem "ethno" posłużyłem się jedynie dla przybliżenia charakteru kompozycji, ponieważ nie znalazłem bardziej obrazowego w istniejącej terminologii… Podsumowując, jest to jeden z tych albumów Klasu Schulze, który prawdopodobnie nie wpadnie w ucho natychmiast, ale za to z pewnością zyska bardzo dużo przy każdym kolejnym uważnym przesłuchaniu. Dodatkową atrakcją są dwa dodane utwory, Ruins i Castles, pochodzące z dziesiątej płyty boxu Contemporary Works (zbierającej alternatywne miksy utworów z tego wydawnictwa, skrócone wersje oraz nieopublikowane nagrania z sesji z dwoma utworami nagranymi przez Klasua Schulze z Solar Moon System na czele). Te dwie dodatkowe impresje zaczerpnięte zostały ze specjalnej promocyjnej wersji dziesiątego krążka Contemporary Works, na której kolejne utwory nie zostały połączone w całość, tylko umieszczone oddzielnie, dzięki czemu słyszymy w pełnej wersji introdukcję oraz końcówkę każdego z nich (na oryginalnej 10. płycie każda końcówka zazębiała się z początkiem następnego utworu). Ruins oraz Castles, podobnie jak główny materiał z płyty The Crime Of Suspense, też nie wpadają w ucho natychmiast, ale mają niepowtarzalny nastrój korespondujący z atmosferą malowideł holenderskich, który można odkryć przy kolejnych powrotach do całej płyty i coraz uważniejszych przesłuchaniach.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    62,97 zł
  • Klaus Schulze | Angst (deluxe)

    Klaus Schulze | Angst (deluxe)

    Ta płyta otwiera swoisty cykl albumów Klausa Schulze: albumów zawierających kilka krótszych, bardziej zwartych kompozycji ożywionych zagęszczoną fakturą rytmiczną. Pierwsza kompozycja, Freeze, to kontynuacja jednego z wątków rozbudowanej suity Sebastian im Traum z albumu Audentity. Aranżacja jest nawet dość podobna: dominują chłodne, wibrafonowe kryształki, lśniące pomiędzy smutnymi plamami oddalonego fortepianu.
    Pain brzmi najbardziej "przebojowo" (4-minutowy wycinek tego właśnie utworu reprezentuje zresztą album Angst na składance pt. 2001) i już po pierwszym wysłuchaniu płyty najbardziej pozostaje w pamięci. Melodyjna alternacja mollowych i durowych akordów zamarkowuje akcenty, a w dialog z tymi akordami wchodzą na tle pulsującego ostinata smużki syntezatorowego "dymu", ciągnące się w nieregularne motywy w dość wysokich rejestrach. Rozedrgany akompaniament odsunie się na moment w dal, po czym powróci wraz z wyrazistym perkusyjnym rytmem. Ten fragment potrwa przez chwilę, po czym zacznie ubywać instrumentów na scenie - najpierw z powrotem zniknie perkusja, potem zaś ostinato, pozostawiając tylko snującą się, frapująco brzmiącą mgłę. Na późniejszej płycie Inter*Face Klaus Schulze podobnie skonstruuje utwór The Beat Planante, rezerwując w jego środkowej części miejsce na największą ilość brzmień perkusyjnych i zdecydowany rytm. W Memory rozbrzmiewa temat tytułowego utworu z płyty Drive Inn - tamta motoryczna impresja tu brzmi niemal eterycznie, rozpisana na wibrafonowe brzmienia w duchu Freeze oraz na dźwięki kojarzące się z fletnią pana (choć zapewne wygenerowane z innego urządzenia). Surrender zaś dla odmiany to najbardziej natarczywa partia perkusyjna, hipnotyzująca, otwierająca zdecydowanym ruchem kolejne wyimaginowane bariery ciszy i wdzierająca się do kolejnych bezdźwięcznych pomieszczeń, by wypełnić je swym stukotem.
    Najdłuższy utwór to wieńczący płytę Beyond. Na tle transowych uderzeń perkusji kipi i skwierczy elektroniczny podkład, wijący się i zacieśniający, a gdzieś w oddali nastepują po sobie nostalgiczne chmary akordów, kojarzące się z oglądanymi przez szkło oddalające ścianami deszczu. Dodatkowy utwór nosi tytuł pasujący nastrojem do pozostałych propozycji z oryginalnej płyty Angst: Silent Survivor. W książeczce dołączonej do digipacku zamieszczone jest jednak znacznie bardziej prozaiczne wyjaśnienie "mistycyzującego" tytułu. Utwór pochodzi z 1984 roku i aż do teraz przeleżał spokojnie w pudle z taśmami Klasua Schulze - "przetrwał cicho" do dzisiejszego dnia. To ponad półgodzinne nagranie przynosi wspaniałe, dynamiczne sekwencje, przyprawione charakterystycznymi schulzeańskimi dysonansami, interpolacjami tonicznymi i niecodziennymi efektami brzmieniowymi. Słychać tutaj echo sesji Audentity, Drive Inn oraz oczywiście Angst, ale nie można powiedzieć, by Silent Survivor nie wnosił nic nowego w obraz artysty w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Przede wszystkim fascynujący okazuje się tu przebieg splatania dynamicznej ścieżki sekwencerowej o klarownym rytmie i wyrazistej tonacji z tłem, w którym nie zabrakło miejsca dla najbardziej abstrakcyjnych i atonalnych elektronicznych wysączeń i wyładowań. Cały utwór oscyluje wokół jednego z ulubionych motywów Klasua Schulze, polegającego na przeplataniu akordu (n)-moll z akordem (n-1 ton)-Dur i po raz kolejny okazuje się, jak wiele nastroju i nowych barw można oddać w wariacjach na stosunkowo prosty temat. Im bardziej utwór się rozwija, tym więcej znajdzie się w jego polu "przeszkadzających", burzących harmonię dźwięków. Podobno Silent Survivor znajdował się na taśmie opatrzonej napisem "muzyka baletowa" - dla tych, którzy znają już cztery tomy "muzyki baletowej" Klasua Schulze z dzieła Contemporary Works, utwór dodany do reedycji Angst stanowić będzie nader ciekawe uzupełnienie eterycznych i onirycznych kompozycji o wymiar prawdziwie eksplozywny: Silent Survivor jest po prostu jednym z najbardziej ekspresywnych utworów Klasua Schulze w latach osiemdziesiątych, co w połączeniu z charakterystyczną dla albumu Audentity specyficzną "klinicznością brzmienia" zapewnia niesamowity efekt.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    62,97 zł
  • Johannes Schmoelling | Diary of a Common Thread

    Johannes Schmoelling | Diary of a Common Thread

    Talent byłego członka Tangerine Dream, dla wielu z najlepszego okresu dzialalności grupy, mógłby stać się tematem na kilkutomową monografię. Johannes Schmoelling z nową płytą Diary of a Common Thread serwuje nam kolejną porcję pięknej muzyki elektronicznej, uduchowionej, pełnej znajomej melodyki, patetycznej, zmuszającej do poświęcenia jej szczególnej uwagi. Kolejne płyty autora są dowodem jak wiele wniósł on do brzmienia Tangerine Dream i jak wiele zespół ten stracił wraz z jego odejściem. Czołowa kompozycja na płycie to The Central Theme. Kwintesencja stylu Johannesa i zachęta do zapoznania się z tym świetnie brzmiącym materiałem, który ujrzał światło dzienne w październiku 2017 roku.

    P.R.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 1CD


    75,53 zł
  • Klaus Schulze (Wahnfried) | Trance Appeal (2LP)

    Klaus Schulze (Wahnfried) | Trance Appeal (2LP)

    To z pewnością jedna z najbardziej "podskórnych" wypowiedzi Richarda Wahnfrieda - rytmy kiełkują tutaj powoli, niespiesznie, nie wypuszczając naraz zbyt wielu odnóg; pierwszoplanowe dźwięki ostrożnie i podejrzliwie skanując otoczenie, i tak wyłapując przez oddalone peryskopy coraz to inne, głośne, znienacka wyrastające w polu widzenia sample. Doprawdy trudno lepiej mi opisać rzeczywistość szkicowaną szczególnie w drugiej impresji na albumie, Bizarre, ale podobny nastrój dominuje z grubsza na całej płycie. Utworu Rubbish raczej nie powstydziłby się Aphex Twin: tło znów jest podejrzliwe, minimalistyczne, zachowawcze, tymczasem na pierwszym planie dochodzi do ekspresywnego bombardowania muzycznej przestrzeni beatami i rozregulowanymi stukotami. Pojawia się tutaj ponadto jedna z najbardziej przejmujących melodii albumu, przyniesiona przez podmuchy egzotycznego aerofonu. Angel Heart jest pierwszym utworem, w którym do głosu dochodzi tak esencjonalne dla KS mżące sekwencjonowanie, tutaj otrzymuje ono jednak zaskakujący, nowoczesny posmak laptopowego IDM przy skręconych do minimum głośności beatach. So What? stanowi kolejną wyprawę w rejony ulubione przez Aphex Twina, a jednocześnie nie zabrakło tutaj miejsca na atmosferę wyczarowaną przez Klausa Schulze na albumie En=Trance. Kolejne utwory w imponujący sposób balansują na granicy eksperymentalnych kompozycji i prowokujących tonicznych szkiców, nie przestając przy tym tchnąć atmosferą dość jednak typową dla Schulzego. A Chilly Fiesta to z kolei porcja głębokich basów i smutnie zamyślonych improwizacji utrzymanych w humorze przepełniającym Le Moulin de Daudet. Psychedelic Clubbing, jeden z najlepszych utworów w zestawie, ma wiele wspólnego z motorycznymi partiami A Saucerful of Ambience (TDSOTM II, wraz z P. Namlookiem). Le Sleep des Animaux to schulzeański przyczynek do skradającego się click-ambientu... a bonusowy utwór Marooned to trzynastominutowy melanż "zdekodowanych" na harmoniczny język muzycznych skarg typowych dla Esoteric Goody oraz posępnych wyiskrzeń nieco w stylu pierwszego Oxygene Jean-Michel Jarre'a. Prawdopodobnie jedna z najmniej przystępnych, za to najbardziej fascynujących pozycji opublikowanych pod pseudonimem Richarda Wahnfrieda.

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2LP


    129,04 zł
  • Klaus Schulze | En=trance (2LP)

    Klaus Schulze | En=trance (2LP)

    Trudno powiedzieć, co przede wszystkim sprawia, iż muzyka wypełniająca tę płytę kojarzy się z tajemniczymi, zamkniętymi pokojami, nasiąkniętymi aromatycznymi kolorami. Podejrzewam, iż odpowiedzialne za taki efekt jest ustawienie proporcji wszystkich głosów: chyba po raz pierwszy na albumie Klausa Schulze wszelkie muzyczne wątki dobiegają do uszu słuchacza "z tego samego poziomu". Mimo barokowej rozmaitości tematów i dużej inwencji melodycznej przez dłuższy czas brak tu tajemnicy, czającej się na ukrytym planie; nie ma tu "skradających się" motywów, rozwijających się powoli nowych tematów. Schulze zrezygnował z budowania napięcia, proponując w zamian obfita porcję rozwiązań harmonicznych i melodycznych zmieniających się znienacka, kalejdoskopowo. Ruchliwe ostinata brzmią z jednej strony bardzo atrakcyjnie, z drugiej zaś jednak brak im głębi typowej dla nagrań z albumów Moondawn bądź Mirage. Rozkwitające na podobieństwo fraktali ścieżki rytmiczne obudowują improwizowane tematy główne ciasnymi pierścieniami i wywołują specyficzne wrażenie "zamykania" tej muzyki w ścianach z nietypowego tworzywa. Pokoje są obszerne i znakomicie działa w nich klimatyzacja, ale wciąż jednak nie udaje się słuchaczowi znaleźć wyjścia z labiryntu kolejnych pomieszczeń.
    Dopiero pod koniec trzeciego utworu muzyka prowadzi słuchacza z podziemi na peron wyimaginowanego dworca przyszłości, z którego wraz z pierwszymi minutami kompozycji czwartej wydostanie się na deszczową autostradę kreskowaną rozmytymi światłami reflektorów. Tu leży klucz do tajemnicy tej płyty: w pierwszej części penetrujemy ukryte archiwa, w drugiej - udaje się nam znaleźć drogę na zewnątrz. Nie wiem, czy dokładnie taka idea przyświecała twórcy płyty, ale tak czy inaczej, efekt jest niesamowity… Muszę tu bowiem podkreślić, iż mimo zrównania głosów w większości partii i pozbawienia znajdujących się tu nagrań aury mistycyzmu, absolutnie nie jest to płyta nieudana bądź wtórna. To już po prostu nieco inny Klaus Schulze - artysta otworzył drzwi prowadzące w nowe rejony. Poprzednie płyty, z bardziej zwartymi i zamkniętymi kompozycjami, niejednokrotnie podszytymi zdecydowanym rytmem, były zapowiedzią pewnego przełomu: na En=Trance przełom ten dokonuje się już na dobre, choć żaden z zamieszczonych tu utworów nie trwa krócej niż 15 minut a niektóre elementy jednoznacznie kojarzą się z rozwiązaniami typowymi dla dawniejszej twórczości berlińskiego artysty.
    Najbardziej elektryzujące fragmenty tej płyty to główny temat En=Trance, kunsztowna fuga zamykająca Alpha Numerique oraz opisywany dwa akapity wyżej fragment obejmujący zakończenie trzeciego utworu i początek czwartego. Dodatkowy utwór nie pochodzi z sesji nagraniowej, w wyniku której narodził się album En=Trance, ale niewątpliwie sprawi ogromną radość miłośnikom muzyki Klausa Schulze. Nagrania dokonano w 1975 roku i jest to po prostu zapis "zabawy" urządzeniem o nazwie Elvish Sequencer; jednak ta swoista próba dźwięku połączona z mini-improwizacją stanowi nie mniejszy klejnot w uchu prawdziwego miłośnika tajemniczej, nieco mrocznej elektroniki sekwencyjnej, aniżeli skończone wielopłaszczyznowe pejzaże autorstwa Klausa Schulze! Brzmienia i zarysy melodii wyczarowywane w tym ośmiominutowym drobnym arcydziele to do pewnego stopnia wprowadzenie w nastrój później (Timewind) opublikowanej kompozycji Bayreuth Return, ale tylko do pewnego stopnia. Szkoda naprawdę, że na dodatkową, wcześniej niepublikowaną atrakcję starczyło na tej płycie tak niewiele miejsca; mimo prostoty użytych środków "elfowy sekwencer" niesie ze sobą coś niesamowitego, rozjarzającego się w niepokojącym mroku odblaskami zarysowującymi się w kształty spowijające nokturnowe obrazy Grimshawa, na których wielokrotnie nie zabrakło miejsca dla tajemniczych, posępno-zagadkowych elfów o sardonicznych uśmiechach. Tej pół-kompozycji można by doprawdy słuchać znacznie dłużej niż osiem minut...
    Specjalnego wymiaru nabiera ta impresja właśnie jako bonus do "podziemnej", nocnej płyty En=Trance: słuchacz klucząc przez niekończące się korytarze, labirynty piętrowych parkingów i tajemniczych pokojów o szczelnie zamkniętych okiennicach znajduje w finale swej 70-minutowej podróży ukryty skarb, połyskujący niesamowitym brzmieniem ery fantastycznych albumów Timewind i Moondawn

    I. W.

    Dostępność: Towar w magazynie | nośnik: 2LP


    129,04 zł
  • Klaus Schulze | Cyborg (2LP)

    Klaus Schulze | Cyborg (2LP)

    Prawdopodobnie jest to najbardziej fascynujący i niezgłębiony album w dyskografii Klausa Schulze. Pozornie znacznie bardziej ascetyczny i minimalistyczny niż poprzednia płyta, Irrlicht, kryje w sobie ogromną ilość tajemnic, do których klucza szukać można dość długo... Niesamowite, głębokie dźwięki, nie wiadomo, czy wygenerowane przez zardzewiałego tytułowego cyborga, czy wydobyte ze wspomaganej elektronicznie wiolonczeli, przeszywają przestrzeń przeciągłymi westchnieniami. Westchnienia ociekają plamistymi dźwiękami i zbierają się w wypukłe kałuże muzycznej rtęci. Gdzieś w oddali przesypują się kroki rozwianych, rozmazanych, strzępiastych zjaw, spacerujących po świecie dźwięków bez żadnego celu, bez oczu i uszu, po to tylko, aby wślizgnąć się w ucho słuchacza i wywołać w nim niejasne, dziwaczne wrażenie zagubienia w pierwszym krajobrazie. Co właściwie przedstawia ten krajobraz? Namalowany brunatnymi smugami, opuszczony, pachnący drewnem pokój, za którego oknami wstaje błotnisty świt, a w piecu którego żarzą się rdzawo złośliwe miny duchów? Opuszczoną planetę o gąbczastej konsystencji?

    Najosobliwszą dźwiękową podróż odbędzie słuchacz za sprawą kompozycji drugiej: Conphara. Klausowi Schulze udaje się tutaj wytworzyć nastrój pełnego napięcia oczekiwania, które w każdej chwili może zostać rozładowane, ale pod koniec utworu okaże się, iż do ostatniej minuty było tylko potęgowane... Nieco podobną atmosferę ma impresja Nebulous Dawn Tangerine Dream z albumu Zeit - podobnie i tutaj słuchacz za sprawą miękko wirujących dźwięków wypunktowywanych raz po raz twardym światłem innego tonowego reflektora może mieć złudzenie uczestniczenia w seansie poświęconym zjawisku fotoelektrycznemu... A może zwiedzamy puste, wyludnione obserwatorium, może kroczymy niekończącym się korytarzem zamieszkałym tylko przez pomrukujące agregaty i posiwiałe, bezużyteczne już silniki?... Impresja Chromengel otwierająca drugą płytę albumu jest najbardziej uporządkowaną harmonicznie i rytmicznie propozycją. Zmętniałe, smutne akordy w tle wyznaczają drogę późniejszym kompozycjom Schulzego, składając się w jedyne w swoim rodzaju nostalgiczne, zimne kombinacje. Główna "melodia" zbudowana jest natomiast ze śliskich skrzypiących poświstów napinających się na siatce akordów i wkręcających się w nią - te brzmienia czynią utwór wyjątkowo frapującym. Bodaj najniezwyklejszym dźwiękowym obrazem jest ostatni poemat: Neuronengesang. Na odleglejszym planie wyłania się, zwija i znów rozpościera organowa melodia utrzymana w chłodnych i ciemnych barwach, a plan pierwszy penetrowany jest przez natrętne ostre światło niemuzycznego tonu, rozrywającego miękki plan dalszy zimnym cięciem. Wkraczamy w ciemną przestrzeń, która lustrowana jest miriadami lodowatych promieni, znienacka wpadających na trop słuchacza, nieustannie go już do końca utworu śledzących. Ta muzyka może też stanowić idealną ilustrację do przeprowadzanej w jakimś odludnym, zapomnianym laboratorium obserwacji mikroskopowej: przy dźwiękach organów wyraźnie formują się kształty i barwy drobnoustrojów, ale z każdym zanieczyszczeniem preparatu, przy każdym nieuważnym przesunięciu szkiełka nakrywkowego pojawia się złowieszczy zgrzyt... Na wielkie brawa zasługuje wydawnictwo Revisited Records: proponowany tutaj bonus to aż 50-minutowa (!) kompozycja But Beautiful zarejestrowana już dość dawno temu podczas koncertu. Gdyby ktoś chciał odbyć sentymentalną podróż przez typowe dla Klausa Schulze nastroje, przyjrzeć się, jak one ewoluowały i jak zostawały ze soba zderzone, a przy tym dać się ponieść fenomenalnemu nastrojowi oraz zdziwić się, jak dużo wartościowej muzyki czekało tyle czasu w archiwach KS na ujawnienie - jest on jednym z adresatów, do których przesłanie But Beautiful jest skierowane. Utwór rodzi się w ołowiano-chromowych oparach, pośród strzępów neurotycznych organowych wyładowań (typowych dla atmosfery albumu Cyborg) oraz malarsko sugestywnych efektów brzmieniowych. Uważny słuchacz od razu spostrzeże, iż dokładnie ten sam snujący się w tle elektroniczny dym wysącza się równie gęstymi obłokami w introdukcji do legendarnej Linzer Stahlsinfonie oraz w minimalistycznej kompozycji Esoteric Goody (dołączonej do programu "zrewidowanego" przez Revisited Records albumu Dig It). Abstrakcyjny elektroniczny pejzaż ziejący atmosferą grozy i opuszczenia przechodzi płynnie w nieco bardziej zrytmizowany pasaż, który spokojnie mógł był zdobić dowolną z kompozycji zarejestrowanych podczas sesji Blackdance. Jednak dopiero to, co dzieje się nieco później, przechodzi wszelkie oczekiwania i zdoła bez trudu zadowolić nawet najbardziej wybrednego miłośnika muzyki berlińskiego artysty! Coraz bardziej zdumiewające popisy ostinatowe, coraz bardziej zagęszczone, zmysłowe tło, coraz bardziej fascynujące, niekończące się solówki nanizane na arpeggiatorową oś przyspieszającego swe ruchy kosmosu - chyba tylko tak (proszę wybaczyć patetyczne określenia) da się opisać rozwój tej niesamowitej kompozycji. Słuchając najbardziej dynamicznych pasaży, odpowiednich progresji ostinatowych i sposobu traktowania improwizowanych melodii prowadzących wnioskuję, iż But Beautiful zostało zarejestrowane na żywo gdzieś w okolicach 1976 roku. "Kultowa" kompozycja Sense wydana na albumie ...live... ma od momentu wydania reedycji Cyborga poważną konkurentkę, jeśli chodzi o ładunek emocjonalny i zasoby niepowtarzalnego nastroju! Pierwszorzędna niespodzianka dla wszystkich fanów Klausa Schulze - a zarazem kolejna pozycja, o którą bezwzględnie należy poszerzyć domowe zbiory...

    Igor Wróblewski


    Nie sądziłem, że kiedykolwiek zdolny będę skreślić kilka zdań na temat tego dwupłytowego albumu. Między innymi dlatego, że kompozycje na nim umieszczone zawsze wywoływały we mnie wielorakie stany umysłu, trudne do sensownego "ubrania" w słowa. Ponieważ jednak niczego z góry nie wykluczam... stało się.
    Prezentowane na dwóch krążkach utwory nie należą do najmłodszych. Historyczne raczej brzmienia (1973) jeszcze dziś mogą jednak poruszyć. Wszystko zaczyna się od Synphary. Spotkamy tutaj wiolonczelowe smutne barwy, "ćwierkania" oraz szumy analogowe typowe dla początków muzyki elektronicznej. Po takim wstępie następuje Conphara. Kompozycja z odrobiną niezbyt szybkiego, ale bardzo neurotycznego rytmu (stworzonego głównie przez odpowiednią modulację dźwięku). W tym utworze usłyszymy także "smyczki", jednak w trochę wyższej, mniej naturalnej tonacji. Drugą płytkę otwiera Chromengel. Kompozycja jest zdominowana przez organowe barwy przeplatane poznanym wcześniej mechanicznym "ćwierkaniem". Całość jest zakończona Neuronengesang. Wiolonczelowo-fletowe zawodzenia tego utworu (do spółki z innymi, "rozrzuconymi w nieładzie" dźwiękami o nieokreślonej barwie) mogą, w odpowiednich warunkach, przyprawić nawet o odmienne stany świadomości. Tytuł kompozycji jest zresztą wyraźną wskazówką czego należy oczekiwać. Wszystkie zamieszczone utwory są dość długie - przekraczają 20 min. Jest to posunięcie ze wszech miar słuszne. Uważam, że czas odgrywa niebagatelną rolę w kształtowaniu właściwego nastroju, co przy stylu (w tym konkretnym przypadku - minimal music czy też jak to woli awangarda) reprezentowanym przez Klausa Schulze jest konieczne do pełnego przeżywania tego typu twórczości. Obie płyty nie należą do łatwych w odbiorze. Trzeba przyznać, że jest to muzyka dla prawdziwych koneserów. Wpływ zaś na umysł (a co za tym idzie na wyobraźnię i odczucia) jest wręcz "zabójczy" i za każdym słuchaniem tej produkcji Klausa Schulze zawsze inny, wręcz zaskakujący i bez przerwy intrygujący.

    El-Skwarka

    Dostępność: Chwilowo brak | nośnik: 2LP


    129,04 zł